Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

sobota, 1 sierpnia 2015

63 dni heroicznej walki # 1



















Stacja radiowa milczała jak zaklęta. Świat nie wiedział
o wybuchu Powstania – depesze leżały…

Tadeusz „Bór” Komorowski


Polacy! Czas wyzwolenia jest bliski. Niech każdy polski dom stanie się ośrodkiem oporu w walce z najeźdźcą. Nie ma chwili do stracenia.” Słowa te były treścią apelu nadanego przez Rosjan drogą radiową pod koniec lipca 1944 roku. Był to bezpośredni apel wzywający do natychmiastowej akcji zbrojnej podpisany przez Wiaczesława Mołotowa (1890-1986) i Edwarda Osóbkę-Morawskiego (1909-1997), który przez władze w Moskwie został mianowany przewodniczącym Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. W dniu 30 lipca 1944 roku jeden z polskich wywiadowców natknął się pod Radością – miejscowością leżącą szesnaście kilometrów od Warszawy – na kolumnę rosyjskich czołgów, która z całą pewnością była oddziałem rozpoznawczym. Polski oficer rozmawiał z żołnierzami, którzy byli nastawieni niezwykle optymistycznie i przekonani, że Armia Czerwona zajmie Warszawę w ciągu najbliższych dni. Polskie placówki wywiadowcze ze wschodnich przedmieść wciąż meldowały o ukazywaniu się patroli sowieckich w pobliżu, a nawet na samych krańcach warszawskiej dzielnicy Praga. Z kolei w Legionowie Niemców ogarnęła istna panika, co skutkowało tym, że garnizon opuścił koszary. Tak więc w biały dzień silna grupa żołnierzy Armii Krajowej pomaszerowała do opustoszałych budynków i zaopatrzyła się w broń porzuconą uprzednio przez wroga. Nazajutrz, czyli 31 lipca 1944 roku, komunikat sowiecki głosił, iż pojmano dowódcę niemieckiej 73. Dywizji Piechoty, która broniła Pragi. W tym samym czasie nadeszła wiadomość, że premier Stanisław Mikołajczyk (1901-1966) poleciał z Londynu do Moskwy. W tej sytuacji wydawało się, że już nic lepszego nie może się wydarzyć.

Tadeusz „Bór” Komorowski
Moim zdaniem był to czas właściwy 
do rozpoczęcia akcji.
Ponieważ rząd sowiecki zerwał stosunki dyplomatyczne z polskim rządem w kwietniu 1943 roku, Polacy nie mogli ani ich odnowić, ani też koordynować własnych działań z akcjami Armii Czerwonej. W związku z tym wierzono, że premier polskiego rządu na pewno będzie w stanie podjąć współpracę wojskową pomiędzy Armią Czerwoną a Armią Krajową, natomiast polska akcja zbrojna w Warszawie mogła tylko w tym pomóc i odnowić stosunki dyplomatyczne między obydwoma rządami. Tego samego popołudnia polska strona została powiadomiona o tym, że właśnie rozpoczęło się okrążenie Warszawy przez Armię Czerwoną od strony północnej. Przez miasto przeszła dywizja „Hermann Goering”. Była ona przeniesiona z Włoch, aby wspomóc wojska na Pradze, niemniej główne siły jeszcze nie przeszły przez Warszawę.

Tadeusz „Bór” Komorowski (1895-1966) natychmiast wezwał do siebie delegata rządu na kraj – wicepremiera Jana Stanisława Jankowskiego (1882-1953) – i krótko przedstawił mu sytuację panującą na froncie niemiecko-sowieckim. Akcja Armii Krajowej w Warszawie mogła obrócić niemiecką porażkę w zupełną klęskę. Przypuszczano, że walka umożliwi Niemcom wprowadzenie posiłków na przedmieście Warszawy i tym samym odetnie im drogi zaopatrzenia ich wojsk. Zdaniem Tadeusza Komorowskiego czas był jak najbardziej odpowiedni do tego, aby rozpocząć akcję zbrojną. Wicepremier Jankowski wysłuchał Komorowskiego bardzo uważnie i zadał kilka dodatkowych pytań członkom jego sztabu. W końcu Jankowski powiedział do Komorowskiego: „Dobrze, niech pan zaczyna.” W tym momencie Tadeusz „Bór” Komorowski zwrócił się do pułkownika Antoniego Chruściela (1895-1960) ps. „Monter”, który był dowódcą Armii Krajowej w Warszawie tymi oto słowami: „Jutro o piątej po południu rozpocznie pan działania.” Godzinę piątą jako „Godzinę Zero” Komorowski wyznaczył po długim namyśle. O tej porze ruch uliczny był największy, ponieważ ludzie wracali z pracy do domów. „Bór” uważał bowiem, że wtedy najłatwiej będzie zharmonizować ruch wielu tysięcy żołnierzy spieszących na miejsce zbiórki z falą ludzi wracających z pracy. Z drugiej strony jednak, zaczynając o 17.00, oddziały AK miały kilka godzin, aby jeszcze za dnia móc opanować większość wyznaczonych celów.

Tadeusz „Bór” Komorowski wcześnie rano udał się na spotkanie ze sztabem. Na ulicach widział młodych mężczyzn, z których wielu miało buty żołnierskie i niosło plecaki. Prawie każdy z nich miał przy sobie jakąś torbę lub tekę, a niektórzy nieśli paczki. Kieszenie ich płaszczy były wybrzuszone. Wszystko to budziło u Komorowskiego niepokój. Idąc do sztabu, co kilka kroków spotykał niemieckie patrole, zaś wozy pancerne złowrogo wyzierały z zajętych pozycji. Żołnierze AK wciąż jeszcze byli zwykłymi przechodniami, zmieszanymi z tłumem, pojedynczo lub w niewielkich grupkach wchodzili do wyznaczonych domów. Budynki wybrano bardzo starannie zgodnie z przyjętym planem. Były to głównie domy narożne znajdujące się przy najważniejszych skrzyżowaniach ulic albo stojące naprzeciw stacji kolejowych, koszar niemieckich, składów, urzędów czy też budynków użyteczności publicznej. Jednym słowem, znajdowały się w pobliżu takich punktów, które miały być zaatakowane w pierwszej kolejności. Ci, którzy wchodzili do wyznaczonych mieszkań, wręczali rozkazy rekwizycyjne podpisane przez podziemne władze wojskowe. Mieszkańcy w większości byli tym faktem podnieceni i czynili, co tylko mogli, aby pomóc w przygotowaniach koniecznych do podjęcia walki.

Zbiórka jednego z oddziałów powstańczych
w dniu 1 sierpnia 1944 roku o Godzinie „W
Po zamknięciu wejścia do budynku i zabarykadowaniu go od środka, żołnierze AK zajmowali swoje stanowiska przy oknach, na dachach i przy kominach. W tym momencie posterunek znajdujący się na podwórzu nikomu nie pozwalał już wychodzić na ulicę, gdyż obawiano się, że wiadomości dotyczące przygotowań do akcji wydostaną się na zewnątrz i w konsekwencji dotrą do uszu wroga. Tak więc żołnierze AK nałożyli biało-czerwone opaski, które stanowiły pierwszą wyraźną oznakę potwierdzającą fakt, iż są oni żołnierzami polskiej armii. Przecież pięć długich lat czekali na tę chwilę!

Tadeusz „Bór” Komorowski udał się do kwatery sztabu mieszczącej się w fabryce Kammlera na Woli. Było to na kilka minut przez czwartą po południu. Jeszcze wtedy nie działo się nic szczególnego. Po ulicach nadal jeździły niemieckie ciężarówki, a kobiety jak zwykle robiły zakupy. Komorowski do środka fabryki został wpuszczony przy zachowaniu wszelkich możliwych środków ostrożności. Pluton ochronny, którego dowódcą był Jerzy Kammler ps. „Stolarz” (1902-1944) stał już w pogotowiu. Składał się on z pracowników fabryki. Porucznik meldował gotowość swoich trzydziestu trzech ludzi. Mieli piętnaście karabinów, może czterdzieści granatów i sześć „filipinek”, które posiadały naprawdę wielką siłę wybuchu, a były wytwarzane przez polskie tajne zbrojownie.

Komorowski poszedł na piętro, gdzie zastał delegata rządu, przewodniczącego Rady Jedności Narodowej i oficerów sztabu. W tym samym czasie można już było usłyszeć strzały, a po nich ogień maszynowy z pobliskiego bunkra. Gdy powróciła cisza, Jerzy Kammler zameldował, że to Niemcy przyjechali do fabryki po mundury i pech chciał, że podoficer skierował się ku głównemu wejściu. Otworzył drzwi, a kiedy ujrzał uzbrojonego Polaka, natychmiast chwycił za broń. I to go zgubiło. Został trafiony, zanim zdołał się złożyć do strzału. Ponieważ sztab został odkryty, trzeba było zabarykadować bramy i ewentualnie bronić się do momentu, gdy nadejdzie czas walki generalnej. Niemiecka policja, którą przyciągnęły strzały, zaatakowała fabrykę huraganowym ogniem z odległości zaledwie piętnastu metrów. Któryś z Powstańców uciszył ich „filipinką”. Niemcy usiłowali nawet dostać Polaków przez dach, lecz odparto ten atak, choć nie bez trudu.

Biuletyn Informacyjny
z dnia 2 sierpnia 1944 roku.
O 17.00 ulice aż błysnęły. To wtedy otwarły się jednocześnie tysiące okien, a ze wszystkich stron posypał się na Niemców grad kul. Z każdej bramy do ataku ruszyli nasi chłopcy. W ciągu najbliższych piętnastu minut milionową Warszawę objęła walka. W tym czasie porucznik Jerzy Kammler zameldował, iż Niemcy zachodzą nas od strony getta. Polskie siły były zbyt małe, aby móc się skutecznie przeciwstawić. Niemcy słysząc odgłosy walki z różnych stron miasta, zawiesili akcję, lecz odsieczy nie było widać. Batalion Szturmowy Kedywu, który został wyznaczony do zajęcia tej części Warszawy nie był w stanie wykonać zadania, dopóki Polacy byli blokowani takimi siłami.

Ku zdziwieniu Tadeusza Komorowskiego po godzinie 19.00 zameldowało się u niego dwóch żołnierzy z Kedywu, raportując, iż są oni strażą przednią. Ujrzawszy siłę otaczających ich Niemców, zdecydowali się podjąć marsz przez strychy domów. Przebijanie ścian oraz marsz przez dachy zajęło im ponad dwie godziny. Pół godziny później większość batalionu była już w fabryce. Niemcy znaleźni się w defensywie, zaś polskie oddziały rozpoczęły dynamiczny atak. Zanim zapadł zmrok, polski posterunek na dachu ujrzał powiewający na jednym z budynków narodowy sztandar. Wtedy też jakiś podniecony tym faktem obserwator znajdujący się koło komina wykrzyknął, pokazując na centrum miasta: „Flaga, panie generale. Nasza flaga!” Widok flagi narodowej, która dumnie i po raz pierwszy od pięciu lat powiewała nad Warszawą robił naprawdę niezapomniane wrażenie. Po chwili dostrzeżono kolejne. Z położenia budynków zorientowano się, że to zapewne „Prudential” i Pocztowa Kasa Oszczędności mieszcząca się na Placu Napoleona. To był pierwszy meldunek o sytuacji, jaki otrzymał Tadeusz „Bór” Komorowski. Wszystkie te flagi, jak gdyby przekazywały informacje od jednego oddziału do pozostałych walczących oddziałów. Komorowski myślał wówczas: „Dymy i flagi nie mogły ujść uwadze przednich straży sowieckich na przedpolu Warszawy.” Odgłos toczących się walk dobiegał nieustannie z tamtej strony…

Tadeusz „Bór” Komorowski zszedł na dół, aby przygotować dwie depesze do Londynu. Pierwsza brzmiała: „Naczelny Wódz: podjęliśmy walkę o godz. 17 dnia 1 VIII o Warszawę. Dajcie pilnie amunicję i broń przeciwpancerną na światła „Kostek”, a też na place wprost na miasto: Filtry, Kercelego, Ogród Saski, Aleje Wojska, Puławska, Belwederska – Dowódca Armii Krajowej.” Z kolei druga depesza była następującej treści: „Premier i Naczelny Wódz, wobec rozpoczęcia walk o opanowanie Warszawy, prosimy o spowodowanie pomocy sowieckiej przez natychmiastowe uderzenie z zewnątrz – Delegat Rządu i Wicepremier, Dowódca Armii Krajowej.” Komorowski sformułował też następujący rozkaz: „Żołnierze Stolicy! Wydałem dziś upragniony przez was rozkaz do jawnej walki z odwiecznym wrogiem Polski, najeźdźcą niemieckim. Po pięciu blisko latach nieprzerwanej i twardej walki prowadzonej w podziemiach konspiracji, stajecie dziś z bronią w ręku, by Ojczyźnie przywrócić Wolność i wymierzyć zbrodniarzom niemieckim przykładną karę za terror i zbrodnie dokonane na ziemiach polskich. Bór, Dowódca Armii Krajowej.”

Generał Tadeusz „Bór” Komorowski (drugi z lewej) i pułkownik Jan Mazurkiewicz
ps. „Radosław” (następny) na odprawie nieopodal fabryki Kammlera 
przy ulicy Dzielnej na Woli. 

Stacja radiowa, pomimo nalegań ze strony polskiej, milczała niczym zaklęta. Technicy bezustannie pracowali nad usunięciem uszkodzeń, lecz depesze wciąż musiały czekać. Tak więc zewnętrzny świat nadal nie miał pojęcia o wybuchu Powstania. O tym fakcie dowiedział się dopiero następnego dnia. Dwóch ludzi udało się po części do radia, lecz nie wrócili do rana. Okazało się bowiem, że obaj zginęli w drodze. O świcie zgłosił się kolejny ochotnik. Na szczęście tym razem praktycznie w ciągu pół godziny żołnierz wrócił, przynosząc ze sobą niezbędne części, toteż przed świtem w dniu 2 sierpnia udało się wysłać do Londynu pierwsze wiadomości.




__________________________________

Tekst powstał w oparciu o następującą publikację:






Wydawnictwo: BELLONA
Warszawa 2009





Generał dywizji Tadeusz „Bór” Komorowski był dowódcą Armii Krajowej od lipca 1943 roku aż do chwili upadku Powstania Warszawskiego, jeńcem oflagów niemieckich od października 1944 do 5 maja 1945 roku. Uwolniony przez aliantów z obozu w Markt Pongau w Tyrolu udał się do Londynu. Tam podjął obowiązki Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych. Po rozwiązaniu przez Anglików regularnych formacji Wojska Polskiego na Zachodzie stanął na czele Rządu RP na uchodźstwie jako premier i funkcję tę pełnił od 21 lipca 1947 roku do 7 kwietnia 1949 roku. Niniejsza książka została napisana w roku 1945 i była przeznaczona dla czytelników obcych, których zapoznać miała z dziejami polskiego podziemia i udziałem Polski we wspólnym wysiłku wojennym Sprzymierzonych. W wydaniu polskim autor poprawił wiele nieścisłości, uzupełnił informacje, korzystając z materiałów Studium Polski Podziemnej, a zwłaszcza z opracowań, które stały się podstawą dzieła zbiorowego „Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej”.








4 komentarze:

  1. Dziękuję Ci kochana za ten wpis - czegoś takiego brakowało. Dobrze napisany, rzetelny tekst, szacunek :)

    Pozdrawiam.

    http://zakurzone-stronice.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja również dziękuję. W sierpniu będą jeszcze dwie części opowiadające o powstaniu aż do dnia jego upadku. Tak więc już dziś zapraszam do czytania.

      Usuń