Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

wtorek, 4 sierpnia 2015

63 dni heroicznej walki # 2






















Przede mną leżały gruzy czegoś, co kiedyś
było miastem – 600 lat historii Warszawy…

Tadeusz „Bór” Komorowski





W dniu 2 sierpnia 1944 roku Tadeusz „Bór” Komorowski we wczesnych godzinach porannych otrzymał pierwsze wiadomości z miasta. Generalnie Niemcy byli zaskoczeni powstańczym zrywem Polaków. Już w dniu następnym sztab Komorowskiego był w stanie odtworzyć dość dokładnie obraz sytuacji. Armia Krajowa utrzymywała dwie trzecie miasta. W Śródmieściu Niemcy trzymali się jeszcze w poszczególnych gniazdach oporu, a Powstańcy byli wciąż w natarciu. Rankiem 3 sierpnia Niemcy kontratakowali na Woli, próbując w ten sposób otworzyć sobie drogę przez Warszawę. Oddział czołgów ruszył, pomimo twardego oporu ze strony Powstańców, i znalazł się kilkaset metrów od polskiej kwatery w fabryce Kammlera. Batalion Kedywu, odpowiadając na atak, unieruchomił dwa czołgi. Jeden z nich miał porwaną gąsienicę zaś drugi jedynie dziurę w pancerzu od „filipinek”; poza tym wydawał się w porządku.

Dowódca Kedywu, Jan Mazurkiewicz ps. „Radosław”, zestawił załogi, lecz nawet czołg, który pierwotnie wydawał się zdolny do użytku, miał jakieś uszkodzenie. Na szczęście z pobliskiego domu przyszedł starszy człowiek w kombinezonie zasmarowanym oliwą. Panie – zwrócił się do oficera – ja się na tym coś niecoś znam. Niech mi pan pozwoli dokładnie obejrzeć. Do ostatniej roboty reperowałem ich czołgi, to może teraz uda się pomóc naszemu! Nie było narzędzi z wyjątkiem tych, które znajdowały się w czołgowej skrzynce. Tak więc cała robota musiała odbywać się pod ogniem wroga, ale samego robotnika, jak gdyby w ogóle to nie interesowało. Zakasał rękawy i po prostu pracował, zaś entuzjazm obserwującej ten wyczyn załogi wciąż rósł. Po jakiejś godzinie silnik zaczął pracować. Robotnik słuchał tego dźwięku uchem mistrza, natomiast rękami czarnymi od oleju ocierał pot z twarzy. Twarz miał pomarszczoną, lecz jakby w tym momencie bardziej śmiejącą się każdą zmarszczką. Patrzcie – zwrócił się do Tadeusza Komorowskiego – a com się przez dwa dni naprosił, żeby mnie wzięli. Nie chcieli. Mówili, żem za stary do wojny. No, a teraz? Stary ma swój użytek. Tadeusz „Bór” Komorowski docenił wysiłek i poświęcenie tego człowieka, więc tam, gdzie stali, obok naprawianego czołgu i pod ogniem wroga, nadał mu Srebrny Krzyż Zasługi z Mieczami. Majster Jan Lumieński był mechanikiem warsztatowym, dzięki któremu pierwszy polski czołg pod polską flagą ruszył do akcji, a on sam otrzymał pierwsze odznaczenie nadane w Powstaniu.


Żołnierze Batalionu Zośka. Okolice włazu kanałowego przy ulicy Wareckiej.


Wola była szczególnie trudna do obrony. Sąsiadowała bowiem z ruinami getta i miała odsłoniętych wiele przestrzeni, jak na przykład cmentarze. Na Plac Kercelego wdarło się sześć czołgów niemieckich. Było to bardzo blisko kwatery, gdzie przebywał sztab generała Komorowskiego. W ciężkich walkach polskie oddziały wycofały się z rejonu cmentarzy. To posunięcie sytuowało sztab na linii frontu. Tadeusz „Bór” Komorowski dał rozkaz do wyruszenia na Stare Miasto. Ich nowa kwatera znajdowała się w części szkoły, którą Niemcy zamienili na szpital. Stare Miasto ze swymi ciasnymi ulicami, z gęsto skupionymi starymi kamienicami i kościołami, bronione było przez kilka bastionów: od strony Wisły przez gmach Wytwórni Papierów Wartościowych, przez Ratusz – od strony Śródmieścia, a dalej przez Bank Polski na ulicy Bielańskiej i Pasaż Simonsa.

Pierwszym oficerem, który w nowym miejscu zameldował się u Komorowskiego był pułkownik Karol Jan Ziemski ps. „Wachnowski” (1895-1974). Wtedy Antoni Chruściel ps. „Monter” (1895-1960) wyznaczył go na dowódcę grupy Warszawa-Północ. Zdaniem „Wachnowskiego” sytuacja była niezwykle poważna. Napływ uciekinierów oraz rozbitych oddziałów z Woli powodował duże zamieszanie. W tej sytuacji starano się utrzymać jako taki porządek. Uchodźcy otrzymywali jedzenie i pomoc medyczną, ale coraz bardziej we znaki dawał się brak amunicji. Znacznie zmienił się charakter walk. W zaciętych bojach, w których Niemców wspierało lotnictwo – „Stukasy” – nurkujące bombowce, artyleria i czołgi, przy równoczesnym systematycznym wypalaniu domów, nieprzyjaciel zdołał przebić się z Woli do Ogrodu Saskiego, gdzie połączył się ze swymi oddziałami w okolicy Placu Piłsudskiego. Wyrąbywali oni drogę dynamitem, wyburzając domy i ściany. Okna i otwory w ścianach zamurowano, aby polscy snajperzy nie mogli strzelać z boku. Z kolei całą drogę patrolowały ciężkie czołgi.

Pułkownik Antoni Chruściel (pośrodku w furażerce) wraz z oficerami Biura Informcji
i Propagandy Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej Armii Krajowej (BIP KG ZWZ AK).
Zdjęcie zostało wykonane niedaleko Poczty Głównej przy Placu Napoleona


Kiedy jeszcze Niemcy zdołali uzyskać połączenie z Pragą przez most Kierbedzia, Stare Miasto zostało już całkowicie odcięte. Wtedy „Monter” wysłał Komorowskiemu wiadomość przez Londyn. I wówczas pionierskiego przejścia kanałami dokonała kurierka pułkownika „Montera”, która szła osiemnaście godzin. Charakterystycznym sposobem prowadzenia ulicznych walk była działalność gołębiarzy, czyli innymi słowy strzelców wyborowych. Przekradali się oni na teren wroga, a tam zajmowali miejsca na dachach i poddaszach, aby stamtąd nękać przeciwnika. W zwalczaniu niemieckich gołębiarzy udział brali polscy murarze, którzy doskonale znali konstrukcję domów i dachów. Z kolei Niemcy zaczęli używać „Goliatów”, czyli miniaturowych czołgów wyładowanych materiałem wybuchowym i kierowanych elektrycznie za pomocą kabla. Jeden czołg – przeważnie „Tygrys” – kontrolował trzy-cztery tego typu działania. W momencie, gdy napotykał barykady, „Goliat” wybuchał z przerażającą siłą. Polscy żołnierze bardzo szybko odkryli, że można unieszkodliwić tego robota, gdyż odpowiednio rzucony granat mógł przeciąć kabel, a ładunek wybuchowy stawał się bardzo cenną zdobyczą.

W dniu 11 sierpnia w samo południe Tadeusza Komorowskiego przyciągnął do okna dobiegający z ulicy odgłos jadącego opancerzonego wozu amunicyjnego, któremu towarzyszyła głośna wrzawa. Był to niemiecki wóz z polską flagą. Komorowski pomyślał wówczas z satysfakcją: Złapaliśmy jeszcze jeden czołg. Wszyscy skupili się wokół pojazdu, który sprawnie przejechał przez barykadę przy okrzyku tłumu dzieci i kobiet, a potem zawrócił i stanął w poprzek jezdni. W tej samej chwili generała oślepił niesamowity błysk i słup ognia, spowity zwałami dymu i kurzu. Podmuch był tak potężny, że rzucił go na podłogę przy przeciwległej ścianie. W końcu dym i kurz z wolna zaczynał opadać, odsłaniając straszliwe skutki wybuchu. Po żołnierzach, którzy stanowili jeszcze nie tak dawno załogę wozu nie pozostał już żaden ślad. Dookoła leżały poszarpane ciała kilkudziesięciu osób, a trupy wyrzuciło na dachy pobliskich domów. Okazało się bowiem, że Niemcy wypełnili wóz pancerny materiałem wybuchowym z zapalnikiem czasowym i celowo porzucili go w pobliżu powstańczych stanowisk.

Na zakończenie audycji BBC nadało w języku polskim melodię Czerwony pas, która była hasłem uprzedzającym o zamierzonych kolejnych zrzutach broni. Tak więc o północy nadleciały samoloty, lecz niemieckie reflektory natychmiast zaczęły przebiegać po niebie. Artyleria przeciwlotnicza i ciężkie karabiny maszynowe otworzyły ogień. Piętnaście kobiet-milicjantek zapaliło latarki i uformowało krzyż świetlny. Samoloty zeszły tuż nad domy i zrzuciły kontenery, a głośne krzyki radości witały nadlatujących. Ludzie patrzyli bezsilnie, jak jeden z samolotów zaczął nagle płonąć i w końcu eksplodował nad Wisłą. Na Placu Trzech Krzyży zasobnik wylądował na kopule kościoła świętego Aleksandra, blisko gmachu Banku Gospodarstwa Krajowego, gdzie mieściło się gniazdo niemieckiego oporu. Na dach wdrapało się czterech ludzi, ale seria oddana z karabinu maszynowego dosięgła ich i zmiotła. Z kolei nowi ochotnicy wdrapali się do środka kopuły. Wyrąbali w niej otwór i tą drogą zasobnik dostał się wreszcie w polskie ręce.

Z czterech polskich radiostacji, które znajdowały się na Starym Mieście pozostała czynna tylko jedna, która i tak ciągle się psuła. Zachodziła więc obawa, że i ona może całkiem zamilknąć. Przerwanie łączności radiowej, dzięki której Komorowski miał zapewnioną możliwość dowodzenia, pociągnęłoby za sobą bardzo poważne konsekwencje. Radio nie tylko pomagało wypełniać obowiązki, ale było również polską nadzieją na nawiązanie kontaktu z Sowietami. Tadeusz Komorowski zdecydował się przenieść sztab do Śródmieścia. Wieczorem generał wszedł na piętro, aby po raz ostatni spojrzeć na Starówkę. Przed nim leżało Stare Miasto, albo raczej gruzy tego, co kiedyś było miastem. Szkielety wypalonych domów, kikuty kominów. Sześćset lat historii Warszawy leżało w gruzach. Sztab wyruszył o 23.00. Właz do kanału na Placu Krasińskich, odległy o dwieście metrów od stanowisk wroga, był pod stałym ogniem granatników i ckm-ów. Można się tam było dostać tylko pojedynczo. Gryzący odór przyprawiał o mdłości. Prąd ścieków był tak silny, że stojąc na półokrągłym dnie trudno było utrzymać równowagę. Polacy mieli do przebycia około dwóch kilometrów, co nie powinno trwać dłużej niż sześć godzin.


Żołnierze niemieccy przewożą minę Goliat ulicą Powązkowską na specjalnym wózku.
Sierpień 1944


Po wyjściu z kanału każdy z radością zaciągał się świeżym powietrzem, które w pierwszej chwili wręcz odurzało. Sztab Komorowskiego otoczyli inni polscy żołnierze, którzy zadawali szereg pytań: Czy Bonifraterska ocalała? Czy taki a taki dom na Długiej stoi? Pytania te nikogo nie dziwiły, ponieważ rodziny i domy tych żołnierzy znajdowały się na Starym Mieście. Komorowski odnosił wrażenie, że jest w zupełnie innym mieście. Domy stały tu nienaruszone, a większość miała szyby w oknach. Wydawało się, że Śródmieście przeżywa okres błogiego spokoju. Do sztabu „Montera” można było iść normalnie chodnikiem. „Monter” był jednak bardziej zmartwiony sytuacją wewnętrzną niż położeniem na linii frontu. Niemcy zniszczyli niemalże wszystkie piekarnie. Tak więc zapas chleba mógł w najlepszym wypadku starczyć do ósmego września. Inna żywność też była na wyczerpaniu. Śmiertelność wśród niemowląt i dzieci gwałtownie wzrastała z powodu niedożywienia matek karmiących oraz braku mleka. Z kolei niedobór wody uniemożliwiał gaszenie pożarów i groził wybuchem epidemii. W schronach już zaczęła szerzyć się czerwonka.

Wiadomość o sowieckiej odmowie udzielenia baz lotniczych wielkiej wyprawie amerykańskiej wywołała silne przygnębienie, graniczące z upadkiem ducha Powstania. Wieści zza Wisły nie były pocieszające, ponieważ mówiły o całkowitym spokoju. W polskim sztabie podjęto zatem decyzję, aby uratować obrońców, rannych oraz ludność cywilną, skoro utrzymanie Starówki już nie leżało w granicach naszych możliwości. Wieczorem do sztabu przyszedł „Monter” z opracowanym szczegółowo planem przebicia się załogi Starówki. Wraz z wycofującymi się górą i kanałami oddziałami przeszło do Śródmieścia około pięciuset cywilów oraz ponad stu jeńców niemieckich. Rozpoczęta 1 września o 20.00 ewakuacja zasadniczo trwała do 9.00 rano następnego dnia, lecz ostatni żołnierze straży tylnej zeszli do włazu jeszcze później. W sumie było to tysiące ludzi.

W tym dniu Niemcy, jak zawsze, poprzedzili natarcie bombardowaniem lotniczym, które rozpoczęło się z samego rana. Nie przypuszczali jednak, że polskie pozycje są już bronione. Gdy w południe po czołgach ruszyła do natarcia piechota, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu spostrzegli, że obrońców już nie ma. W ten sposób siły, które miały 19 sierpnia opanować Stare Miasto, dopiero teraz – po czternastu dniach – wkroczyły na opustoszałe pozycje.   


♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦





Krzysztof Kamil Baczyński
Zdjęcie maturalne z 1939 roku.
Krzysztof Kamil Baczyński urodził się 22 stycznia 1921 roku, a zginął w Powstaniu Warszawskim w dniu 4 sierpnia 1944 roku. Od 1933 roku był uczniem Państwowego Gimnazjum im. Stefana Batorego, gdzie w 1939 roku uzyskał świadectwo dojrzałości. Należał do półlegalnej Organizacji Młodzieży Socjalistycznej „Spartakus”, a od 1937 roku był w komitecie wykonawczym tejże organizacji, z kolei od 1938 roku był współredaktorem jej pisma zatytułowanego Strzały. Podczas niemieckiej okupacji mieszkał w Warszawie. Przez bardzo krótki czas uczęszczał do Miejskiej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Malarskich im. C.K. Norwida. Od 1940 roku publikował konspiracyjne tomiki wierszy, między innymi ukrywając się pod pseudonimem Jan Bugaj. Anonimowo publikował także w podziemnych antologiach i czasopismach, takich jak: Dzień Warszawski czy Miesięcznik Literacki. Jako poeta współpracował z referatem literackim Podwydziału Propagandy Mobilizacyjnej „Rój” Biura Informacji i Propagandy Armii Krajowej. Był też członkiem komitetu redakcyjnego wydawanego pomiędzy grudniem 1943 roku a kwietniem roku 1944 miesięcznika literacko-społecznego zatytułowanego Droga. Miesięcznik tworzony był przez grupę młodzieży akademickiej. 

Krzysztof Kamil Baczyński był także członkiem socjalistycznej organizacji Płomienie. Otrzymywał stypendia pochodzące z konspiracyjnych funduszów literackich, zaś latem 1943 roku wstąpił do Harcerskich Grup Szturmowych AK. Ukończył również turnus Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty „Agricola”, otrzymując stopień starszego strzelca podchorążego rezerwy piechoty. Od roku 1943 należał do sekcyjnego 2. plutonu „Alek” 2. kompanii „Rudy” batalionu „Zośka”, natomiast od lipca tegoż roku był zastępcą dowódcy 3. plutonu 3. kompanii batalionu „Parasol”. W chwili wybuchu Powstania Warszawskiego Baczyński nie zdołał dotrzeć do swojego plutonu. Walczył w okolicy Placu Teatralnego, gdzie poległ. Było to w godzinach popołudniowych, najprawdopodobniej około godziny 16.00. Został śmiertelnie raniony przez niemieckiego strzelca wyborowego, który prawdopodobnie ulokowany był w gmachu Teatru Wielkiego. W Powstaniu Warszawskim w dniu 1 września 1944 roku zginęła również żona Baczyńskiego – Barbara Drapczyńska. Poeta pośmiertnie został odznaczony Medalem za Warszawę 1939-1945, a było to w 1947 roku. Odznaczono go także Krzyżem Armii Krajowej. Krzysztof Kamil Baczyński pierwotnie został pochowany na tyłach Pałacu Blanka. Po wojnie jego ciało przeniesiono na Cmentarz Wojskowy na Powązkach.


Plac Teatralny około 1925 roku. 


Twórczość Krzysztofa Kamila Baczyńskiego charakteryzuje się dużą dynamiką zmian. Obserwuje się w niej ewolucyjną postawę wobec rzeczywistości, która pociągała za sobą zmianę w repertuarze środków artystycznych. Baczyński zaczął pisać już jako uczeń gimnazjum, zaś do 1941 roku trwał jego wczesny etap twórczości. Wtedy poeta tworzył głównie pod inspiracją Jerzego Kamila Weintrauba (1916-1943), utworów Józefa Czechowicza (1903-1939) oraz wileńskich Żagarystów, a szczególnie Jerzego Zagórskiego (1907-1984) i Aleksandra Rymkiewicza (1913-1983). Na pierwszy plan oprócz typowej dla katastrofistów scenerii kosmicznej, wysuwa się w twórczości Baczyńskiego kontrast pomiędzy sielankowym obrazem z lat dzieciństwa, czyli utraconą arkadią spokoju i piękna, a katastrofą, która sprawiła, że świat obrócił się w niwecz. Niemniej, w przeciwieństwie do poetów, którzy stanowili dla niego inspirację, Baczyński był poetą spełnionej Apokalipsy.

Barbara Drapczyńska-Baczyńska
(1922-1944)
Jesienią 1941 roku w twórczości Krzysztofa Kamila Baczyńskiego zaobserwować można było swego rodzaju przemianę. Wtedy poeta doznał tak zwanego „porażenia okupacyjnego”, zaś w jego wierszach nastąpił powrót do tradycji romantycznej. Zaznaczył się także konflikt dwóch tendencji artystycznych, czyli liryki „czystej”, która charakteryzowała się daniem pierwszeństwa grze wyobraźni, oraz liryki zaangażowanej, zajmującej aktywną postawę względem aktualnych wydarzeń. Druga z tych tendencji zyskała w utworach Baczyńskiego przewagę i na czoło wysunęła rolę samego poety jako natchnionego wieszcza i tego, który budzi ludzkie sumienia. Wymowa jego wierszy pozostaje jednak wieloznaczna i płynna. Jej język jest dość mocno zmetaforyzowany, jak również pojawiają się w niej liczne słowa-klucze, symbole, czy zaskakujące połączenia motywów. Poza tym wciąż przeplatają się dwa style: wizjonersko-symboliczny, jak również intelektualno-dyskursywny.

Krzysztof Kamil Baczyński już za życia cieszył się sporym uznaniem, szczególnie wśród starszych twórców. Z kolei niezbyt przychylnie odnosili się do jego wierszy jego rówieśnicy, którzy skupieni byli wokół prawicowego pisma Sztuka i Naród. Powojenna recepcja jego poezji nierozerwalnie związała się z legendą biograficzną, na podstawie której Krzysztof Kamil Baczyński był klasycznym przedstawicielem pokolenia Kolumbów. Pomimo nielicznych krytycznych głosów, jego wiersze wciąż cieszą się ogromną popularnością wśród czytelników. Szacunek budzą również u badaczy literatury, natomiast sam Baczyński uważany jest za najwybitniejszego twórcę wojennego pokolenia.


    
     Pokolenie


         Wiatr drzewa spienia. Ziemia dojrzała.
         Kłosy brzuch ciężki w górę uniosą
         i tylko chmury - palcom czy włosom
         podobne - suną drapieżnie w mrok.

         Ziemia owoców pełna po brzegi
         kipi sytością jak wielka misa.
         Tylko ze świerków na polu zwisa
         Głowa obcięta strasząc jak krzyk.

         Kwiaty to krople miodu - tryskają
         ściśnięte ziemią, co tak nabrzmiała,
         pod tym jak korzeń skręcone ciała,
         żywcem wtłoczone pod ciemny strop.

         Ogromne nieba suną z warkotem.
         Ludzie w snach ciężkich jak w klatkach krzyczą.
         Usta ściśnięte mamy, twarz wilczą,
         czuwając w dzień, słuchając w noc.

         Pod ziemią drążą strumyki - słychać -
         krew tak nabiera w żyłach milczenia,
         ciągną korzenie krew, z liści pada
         rosa czerwona. I przestrzeń wzdycha.

         Nas nauczono. Nie ma litości.
         Po nocach śni się brat, który zginął,
         Któremu oczy żywcem wykłuto,
         Któremu kości kijem złamano;
         I drąży ciężko bolesne dłuto,
         Nadyma oczy jak bąble - krew.

         Nas nauczono. Nie ma sumienia.
         W jamach żyjemy strachem zaryci,
         w grozie drążymy mroczne miłości,
         Własne posągi - źli troglodyci.

         Nas nauczono. Nie ma miłości.
         Jakże nam jeszcze uciekać w mrok
         przed żaglem nozdrzy węszących nas,
         przed siecią wzdętą kijów i rąk,
         kiedy nie wrócą matki ni dzieci
         w pustego serca rozpruty strąk.

         Nas nauczono. Trzeba zapomnieć,
         Żeby nie umrzeć rojąc to wszystko.
         Wstajemy nocą. Ciemno jest, ślisko.
         Szukamy serca - bierzemy w rękę,
         nasłuchujemy: wygaśnie męka,
         ale zostanie kamień - tak - głaz.,

         I tak staniemy na wozach, czołgach,
         na samolotach, na rumowisku,
         gdzie po nas wąż się ciszy przeczołga,
         gdzie zimny potop omyje nas,
         nie wiedząc: stoi czy płynie czas.
         Jak obce miasta z głębin kopane,
         popielejące ludzkie pokłady
         na wznak leżące, stojące wzwyż,
         nie wiedząc, czy my karty iliady
         rzeźbione ogniem w błyszczącym złocie,
         czy nam postawią, z litości chociaż,
         nad grobem krzyż.



Krzysztof Kamil Baczyński
22 lipiec, 1943





__________________________________

Tekst dotyczący Powstania Warszawskiego powstał w oparciu o następującą publikację:






Wydawnictwo: BELLONA
Warszawa 2009






Generał dywizji Tadeusz „Bór” Komorowski był dowódcą Armii Krajowej od lipca 1943 roku aż do chwili upadku Powstania Warszawskiego, jeńcem oflagów niemieckich od października 1944 do 5 maja 1945 roku. Uwolniony przez aliantów z obozu w Markt Pongau w Tyrolu udał się do Londynu. Tam podjął obowiązki Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych. Po rozwiązaniu przez Anglików regularnych formacji Wojska Polskiego na Zachodzie stanął na czele Rządu RP na uchodźstwie jako premier i funkcję tę pełnił od 21 lipca 1947 roku do 7 kwietnia 1949 roku. Niniejsza książka została napisana w roku 1945 i była przeznaczona dla czytelników obcych, których zapoznać miała z dziejami polskiego podziemia i udziałem Polski we wspólnym wysiłku wojennym Sprzymierzonych. W wydaniu polskim autor poprawił wiele nieścisłości, uzupełnił informacje, korzystając z materiałów Studium Polski Podziemnej, a zwłaszcza opracowań, które stały się podstawą dzieła zbiorowego „Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej”.








4 komentarze:

  1. Poruszający tekst. Jakże przejmujące jest porównanie emocji tego mechanika z początku tekstu, który robił wszystko, by pomóc, z emocjami Tadeusza Bór-Komorowskiego, który patrzył na Starówkę. To robi wrażenie nawet po wielu latach, szczególnie, gdy śledzi się te nierówne zmagania z wrogiem oczami jednego z dowódców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te moje teksty o Powstaniu to tylko namiastka tego, co działo się naprawdę. Polecam Ci np. "Wspomnienia żołnierzy z batalionu Zośka". Czytałam kilka lat temu i myślałam, że nie skończę tak bardzo jest to wzruszające. Mnie bardzo boli to, że Polacy, szczególnie młodzi Polacy, uciekają od tego typu literatury. Wolą czytać jakieś tandetne romanse, zamiast książki naprawdę wartościowe.

      Usuń
  2. Kawałek historii opisany bardzo przyjemnym językiem. Polecam wszystkim zapoznanie się z tekstem zarówno historycznym laikom, jak i osobom interesującym się historią. Oby więcej takich tekstów!

    Pozdrawiam,
    /Ironiczny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję serdecznie! W sierpniu będzie jeszcze jedna część o Powstaniu, więc już dziś zapraszam do czytania.

      Również pozdrawiam.

      Usuń