Wydawnictwo: WYDAWNICTWO DOLNOŚLĄSKIE
Wrocław 1988
Tytuł oryginału: Jean Diable
Przekład: Halina Popławska
Ilustracje: Maria Aleksandra Orzechowska
Ilustracje: Maria Aleksandra Orzechowska
„Fascynująca
historia spisku, miłości, zdrady, zagadek i śledztwa, wszystko w czasach Napoleona
uwięzionego na Wyspie Świętej Heleny przez Anglików.” W takich oto słowach
reklamowany jest ten dziewiętnastowieczny kryminał – a właściwie thriller – z
gatunku płaszcza i szpady autorstwa Paula Henriego Corentina Févala (ojca). Czy
zatem tego rodzaju promocja jest słuszna, a historia naprawdę fascynująca? Myślę, że
zależy to w dużej mierze od samego czytelnika.
Oczywiście
słowo „thriller” należy dzisiaj traktować z przymrużeniem oka, ponieważ na
przełomie wieków ten gatunek literacki uległ znacznym modyfikacjom. To, co w
XIX wieku wywoływało u czytelników dreszcze przerażenia, w wieku XXI może
śmieszyć lub budzić zobojętnienie. Myślę jednak, że do klasyków należy wracać i
przypominać ich dzieła, chociażby tylko po to, aby zobaczyć, jak bardzo
tworzenie literatury zmieniło się na przestrzeni lat.
Wydaje
mi się, że Paul Féval (ojciec) nie jest w Polsce tak dobrze znany, jak na
przykład Alexandre Dumas czy Honoré de Balzac. Kim zatem był ten
dziewiętnastowieczny pisarz tworzący przede wszystkim powieści przygodowe? Autor
urodził się 29 września 1816 roku, natomiast zmarł 8 marca roku 1887. Spod jego
pióra wyszły takie powieści, jak: Dziewice nocy albo anioły rodziny, Kawaler
de Lagardère, Łowy królewskie, Pokwitowanie o północy, Syn
szatana, Tajemnice Londynu, Towarzysze milczenia, Żebrak
murzyn, czy rzeczona Synowie markizy de Belcamp.
Paul
Féval uznawany jest za ojca kryminału, natomiast największą sławę przyniosła mu
właśnie powieść Synowie markizy de Belcamp. Ze względu na motywy oraz
charakter postaci książka ta – na tamte czasy – na skalę światową stała się
pierwszym nowoczesnym kryminałem. W tamtym okresie bardzo często zdarzało się,
że wielcy pisarze czy – jakbyśmy powiedzieli dzisiaj – celebryci, popadali w
finansową ruinę. Bankructwo dotknęło również Paula Févala. Fakt ten sprawił, że
Autor nawrócił się na katolicyzm i w związku z tym przestał pisać thrillery
traktujące o przestępczości, a zamiast nich zaczął tworzyć utwory o tematyce
religijnej. Wiele z jego kryminalnych powieści właśnie z tego powodu nie
zostało ukończonych. Można przypuszczać, że po skandalu finansowym, pisanie o
wszelkiego rodzaju przestępstwach w oczach Autora uchodziło za grzech.
Synowie
markizy de Belcamp to najprawdopodobniej pierwszy przykład kryminału, gdzie
detektyw stanowi część policyjnej siły i walczy z niejakim Janem Diabłem, który
z kolei jest mózgiem siatki przestępczej w post-napoleońskiej Europie. Gregory
Temple jest nadinspektorem Scotland Yardu. Kiedy go poznajemy detektyw pracuje
właśnie nad rozwiązaniem sprawy zabójstwa aktorki o nazwisku Konstancja
Bartolozzi. Morderstwo miało miejsce dokładnie w dniu 3 lutego 1817 roku. Intendent
Scotland Yardu stwierdza, że ofiara zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach i za
punkt honoru stawia sobie odnalezienie jej zabójcy.
Głównym
podejrzanym staje się asystent intendenta Scotland Yardu – James Davy. Swego
czasu Gregory Temple szkolił swojego asystenta w kwestii wykrywania przestępstw
pod względem naukowym oraz dążenia do zidentyfikowania faktycznych okoliczności
dokonania zbrodni, co pozwoliłoby na zebranie niezbitych dowodów w sprawie. Teraz,
kiedy James Davy posiada ową wiedzę, może bez przeszkód wykorzystywać ją w celu
zafałszowania niektórych faktów.
![]() |
Karykatura Paula Févala z roku 1862 |
Powieść została napisana w odcinkach 1861 roku. Każdy rozdział
kończy się w taki sposób, aby czytelnika zaskoczyć i wywołać napięcie. Pojawia
się też kilka wątków pozornie nie mających związku z poprzednio poruszanym,
lecz dzieje się tak tylko dlatego, aby czytelników najbardziej wymagających –
mówiąc kolokwialnie – wyprowadzić na manowce. Występuje tutaj szereg postaci
ściśle związanych z detektywem Temple oraz powiązanych ze sobą nawzajem. To
może poważnie zdezorientować czytelnika. Mnie taki zabieg bardzo przeszkadzał
podczas czytania. Dlatego nie jest to książka, przy której możemy się
zrelaksować i „wyłączyć myślenie”.
Synowie markizy de Belcamp to przede wszystkim pasmo
spisków, knowań, tajnych zebrań i niedopowiedzeń. A w tle tego wszystkiego
Napoleon Bonaparte uwięziony na Wyspie Świętej Heleny. Większość bohaterów
działa pod przybranymi nazwiskami, co sprawia, że w pewnym momencie nie wiadomo
już kto jest kim i jaką funkcję pełni w całym tym przedstawieniu.
Niestety w polskim wydaniu brakuje wstępu, który jest obecny w
angielskim przekładzie. Myślę, że takie wyjaśnienie niektórych kwestii już na
początku książki wiele by pomogło w dalszym zrozumieniu fabuły. W wersji
anglojęzycznej można odnaleźć wprowadzenie i posłowie napisane przez Briana
Stableforda, który doskonale wyjaśnia tajemnicę ukrytą w treści książki. Gregory
Temple jest kimś w rodzaju „pierwowzoru detektywa”. Zbiera dowody w sprawie,
analizuje motywy i okoliczności sprzyjające dokonaniu zabójstwa Konstancji Bartolozzi,
a także dokładnie przygląda się alibi poszczególnych podejrzanych. Niestety dla
czytelnika Gregory Temple nie jest głównym bohaterem. Jest nim natomiast Jan
Diabeł, który stanowi postać niezwykle skomplikowaną i czasami trudno jest
ocenić jednoznacznie jego charakter.
Jak
już wcześniej wspomniałam, przy lekturze nie należy się rozpraszać, aby nie
stracić wątku. Jest to książka bardzo wymagająca. Napisana została stylem,
który dzisiaj czytelnikom jest już obcy. Akcja powieści wciąga i biegnie do
przodu, aby za chwilę cofnąć się wstecz. Wszelkiego rodzaju ślady świadczące o
działalności Jana Diabła pojawiają się nagle, ale równie gwałtownie znikają.
Aby móc w pełni zrozumieć fabułę książki, należałoby podczas czytania mieć obok
siebie notes, w którym można by było robić na bieżąco notatki. Szkoda, że
polski wydawca nie pomyślał o dodaniu jakiegoś, choćby nawet krótkiego,
wprowadzenia do lektury. Myślę, że wtedy czytałoby się tę powieść znacznie
lepiej. Byłaby bardziej zrozumiała. Przypuszczam, że stało się tak ze względu
na koszty wydania tej książki. W oryginale jest on podzielona na dwa tomy,
natomiast wersja anglojęzyczna liczy sobie aż 644 strony! Polski wydawca
objętość powieści zredukował do połowy i tak oto wyszła mu opowieść kryminalna
zamieszczona na 320 stronach. Oczywiście nie jest to jakieś streszczenie, bo
wszystkie wydarzenia zostały wiernie przeniesione z oryginału. Wydawnictwo
dosyć drastycznie zmniejszyło czcionkę, co sprawia, że czyta się tę powieść
niekomfortowo. Taki zabieg ze strony wydawcy odbiera czytelnikowi radość
czytania. Choć bardzo lubię powieści z gatunku płaszcza i szpady, to jednak w
tym konkretnym przypadku z utęsknieniem czekałam do końca właśnie ze względu na
tę nieszczęsną czcionkę. Tak więc ze swojej strony, oprócz notesu i czegoś do
pisania, zalecam jeszcze dodatkowo lupę.
I na
koniec jeszcze ciekawostka. Otóż być może wśród czytelników są tacy, którzy nie
pamiętają, że w roku 1995 w Polsce miała miejsce denominacja złotego. Na czym polegał
ten proces? Już wyjaśniam. Dokładnie 1 stycznia 1995 roku rozpoczęła się
reforma, która wprowadzała nową jednostkę pieniężną. Od tego dnia w naszym
kraju funkcjonuje nowa jednostka pieniężna o nazwie „złoty” (PLN), która
zastąpiła tak zwanego „starego złotego” jeszcze z czasów PRL-u (PLZ). W
przeliczeniu obecny 1 nowy złoty odpowiada 10 000 starych złotych, czyli
innymi słowy obcięto wówczas cztery zera. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ
mój egzemplarz Synów markizy de Belcamp kosztował 750 złotych, co w
dzisiejszych czasach jest sprawą trudną do uwierzenia.