Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

sobota, 10 sierpnia 2013

Philippa Carr – „Nić babiego lata” #18









Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 1999
Tytuł oryginału: The Gossamer Cord
Przekład: Marta Kruk



Nie od dziś wiadomo, że czytanie na wyrywki wielotomowych sag rodzinnych czy wszelkiego rodzaju serii książkowych nie wychodzi na dobre. Jeśli chcemy zachować chronologiczny zapis wydarzeń (a takowy preferuję), to najlepiej zacząć od początku. Niestety z różnych powodów jest to niemożliwe. Czasami winien jest sam czytelnik, ale są też przypadki, kiedy wina leży po stronie wydawcy.

Niedawno pisałam o siedemnastym tomie rodzinnej sagi autorstwa Eleonor Hibbert. Była to powieść pod tytułem Czas na milczenie.  Sagę tę Autorka napisała jako Philippa Carr, a całość nosi tytuł Córki Anglii. Tak więc dzisiaj czas na tom osiemnasty.

Poprzednią część Philippa Carr zakończyła tuż po zakończeniu I wojny światowej. Rodzina Lucindy Greenham przeżywała wówczas chwile prawdziwego szczęścia, bo oto wszyscy ukochani mężczyźni cali i zdrowi wrócili z frontu do domu, gdzie w ogromnym napięciu wyczekiwani byli przez ukochane kobiety. Oczywiście niektórym z nich przydarzyły się mniejsze lub większe rany, ale generalnie wszystko zakończyło się dobrze. A przynajmniej wszystko ułożyło się pomyślnie na tym polu. Bo przecież były też inne sprawy, które zarówno rodzinie Greenhamów, jak i Denverów spędzały sen z powiek. Można przypuszczać, że tak już będzie zawsze, ponieważ w życiu bohaterów zaistniały wydarzenia, które nie przestaną rzutować na ich dalsze losy.

Od zakończenia I wojny światowej mija prawie dwadzieścia lat. Lucinda Greenham nie jest już tamtą młodziutką panienką, która wykazała się ogromną odwagą i uporem, zabierając do Anglii osierocone niemowlę. Dziś jest stateczną kobietą. Ma męża i trójkę dzieci. Dwoje z nich to bliźniaczki o operowych imionach – Violetta i Dorabella. Z kolei młodszy syn imię odziedziczył po ojcu, zgodnie z zasadami panującymi w arystokratycznych rodzinach. Przypomnijmy, że małżeństwo Lucindy było aranżowane już od najmłodszych lat jej życia. Czy zatem jest teraz żoną Roberta Denvera? A może w plany obydwu rodzin wtrącił się los i Lucie wyszła za mąż za kogoś zupełnie innego? W końcu serce nie sługa.

Faktem natomiast jest, iż ocalony w niemowlęctwie Edward, dzisiaj jest już dwudziestoczteroletnim mężczyzną. Lucindę traktuje jak własną matkę. Jest także bardzo zżyty z jej rodziną. Edward robi wszystko, aby zostać prawnikiem. Nie wiadomo dlaczego ciągnie go w stronę Niemiec. Oczywiście nie sympatyzuje ze zwolennikami Adolfa Hitlera, którzy wyrastają jak grzyby po deszczu. Wręcz przeciwnie. Nie podoba mu się jego polityka, ale jako obywatel brytyjski niewiele może w tej kwestii zrobić. Bardzo przyjaźni się z pewnym Niemcem. Ta przyjaźń jest tak silna, że mężczyzna któregoś dnia zaprasza do Anglii Kurta Brandta, który robi bardzo dobre wrażenie na jego rodzinie. Od tego momentu nie tylko Edward czuje do Brandta sympatię, ale także Lucinda i jej bliscy. Ostatecznie dochodzi nawet do rewizyty w Niemczech. Dopiero wtedy prawda wychodzi na jaw. Okazuje się bowiem, że Brandtowie to Żydzi, a przecież wiadomo jak wygląda polityka Hitlera wobec tego narodu. Podczas wizyty Violetty i Dorabelli w Niemczech dochodzi do dramatycznego incydentu, którego ofiarą pada właśnie rodzina Brandtów. Prześladowania niemieckich Żydów zakrojone są już na dość dużą skalę. Hitler nie chce ich w swoim kraju. Ba! On wręcz nie chce, aby ta nacja chodziła po świecie! Pogardza nimi. Do ich tępienia wykorzystuje swoich zwolenników, którzy świetnie sobie radzą w tej kwestii. Ci, którzy do tej pory uchodzili za przyjaciół, teraz stają się wrogami gotowymi na wszystko.

W Niemczech oprócz wspomnianego powyżej incydentu, mają miejsce również przyjemne chwile. Pewnego dnia Violetta i Dorabella poznają niezwykle przystojnego młodego mężczyznę. Okazuje się, że pochodzi on z Kornwalii, gdzie jego rodzina dysponuje ogromną posiadłością z tradycjami. Dermont Tregarland zakochuje się z wzajemnością w Dorabelli od pierwszego wejrzenia. Violetta, jako ta mniej urodziwa i bardziej rozsądna, nie ma nic przeciwko temu, choć nie może powiedzieć, że nie targają nią obawy przed dalszym losem ukochanej siostry. Zna Dorabellę bardzo dobrze. Są jak gdyby jednym ciałem, jak to zazwyczaj bywa w przypadku bliźniąt. Violetta doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że po ślubie będzie musiała rozstać się z siostrą. Ta druga też nie jest zachwycona tym faktem, jednak nic nie można już na to poradzić. Sprawa wydaje się być przesądzona.

[…] Dorabella to moja bliźniacza siostra. Łączyła nas charakterystyczna dla takiego pokrewieństwa więź. Może nie byłyśmy identyczne, ale bardzo podobne. Mama mówiła, że we wczesnym dzieciństwie trudno było nas odróżnić. Ale teraz kiedy miałyśmy po szesnaście lat, podobieństwo zmalało. Prawdziwa różnica tkwiła jednak w charakterze.

Dorabella była dość lekkomyślna, impulsywna, podczas gdy ja lubiłam dobrze się zastanowić, zanim podjęłam jakieś działanie. Siostrę cechowała delikatność, ja byłam raczej czupurna i uparta. Jej bezradność przyciągała wielu mężczyzn, którzy zawsze byli gotowi zaopiekować się nią. Ja natomiast musiałam radzić sobie sama […]*

W końcu nadchodzi dzień wyczekiwanego ślubu, który staje się początkiem poważnych problemów, niewyjaśnionych tajemnic i konfliktów, które tak naprawdę trwają od pokoleń, a w które uwikłana jest nowa rodzina Dorabelli. Okazuje się bowiem, że nad rodziną Tregarlandów ciąży pewna klątwa sprzed lat. Czy to, o czym wszyscy szepczą dookoła jest prawdą? Czy Dorabella również padnie ofiarą owej klątwy? Jak zachowa się w tej sytuacji rodzina młodej pani Tregarland? Czy Dorabelli grozi śmierć, podobnie jak kobietom, które w kornwalijskiej posiadłości mieszkały przed nią lub były z nią w jakiś sposób związane? Czy Dermont Tregarland postępuje uczciwie wobec swojej młodej żony? A może coś przed nią ukrywa?

Według mnie Nić babiego lata jest znacznie lepsza od Czasu na milczenie. Ta część jest dużo mniej przewidywalna. W pewnych momentach naprawdę trzyma w napięciu, na tyle mocno, na ile jest to możliwe w przypadku powieści obyczajowych. Pisałam już przy okazji innych recenzji powieści Eleonor Hibbert, że była ona pisarką, skupiającą się nie tylko na swoich bohaterach, ale też na tle historycznym. Nić babiego lata zawiera sporo informacji na temat sytuacji politycznej tuż przed wybuchem II wojny światowej. Oczami poszczególnych bohaterów obserwujemy poczynania Adolfa Hitlera, który precyzyjnie przygotowuje się do zaatakowania państw sąsiadujących z Niemcami. Tak jak Violetta dostrzegamy jego nienawiść wobec Żydów. Widzimy jak ten człowiek bezkarnie łamie wszelkie umowy i traktaty międzynarodowe i nikt nie jest w stanie temu zaradzić. Czujemy strach przed inwazją Niemiec na kolejne europejskie państwa. Bohaterowie powieści, oprócz tego, że dyskutują o własnych problemach, omawiają także sprawy polityczne. Oczywiście z wiadomych względów, w rozmowach tych głównie skupiają się na sytuacji Anglii. Analizują jej szanse na pokonanie hitlerowskich Niemiec. Lecz z drugiej strony wciąż czują lęk i niepewność, mając w pamięci I wojnę światową. Obawiają się powołań do armii młodych mężczyzn. Bo przecież ukochanym kobietom znów przyjdzie czekać miesiącami na ich szczęśliwy powrót do domu. Może też stać się tak, że któryś z tych walecznych dżentelmenów polegnie na froncie.

Eleonor Hibbert wszystkie swoje powieści pisała w pierwszej osobie liczby pojedynczej. W każdej z nich narratorką jest bohaterka, na której losy pisarka stawiała największy nacisk. W przypadku Nici babiego lata jest nią Violetta. To ona jest tutaj najważniejsza. To ona opowiada czytelnikowi o swojej rodzinie. Zdradza uczucia nie tylko swoje, ale też swoich bliskich, a nawet rozwiązuje kryminalną zagadkę. Wszystko to odbywa się w malowniczej Kornwalii u brzegu morza, które pochłonęło już niejedną ofiarę.

Pomimo że nasze bohaterki spotykają na swojej drodze mężczyzn, w których się zakochują, a przynajmniej tak dzieje się w przypadku Dorabelli, to jednak tego romansu jest tutaj jak na lekarstwo. Wszystko odbywa się za zamkniętymi drzwiami sypialni, a czytelnik o wszystkim dowiaduje się od Violetty, która na swój własny sposób pojmuje związek swojej siostry. W jej przypadku ta kwestia przedstawia się zupełnie inaczej. Owszem poznaje pewnego przystojnego mężczyznę, ale jak przystało na tę mniej urodziwą z sióstr, nie myśli o nawiązaniu z nim romansu. Na tym etapie ich znajomości możliwa jest tylko przyjaźń. Być może czytelnicy będą mogli liczyć na coś więcej podczas czytania kolejnego tomu sagi pod tytułem Spotkamy się znowu. Na szczęście ta część została wydana w języku polskim.

Tym razem również nie będę nikogo ani szczególnie zachęcać, ani też zniechęcać do Nici babiego lata, ponieważ wiem, że nie każdemu odpowiada ten rodzaj literatury i nie każdy lubi takie czytanie na wyrywki. Wybór pozostawiam Wam, Drodzy Czytelnicy. Z kolei okładka, którą widzicie jest z wydania brytyjskiego. Pozwoliłam ją sobie wstawić do niniejszej recenzji, ponieważ polskie wydanie posiada praktycznie identyczną. Zmiany, które dokonano w jej wyglądzie są nieznaczne. Mój egzemplarz tej powieści jest tak bardzo sfatygowany, że nie nadaje się do upublicznienia. 





* P. Carr, Nić babiego lata, Wyd. Świat Książki, Warszawa 1999, s. 7. 




14 komentarzy:

  1. "Nić babiego lata" na mnie już czeka, a powiem Ci, że już jestem po pierwszej połowie"Czasu na milczenie" :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jak wrażenia? To się bardzo szybko czyta. :-)

      Usuń
    2. Wrażenia bardzo dobre, prosta, ciekawa narracja, fakt, szybko się czyta :-)

      Usuń
  2. Wiem, że kiedyś przeczytałam kilka książek tej autorki, ale już dokładnie nie pamiętam o czym były. W swojej biblioteczce mam "Tajemnica jeziora...". Szczerze przyznam, że nie przepadam za sagami, aczkolwiek chętnie wracam do "starych" książek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja uwielbiam sagi. Uwielbiam do tego stopnia, że wiele lat temu sama zaczęłam pisać taką sagę. Napisałam połowę pierwszego tomu, a potem jakoś tak brak czasu nie pozwolił mi na to, żeby to skończyć. Zaczęłam od II wojny światowej. Pomyślałam, że fajnie byłoby, gdyby napisać to w trzech tomach - drugi lata PRL-u i trzeci czasy współczesne. Być może jeszcze kiedyś do tego wrócę. Na razie mam na głowie dwie inne swoje książki, którymi muszę się zająć. :-) A stare publikacje faktycznie mają w sobie coś szczególnego. :-)

      Usuń
  3. Nie słyszałem, ale po recenzji stwierdzam, że nie jest to coś dla mnie. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ta część wydaje mi się interesująca ze względu na tło historyczne. Akurat w tej części są interesujące mnie wątki. Szkoda tylko, że nie można przeczytać wszystkich części chronologicznie. Ciekawa jestem, w którym roku ta opowieść się zaczyna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli o mnie chodzi, to zamierzam przeczytać wszystkie części. Te, które nie wyszły w Polsce przeczytam w oryginale. Dla mnie to nie ma znaczenia w jakim języku czytam. Nawet wolę po angielsku, jak po polsku. :-) Wydaje mi się, że saga zaczyna się gdzieś w epoce wiktoriańskiej, bo skoro tom 17. i 18., to początek XX wieku, logicznym jest, że to, co przed będzie miało miejsce w wieku XIX. Jak przeczytam, to napiszę. :-))) A teraz znów wzięłam się za pewną serię. Tym razem historyczna - okres panowania Piastów. No i zaczęłam od części piątej, ale tylko i wyłącznie przez własne niedopatrzenie. Pozostałe tomy zamierzam już czytać chronologicznie. :-)

      Usuń
  5. Powiadam o nominacji bloga, którego wybrałam spośród wielu. Zachęcam do przeczytania o niecodziennym wyróżnieniu w tym linku http://barbara-chomko.blogspot.com/2013/08/niecodzienne-wyroznienie.html i do skorzystania z możliwości pokazania siebie innym. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Twórczość tej autorki jest mi całkowicie obca, ale może kiedyś się to zmieni? Niczego jednak nie obiecuje :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A myślałam, że Eleonor Hibbert jako Philippa Carr jest Ci znana. ;-) Pamiętam jak jeszcze na Bloxie pod recenzją jednej z jej książek, które wydała jako Victoria Holt, napisałaś, że kojarzysz ją właśnie z pseudonimu Philippa Carr. :-)

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.