Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

czwartek, 8 sierpnia 2013

Paul Féval (ojciec) – „Synowie markizy de Belcamp”












Wydawnictwo: WYDAWNICTWO DOLNOŚLĄSKIE
Wrocław 1988
Tytuł oryginału: Jean Diable
Przekład: Halina Popławska
Ilustracje: Maria Aleksandra Orzechowska



Fascynująca historia spisku, miłości, zdrady, zagadek i śledztwa, wszystko w czasach Napoleona uwięzionego na Wyspie Świętej Heleny przez Anglików.” W takich oto słowach reklamowany jest ten dziewiętnastowieczny kryminał – a właściwie thriller – z gatunku płaszcza i szpady autorstwa Paula Henriego Corentina Févala (ojca). Czy zatem tego rodzaju promocja jest słuszna, a historia naprawdę fascynująca? Myślę, że zależy to w dużej mierze od samego czytelnika.

Oczywiście słowo „thriller” należy dzisiaj traktować z przymrużeniem oka, ponieważ na przełomie wieków ten gatunek literacki uległ znacznym modyfikacjom. To, co w XIX wieku wywoływało u czytelników dreszcze przerażenia, w wieku XXI może śmieszyć lub budzić zobojętnienie. Myślę jednak, że do klasyków należy wracać i przypominać ich dzieła, chociażby tylko po to, aby zobaczyć, jak bardzo tworzenie literatury zmieniło się na przestrzeni lat.

Wydaje mi się, że Paul Féval (ojciec) nie jest w Polsce tak dobrze znany, jak na przykład Alexandre Dumas czy Honoré de Balzac. Kim zatem był ten dziewiętnastowieczny pisarz tworzący przede wszystkim powieści przygodowe? Autor urodził się 29 września 1816 roku, natomiast zmarł 8 marca roku 1887. Spod jego pióra wyszły takie powieści, jak: Dziewice nocy albo anioły rodziny, Kawaler de Lagardère, Łowy królewskie, Pokwitowanie o północy, Syn szatana, Tajemnice Londynu, Towarzysze milczenia, Żebrak murzyn, czy rzeczona Synowie markizy de Belcamp.

Paul Féval uznawany jest za ojca kryminału, natomiast największą sławę przyniosła mu właśnie powieść Synowie markizy de Belcamp. Ze względu na motywy oraz charakter postaci książka ta – na tamte czasy – na skalę światową stała się pierwszym nowoczesnym kryminałem. W tamtym okresie bardzo często zdarzało się, że wielcy pisarze czy – jakbyśmy powiedzieli dzisiaj – celebryci, popadali w finansową ruinę. Bankructwo dotknęło również Paula Févala. Fakt ten sprawił, że Autor nawrócił się na katolicyzm i w związku z tym przestał pisać thrillery traktujące o przestępczości, a zamiast nich zaczął tworzyć utwory o tematyce religijnej. Wiele z jego kryminalnych powieści właśnie z tego powodu nie zostało ukończonych. Można przypuszczać, że po skandalu finansowym, pisanie o wszelkiego rodzaju przestępstwach w oczach Autora uchodziło za grzech.

Synowie markizy de Belcamp to najprawdopodobniej pierwszy przykład kryminału, gdzie detektyw stanowi część policyjnej siły i walczy z niejakim Janem Diabłem, który z kolei jest mózgiem siatki przestępczej w post-napoleońskiej Europie. Gregory Temple jest nadinspektorem Scotland Yardu. Kiedy go poznajemy detektyw pracuje właśnie nad rozwiązaniem sprawy zabójstwa aktorki o nazwisku Konstancja Bartolozzi. Morderstwo miało miejsce dokładnie w dniu 3 lutego 1817 roku. Intendent Scotland Yardu stwierdza, że ofiara zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach i za punkt honoru stawia sobie odnalezienie jej zabójcy.

Głównym podejrzanym staje się asystent intendenta Scotland Yardu – James Davy. Swego czasu Gregory Temple szkolił swojego asystenta w kwestii wykrywania przestępstw pod względem naukowym oraz dążenia do zidentyfikowania faktycznych okoliczności dokonania zbrodni, co pozwoliłoby na zebranie niezbitych dowodów w sprawie. Teraz, kiedy James Davy posiada ową wiedzę, może bez przeszkód wykorzystywać ją w celu zafałszowania niektórych faktów.

Karykatura Paula Févala z roku 1862
Powieść została napisana w odcinkach 1861 roku. Każdy rozdział kończy się w taki sposób, aby czytelnika zaskoczyć i wywołać napięcie. Pojawia się też kilka wątków pozornie nie mających związku z poprzednio poruszanym, lecz dzieje się tak tylko dlatego, aby czytelników najbardziej wymagających – mówiąc kolokwialnie – wyprowadzić na manowce. Występuje tutaj szereg postaci ściśle związanych z detektywem Temple oraz powiązanych ze sobą nawzajem. To może poważnie zdezorientować czytelnika. Mnie taki zabieg bardzo przeszkadzał podczas czytania. Dlatego nie jest to książka, przy której możemy się zrelaksować i „wyłączyć myślenie”.

Synowie markizy de Belcamp to przede wszystkim pasmo spisków, knowań, tajnych zebrań i niedopowiedzeń. A w tle tego wszystkiego Napoleon Bonaparte uwięziony na Wyspie Świętej Heleny. Większość bohaterów działa pod przybranymi nazwiskami, co sprawia, że w pewnym momencie nie wiadomo już kto jest kim i jaką funkcję pełni w całym tym przedstawieniu.

Niestety w polskim wydaniu brakuje wstępu, który jest obecny w angielskim przekładzie. Myślę, że takie wyjaśnienie niektórych kwestii już na początku książki wiele by pomogło w dalszym zrozumieniu fabuły. W wersji anglojęzycznej można odnaleźć wprowadzenie i posłowie napisane przez Briana Stableforda, który doskonale wyjaśnia tajemnicę ukrytą w treści książki. Gregory Temple jest kimś w rodzaju „pierwowzoru detektywa”. Zbiera dowody w sprawie, analizuje motywy i okoliczności sprzyjające dokonaniu zabójstwa Konstancji Bartolozzi, a także dokładnie przygląda się alibi poszczególnych podejrzanych. Niestety dla czytelnika Gregory Temple nie jest głównym bohaterem. Jest nim natomiast Jan Diabeł, który stanowi postać niezwykle skomplikowaną i czasami trudno jest ocenić jednoznacznie jego charakter.

Jak już wcześniej wspomniałam, przy lekturze nie należy się rozpraszać, aby nie stracić wątku. Jest to książka bardzo wymagająca. Napisana została stylem, który dzisiaj czytelnikom jest już obcy. Akcja powieści wciąga i biegnie do przodu, aby za chwilę cofnąć się wstecz. Wszelkiego rodzaju ślady świadczące o działalności Jana Diabła pojawiają się nagle, ale równie gwałtownie znikają. Aby móc w pełni zrozumieć fabułę książki, należałoby podczas czytania mieć obok siebie notes, w którym można by było robić na bieżąco notatki. Szkoda, że polski wydawca nie pomyślał o dodaniu jakiegoś, choćby nawet krótkiego, wprowadzenia do lektury. Myślę, że wtedy czytałoby się tę powieść znacznie lepiej. Byłaby bardziej zrozumiała. Przypuszczam, że stało się tak ze względu na koszty wydania tej książki. W oryginale jest on podzielona na dwa tomy, natomiast wersja anglojęzyczna liczy sobie aż 644 strony! Polski wydawca objętość powieści zredukował do połowy i tak oto wyszła mu opowieść kryminalna zamieszczona na 320 stronach. Oczywiście nie jest to jakieś streszczenie, bo wszystkie wydarzenia zostały wiernie przeniesione z oryginału. Wydawnictwo dosyć drastycznie zmniejszyło czcionkę, co sprawia, że czyta się tę powieść niekomfortowo. Taki zabieg ze strony wydawcy odbiera czytelnikowi radość czytania. Choć bardzo lubię powieści z gatunku płaszcza i szpady, to jednak w tym konkretnym przypadku z utęsknieniem czekałam do końca właśnie ze względu na tę nieszczęsną czcionkę. Tak więc ze swojej strony, oprócz notesu i czegoś do pisania, zalecam jeszcze dodatkowo lupę.

I na koniec jeszcze ciekawostka. Otóż być może wśród czytelników są tacy, którzy nie pamiętają, że w roku 1995 w Polsce miała miejsce denominacja złotego. Na czym polegał ten proces? Już wyjaśniam. Dokładnie 1 stycznia 1995 roku rozpoczęła się reforma, która wprowadzała nową jednostkę pieniężną. Od tego dnia w naszym kraju funkcjonuje nowa jednostka pieniężna o nazwie „złoty” (PLN), która zastąpiła tak zwanego „starego złotego” jeszcze z czasów PRL-u (PLZ). W przeliczeniu obecny 1 nowy złoty odpowiada 10 000 starych złotych, czyli innymi słowy obcięto wówczas cztery zera. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ mój egzemplarz Synów markizy de Belcamp kosztował 750 złotych, co w dzisiejszych czasach jest sprawą trudną do uwierzenia. 







18 komentarzy:

  1. Hihi 750zł. :) Się pamięta jeszcze tamte pieniążki. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam jeszcze gdzieś schowane tamte pieniądze zarówno w banknotach, jak i w monetach. To tak na pamiątkę. ;-) Ale pomyśl, 750 zł za książkę! Toż to majątek jest. :D

      Usuń
    2. Też mam Agnieszko upchnięte gdzieś w słoiczku stare banknoty i monety. Nominały dziś z pewnością ciekawe i wzbudzające zainteresowanie :-)

      Usuń
    3. Nasze pokolenie to jednak ma fajne wspomnienia, prawda? Nasze wspomnienia mają w sobie magię. Ciekawa jestem co będą wspominać kiedyś dzisiejsi nastolatkowie. Pewnie starsze modele iPadów, notebooków, aparatów cyfrowych itp. Jakoś magią mi to nie pachnie. :-(

      Usuń
  2. no wiesz! pamiętamy denominację, ale to miło, że tak mało lat nam dajesz;)
    jakoś nie kojarzę autora ani dzieła...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja piszę do wszystkich czytelników, nie tylko do tych komentujących. Być może mojego bloga odwiedza ktoś anonimowy, kto denominacji nie pamięta, bo miał albo zbyt mało lat, albo jeszcze go na świecie nie było. Za dwa lata będzie 20 lat, jak obcięto te zera. I na przykład taki piętnastolatek może o tym nie wiedzieć, bo nie sądzę, żeby zawracano sobie czymś takim głowę na lekcjach historii. Tak więc, pisząc bloga, myślę o każdym bez wyjątku. ;-) A jeśli chodzi o autora, to też go nie znałam, dopóki nie przeczytałam książki. :-)

      Usuń
  3. Nie słyszałam nigdy o autorze. Jednak dzięki Twoim recenzjom udaje się odnaleźć takie perełki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam wynajdywać takie perełki, ale to pewnie wynika z mojego zamiłowania do historii. Ta książka klimatem przypomina trochę Sherlocka Holmesa, więc myślę, że jak ktoś lubi słynnego detektywa, to polubi też Gregory Temple'a. :-)

      Usuń
  4. Pamiętam czasy denominacji złotego. Do dziś jeszcze moja babcia myli wartość starych pieniędzy z aktualnymi, więc często muszę ją uświadamiać, ile co naprawdę kosztuje..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, że moja babcia też tak miała. Do samej śmierci myliła pieniądze, a ja zawsze zastanawiałam się, jaką kwotę ma na myśli. Starsi ludzie za długo żyli w PRL-u i chyba dlatego tak trudno jest im się przestawić. :-)

      Usuń
  5. Przygarnęłam tę książkę niedawno na wymianie, choć na półce czeka jeszcze jedna powieść tego autora :) Muszę w końcu po nie sięgnąć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To życzę przyjemnej lektury. :-) Ja też chciałabym kiedyś przeczytać coś jeszcze tego autora. Mam nadzieję, że mi się uda. :-)

      Usuń
  6. Rzeczywiście cena robi wrażenie :) Co do książki to najpierw poczułam się zachęcona, a później skutecznie odwiodłaś mnie od lektury. Jakoś nie wyobrażam sobie siedzenia z notesem. Poza tym, nie lubię skracania powieści zwłaszcza na taką skalę.
    P.S Kolejny utwór z klasyki literatury. Uwielbiam to! Aż podświadomie poczułam zapach starej drukarni:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aneczko, ale źle mnie zrozumiałaś. To nie jest skrót. Ja napisałam w recenzji, że polskie wydanie w kwestii fabuły jest kompletne. Chodzi tylko o zredukowanie rozmiaru czcionki, co automatycznie zmniejsza objętość powieści. :-)

      Usuń
    2. Ale czy wtedy nie pogarsza się wygoda czytania?

      Usuń
    3. O tym też napisałam w recenzji. ;-) Owszem czyta się niekomfortowo i bardzo długo jedną stronę. :-)

      Usuń
  7. Pobuszowałam sobie troszkę po Twoim blogu i dotarłam aż tu :) Jak przeczytałam nazwisko autora w spisie, to wydało mi się znajome. I nie pomyliłam się. Kiedyś czytałam Jego "Kawalera de Lagardere" (oj dawno dawno...czasy denominacji pamiętam i nieco wcześniejsze również) i pamiętam, że stawiałam tę książkę na równi z powieściami Aleksandra Dumasa. Chętnie sprawdzę, jakie wrażenie teraz na mnie wywrą :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo mi miło, że buszujesz po moim blogu :-) Faktycznie autor bardzo przypomina Dumas. Niestety, to jest jedyna książką tego pisarza, jaką czytałam do tej pory. Może kiedyś coś jeszcze wyszperam. Dzięki za kolejny tytuł. :-)

    OdpowiedzUsuń