wtorek, 26 lipca 2011

Artur Boratczuk – „Wedle reguły kreacji”








Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autora. Dziękuję!


Wydawnictwo: SELF-PUBLISHING
Chwarszczany 2011
E-BOOK



W zeszłym tygodniu otrzymałam emaila od Pana Artura Boratczuka, który polecił mi powieść swojego autorstwa w formie e-booka. Przyznam się, że raczej nie przepadam za tego rodzaju książkami, ponieważ wolę lektury publikowane na papierze. Ale, jak wiecie z moich wcześniejszych wpisów, nie cofam się przed żadną formą literatury, dlatego też z chęcią przyjęłam i tę powieść. Poza tym, polecał mi ją sam Autor, a to do czegoś zobowiązuje. Chociaż od tamtej pory minął już prawie tydzień, przeczytałam książkę dopiero wczoraj. Poświęciłam na nią całe popołudnie i nie żałuję.

Pomimo że nie pamiętam za dobrze czasów PRL-u, to jednak w swoim życiu przeczytałam wiele publikacji odnośnie do tamtego systemu i ludzi, którym dane było w nim funkcjonować. Dlaczego akurat w tym miejscu o tym wspominam? Otóż, książka pod tytułem Wedle reguły kreacji jest opowieścią o mężczyźnie, którego losy zostały wtopione właśnie w tamtą epokę. Nie wiem, jakie zamysły przyświecały Autorowi, kiedy tworzył tę powieść i jakie przesłanie ma ona nieść. Niemniej, w swojej recenzji postaram się wyrazić to, co ja czułam podczas czytania książki.

Jak już wspomniałam wyżej, głównym bohaterem powieści jest mężczyzna o nazwisku Stanisław Szmit, który urodził się we Fraudencji. Jego matka zwana Głupią Irminą, za wszelką cenę pragnie pozbyć się dziecka. Wspólnie z konkubentem, który jest Polakiem usiłuje dotrzeć do osoby, która skutecznie rozwiąże jej problem. Niemniej, wszystkie próby dokonania aborcji zawodzą. Ostatecznie kobieta rodzi dziecko, lecz umiera przy porodzie. Natomiast ojciec, rosyjski jeniec, już wcześniej opuścił Fraudencję, gdyż baraki, w których mieszkał, ewakuowano. Imię i nazwisko, jakie otrzymuje chłopiec na chrzcie jest zupełnie przypadkowe. Konkubent Irminy, Karol, zrzeka się wychowywania Stasia. W związku z tym, dziecko trafia do przybranej rodziny. Od tej pory wychowaniem Stasia zajmują się Halina i Jerzy Stojanowscy.

Dorastający Staś coraz bardziej odczuwa oddziaływanie przyrody, zaś pod wpływem zdobytych doświadczeń oraz obserwacji zaczyna kształtować się jego charakter. Pomimo że w szkole wykazuje pewne trudności, to jednak cechuje go wnikliwe i logiczne rozumowanie, a dodatkowo posiada specyficzne umiejętności w dziedzinie techniki, fizyki i matematyki. Natomiast w gospodarstwie jest niezwykle pracowity, czym zjednuje sobie przybranego ojca. Kiedy w gospodarstwie Stojanowskich wybucha pożar, którego skutki najdotkliwiej odczuwa jedna z córek Jerzego i Haliny, Agata, wówczas Staś opuszcza Fraudencję i wstępuje do wojska. Pomimo że wykazuje ogromną chęć zdobywania wiedzy i pragnie pójść na studia, to jednak jego dowódcy nie wyrażają na to zgody. Wie, że studia są mu potrzebne, aby móc zdobyć niezbędną wiedzę, która pozwoli mu rozwinąć filozoficzne teorie, które wypełniają mu umysł.

Po pewnym czasie zostaje zwolniony z wojska z rozpoznaniem jednej z odmian nerwicy. Od tej pory Stanisław działa w nielegalnych strukturach opozycji, za co zostaje skazany na karę więzienia. Władza oskarża go o szpiegostwo oraz zdradę tajemnicy wojskowej. Zamknięty w celi, korzysta z zasobów więziennej biblioteki, dzięki czemu zgłębia stworzoną przez siebie wcześniej teorię, którą nazywa regułą kreacji. Niemniej nieprzychylność ze strony więziennego psychologa doprowadza do tego, że Stanisław trafia do szpitala psychiatrycznego, z którego po pewnym czasie udaje mu się uciec, a następnie nawiązać kontakt z jednym z profesorów uniwersyteckich. W momencie, gdy w Polsce powoli zaczyna zmieniać się ustrój, Stanisław chcąc uniknąć ponownego aresztowania i osadzenia w więzieniu, bądź też w szpitalu psychiatrycznym, wyjeżdża za granicę, pozostawiając w kraju nową rodzinę, którą udało mu się założyć po rozstaniu z pierwszą żoną. Dzięki pomyślnemu zbiegowi okoliczności, mężczyzna trafia do Włoch, gdzie za wszelką cenę stara się potwierdzić sens swoich dociekań i teorii.

To tyle, jeśli chodzi o fabułę powieści. Być może każda z czytających ją osób, odbierze tę książkę w inny sposób. Dla mnie osobiście, pomimo kilku humorystycznych fragmentów, jest to historia bardzo smutna, ponieważ opowiada o człowieku, którego tak naprawdę zniszczył system. Moim zdaniem Stanisław Szmit to wybitny naukowiec, którego wiedza uznawana była za coś nienormalnego, wręcz za chorobę psychiczną. Pewnie, gdyby żył w innej rzeczywistości, za swoje odkrycia otrzymałby nawet Nagrodę Nobla. Prawdę powiedziawszy, wzruszyła mnie ta opowieść. Żal mi było Stanisława, który pomimo wielkich chęci i ogromnego zasobu wiedzy, nie miał możliwości rozwoju. Myślę, że niektórzy mogą widzieć w nim osobę, która tak naprawdę przegrała swoje życie.

Sądzę, że warto sięgnąć po tę lekturę. Polecam ją szczególnie tym młodszym czytelnikom, którzy realia PRL-u znają jedynie z książek, filmów albo lekcji historii w szkole. Dobrze jest czasami sięgnąć po pozycję, która czegoś uczy i zawiera w sobie pewne przesłanie. Uważam, że w dzisiejszych, wolnych czasach, również w naszym społeczeństwie żyją ludzie, którzy z jakiegoś powodu nie mogą się wybić ponad przeciętność, chociaż posiadają niezwykły talent i wiedzę. Nie mogą się wybić, ponieważ są inni niż większość społeczeństwa i dlatego wielokrotnie uważamy ich za odmieńców lub wręcz nienormalnych. Wydaje mi się, że ludzie boją się inności, gdyż traktują ją jako swoistego rodzaju zagrożenie. Takie właśnie są moje odczucia po przeczytaniu książki Pana Artura Boratczuka. Być może Autor miał na myśli coś zupełnie innego? A może interpretację pozostawił czytelnikowi?

Jeśli chodzi o kwestię techniczną, to w trakcie czytania odnalazłam kilka literówek, ale jest to sprawa do skorygowania, więc nie zwracałam na to zbyt dużej uwagi. Ogólnie tekst czytało mi się bardzo płynnie. Nie męczyły mnie ani dialogi, ani też opisy narracyjne. Kończąc mogę śmiało stwierdzić, że książka jest naprawdę dobra i oddaje świat takim, jaki był niegdyś. Myślę, że pewne aspekty ukazane w powieści są nadal aktualne, mimo odmiennej rzeczywistości.








niedziela, 24 lipca 2011

Moje wielkie filmowe rozczarowanie






Dzisiaj dla odmiany nie będzie recenzji książki, a jedynie moje osobiste przemyślenia odnośnie do ekranizacji jednej z powieści Nicholasa Sparksa. Chodzi mi o Jesienną miłość, która w wersji filmowej nosi tytuł Szkoła uczuć. Jakiś czas temu napisałam artykuł przedstawiający podobną historię, jaka przytrafiła się powieściowym bohaterom, z tą różnicą, że opisana przeze mnie historia wydarzyła się naprawdę. Pamiętam, że wówczas czytelnicy sugerowali mi, że posłużyłam się fabułą Szkoły uczuć. Nikt nie wspomniał jednak, że najpierw była Jesienna miłość. Widocznie były to osoby, które z literaturą nie mają wiele wspólnego, co wcale nie oznacza, że są gorsi od nas, czytających.

Kiedy zarzucano mi kopiowanie, którego de facto nie zrobiłam, postanowiłam, że w końcu przeczytam Jesienną miłość. Nie chciałam najpierw oglądać filmu. Zresztą, dla mnie zawsze to książka jest ważniejsza, aniżeli jej ekranizacja. Na pewno większość z Was wie, że w zeszły czwartek, czyli 21 lipca, telewizja POLSAT wyemitowała Szkołę uczuć. Skoro miałam okazję obejrzenia filmu, nie mogłam jej przegapić. Może zacznę od tego, że film sam w sobie jest piękny. Shane West i Mandy Moore zagrali fantastycznie. Kiedy ogląda się film naprawdę można się wzruszyć. Przyznam, że kilka razy poczułam jak pieką mnie oczy. Pewnie wszystko byłoby cudownie, ale… No właśnie jest jedno ALE. Gdybym nie przeczytała najpierw powieści, dzisiaj pisałabym zupełnie inaczej. Oglądając wciąż szukałam scen opisanych przez Nicholasa Sparksa, ale niestety tych scen tam prawie nie było. Z fabułą książki pokrywało się tam niewiele. Odnalazłam wątek główny oraz zaledwie kilka scen, z reguły tych mniej znaczących.  

Muszę się Wam przyznać, że już na starcie poczułam rozczarowanie, niesmak i zawód. W pierwszej scenie czekałam na faceta po pięćdziesiątce przemierzającego ulice Beaufort i wspominającego swoją ukochaną Jamie. No może, nie wyrażałby tego na głos, ale w jakiś sposób tę scenę można przecież było pokazać. Zamiast tego, zobaczyłam grupę rozkrzyczanych nastolatków, z których jeden, cytuję: poszedł się odpryskać. Mogę zrozumieć, że scenarzyści mieli swoją wizję pokazania historii Landona Cartera i Jamie Sullivan, ale powinni byli pamiętać, że pracują nad adaptacją powieści. Osobiście wydaje mi się, że o tym zapomnieli. Dostrzegłam wiele scen, których nie było w książce, natomiast wiele innych, moim zdaniem kluczowych, zostało pominiętych. Przykładem może być tutaj ten nieszczęsny bal, na który Landon nie miał z kim pójść i jako tak zwane wyjście awaryjne posłużyła mu właśnie Jamie. Przecież tak naprawdę to od tego balu wszystko się zaczęło, tylko Landon nie miał wtedy jeszcze o tym pojęcia. W takim razie gdzie był ten bal w filmie? Widzieliście go? Ja niestety go nie dostrzegłam. Albo wpadka z ojcem Landona. Przecież Carter był kongresmenem, a nie kardiologiem i nie był rozwiedziony z matką Landona, a jedynie mieszkał z dala od domu. Natomiast film przedstawia zgoła coś zupełnie innego. To było moje następne rozczarowanie. 

A teraz kolejna sprawa, która mi się nie podobała. Jak wiadomo, w powieści Nicholas Sparks pisze, że Jamie z oddaniem opiekowała się dziećmi z pobliskiego sierocińca, którym co roku przed Gwiazdką kupowała prezenty za pieniądze z puszek, które ustawiała w sklepach w całym miasteczku, zachęcając w ten sposób mieszkańców do pomocy tym sierotom. W filmie nie było o tym nawet wzmianki. Oczywiście, znalazło się tam jedno zdanie wypowiadane przez Jamie, która w rozmowie z Landonem w autobusie zaproponowała mu kupienie losu. Pieniądze z tych losów miały zostać przeznaczone na kupno komputera dla dzieciaków. To było tyle. Nic więcej. A gdzie Wigilia w sierocińcu, podczas której Landon wręcza Jamie ten charakterystyczny sweterek, a ona jemu Biblię swojej matki, z którą nigdy się nie rozstawała? A sweterek w powieści był brązowy, a nie różowy jak w filmie. Poza tym, Landon podarował go Jamie w Wigilię, zaś nie na ganku jej domu, natomiast zamiast Biblii, Jamie w filmie ofiarowuje chłopakowi zeszyt, w którym jej matka notowała cytaty sławnych osób. A scena z fotomontażem zdjęcia, na którym jest tylko twarz Jamie, zaś reszta ciała jest skopiowana z innej fotografii? Ja przynajmniej nic takiego nie wyczytałam w powieści. A co z niemalże końcową sceną, kiedy Landon i Jamie biorą ślub? W książce wyraźnie jest napisane, że dziewczyna wjeżdża do kościoła na wózku inwalidzkim, a dopiero potem resztkami sił wstaje i u boku ojca przechodzi przez główną nawę. Tego również nie było. W filmie widziałam Jamie, która wcale nie wydawała się śmiertelnie chora. Brakowało mi tego dramatyzmu. Przecież istnieje charakteryzacja i można było wyraźniej pokazać chorobę dziewczyny. Jeżeli film miał za zadanie wzruszyć widza, to należało to zrobić nieco dobitniej.




Nie czułam również klimatu lat pięćdziesiątych. Pamiętajmy, że historia przedstawiona przez Nicholasa Sparksa ma miejsce końcem lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Uważam, że należało oddać atmosferę tamtych lat i ich specyfikę. Według mnie była do zwyczajna amerykańska szkoła dwudziestego pierwszego wieku. W zeszłym stuleciu w latach dziewięćdziesiątych TVP emitowała taki bardzo popularny serial dla młodzieży pod tytułem Beverly Hills 90210. Moim zdaniem te dwie szkoły niczym się od siebie nie różnią, choć dzieli je dziesiątki lat.

Teraz nieco odejdę od tematu, ale chcę Wam podać pewien przykład. Otóż, na pewno wiele osób pamięta kultowy film pod tytułem Dirty Dancing i pamiętne role Jennifer Grey i niestety nieżyjącego już Patricka Swayze. Akcja tego filmu dzieje się w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Za każdym razem, kiedy oglądam ten film, przenoszę się w czasie, bo praktycznie namacalnie czuję tamtą epokę. I właśnie tego brakowało mi w Szkole uczuć. Widziałam współczesne amerykańskie społeczeństwo, a nie to z ubiegłego stulecia. Dla mnie ten film zupełnie nie stanowił adaptacji książki. Poza wątkiem głównym, czyli chorobą Jamie, kilkoma scenami i tymi sami bohaterami, co w książce, nie wyrażał on żadnej analogii z powieścią. Myślałam, że może scena zamykająca film będzie miała coś wspólnego z książką. Tego również się nie doczekałam. Jak pamiętamy, w powieści Nicholas Sparks ponownie wraca do pięćdziesięciosiedmioletniego Landona, który wypowiada piękne słowa: Minęło odtąd czterdzieści lat i wciąż pamiętam dokładnie tamten dzień. Jestem może starszy i mądrzejszy, przeżyłem może od tamtej pory zupełnie inne życie, wiem jednak, że kiedy nadejdzie w końcu mój czas, wspomnienie tego dnia będzie ostatnim obrazem, jaki pojawi się pod moimi powiekami. Wciąż ją kocham, widzicie, i nigdy nie zdjąłem z palca obrączki. W ciągu wszystkich tych lat, nigdy nie miałem ochoty tego zrobić.*

Z kolei film kończy scena, w której jedynie o cztery lata starszy Landon stoi nad jeziorem i wspomina Jamie oraz ich miłość. Mówi też, że było to najwspanialsze lato, jakie przeżył. Czy w książce jest mowa o lecie? Przecież to jesienna miłość. Ich uczucie rozpoczęło się we wrześniu wraz z balem na rozpoczęcie roku szkolnego, a ślub wzięli dokładnie 12 marca 1959 roku. Zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest lato? Jak dla mnie jest to jesień, zima i ewentualnie wiosna.  

Podsumowując te moje rozważania, myślę, że odbiór tego filmu zależy od ilości posiadanych lat, a także od tego, jaki stosunek dana osoba ma do literatury. Jeżeli, podobnie jak ja, stawia sobie twórczość pisarską ponad filmową, to wówczas może mieć podobne odczucia do moich. Poza tym, myślę też, że film będzie miał znacznie większą wartość dla kogoś, kto nie czytał najpierw książki. Dlatego też, jeśli ktoś oglądał film, to może niech już nie czyta powieści, żeby adaptacja nie straciła tego piękna, jakie w gruncie rzeczy posiada. Tego kwestionować nie będę, bo tak jest w istocie. Niemniej oceniać filmu nie zamierzam, ponieważ musiałabym rozpatrywać go w dwóch kategoriach. Po pierwsze, musiałabym spojrzeć na niego wyłącznie jako na film, nie porównując go z powieścią. W tym przypadku, w mojej skali od jednego do sześciu, brakłoby skali w górę, albowiem sześć to za mało. Po drugie, gdybym oceniła film na tle książki, wówczas brakłoby mi skali w dół i wtedy musiałabym posilić się liczbami ujemnymi, a tego robić nie chcę.













* Nicholas Sparks, Jesienna miłość, Wyd. LIBROS, Warszawa 2000, s. 207.





piątek, 1 lipca 2011

Kobietom na kartach moich powieści nigdy nie było łatwo...




LITERAT LIPCA 2011


EWA GUDRYMOWICZ-SCHILLER






Ewa Gudrymowicz-Schiller urodziła się i wychowała w Warszawie, natomiast w połowie lat 80. XX wieku wraz z rodziną wyjechała z Polski i zamieszkała na stałe w Kanadzie, w Kitchener. Chyba jak każdemu pisarzowi, jej również zdarzało się najpierw pisać do szuflady. Swój pierwszy wiersz napisała w wieku trzynastu lat. Będąc w Kanadzie, autorka wzięła udział w konkursie literackim organizowanym przez miesięcznik „Ewa”, zdobywając w nim nagrodę. Warto zauważyć, że równocześnie Ewa Gudrymowicz-Schiller pracowała nad swoją pierwszą powieścią, którą ostatecznie wydała. W Polsce książka drukiem ukazała się w grudniu 2010 roku. Mowa tutaj o „Bocznej uliczce”. Czytelnicy kanadyjskiej Polonii z entuzjazmem przyjęli powieść, jednocześnie domagając się jej kontynuacji. Niemniej autorka zdecydowała się na pracę nad kolejną powieścią zatytułowaną „Do widzenia, Profesorze”, która na polskim rynku wydawniczym zagościła także w grudniu 2010 roku.

Ewa Gudrymowicz-Schiller jest również autorką cyklu nowelek o wspólnym tytule „Portrety kobiece”. Bohaterkami zarówno powieści, jak i nowelek są kobiety różniące się od siebie wzajemnie, które los kieruje na rozmaite ścieżki życia. Kobiety te niejednokrotnie zmuszone są stanąć twarzą w twarz z codziennymi życiowymi dylematami, mają swoje marzenia, przeżywają rozczarowania, a także swoje własne radości. Jednym słowem są to zwyczajne kobiety, które spotykamy każdego dnia.

Oto co Ewa Gudrymowicz-Schiller mówi o swoim pisaniu:

Książki zawsze znaczyły dla mnie bardzo wiele. I te czytane i te, które piszę sama. Bohaterowie, których spotkałam w powieściach, na jakiś czas, dłuższy lub krótszy, byli składnikiem mojego życia, zaprzątali moje myśli, towarzyszyli mi w codziennych zajęciach. Natomiast postacie, które stworzyłam na kartach swoich książek są częścią mnie samej. I nie dlatego że – jak wielu myśli – moje opowiadania są autobiograficzne, ale dlatego że moim bohaterkom oddałam kawałek swojego serca.

Kobietom na kartach moich powieści, czy w nowelach, które drukuję w prasie polonijnej, nigdy nie było łatwo. Nic im nie szło po różach, nie układało się jak w bajce. Zaznawały chwil szczęścia, momentów radości, doświadczały niepowodzeń, tragedii, trapiła je niepewność związku, niepewność dnia następnego, słuszność podjętych decyzji, wybory, których dokonywały. Decyzje podejmowane przez moje bohaterki niekiedy są sprzeczne, chaotyczne, podejmowane pod wpływem chwili, impulsu, uczucia. I za to czasami płacą. Łzami, samotnością, tęsknotą. Nie złamie tych kobiet największy kataklizm, po kolejnych potknięciach podnoszą się i podnoszą, uparte i niepokonane, ale czasami przyjdzie jeden podmuch wiatru, jedna kropla więcej do dzbana i już wtedy trudno się podnieść.

Przekazów w moich powieściach jest kilka i jeśli zostały prawidłowo przez Was, Drogie Czytelniczki, odebrane, jestem szczęśliwa. Ale tu chciałam te dwa najważniejsze podkreślić. Zamknij drzwi od przeszłości na klucz, a klucz wyrzuć do najgłębszego morza. Bycie z kimś musi być lepsze od samotności. Inspiracją książek, które napisałam i tych, które jeszcze napiszę, była i zawsze będzie miłość w najpełniejszym znaczeniu. Ale też w różnym wydaniu. Celem jednak samym w sobie było porozmawianie z kobietami na kartach książki. Będę to dalej robić, bo wierzę, że taki dialog jest nam potrzebny. Mogę Wam również przyrzec, że jak dotąd, w każdej z moich książek pojawi się czworonóg, pies, kot.  Zarówno pies i kot są nieodłączną częścią mojego życia i jak najbardziej słusznym wydaje się, że muszą być dalszoplanowymi bohaterami moich powieści.

Twórczość Ewy Gudrymowicz-Schiller 

1. Boczna uliczka

Wydawnictwo: 
Papierowy Motyl (2010)
Temat nieprzemijający jak sama ludzkość. Miłość i miłosny trójkąt. Powieść „Boczna uliczka” to splot losów trojga ludzi, którym przyszło przez pewien czas kroczyć tą samą drogą. Radości, uniesienia, załamania. Wikłają się nawzajem ze sobą, tworząc węzeł, przy którego rozwiązaniu każde z nich będzie musiało zapłacić gorzką cenę. Bohaterowie starają się postępować zgodnie z zasadami, jakie im kiedyś wpojono, a jednocześnie uszczknąć kawałek szczęścia. Miłość, zdrada, nadzieja i cierpienie to nieodłączni, nie zawsze pożądani towarzysze ich codziennego życia.

„Boczna uliczka” Ewy Gudrymowicz-Schiller to głęboka, a przy tym delikatna analiza postaw ludzi, starających się osiągnąć szczęście i poczucie samospełnienia, a to wszystko przepełnione pozytywnym klimatem wiary w człowieka i jego dobro. Całość oprawiona wyrazistymi opisami atmosfery i miejsc rodem z Warszawy i Toronto lat 80. XX wieku, które autorka zna z autopsji i które niemalże namacalnie pozwalają jednym poznać, a drugim powrócić w czasy i miejsca, które czasami pozostały już tylko w zakątkach naszej pamięci.



2. Do widzenia, Profesorze

Wydawnictwo: 
Papierowy Motyl (2010)
Jak rozliczyć się z przeszłością i zamknąć za sobą znaczący rozdział życia? Kaja, matka bliźniąt, emigrantka, kobieta czterdziestoletnia, która potrafi sobie radzić z życiem, ale nie potrafi radzić sobie z uczuciem, stara się znaleźć odpowiedź na to pytanie. O miłości zostało powiedziane już niemal wszystko, a jednak w książce „Do widzenia, Profesorze” miłość ma inny profil. Jest to opowieść o rozłące, o tęsknocie, o rozstaniu, ale również o miłości. Miłości silniejszej niż czas i przestrzeń, silniejszej niż nieodwracalny los.

Książka napisana jest w dwóch wątkach czasowych, pokazane są uniesienia młodej dziewczyny, a jednocześnie rozterki dojrzałej kobiety. Historia miłości, ale nie tylko... Również los emigrancki, blaski i cienie życia na obczyźnie, adaptacja w nowym kraju, w nowym środowisku. Wieczne tęsknoty i wieczne rozdarcia.. Zawiera w sobie elementy humorystyczne, wzruszające, czasami smutne; oczekiwanie na interview, niepewność jutra, asymilacja w nowym kraju, emigracyjne sny... Wszystko to, co było udziałem niejednego z nas.

„Ewa Schiller zgrabnym piórem, z wielką lekkością wpuszcza nas w dwie wstęgi szos życiowych głównej bohaterki. W jedną wiodącą nas przez jej młodzieńcze, pełne marzeń lata szkolne i drugą przepełnioną zwątpieniami, realiami codziennego, nie zawsze łatwego, dorosłego życia. Przez oba wątki przeplata się wszechmogąca, nieśmiertelna miłość. Prowadząc nas po ścieżkach życia bohaterki sprawia, że utożsamiamy się z nią, dzielimy te wspólne chwile, zarówno w szkole, jak i dorosłym życiu”.

Łucja Abrams, Miesięcznik Kalejdoskop