Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

czwartek, 22 sierpnia 2013

Lucy Maud Montgomery – „Wymarzony dom Ani”











Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 1986
Tytuł oryginału: Anne’s House of Dreams
Przekład: Stefan Fedyński
Ilustracje: Bogdan Zieleniec




Sierpień wielkimi krokami zbliża się do końca, a w więc najwyższa pora opowiedzieć o piątej części przygód niesfornej Anne Shirley. Tylko czy na tym etapie można jeszcze nazwać naszą rudowłosą bohaterkę „niesforną”? O, nie! Tamta rozgadana dziewczynka z nadmiernie rozwiniętą wyobraźnią już praktycznie nie istnieje. Tym razem nasza Anne Shirley jest już panią doktorową Blythe. Skończyła studia, wyszła za mąż za ukochanego Gilberta, co – jak pamiętamy – nie było łatwe, bo przecież dużo czasu musiało upłynąć zanim Anne zdała sobie sprawę ze swoich uczuć do chłopaka, który świata poza nią nie widział. Dopiero ciężka choroba Blythe’a uświadomiła jej, ile tak naprawdę Gilbert dla niej znaczy. Widocznie ten wstrząs był jej bardzo potrzebny.

Na ubóstwianym przez Anne Zielonym Wzgórzu w blasku wrześniowego słońca i przy śpiewie jednego ptaka, który najprawdopodobniej przybył w to miejsce specjalnie na tę uroczystą okazję, odbywa się ślub Anne i Gilberta. W kilka godzin później szczęśliwi państwo Blythe wyjeżdżają do swojego nowego domu, który oddalony jest o jakieś sto kilometrów od Zielonego Wzgórza. Anne jest z tego powodu bardzo szczęśliwa, ale jej najlepsza przyjaciółka – Diana Wright, niegdyś Barry – raczej nie podziela jej entuzjazmu, bo przecież znów będzie musiała rozstać się z towarzyszką dziecięcych zabaw. Nowy dom Anne znajduje się gdzieś w połowie drogi pomiędzy Glen St Mary a Przylądkiem Czterech Wiatrów. Jest niezbyt duży, biały, stoi nad brzegiem morza w przepięknej okolicy w pobliżu portu. Przodem zwrócony jest na zachód, a w dole rozciąga się wielki i błękitny port. Oczywiście dom nie należy do najnowszych, a więc ma już swoją historię, która w Anne budzi ogromną ciekawość.

[…] Pierwsze spojrzenie na nowy dom było rozkoszą dla oczu i duszy. Wyglądał jak długa kremowa muszla wyrzucona na brzeg. Wzdłuż alei dojazdowej rósł szpaler wysokich topoli, purpurowych na tle nieba. Za domem ciemniała chmurka świerkowego lasu, osłaniającego ogród od zimowych, morskich wiatrów, które wydobywały z drzew dziwną muzykę. Tak jak każdy las również i ten wydawał się kryć w sobie jakąś tajemnicę, którą można poznać, tylko wchodząc między drzewa i cierpliwie szukając. Wychylone poza zieloną ścianę lasu ramiona drzew chroniły dom przed wzrokiem ciekawskim bądź obojętnym na tajemnice […][1]

Młodzi państwo Blythe czują, że w tym niewielkim domku będą bardzo szczęśliwi. Jednak los lubi być przekorny, dlatego i w tym przypadku nie obywa się bez tragedii. Anne swój osobisty dramat znosi bardzo dzielnie, mając u boku ukochanego Gilberta, który okazuje się być niezwykle odpowiedzialny. Wie, że właśnie został głową rodziny, a przecież ta nowa życiowa funkcja do czegoś zobowiązuje każdego mężczyznę.

Megan Follows & Jonathan Crombie

Jak w każdej części opowieści o losach naszej bohaterki, tak i tutaj, pojawiają się nowe postaci. Osoby te to sąsiedzi państwa Blythe, którzy nie ukrywają swojej ciekawości względem mieszkańców białego domku w Czterech Wiatrach. A zatem czytelnik poznaje między innymi kapitana Jima (James Boyd), pannę Cornelię Bryant, piękną Leslie Moore oraz młodego pisarza Owena Forda. Każda z tych postaci niesie na barkach swoje własne życiowe doświadczenia. Kapitan Jim to były marynarz, który obecnie pracuje w latarni morskiej. Z kolei panna Cornelia to zagorzała przeciwniczka zmiany stanu cywilnego. O mężczyznach ma jak najgorsze zdanie i przypisuje im wszystko to, co złe, nie wiedząc, że los już szykuje dla niej sporą niespodziankę. Leslie Moore (w starszych tłumaczeniach – Ewa Moore) to najbliższa sąsiadka młodych Blythe’ów, która od wielu lat opiekuje się chorym psychicznie mężem i nie widzi już przed sobą żadnej przyszłości. Uważa bowiem, że tak będzie zawsze i nic dobrego już ją w życiu nie spotka.

Życie w Czterech Wiatrach płynie swoim własnym rytmem. Przyjaciele odwiedzają się wzajemnie, pomagają sobie, przekazują zasłyszane plotki, udzielają sobie nawzajem wsparcia, kiedy życie przynosi cierpienie i ból. Młody doktor Gilbert Blythe jest niezwykle szanowany w tamtejszej społeczności, szczególnie od chwili, gdy udało mu się uratować życie jednej z mieszkanek Glen St Mary. Anne ma również do pomocy gosposię, która od czasu do czasu ubolewa nad swoim stanem panieńskim. Nasza rudowłosa bohaterka zaprzyjaźnia się także z Leslie Moore, która choć początkowo bardzo skryta i nieufna, nie potrafi zbyt długo trzymać na wodzy swoich uczuć wobec pani doktorowej. Z kolei kapitan Jim uracza wszystkich wokół swoimi opowieściami o czasach, kiedy jeszcze pływał na morzu. Słuchacze są niezwykle zafascynowani, poznając owe opowieści, co w konsekwencji skutkuje napisaniem książki. Trzeba też dodać, że Anne tak do końca nie zarzuciła swojego marzenia o pisaniu, lecz skupia się raczej na literaturze dla dzieci. Ale to nie ona będzie autorką Księgi życia kapitana Jima. Na krótko spotykamy również nasze stare znajome, jak Marillę Cuthbert i panią Rachel Lynde (z pol. Małgorzata Linde).

wydanie z 1999 roku
Wymarzony dom Ani podobał mi się znacznie bardziej niż tom poprzedni: Ania z Szumiących Topoli. Smutne tylko, że Anne dorosła (co oczywiście kiedyś musiało nastąpić) i te cechy charakteru, które tak bardzo uwielbialiśmy w nastoletniej bohaterce już nigdy nie powrócą. Tym razem widzimy Anne jako zatroskaną i rozpaczającą matkę, ale też nie pozbawioną radości i szczęścia żonę. Oczywiście Anne nie byłaby sobą, gdyby nie wtrącała się w życie innych. W tej części również bierze sprawy w swoje ręce i doprowadza do tego, że ktoś może być dzięki niej szczęśliwy. Jest też niezwykle uparta, choć nie ma racji, przez co dochodzi do sprzeczki z Gilbertem.

No właśnie. A jaki jest Gilbert Blythe? Jak już wspomniałam na pewno jest odpowiedzialny. Jest też bardzo oddany swoim pacjentom. Widać, że praca jest dla niego bardzo ważna i lekarzem nie został z przypadku, lecz z powołania. Kocha swoją żonę ponad wszystko i wyraża swoje uczucia „nie tylko słowami”, czego potem są efekty w postaci bociana lecącego tuż nad białym domkiem i zrzucającego państwu Blythe prezent. Nie wierzycie? To sami przeczytajcie:

Pewnego ranka, kiedy nad falami zatoki pienił się wietrzny wschód słońca, pewien wyraźnie zmęczony bocian przeleciał nad plażą w Czterech Wiatrach, przybywając z Ziemi Gwiazd Zachodu. Pod jednym ze skrzydeł niósł śpiącą istotkę o lśniących oczkach. Bocian był zmęczony, toteż rozglądał się ze znużeniem. Wiedział, że jest blisko celu, chociaż go jeszcze nie widział. Duża, biała latarnia stojąca na skale z czerwonego piaskowca miała swoje zalety, ale żaden bocian posiadający odrobinę oleju w głowie nie zostawiłby tam maleńkiego, pulchniutkiego bobaska. Stary, szary dom otoczony wierzbami wyglądał bardziej obiecująco, ale też nie był doskonały. Jaskrawozielony budynek widoczny nieco dalej absolutnie się nie nadawał. Nagle bocian rozpogodził się. Dostrzegł odpowiednie miejsce – mały, biały domek, z którego komina unosił się dym, przytulony do dużego, szepcącego coś lasu świerkowego; ten dom wydawał się stworzony specjalnie dla dzieci. Bocian westchnął z zadowoleniem i łagodnie sfrunął na parkan […][2]

Ogromny sentyment mam do wydań pochodzących z lat 80. XX wieku, stąd okładka, którą widzicie u samej góry. Niemniej egzemplarz, który przeczytałam jest sporo młodszy i to właśnie z niego pochodzą powyższe cytaty. Pomimo iż uważam, że jak dotąd Ania z Szumiących Topoli jest najsłabszą częścią serii, jeśli chodzi o te pięć tomów, które już za mną, to jednak całość ma w sobie niepowtarzalną magię. Ta magia jest tak wielka, że czytelnik naprawdę skłonny jest uwierzyć w… bociany. 









[1] L. M. Montgomery, Wymarzony dom Ani, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, tłum. J. Bartosik, il.: K.K. Chmiel, s. 39.
[2] Ibidem, s. 247. 



 

18 komentarzy:

  1. na mnie czeka tej autorki ": Ania z Zielonego Wzgórza" , co dziwne nigdy nie miałam okazji jej przeczytać. interesująca książka myśle, że kiedyś się skuszę.
    dodaję do obserwujących.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, powiem Ci, że specjalnie wymyśliłam to wyzwanie wraz z koleżanką, żeby wreszcie Anię przeczytać. Jako dziecko też nie miałam okazji, a jednak ta seria za mną chodziła przez lata. Na pewno teraz odbieram Anię inaczej, niż gdybym czytała ją w dzieciństwie. :-) Dziękuję za dodanie do "obserwowanych" i zapraszam do przyłączenia się do wyzwania. Można to zrobić w każdej chwili, nawet zaczynając od pierwszej części. :-)))

      http://czytamyanie.blox.pl/html

      Usuń
  2. Lubię tą część przygód Ani, choć na niej chwilowo zatrzymałam swoją przygodę z tą serią. Nie wiem czy Ty też miałaś takie wrażenie, że ta część jest nadzwyczaj ciepła, a zarazem dojrzała w nieco inny sposób niż wcześniejsze części.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Montgomery nie pisała poszczególnych części serii chronologicznie i to, jaki one mają charakter może po części właśnie z tego wynikać, jak również z nastroju samej Autorki. "Ania z Szumiących Topoli" była pisana pod presją ze strony wydawcy, a ci, którzy znali Montgomery twierdzili wręcz, że w pewnym momencie swojego życia zaczęła Anię nienawidzić. I pewnie dlatego ten tom większość uważa za słaby. Na początku ją kochała, a potem taka druga skrajność. Ale to jest dowód na to, że jak się coś robi pod presją, to nie wychodzi. Fakt, że "Wymarzony dom Ani" jest taki ciepły i dojrzały, może właśnie wynikać z tego, że tę część Autorka pisała, bo chciała, a Ania była dla niej naprawdę ważna. :-)

      Usuń
  3. Agnieszko, to wydanie z lat 80 - tych kiedyś było w moim mieszkaniu ale w dziwny sposób zniknęło, chyba dlatego że się rozleciało. Mam z kolei olbrzymi sentyment do "Emilki" L.M. Montgomery :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam ochotę na tę "Emilkę", jak i na inne powieści Montgomery. Bardzo chciałabym też poznać inne jej książki. Ale to pewnie dopiero wtedy, jak skończę wyzwanie. :-) A ta seria z lat 80. może nie imponuje grafiką, ale mam do niej ogromny sentyment, bo pamiętam, że jako mała dziewczynka wszędzie się na nią natykałam. ;-)

      Usuń
  4. Bardzo miło jest mi przypominać sobie serię wraz z wyzwaniem :) Od początku podejrzewałam, że czytałaś inne wydanie ze względu na różnice w imionach bohaterów (ja miałam np. Ewę Moore). Czytając kolejne części czuję, że w niej nadal siedzi ta mała Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, nie wiem czy zauważyłaś, ale ja we wszystkich dotychczasowych recenzjach powołuję się na imiona oryginalne. To takie zboczenie zawodowe anglisty. ;-) Ewentualnie w nawiasach wpisuję polską wersję. Ta od Prószyńskiego, którą czytałam jest przetłumaczona z zachowaniem oryginalnych imion lub polskich odpowiedników. Tłumaczka wykazała się profesjonalizmem i nie kombinowała z wymyślaniem imion, które nie mają nic wspólnego z oryginałem, oczywiście jeśli chodzi o nowe postaci, bo np. Tola i Tadzio pozostali. Ale to chyba tylko dlatego, żeby nie dezorientować czytelnika. Nie lubię takich zabiegów i już. ;-) A jeśli chodzi o Anię, to faktycznie, ten jej upór, kiedy kłóciła się z Gilbertem o Ryszarda Moore'a mógł przypominać małą Anię. :-)))

      Usuń
  5. Ania, wspaniała Ania... Ja teraz wprawdzie nie mam czasu na dodatkowe lektury, które już kiedyś czytałam, ale od czasu do czasu oglądam ekranizacje Anią, gdyż mam kilka płyt DVD z nią w roli główniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja obejrzałam tylko "Anię z Zielonego Wzgórza" i pamiętam, że bardzo mi się podobała ta ekranizacja. Kiedy skończy się wyzwanie, pomyślę o obejrzeniu pozostałych części.

      Usuń
  6. Mam nadzieję, że znajdę w końcu na tyle czasu, by prześledzić losy Ani we wszystkich częściach serii. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie, bo to naprawdę świetna seria jest i szkoda by było jej nie poznać. :-)))

      Usuń
  7. Cieszę się, że podobała Ci się kolejna Ania, mimo oddalenia od Zielonego Wzgórza. Życzę wielu podobnie miłych wrażeń zarówno z następnych tomów o Ani, jak i z pozostałych książek Montgomery (ja osobiście uwielbiam mało znaną Pat ze Srebrnego Gaju).
    Mam jedno pytanie: co to za piękny zamek pojawia się na stronie głównej? (zwiedzanie zamków i pałaców to moja pasja :))
    pozdrawiwam
    Aniki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zacznę od tego, że bardzo się cieszę, że się odezwałaś, bo już myślałam, że zapomniałaś o moim blogu. ;-) A co do Ani, to faktycznie, ta cześć bardzo mi się podobała. Tak sobie myślę, że wszystkie kolejne, gdzie Ania jest już dorosła też będą mi się podobać. To jest chyba kwestia wieku. Gdybym czytała ten cykl jako dziecko, to zapewne bardziej podobałyby mi się te części, w których Ania jest dzieckiem i nastolatką. Mam w planie przeczytać też inne książki Montgomery, ale to dopiero wtedy, jak skończy się wyzwanie. :-) A zamek? Takie cudeńko znajduje się w Edynburgu. Nigdy tam nie byłam. Podobnie jak Ty, też uwielbiam stare zamki, dwory i generalnie wiekowe budowle. Może kiedyś uda mi się wybrać do Edynburga i zwiedzić to cudo, które mam tam na górze. :-))) Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    2. Czas urlopu to moment, kiedy chętnie odpoczywam od komputera, dlatego teraz nadrabiam zaległości. Niestety na komentarze mam trochę mało czasu, ale tu nie mogłam się nie odezwać :)
      Z Montgomery trafiłaś w samo sedno. Kiedy zaczynałam czytać Anie, miałam 10 lat i podobało mi się tak do Ani na uniwersytecie, choć przeczytałam wtedy wszystko. Dorastając, coraz lepiej rozumiałam i bardziej lubiłam kolejne tomy, ale najdłużej musiałam dojrzewać do wojennych doświadczeń Rilli. Kiedy znajduję się w określonych sytuacjach, bardziej przemawiają do mnie te tomy, w których i Ania przeżywa podobne wydarzenia.
      Aniki

      Usuń
    3. Mam nadzieję, że urlop się udał. :-) A co do Montgomery, to wojenne emocje jeszcze przede mną i powiem Ci, że trochę tych tomów się obawiam, bo ja to taka wrażliwa jestem i nie wiem jak je odbiorę. Ale z drugiej strony bardzo chcę przeczytać. Do dziś nie rozumiem dlaczego nie zrobiłam tego, kiedy byłam młodsza. ;-)

      Usuń
  8. Piękny fragment o bocianie! :-) Uśmiechałam się, gdy go czytałam. Montgomery pisze o pojawieniu się dzieci na świecie w dość zawoalowany sposób, ale ma to swój urok. W tej serii rzeczywiście jest wielka magia i bardzo się cieszę, że wymyśliłaś to wyzwanie czytelnicze. Inaczej pewnie nie znalazłabym siły i czasu na wszystkie tomy. I tyle bym straciła. Bardzo Ci jeszcze raz dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak miło Cię czytać! :-) Ten bocian naprawdę mnie rozbawił. :D Myślę jednak, że Montgomery musiała zachować się "przyzwoicie" przy pisaniu tej serii. Po pierwsze książki są skierowane teoretycznie do najmłodszych czytelników, a po drugie w tamtych czasach raczej nie pisało się odważnie o pojawianiu się na świecie dzieci. Nie to, co teraz. :-) A co do wyzwania, to gdyby nie Twoja pomoc, sama bym raczej tego nie pociągnęła, więc również Ci serdecznie dziękuję. :-) Jak wpadnę na jakiś pomysł, to dam Ci znać. Może kiedyś znów coś razem wykombinujemy. ;-)

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.