środa, 24 października 2018

Moja przygoda z Jagiellonami zaczęła się dzięki Barbarze Radziwiłłównie...






ROZMOWA Z RENATĄ CZARNECKĄ




Renata Czarnecka to autorka powieści historycznych. Jest absolwentką Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Od najmłodszych lat jej największą pasją jest zgłębianie dawnych dziejów. Zaczytuje się również w biografiach i klasykach. Już w czasach licealnych marzyła o napisaniu powieści, a pierwsze próby literackie, chowane do szuflady, stały się dobrą szkołą pisania. Uważa, że do stworzenia dobrej książki trzeba dojrzeć, bowiem nic nie zastąpi życiowego doświadczenia. W historii najbardziej ciekawią ją ludzie, a w swoich powieściach główne role powierza kobietom, mimo że żyły one w cieniu ojców i mężów. Ukazuje je z ich wadami i słabościami, udowadniając, że pomimo upływu wieków człowiek pozostaje niezmienny i nieustannie podąża za miłością i władzą. Zadebiutowała w 2008 roku powieścią „Królowa w kolorze karminu”, która opowiada historię wielkiej miłości Zygmunta II Augusta i Barbary Radziwiłłówny. Jest też autorką dylogii osadzonej w trudnym dla Polski okresie drugiego rozbioru: „Pożegnanie z ojczyzną. Rok 1793” i „Pod sztandarem miłości. Rok 1794”. Niedawno na rynku wydawniczym ukazała się jej ósma książka zatytułowana „Ja, królowa. Bona Sforza d’Aragona”. W wolnych chwilach Autorka uprawia ogród i odkrywa zakątki Polski, w których nadal żywa jest historia. To z tych miejsc czerpie pomysły na kolejne powieści.  



Agnes Anne Rose: Reniu, witam Cię serdecznie i dziękuję, że już po raz drugi zgodziłaś się porozmawiać ze mną o swojej twórczości. Jak wspomniałam wyżej, niedawno ukazała się Twoja ósma książka pod tytułem „Ja, królowa. Bona Sforza d’Aragona”, która stanowi trzecią część opowieści o chyba najbardziej kontrowersyjnej polskiej królowej. Skąd wziął się pomysł na pisanie akurat o Bonie, skoro na kartach historii Polski można znaleźć wiele innych nietuzinkowych postaci kobiecych?

© Arkadiusz Kędziora
Renata Czarnecka: Agnieszko, miło mi znowu gościć u Ciebie, minęło trochę lat od naszej pierwszej rozmowy, no i w tym czasie powstały kolejne powieści. A dlaczego Bona? Taka była kolej rzeczy, gdy skończyłam powieść poświeconą jej matce, Izabeli Aragońskiej, przyszła kolej na Bonę. 

AAR: Na temat Bony krążyły rozmaite plotki. Najbardziej znana to ta, gdzie przypisywano jej paranie się trucicielstwem. W swojej książce nie pokazujesz jednoznacznie, że to królowa stoi za śmiercią Elżbiety Habsburżanki, a jednak czytelnik w pewnym momencie może poczuć się nieco zdezorientowany. Może jednak nie były to tylko plotki, skoro nawet sama Bona zakończyła żywot na skutek zażycia trucizny, a to może sugerować, że z trucizną było jej do twarzy?

RC: Na pewno to były nie tylko plotki, ale szkaradne pomówienia rozgłaszane z polecenia Habsburgów, którzy nienawidzili Bony. I rzeczywiście w książce są sceny niejednoznaczne, gdzie nie pokazuję wprost, że Bona maczała palce w czyjeś śmierci, ale zostawiam pewien margines niedopowiedzeń, tak by czytelnik trwał w niepewności, i do końca nie wiedział co myśleć o Bonie. Ale to właśnie właściwe jest dla historycznej fikcji, w której pisarzowi wolno więcej, niż autorowi powieści biograficznej, w której należy wystrzegać się takich niedomówień, wszystko musi być zgodne ze źródłami, żadnych domysłów, żadnej interpretacji autora. Tutaj, zauważ, mimo że wolno mi więcej, to jednak nie przekroczyłam granic i nie zrobiłam z Bony morderczyni, bo na to nie było dowodów, ale czy Bonie nie chodziły po głowie myśli o zgładzeniu Elżbiety czy Barbary? Tego nie wiemy, choć może życzyła im śmierci, bo to rozwiązałoby problem, jaki stanowiły te małżeństwa dla Zygmunta Augusta. O dziwo, że też przez głowę Bony nie przemknęło, że przyczyna bezpłodności tkwi po stronie jej syna, a nie kolejnych żon, a przecież miał on również kochanki, i nie ma w źródłach żadnego śladu jego bękarta. Potem, gdy związał się z Barbarą Giżanką mocno wierzył, że jest ojcem dziewczynki, którą powiła jego nałożnica.

AAR: Bona Sforza nie ukrywała swojej niechęci do Polski. Dlaczego zatem robiła wszystko, aby wzmocnić pozycję kraju na arenie międzynarodowej, a tym samym podnieść prestiż Jagiellonów?

RC: Myślę, że Bona bardzo przywiązała się do Polski, spędziła tu przecież prawie czterdzieści lat, tu wychowała dzieci, miała wsparcie w mężu. Jeśli czuła jakąś niechęć to nie do Polski, ale do niektórych ludzi, do mentalności, do przywar, sposobu rządzenia, tak odmiennego od reguł rządzenia we Włoszech, i w państwach Europy Zachodniej. Od początku wkładała w Polskę wszystkie siły, aby wydźwignąć kraj z zapaści finansowej, przeprowadziła pomiarę włóczną, upomniała się o królewszczyzny, zakładała miasta, tworzyła nowe osady, z jej rozkazu budowano młyny, tartaki, ona tutaj rozwinęła skrzydła, bo wiele było do zrobienia. Ale ciągle napotykała na opór magnaterii i szlachty, które broniły swoich przywilejów, swojego stanu posiadania. To było dla nich na pierwszym miejscu. Uparcie odmawiały opodatkowania, na przykład, na zawodową armię. Tłumaczono, że jest pospolite ruszenie. Ale co to było za wojsko? Bona widziała konieczność zmian i o tym głośno mówiła, co nie przysporzyło jej przyjaciół, bo była cudzoziemką. A po drugie, a może przede wszystkim, bo była kobietą. W Polsce to nie mogło się podobać. Kobieta miała stać za mężem i rodzić mu dzieci. Polityka była dla mężczyzn. Bona nie mogła na to przystać, bo jak to, ona wykształcona, mająca wzorce po matce, której nie brak było nigdy odwagi, miałaby stać z boku i się przyglądać? Nie do pomyślenia! A więc to wszystko, co robiła miało wzmocnić pozycję Jagiellonów, uczynić królestwo silniejszym.

AAR: Małżeństwo Zygmunta Starego i Bony Sforzy było dokładnie zaaranżowane, podobnie jak wszystkie małżeństwa rodów panujących w tamtym okresie. Na kartach Twojej najnowszej powieści widać jednak, że Bona dba o swojego podstarzałego małżonka i z każdym dniem kocha go coraz bardziej. Czy myślisz, że z jej strony była to jedynie doskonale zagrana rola, czy może w miarę upływu czasu królowa faktycznie pokochała Zygmunta?

RC: Myślę, że Bona nigdy nie grała. Ona taka była. Łagodna, w innej sytuacji znowu wybuchowa. Rozsadzały ją emocje. Na pewno też próbowała je powściągać. Musiała to robić ze względu na etykietę. Nie wiemy, czy z czasem pokochała męża. Na pewno przywiązała się do niego, czuła się przy nim bezpieczna. A może to przywiązanie można nazwać pewnym rodzajem miłości? Miłości dojrzałej, nie takiej pierwszej pełnej porywów młodego serca. Bona dawała wyraz takiej właśnie miłości. Do końca chciała być dobrą troskliwą żoną. Zobaczmy, jaka pustka wytworzyła się przy niej, gdy umarł Zygmunt. Dworzanie patrzyli w kierunku młodego króla, z nim wiązali przyszłość i karierę. Bona została sama. Straciła podporę, jaką był dla niej mąż.

AAR: Pomimo że małżeństwo Zygmunta i Bony było zgodne, to jednak na płaszczyźnie politycznej wiele ich różniło. Jak myślisz, dlaczego Zygmunt w niektórych kwestiach nie chciał słuchać swojej żony, tylko działał po swojemu? Może gdyby słuchał jej rad, skorzystałby na tym nie tylko on sam, ale przede wszystkim Polska?

RC: Król miał doradców sprzyjających Habsburgom, którzy tak naprawdę u nich upatrywali awansów, a Polska była zwrócona frontem do Habsburgów, nie dlatego, że tak chciała, ale musiała z nimi dobrze żyć. Teraz, gdy Habsburgowie władali ogromną połacią Europy, nikt nie odważył się ich lekceważyć. To już był bardzo silny przeciwnik, a więc lepiej mieć w nim przyjaciela niż wroga, tym bardziej, że z Moskwą ciągle mieliśmy zatargi o wschodnie ziemie. Inną, ale równie ważną sprawą jest charakter Zygmunta. On był człowiekiem przeszłej epoki, honorowym, prostolinijnym, dotrzymującym obietnic, przejrzystym. Co do Bony, to musimy pamiętać o jej burzliwym dzieciństwie, ucieczce z Mediolanu, o tułaczce. Bona od dziecka była świadkiem scen grozy, wojny. Na pewno słyszała rozmowy dorosłych na temat Habsburgów i pewnie nie były to miłe słowa. Nasiąknęła tą nienawiścią do nich, pragnęła ich szachować, pokazać, że Jagiellonowie są tak silni, że mogą się im przeciwstawić, wchodząc w sojusze z Francją i w ciche układy z sułtanem. 

AAR: Jak wiemy, oczkiem w głowie Bony, ze zrozumiałych powodów, był jej jedyny syn, Zygmunt August. Czytając zarówno „Królową w kolorze karminu”, jak i „Ja, królowa” nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jej macierzyńska miłość wykraczała znacznie dalej, niż jest to dozwolone. Czasami wydawało mi się, że królowa kocha młodego króla jak kobieta, a nie jak matka, co sprawia, że jest zazdrosna o każdą kobietę w łożu Augusta. Jak z Twojego punktu widzenia wyglądała ta miłość? Czy rzeczywiście Bona przekraczała ustalone granice wobec swego syna?

RC: Na pewno nie przekroczyła granic przyzwoitości. Gdyby tak było, kronikarze albo szpiedzy Albrechta Hohenzollerna i Habsburgów odnotowaliby to w listach do swoich chlebodawców. Ja na nic takiego się nie natknęłam. Ale na pewno z jej strony była to miłość zaborcza. Bona musiała tolerować kobietę u boku syna, bo od jego żony zależał los dynastii, ale pewnie zalewała ją żółć, gdy pomyślała sobie, że August jest sam na sam w alkierzu z Elżbietą. Była to miłość niszcząca. August w końcu powiedział dość. W końcu chciał mieć żonę i odciąć się od matki. Jej miłość zaczęła mu ciążyć. Na Litwie, z dala od niej, zasmakował w wolności, a jeszcze gdy wpadł w ramiona wdowy po wojewodzie trockim, po prostu zachłysnął się życiem i swobodą. Matka go nie kontrolowała, wreszcie zrozumiał, że jest królem.

AAR: Pomimo że Zygmunt August żenił się trzykrotnie, to jednak wciąż najwięcej mówi się o jego małżeństwie z Barbarą Radziwiłłówną. Jak Twoim zdaniem potoczyłyby się dalsze losy Polski, gdyby Barbara nie umarła? Czy myślisz, że któregoś dnia na polskim tronie zasiadłby Radziwiłł?

RC: Wszystko wskazuje na to, że król nie doczekałby potomka, bo prawdopodobnie był bezpłodny, a więc po jego śmierci i tak mielibyśmy wolną elekcję. Co do Radziwiłłów, na pewno nie zasiedliby na tronie w tym stuleciu. Radziwiłłowie nie mieli na to szans ani w tamtej chwili, ani w najbliższej przyszłości. Trzeba pamiętać, że wyniesienie Radziwiłłów poprzez małżeństwo Augusta z ich siostrą prawie wywołało wojnę domową, bo przecież tak naprawdę w całej tej wojnie nie chodziło o to, że król poślubił Barbarę, ale o to, że wyniósł przez to Radziwiłłów. Oni dopiero dzięki królowi zaczęli się piąć w górę. Szlachta była zazdrosna o wyniesienie im równych, woleli obcego, ale o błękitnej krwi. O, chociażby Henryka Walezego. Równość stanowa to było to, o co gotowi byli walczyć do upadłego.

AAR: Jak ogólnie oceniasz rządy Jagiellonów w Polsce? Kiedyś przeczytałam, że to byli „władcy z klasą”, a nie jak „te prymitywne rębajły” Piastowie.


© Renata Czarnecka
RC: No, można powiedzieć, że Piastowie to byli rębajły, ale te rębajły scaliły ziemie w jeden organizm, wykonały najtrudniejszą robotę, z czego w kolejnych wiekach korzystali Jagiellonowie. I nie zapominajmy, że to Piastowie, a nie Jagiellonowie, przyjęli chrzest, a więc podczas gdy Jagiellonowie byli już katolickimi władcami pełną gębą (oczywiście z wyjątkiem założyciela dynastii, Władysława Jagiełły, który w unii zawartej w Krewie zobowiązał się przyjąć chrześcijaństwo, co było warunkiem poślubienia Jadwigi, króla Polski), a więc należącymi do zachodniej cywilizacji, to Piastowie mimo że przyjęli chrzest, ciągle mieli mentalność pogan. To wypieranie dawnych wierzeń, obyczajów i brutalnych zachowań nie stało się nagle, na to potrzeba było wieków. Ale obie dynastie spoglądały na zachód wiedząc, że są skazane na sojusz z Niemcami dla dobra kraju. Dodać trzeba, że Jagiellonowie zrobili między innymi jedną świetną rzecz, a mianowicie połączyli Koronę z Litwą unią personalną, która je wzmocniła, między innymi militarnie, przed zakusami ze strony Zakonu Krzyżackiego i przed Moskwą. Ale przecież Bona też miała swój ogromny wpływ na tę dynastię, szczególnie jeśli chodzi o rozwój gospodarki.

AAR: Ciekawi mnie, dlaczego w Twoich powieściach o Jagiellonach skupiasz się tylko na okresie, kiedy dynastia prostą drogą zmierzała do wymarcia. Nie myślałaś nigdy, aby jeszcze bardziej cofnąć się w przeszłość i sięgnąć, na przykład, po postać Elżbiety Rakuszanki, czyli babki Zygmunta Augusta? Przecież była matką aż czterech królów, a jej małżeństwo z Kazimierzem Jagiellończykiem należało do udanych, choć powszechnie królowa uznawana była za brzydką.

RC: Nieraz myślałam o tym, by cofnąć się do XV wieku, i może kiedyś to zrobię. A moja przygoda z Jagiellonami zaczęła się dzięki Barbarze Radziwiłłównie. To ona spowodowała, że zakochałam się w Jagiellonach i w Bonie Sforzy.

AAR: A co z córkami Bony i Zygmunta Starego? Myślę, że biografia każdej z nich zasługuje na odtworzenie w formie powieści historycznej. Izabela przeżyła gehennę na Węgrzech, Katarzyna też nie miała łatwego życia w Finlandii, Zofia również musiała walczyć o swoje w Niemczech, zaś Anna, choć w końcu wyszła za mąż, to jednak nigdy nie zaznała prawdziwego szczęścia.

RC: Zgadzam się. Ich życiorysy to gotowe materiały na powieści. Nawet biografia Zofii, która przecież nie miała tak burzliwego życia jak jej siostry, jest ciekawa. Z czasem przeszła na protestantyzm. Ciekawe co powiedziałaby na to jej matka, zagorzała katoliczka, gdyby wtedy żyła. I oczywiście nie należy tego zagorzałego katolicyzmu Bony utożsamiać z pobożnością. O nie! Bona była w tym względzie bardzo umiarkowana.

AAR: „Ja, królowa” to trzeci tom cyklu o Bonie Sforzy. Zanim powstał, napisałaś książkę poświęconą matce Bony, Izabeli Aragońskiej. Oczywiście mam na myśli powieść „Księżna Mediolanu”. Jak bardzo, Twoim zdaniem, wychowanie Bony przez Izabelę wpłynęło na dorosłe życie polskiej królowej? Ile tak naprawdę odziedziczyła Bona po swojej matce?

RC: Jeśli spojrzeć na portret młodej Bony i jej ojca, Giana Galeazza Sforzy, podobieństwo jest uderzające. A więc stało się doskonale, że Bona urodę odziedziczyła po ojcu, który uchodził za pięknego młodzieńca, a nie po matce, która nie była piękna. Zresztą gdyby spojrzeć na portret Izabeli Aragońskiej możemy powiedzieć, że to przeciętna kobieta; ani ładna, ani brzydka, za to miała charakter i solidne wykształcenie. Podczas gdy ojciec Bony był chwiejnego charakteru, niezdecydowany, uległy, to matka odznaczała się uporem i determinacją. Bona nie mogła pamiętać ojca, bo gdy umarł miała osiem miesięcy, zatem wychowywana była tylko przez matkę. To ona kształtowała jej charakter, ona stanowiła dla córki wzorzec do naśladowania, a więc nie jest dziwne, że charakterem była podobna do matki. I to matka zadbała o edukację córki i była w tym względzie bardzo oświecona, wiedziała, że wiedza równa się władza.

AAR: Czy myślałaś kiedyś co by było, gdybyś spotkała na swojej drodze Bonę? O czym chciałabyś z nią porozmawiać? O co zapytać?

RC: Chciałabym widzieć ją w codziennych sytuacjach, chciałabym wiedzieć jak się zachowuje, jaka była naprawdę. Spytałabym ją o to, czy wyjeżdżając z Polski żałowała tej decyzji, czy też czuła się szczęśliwa, że wreszcie wraca do ojczyzny. Czy uzyskawszy zgodę na wyjazd poczuła się wolna.

AAR: Czy podczas zbierania materiałów do powieści dotyczących Jagiellonów natknęłaś się na jakąś informację, która Cię zaskoczyła?

RC: Wertując książki coraz napotykałam na jakieś informacje, które zmieniały mój punkt widzenia. Musiałam wtedy wracać do wątku i nanosić zmiany.

AAR: Wiem, że pracujesz już nad kolejną książką. Czy zatem mogłabyś powiedzieć nam coś więcej na jej temat, jeśli oczywiście ten projekt nie jest owiany tajemnicą?

RC: Przede mną ostatnia część dziejów Bony, najbardziej tragiczna, powrót królowej do Bari.

AAR: Dziękuję Ci serdecznie za rozmowę. Czy chciałabyś coś dodać na koniec? Może jest coś, o co nie zapytałam, a chciałabyś podzielić się tym ze swoimi czytelnikami?

RC: Może tylko wspomnę, że w „Ja, królowa” czytelnicy znajdą wątki z mojej pierwszej powieści, „Królowa w kolorze karminu”. Nie planuję wznowienia tej książki, dlatego te wątki, które według mnie warte są uwagi, przeniosłam do najnowszej powieści. Dokonałam poprawek i pewnych przeróbek, aby wszystko grało. Mam nadzieję, że z dobrym skutkiem. Serdecznie dziękuję za rozmowę, a czytelników zachęcam do odkrywania naszej historii. Czytajcie biografie, książki popularnonaukowe i oczywiście powieści historyczne. Nawet jeśli kilku autorów pisze o tej samej postaci historycznej, to każdy kreuje inny, sugestywny obraz. I to jest fajne.



Rozmowa i redakcja
Agnes Anne Rose









środa, 17 października 2018

Renata Czarnecka – „Ja, królowa. Bona Sforza d’Aragona”












Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. Dziękuję!



Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2018



Bona Sforza d’Aragona (1494-1557) stanowi jedną z wielu postaci historycznych budzących kontrowersje. Jedni przypisują jej ogromne zasługi dla Polski, zaś inni szkalują i nazywają „trucicielką”. Prawdą jest, że przez bardzo długi czas była nie doceniana. Bardzo źle wypowiadali się o niej przeciwnicy polityczni oraz ci, którym Bona nadepnęła na odcisk, a potem byli to kolejni dziejopisarze, którzy bezrefleksyjnie powtarzali słowa swoich poprzedników. Bona Sforza d’Aragona przyszła na świat jako włoska księżniczka. Była córką i zarazem przedostatnim dzieckiem Giana Galeazza Sforzy (1469-1494) i Izabeli Aragońskiej (1470-1524). Notatka sporządzona własnoręcznie przez królową w jej Modlitewniku wskazuje, że było to dokładnie 2 lutego (sobota) 1494 roku o godzinie 13:30. W tamtym czasie godziny urodzeń dzieci pochodzących z arystokratycznych rodzin były bowiem skrupulatnie zapisywane ze względów astrologicznych, dlatego też notatka ta wydaje się być jak najbardziej wiarygodna.

Izabela Aragońska, myśląc perspektywicznie, pragnęła zapewnić swej córce jak najlepsze wykształcenie, co w przyszłości miało na celu doprowadzić do zawarcia przez Bonę intratnego małżeństwa. Była ona bowiem jedyną spadkobierczynią bogatego Księstwa Bari i Rosanno. W związku z tym Bona dogłębnie poznała historię, matematykę, prawo, teologię, która wtedy była zastrzeżona jedynie dla mężczyzn, a także nauczyła się gry na instrumentach, jazdy konnej, opanowała sztukę polowania oraz przyswoiła sobie takie kobiece umiejętności, jak taniec, śpiew, muzykę i oczywiście hafciarstwo. Ówcześni mężczyźni mogli czuć się niekiedy wielce zawstydzeni w jej towarzystwie, ponieważ Bona błyszczała wiedzą nie tylko na temat pism redagowanych przez wybitnych ojców Kościoła, ale także antycznych twórców, jak Marek Tulliusz Cyceron (106-43 p.n.e.) czy Publiusz Wergiliusz Maro (70-19 p.n.e.). Biegle posługiwała się nie tylko językiem włoskim, lecz również łacińskim, niemieckim, zaś po ślubie z Zygmuntem I Starym (1467-1548) także polskim.

Królowa Bona Sforza d’Aragona (1521)
Drzeworyt pochodzi z dzieła
Justusa Ludwika Decjusza
(ok. 1485-1545).
Pomimo iż mówiono, że dwór w Bari jest siedliskiem wszelkiego rodzaju cielesnych uciech i romansów, w których aktywnie miała uczestniczyć także matka przyszłej królowej Polski, to jednak sama Bona była raczej powściągliwa w tych sprawach i daleka od ulegania pokusom. Generalnie odrzucała umizgi przystojnych młodych mężczyzn. Niemniej podejrzewano ją o płomienny romans z Hektorem Pignatelim (?-1535), który był synem kochanka jej matki. Chociaż była powściągliwa w używaniu życia, to jednak postrzegano ją jako osobę niebezpieczną. Po Izabeli Aragońskiej miała bowiem odziedziczyć skłonność do pozbywania się swych wrogów przy pomocy trucizn. Na taki wizerunek wpływ miał zapewne fakt, iż wielką sympatią Bona darzyła największą trucicielkę swojej epoki, czyli córkę papieża Aleksandra VI (1431-1503) – Lukrecję Borgię (1480-1519), z którą przez pewien czas gorliwie wymieniała korespondencję.

Izabela Aragońska robiła wszystko, co tylko mogła, aby korzystnie wydać Bonę za mąż. W ten sposób pragnęła bowiem, choćby jedynie częściowo, odzyskać utracone wcześniej strefy wpływów. W żyłach Bony płynęła przecież krew europejskich cesarzy, papieży i królów. Czasami Izabela Aragońska mierzyła aż za wysoko, co tylko przysparzało jej rozczarowań. Kiedy 2 października 1515 roku władca największego państwa Europy Środkowej stracił małżonkę, cesarz Maksymilian I Habsburg (1459-1519) podjął działania mające na celu wprowadzić na tron Polski jedną ze swoich protegowanych. I tak oto przy pomocy kanclerza Krzysztofa Szydłowieckiego (1467-1532) przedstawił owdowiałemu Zygmuntowi I, pochodzącemu z dynastii Jagiellonów, trzy kandydatki, wśród których była także Bona Sforza d’Aragona. Utrata ukochanej żony i żałoba sprawiły, że polski król odrzucił wszystkie kandydatki, uznając, że ponowne małżeństwo będzie niestosowne w obliczu jego wielkiego cierpienia, a także zbyt krótkiego czasu, jaki upłynął od śmierci żony. Kiedy minął niespełna rok, propozycję ponowiono i przedstawiono Zygmuntowi już tylko dwie kandydatki. I tak oto w 1517 roku do Wilna, w którym Zygmunt uwielbiał przebywać, przywieziono portret księżniczki Bari. Polski król był nią oczarowany już od pierwszego wejrzenia. Ukryto przed nim prawdziwy wiek Bony, ponieważ lada dzień miała ona skończyć dwadzieścia cztery lata, co w tamtych czasach uznawano za wiek staropanieński. Do podpisania umowy przedślubnej doszło 21 września 1517 roku, zaś dokument ten gwarantował księżniczce prawo dziedziczenia Księstwa Bari i Rossano, co miało stanowić zabezpieczenie dla przyszłej królowej Polski.

Po zakończeniu pertraktacji i podpisaniu wspomnianej umowy przedślubnej przez pełnomocników Zygmunta i rodziny Sforzów, w dniu 6 grudnia 1517 roku odbyły się w Neapolu zaślubiny per procura (z łac. w zastępstwie), podczas których kaliski kasztelan Stanisław Ostroróg (?-ok. 1519) poślubił w imieniu polskiego króla księżniczkę Bonę. Po tym wydarzeniu rozpoczęto intensywne przygotowania do wyjazdu Bony do Polski. Z kolei dzień ślubu, który miał odbyć się w Krakowie, wyznaczono na 18 kwietnia 1518 roku. Kiedy wreszcie 13 kwietnia po długiej podróży Bona przybyła do podkrakowskiej Morawicy, została niezwykle uroczyście powitana przez królewskich wysłanników. Wygłoszono okolicznościową mowę, nie szczędząc przy tym na wychwalaniu zalet włoskiej księżniczki. Natomiast sam Zygmunt spotkał się z Boną dopiero następnego dnia, a było to na polu niedaleko Łobzowa. Monarcha zjawił się tam w towarzystwie orszaku złożonego z najważniejszych świeckich i duchownych dostojników. Na przybycie Bony król oczekiwał w specjalnym namiocie, przed którym rozwinięto czerwone sukno, po którym narzeczeni szli na swe pierwsze spotkanie. Zygmunt podał Bonie prawą rękę, zaś ona głęboko skłoniła się przed nim, po czym obydwoje padli sobie w ramiona. Potem ponownie wygłoszono okolicznościowe mowy, które wielu zapadły w pamięć na bardzo długo.


Umowa przedślubna zawarta pomiędzy Zygmuntem I Starym a Izabelą Aragońską 
w dniu 21 września 1517 roku. Kontrakt został zaakceptowany przez cesarza niemieckiego 
Maksymiliana I Habsburga. 


Kiedy już przemówienia dobiegły końca, zebrani usłyszeli huk armatnich salw honorowych, po czym cały orszak królewski wyruszył w stronę Krakowa. Nad porządkiem przemarszu pieczę trzymał nadworny marszałek Piotr Kmita Sobieński (1477-1553). Była to naprawdę barwna procesja, gdyż towarzyszące magnatom orszaki ubrane były zgonie z rozmaitymi światowymi trendami ówczesnej mody (Niemcy, Włosi, Francuzi, Węgrzy, Turcy). Widok ten wzbudził ogromny podziw wśród ludności oglądającej owe widowisko. Przed bramami Kleparza na przyszłą królową czekał już tłum mieszczan. Bonę powitał Stanisław Biel z Nowego Miasta (?), który był wówczas rektorem Akademii Krakowskiej. Tutaj również rozległy się armatnie wystrzały, natomiast Zygmunt i Bona obejrzeli zaaranżowany pojedynek dwóch rycerzy. Potem procesja ruszyła dalej, tworząc szpaler z członków władz miejskich, cechów rzemieślniczych oraz gildii kupieckich.

Trasa, którą przejeżdżali przyszli małżonkowie była pięknie udekorowana. Chociaż nie można było jeszcze ujrzeć specjalnie wzniesionych z tej okazji małych form architektury ulotnej, jak bramy czy łuki triumfalne (moda ta jeszcze nie dotarła do Polski), lecz mimo to przystrojone kosztownymi tkaninami i kwiatami kamienice i tak budziły zachwyt. Tak zwana „droga królewska” obejmowała Kleparz, Bramę Floriańską, ulicę Floriańską, rynek oraz ulicę Grodzką, aż do katedry wawelskiej, gdzie na Zygmunta i Bonę czekali już biskupi. Uroczystości powitalne trwały do późnego wieczora. Po odśpiewaniu hymnu Te Deum laudamus, Bona została odprowadzona do swoich komnat na Wawelu. Trzy dni później, zgodnie z planem, odbyły się uroczyste ceremonie ślubne i koronacyjne. Bona miała tylko dwa dni, by odpocząć po trudach podróży i wjeździe do Krakowa. Musiała też rozlokować się w nowym miejscu i poczynić przygotowania do kolejnych uroczystości. Trzeba pamiętać, że ten pełen przepychu wjazd do Krakowa, który wówczas był stolicą królestwa, stał się wzorem dla potomnych, według którego organizowano kolejne ceremonie wjazdu i powitania przybywających z zagranicy przyszłych królewskich małżonek. 


Bona Sforza d’Aragona i Zygmunt I Stary wraz z towarzyszącymi im dworzanami.
autor: Jan Matejko (1838-1893)


Najnowsza powieść Renaty Czarneckiej rozpoczyna się w chwili, gdy Bona Sforza d’Aragona przybywa do Polski i zostaje korowana na królową Polski. Jest to niezwykle ważne wydarzenie nie tylko w życiu Zygmunta i Bony, lecz także zwykłych ludzi. Oto bowiem następuje połączenie dwóch wielkich dynastii: Jagiellonów i Sforzów. Bona ma tylko dwadzieścia cztery lata, zaś jej małżonek przekroczył już pięćdziesiątkę. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że ta ogromna różnica wieku będzie stanowić przeszkodę nie tylko w kwestii wzajemnego porozumiewania się, ale także jeśli chodzi o wypełnianie obowiązków małżeńskich, to jednak prawda okazuje się zupełnie inna. Zygmunt jest zauroczony młodą małżonką, zaś Bona robi wszystko, aby podstarzały król nie poczuł się odtrącony. W miarę upływu czasu i w jej sercu zaczyna kiełkować uczucie miłości do męża. Owocem nocy poślubnej jest bowiem ich najstarsza córka Izabela (1519-1559), która dziedziczy imię po swej babce, Izabeli Aragońskiej.

W miarę upływu lat na świat przychodzą kolejne dzieci, w tym upragniony syn, przyszły Zygmunt II August (1520-1572). Już od pierwszego dnia życia jest on oczkiem w głowie matki. To przecież on ma odziedziczyć tron po ojcu i przedłużyć dynastię Jagiellonów. I choć córki także nie są bez znaczenia, bo wszak przy ich pomocy będzie można zaaranżować korzystne małżeństwa i tym samym wzmocnić nie tylko pozycję dynastii, ale przede wszystkim Polski, to jednak August jest tym, na którego Bona bezustannie chucha i dmucha, dbając o to, by nie stała mu się żadna krzywda. Najlepiej byłoby, aby na świat przyszedł kolejny zdrowy chłopiec. Niestety, los jakby się mścił. Z każdym kolejnym porodem Bona jest coraz bardziej niezadowolona. Rodzi bowiem córki, które chętnie oddałaby za choćby jeszcze jednego syna. W przeciwieństwie do królowej, Zygmunt cieszy się z każdego nowego dziecka i wydaje się zupełnie nie przejmować tym, że na Wawelu żyje tylko jeden następca tronu.


Jest rok 1537. Król Zygmunt Stary i Bona oraz ich dwór na lwowskim zamku słuchają 
przemówienia hetmana Jana Tarnowskiego (1488-1561) do zbuntowanej szlachty.
autor: Henryk Hipolit Rodakowski (1823-1894)


Jeśli ktoś myśli, że Bona stoi gdzieś z boku i biernie przypatruje się temu, co dzieje się w polityce, to grubo się myli. Ona ją tworzy. I choć to Zygmunt Stary nosi spodnie i oficjalnie rządzi krajem, to jednak silniejszą stroną jest tutaj Bona. Doradza Zygmuntowi, a czasami wręcz otwarcie się z nim spiera, jeśli widzi, że decyzje małżonka mogą mieć niekorzystny wpływ nie tylko na kraj, ale także na Jagiellonów. Takim postępowaniem królowa bardzo szybko przysparza sobie wrogów, dlatego też otacza się jedynie ludźmi zaufanymi, głównie tymi, których przywiozła sobie ze słonecznej Italii. I tak oto mijają lata, dzieci dorastają, Bona i Zygmunt się starzeją. Czas zatem rozpocząć aranżowanie korzystnych małżeństw dla dzieci. Niestety, nie wszystko idzie po myśli Bony. I znów dochodzi do sporów i rodzinnych konfliktów. Na tym polu najwięcej problemów przysparza królowej ukochany syn.

Ja, królowa to powieść, która stanowi kontynuację Księżnej Mediolanu i Madonn z Bari. I choć fabuła książki od początku do końca skupia się na osobie Bony Sforzy i jej panowaniu w Polsce, to jednak Autorka nie zapomina o postaciach znajdujących się w otoczeniu królowej. Wraz z nimi czytelnik wędruje po wawelskich komnatach, udaje się do Warszawy, podróżuje na Litwę, a nawet do dalekiej Francji. Sama Bona jawi się tutaj jako niezwykle silna kobieta, która pragnie za wszelką cenę osiągnąć zamierzony cel. I choć posiada niemało wrogów, to jednak każdego dnia próbuje sobie z nimi radzić, pomimo że nie zawsze wygrywa. Wydaje się, że jest bezwzględna w tym, co robi. Czytelnik wciąż zastanawia się, czy te wszystkie plotki, które o niej rozpowszechniano były jedynie wymysłem wyobraźni jej wrogów, czy faktycznie kryło się za tym coś więcej, a królowa była zdolna do popełnienia zbrodni, byle tylko postawić na swoim. Z jednej strony potrafi być naprawdę okrutna, zaś z drugiej kochająca, wyrozumiała, a niekiedy po prostu bezsilna, szczególnie jeśli chodzi o rodzinę.

Na kartach powieści najbardziej kontrowersyjna władczyni Polski na pewno nie jest przedstawiona jako postać czarno-biała, którą można byłoby jednoznacznie ocenić. Autorka ukazuje nam ją na czterech płaszczyznach, czyli jako królową, żonę, matkę i teściową. Niestety, te cztery obrazy nie zawsze są ze sobą zgodne. Powieściowa Bona Sforza to połączenie tak wielu sprzeczności, że naprawdę trudno jest stwierdzić, która z jej twarzy jest prawdziwa. Jako królowej nie można zarzucić jej niczego złego, choć czasami zdarza jej się przyznać, że nigdy nie darzyła Polski sympatią, lecz skoro już los rzucił ją do kraju, w którym zimą okrutnie marznie, stara się działać na jego korzyść, dlatego poprzez politykę, jaką uprawia próbuje nie tylko umacniać własną dynastię, ale też Polskę na arenie międzynarodowej. Nie jest też złą żoną. Widać, że jest bardzo przywiązana do Zygmunta i nawet jeśli nie darzy go jakimś szczególnie płomiennym uczuciem, to małżonek jest jej bliski.


Zawieszenie dzwonu Zygmunta na wieży katedry w Krakowie w 1521 roku.
autor: Jan Matejko


Z kolei jako matce można jej wiele zarzucić. Współczesnego czytelnika może zatem oburzać jej postępowanie wobec dzieci, ale trzeba pamiętać, że w XVI wieku, a szczególnie w rodach panujących, dzieci nie rodziło się po to, by je bezwarunkowo kochać i pragnąć ich dobra, lecz dlatego, aby w przyszłości stały się częścią polityki. To dzięki nim zawierano korzystne sojusze, łączono dynastie, a sami zainteresowani tak naprawdę nie mieli nic do powiedzenia. Miłość zarówno ta małżeńska, jak i rodzicielska nie miała większego znaczenia, jeśli w grę wchodziła polityka. W związku z tym kiedy Bona dostrzega, że jej zabiegi na niewiele się zdały, w konsekwencji czego pod jej dach wkracza ktoś, kto reprezentuje jej odwiecznych wrogów, natychmiast daje temu wyraz. Królowa jest bardzo zaborcza jako matka. Ta zaborczość objawia się przede wszystkim wobec Zygmunta Augusta. Czasami można odnieść wrażenie, że jej miłość daleko wykracza poza tę stricte macierzyńską. Gdyby nie fakt, iż August przyszedł na świat po to, by objąć tron po ojcu i spłodzić następcę tronu, to Bona chętnie zatrzymałaby go przy sobie i nie oddała żadnej innej kobiecie. Dlatego też wpada w furię, gdy jej jedyny syn pragnie być samodzielny i podejmować własne decyzje.

Muszę przyznać, że nigdy nie darzyłam Bony jakąś szczególną sympatią. Ta postać zawsze wydawała mi się okrutna, bezwzględna i po trupach dążąca do celu. Możliwe, że dałam się zwieść opiniom tych kronikarzy, którzy przedstawiali Bonę w złym świetle. Trudno jest mi powstrzymać się przed porównywaniem jej z Katarzyną Medycejską (1519-1589). Moim zdaniem obydwie królowe łączyło nie tylko pochodzenie, lecz przede wszystkim wizja dotycząca sprawowania rządów. Dla mnie Bona Sforza d’Aragona jest postacią tragiczną, co oczywiście nie zmienia faktu, że stanowi doskonały materiał na powieść czy film. Cieszy mnie ogromnie to, iż Renata Czarnecka nie wybiela królowej. Pokazuje ją czytelnikowi taką, jaka była naprawdę. Jak każdy człowiek miała wady i zalety. Żyła w bardzo ciekawych czasach i wielokrotnie musiała stawiać czoła poważnym problemom. Autorka zagłębia się w jej psychikę, ukazuje stan emocjonalny Bony i okoliczności, które popychały ją do podejmowania takich czy innych decyzji. Nie da się zaprzeczyć, że druga żona Zygmunta Starego odcisnęła trwałe piętno na historii Polski. Po prawie pięciuset latach od jej śmierci wciąż o niej rozmawiamy, piszemy, a nawet robimy filmy. Zapewne w chwili swojej tragicznej śmierci nawet przez myśl jej nie przeszło, że ludzie z kraju, którego nie darzyła sympatią, zapamiętają ją na wieki.

Ja, królowa to powieść, po którą warto sięgnąć bez względu na to, czy postać Bony Sforzy budzi sympatię czytelnika czy nie. Renata Czarnecka oddaje bowiem w nasze ręce książkę, którą czyta się z ogromnym zainteresowaniem. Ponadto podczas czytania trudno jest powstrzymać się od własnej oceny Bony i towarzyszących jej osób. Autorka nie opowiada się po żadnej ze stron. Nie narzuca czytelnikowi własnego zdania, lecz pozwala na swobodę interpretacji. Muszę przyznać, że dzięki książkom Renaty Czarneckiej zaczęłam inaczej postrzegać królową Bonę. Za każdym razem, kiedy czytam powieść Autorki mój stosunek do Jagiellonów nabiera innego wymiaru. Zachęcam zatem do sięgnięcia po trzecią część opowieści o Bonie Sforzy i gwarantuję feerię niezapomnianych czytelniczych doznań.








piątek, 12 października 2018

Agnieszka Wojdowicz – „Morze Trzcin. Księga życia Hili Campos” # 2









Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. Dziękuję!



Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2018




Zamość to miasto położone w województwie lubelskim. Zostało założone pod koniec XVI wieku, a dokładnie w 1580 roku, na terenie dawnej wsi należącej do polskiego szlachcica, Jana Zamoyskiego (1542-1605), a było to za panowania króla Stefana Batorego (1533-1586). Jan Zamoyski – wykształcony we Włoszech – przyczynił się do wprowadzenia humanistycznych idei, które swoje odzwierciedlenie znalazły w jego polityce, zarówno na poziomie krajowym, jak i lokalnym. Zamość – niekiedy zwany Padwą Północy – został zaprojektowany przez włoskiego architekta, Bernardo Morando (ok. 1540-1600), pochodzącego z Padwy. Bernardo Morando wykonał swój projekt zgodnie z zasadami idealnego miasta (z wł. città ideale), które stanowi jedyny kompletny renesansowy zespół urbanistyczny w Polsce. Jan Zamoyski, zgodnie ze swoją światłą polityką oraz tolerancyjną postawą, zaprosił do miasta nowych osadników, w tym Polaków, ludzi innych narodowości, a także tych, którzy byli wyznawcami innych religii niż katolicka, jak: Ormianie, Grecy, Włosi, Węgrzy, Szkoci i oczywiście Żydzi. Tego rodzaju polityka przyczyniła się do wzmocnienia życia gospodarczego i kulturalnego Zamościa, jak również do stworzenia wyspy tolerancji w epoce, kiedy inne katolickie kraje Europy prześladowały Żydów i protestantów.

Pierwsi Żydzi osiedlili się w Zamościu w 1588 roku, czyli osiem lat po założeniu miasta. Byli to Sefardyjczycy (Żydzi hiszpańscy) wywodzący się z Imperium Osmańskiego i Wenecji, co w konsekwencji utworzyło najbardziej wysuniętą na północ społeczność sefardyjską w Europie Wschodniej. Wszystkim przyznano równe prawa, które obejmowały zwolnienie podatkowe na dwadzieścia pięć lat i prawo do założenia własnej wspólnoty pod warunkiem, że przyjmą oni do swojej społeczności tylko Żydów pochodzenia hiszpańskiego i portugalskiego. Rozległe przywileje przyznane Żydom dotyczyły także prawa do posiadania domów, budowy murowanej synagogi i mikveh (łaźni rytualnej; mykwy), oraz założenia cmentarza. Na poziomie zawodowym mogli swobodnie angażować się w większość działań, z wyjątkiem szewstwa, kuśnierstwa i garncarstwa. Sprowadzając do Zamościa Żydów, Jan Zamoyski chciał skorzystać na luksusowym handlu towarami. Handlowali oni bowiem głównie diamentami, drogocennymi tkaninami, orientalnymi przyprawami i artykułami dekoracyjnymi. W tym czasie społeczność Żydów sefardyjskich posiadała naprawdę wyjątkową pozycję w całej Rzeczypospolitej. Ich społeczność była autonomiczna do połowy XVII wieku i nie podlegała najwyższemu organowi samorządu żydowskiego w Rzeczypospolitej, czyli Radzie Czterech Ziem.


Synagoga w Zamościu (2010)
fot. MaKa


Dzielnica żydowska powstała pod koniec XVI wieku w północno-wschodniej części Zamościa, wokół Rynku Solnego. W 1590 roku, po wspomnianych wyżej przywilejach nadanych osadnikom dzielnicy żydowskiej, zbudowano pierwszą drewnianą synagogę, która już wkrótce została zastąpiona kamienną. Wybudowano ją na początku XVII wieku. Po kilku latach została ona zrekonstruowana, co zaowocowało tym, iż dodano w niej sale modlitewne przeznaczone dla kobiet. Z kolei w XVIII wieku została połączona korytarzem z Domem Gminy Żydowskiej. Na początku XVII wieku znajdowała się w Zamościu ulica żydowska (obecnie ulica Zamenhofa), w której stała wspomniana już synagoga, a także dom edukacji, mykwa i szpital żydowski. W 1657 roku było tam już dziewiętnaście domów, zaś cmentarz żydowski znajdował się poza miejskimi murami.

Właśnie do takiego Zamościa w 1602 roku przybywa główna bohaterka Morza Trzcin, Hila Campos. Oczywiście nie jest sama. Towarzyszy jej rodzina. Camposowie to przedstawiciele sefardyjskich Żydów, których przodkowie osiedlili się we Włoszech po przymusowym opuszczeniu Hiszpanii i Portugalii. Niestety, już w pierwszych dniach pobytu w nowym miejscu, Hila musi stawić czoła osobistej tragedii, która na zawsze odciśnie swoje bolesne piętno na jej życiu. Młoda kobieta potrafi jednak każdą zaistniałą sytuację wytłumaczyć sobie w taki sposób, by móc mniej cierpieć. W swoich rozważaniach często odnosi się do Boga i to Jemu poświęca każdy dzień i wszystko, co robi. Takie podejście do życia dodaje jej sił w walce z przeciwnościami losu.

Sefardyjskie kobiety:
Saada (żona Abrahama Ben-Chimola),
i Préciada (jedna z jego córek).
Obraz pochodzi z 1832 roku.
autor: Eugène Delacroix (1798-1863)
Hila i jej bliscy przybyli do Zamościa z Wenecji, gdzie musieli żyć w getcie. Pomimo że próbowali tam egzystować w miarę normalnie, to jednak wciąż tęsknili za całkowitą wolnością. W dodatku w Wenecji spotkało ich całkiem sporo nieszczęść, więc wydaje się, że decyzja o wyjeździe była dla nich słuszna. Tak więc miasto założone przez Jana Zamoyskiego traktują w kategoriach raju. Czy rzeczywiście w Zamościu nie spotka ich już nic złego? Czy teraz Camposowie będą mogli już tylko cieszyć się wolnością oraz życiem bez trosk i zmartwień? A może los szykuje dla nich kolejne przykre niespodzianki, by dać im do zrozumienia, że tak naprawdę nigdzie nie mogą czuć się bezpiecznie ze względu na to, że są… Żydami?

Morze Trzcin to druga część Księgi życia Hili Campos. Pierwsza nosi tytuł Córka głosu. Jak sam tytuł wskazuje, Hila Campos jest nie tylko główną bohaterką powieści, ale także jej narratorką. To właśnie bezpośrednio od niej dowiadujemy się o tym, w jaki sposób potoczyło się zarówno jej życie, jak i życie jej bliskich po przybyciu do Polski i osiedleniu się w Zamościu. W mieście Jana Zamoyskiego Camposowie nabywają mieszkanie w jednej z kamienic w dzielnicy żydowskiej. Kiedy ponownie spotykamy bohaterów dylogii, głowa rodziny, czyli kupiec Menachem Campos wraz ze swoim synem Rubenem, przebywa w podróży, podczas której załatwia swoje handlowe interesy. Po miesiącach pobytu poza domem, obydwaj mężczyźni wreszcie wracają, a swoim powrotem sprawiają wielką radość tym, którzy czekali na nich tak długo.

Na pierwszy rzut oka widać, że w czasie podróży wiele zmieniło się w ich życiu, a szczególnie w życiu Rubena. W Stambule poślubił bowiem piękną kobietę o różnobarwnych oczach, którą zwą Szikma. Wszyscy wierzą, że kobieta stanie się balsamem na rany, które wciąż nie mogą się zabliźnić w życiu Rubena. Małżonka młodego Camposa odznacza się nie tylko nieprzeciętną urodą, lecz również niezwykłą mądrością dotyczącą stosowania rozmaitych ziół, które są w stanie uśmierzyć zarówno dolegliwości ciała, jak i duszy. Wraz z Szikmą do Zamościa przybywa także jej siostra Miriam. Ta z kolei posiada niebywały talent, jeśli chodzi o tkanie gobelinów. Są one tak piękne, że na ich widok, aż dech zapiera w piersi osobie, która na nie patrzy. Niestety, Miriam jest też dziewczyną niepokorną, co łatwo może sprowadzić na nią nieszczęście, jeżeli pozostali członkowie rodziny spuszczą ją choćby tylko na chwilę z oka.

Moim zdaniem Morze Trzcin stanowi doskonałą kontynuację Córki głosu. Podczas gdy w pierwszym tomie czytelnik mógł dowiedzieć się, jak wyglądało życie sefardyjskich Żydów w weneckim getcie, tak w tym przypadku poznaje realia ich egzystowania w Zamościu. Uwaga Hili Campos skupiona jest nie tylko na jej własnych przeżyciach, lecz także na tym, co dzieje się z jej bliskimi oraz sąsiadami, którzy niemalże każdego dnia odwiedzają mieszkanie Camposów. Hila pokazuje nam, że nie zawsze wszystko toczy się utartym szlakiem i tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Choć z drugiej strony życie potrafi naprawdę zaskakiwać, czego przykładem jest ona sama. Kiedy już pogodziła się ze stratą i zaczęła układać sobie życie na nowo, mając przy boku ukochaną córeczkę, pojawia się ktoś, kto sprawia, że kobieta jest w stanie optymistycznie patrzeć w przyszłość. Z drugiej strony jednak wygląda na to, że przeznaczeniem Hili i jej rodziny jest prowadzenie tułaczego trybu życia. Jeśli jednak w tym wszystkim obecna będzie prawdziwa miłość, to tak naprawdę nic złego nie może się przytrafić.


Żydowscy kupcy
autor: Jan Feliks Piwarski (1794-1859)              


Oprócz doskonale skonstruowanej fabuły, czytelnik ma okazję zapoznać się również z żydowską kulturą i obyczajami, co stanowi ogromną wartość w kontekście obcowania z innością. Czytelnik poznaje najważniejsze żydowskie święta i dowiaduje się, w jaki sposób się do nich przygotowywano. Dokładnie widać też podział ról w rodzinie. Kobiety zajmują się prowadzeniem domu, natomiast mężczyźni skupiają się na zapewnieniu środków do życia. W przypadku Camposów jest to handel przepięknymi tkaninami. Biorąc pod uwagę obydwa tomy, Agnieszka Wojdowicz stworzyła nieprzeciętną opowieść o społeczności, która wydaje się dziś nieco zapomniana i być może niewielu ma świadomość tego, kim byli sefardyjscy Żydzi i w jaki sposób ich losy łączą się z Polską. Morze Trzcin napisane jest w podobnym stylu, jak Córka głosu. Nie ma zbyt wielu dialogów, zaś głównym elementem jest płynna narracja prowadzona przez Hilę Campos. Sam tytuł odnosi się natomiast do biblijnej nazwy Morza Czerwonego.

Polecam zatem Księgę życia Hili Campos każdemu, kto chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o losie sefardyjskich Żydów, ich kulturze, obyczajach, a także sposobie, w jaki byli traktowani przez innych. Sięgając zarówno po Córkę głosu, jak i Morze Trzcin należy spodziewać się opowieści snutej powoli, bez zbędnego pośpiechu, lecz jednocześnie niezwykle bogatej pod kątem literackim i merytorycznym. Moim zdaniem jest to historia wyjątkowa nie tylko ze względu na to, jakiego tematu dotyczy, ale także z uwagi na styl, jakim została opowiedziana. Sposób, w jaki Hila Campos – piórem Agnieszki Wojdowicz – przemawia do czytelnika, wyróżnia się na tle innych książek z gatunku beletrystyki historycznej. Jestem skłonna stwierdzić, że z tego rodzaju stylem pisania spotkałam się po raz pierwszy i bardzo mi się taka forma podoba.







sobota, 15 września 2018

Nawet gdyby nigdy nie opublikowano moich książek, to i tak wciąż pisałabym nowe historie...





ROZMOWA Z ELIZABETH CHADWICK



Elizabeth Chadwick urodziła się w Bury (Lancashire). Gdy miała trzy lata, przeprowadziła się z rodziną do Szkocji, gdzie spędziła dzieciństwo. W wieku dziesięciu lat przyjechała do Nottingham, gdzie mieszka do tej pory. Mówi o sobie, że urodziła się gawędziarką. Pamięta, że zanim nauczyła się czytać i pisać, otwierała książeczki z obrazkami na swoich ulubionych ilustracjach i na ich podstawie tworzyła nowe opowieści. Autorka nie zajmowała się pisaniem, dopóki nie skończyła piętnastu lat. Kiedy po raz pierwszy zobaczyła program historyczny dla dzieci, a była to opowieść z akcją osadzoną w XII wieku w Ziemi Świętej, uświadomiła sobie, że chce tworzyć właśnie powieści historyczne. Po latach pisania i odrzucania jej tekstów, wreszcie wydała swoją pierwszą książkę, a było to w 1989 roku. Powieść nosiła tytuł „The Wild Hunt” i zdobyła nagrodę Betty Trask Award. Elizabeth Chadwick jest jedną z czołowych powieściopisarek tworzących beletrystykę historyczną, a przez „The Historical Novel Society” została określona, jako „najlepsza współczesna autorka pisząca o średniowieczu”. Jej książki wydawane są na całym świecie i tłumaczone na wiele języków. Pisarka słynie z prowadzenia rozległych badań dotyczących epoki średniowiecza, a szczególnie, jeśli chodzi o rodziny Marshalów i Bigodów. Jej powieści o trzynastowiecznym arystokracie, Williamie Marshalu, „Waleczny rycerz” (2005) i „The Scarlet Lion” (2006), przyniosły jej międzynarodowe uznanie. Niedawno ukazała się w Polsce jej trylogia o Eleonorze Akwitańskiej.  



Agnes A. Rose: Bardzo dziękuję, że przyjęłaś moje zaproszenie do rozmowy. Jestem niesamowicie zaszczycona, że mogę gościć Cię na swoim blogu i porozmawiać z Tobą. Tworzysz powieści osadzone w epoce średniowiecza. Dlaczego? Co takiego wyjątkowego jest w tej epoce, że postanowiłaś o niej pisać?

Wydawnictwo: SPHERE (2008)
Elizabeth Chadwick: To czysty przypadek, że wybrałam akurat średniowiecze. Ten okres zainteresował mnie po obejrzeniu w telewizji kilku historycznych dramatów. Pierwszym z nich było Sześć żon Henryka VIII z udziałem Keitha Michelle’a, co sprawiło, że zaczęłam pisać opowieść o Tudorach. To były wakacje, a ja miałam wtedy czternaście lat. Kiedy ponownie zaczęła się szkoła, odłożyłam pisanie książki. W następnym roku BBC stworzyła historyczną, przygodową serię dla dzieci zatytułowaną Desert Crusader. Była ona dubbingowana z francuskiego. Oryginał nosił tytuł Thibaud ou les Croisades i obecnie, pod tym samym tytułem, jego epizody można znaleźć na YouTube. Zakochałam się w bohaterze i zaczęłam pisać swoją własną wersję fan fiction. Jednak historia rozwinęła się w zupełnie nową opowieść i stała się niezwykle charakterystyczna dla postaci z programu telewizyjnego. Pisanie nowej książki pomiędzy lekcjami szkolnymi uświadomiło mi, że chcę tworzyć beletrystykę historyczną. Miałam zaledwie szesnaście lat, a już znalazłam swoją ścieżkę kariery zawodowej. Chciałam, by moja historia była jak najbardziej realna, a to oznaczało prowadzenie badań. Im więcej badałam, tym bardziej interesowałam się tematem, aż w końcu utknęłam w średniowieczu na dobre i jeszcze bardziej zapragnęłam o nim pisać. To jest niekończące się koło, jedno zainteresowanie wynikało z drugiego.

AAR: Zanim opublikowałaś „The Wild Hunt”, nie mogłaś znaleźć agenta literackiego. Twoje książki były odrzucane przez wiele lat. Co wtedy czułaś? Czy byłaś wściekła, ponieważ wiedziałaś, że piszesz dobrze, ale nikt nie chce docenić Twojej pracy?

EC: Bynajmniej. Wiedziałam, że pisanie jest tym, co mam robić, i że w którymś momencie się uda. Zasadniczo poświęcałam bardzo wiele doskonaleniu warsztatu i spędzałam mnóstwo godzin przy maszynie do pisania i przed monitorem komputera. Nigdy nie odbierałam odrzucenia tekstu jako coś osobistego. To po prostu sprawiało, że byłam jeszcze bardziej zdeterminowana do tego, aby następna książka, jaką napiszę, okazała się tak dobra, że ludzie nie będą w stanie jej odrzucić. Chociaż zdarzyło się to tak wiele razy, to jednak nigdy się nie zniechęciłam. Od wczesnego dzieciństwa opowiadałam sobie historie takiego czy innego rodzaju, więc de facto były one częścią mnie. Nawet gdyby nigdy nie opublikowano moich książek, to i tak wciąż pisałabym nowe historie. Musisz mieć szczęście, aby zostać opublikowaną, ale musisz też być wystarczająco dobra w tym, co robisz, a w czasie, kiedy mnie odrzucano, wciąż uczyłam się swojego rzemiosła, lecz nie osiągnęło ono jeszcze wystarczająco wysokiego poziomu, jak stało się to pod koniec mojej praktyki. Jeśli tak właśnie można to określić, to zauważyłam, że powoli stawałam się tak dobra, jak publikowani powieściopisarze. Zaczęłam wygrywać konkursy i miałam wiarę w to, że mi się uda. Tak więc nie, nigdy nie byłam wściekła. Gdybym nie została opublikowana, to oznaczałoby to, że nie jestem wystarczająco dobra. Przyjęłam do wiadomości tę rzeczywistość, nie martwiąc się o nic. Po prostu to dało mi motywację do tego, by stać się lepszą.

AAR: Po opublikowaniu „The Wild Hunt” napisałaś kontynuację tej historii. Co zmotywowało Cię do podjęcia tego wyzwania?

EC: Moją motywacją było to, że interesowałam się rodziną, o której pisałam i chciałam kontynuować opowieść o nich przynajmniej przez jakiś czas. Dla mnie główną siłą napędową jest pisanie i interesowanie się historią i ludźmi, którzy żyją w tej opowieści, zarówno rzeczywistej, jak i wymyślonej.

AAR: Muszę przyznać, że od wielu lat interesuję się historią Anglii. Wciąż odkrywam w niej coś nowego. Także dużo piszę i czytam o historii Wielkiej Brytanii. Trzy lata temu napisałam artykuł o Williamie Marshalu, 1. hrabim Pembroke. Wiem, że w swoim dorobku literackim masz również książki związane z tą postacią. Czy możesz powiedzieć nam coś więcej na ich temat? Co skłoniło Cię do napisania o Williamie Marshalu i jego rodzinie?

Wydawnictwo: AURUM PRESS (2010)
tłum. Anna Krawczyk-Łaskarzewska
EC: William Marshal był czwartym synem Johna FitzGilberta, który był marszałkiem królewskim w czasie wielkiego przewrotu w Anglii. W połowie był arystokratą. Lecz William przeznaczony był do większych rzeczy. Jako mały chłopiec został niemalże powieszony, gdy był zakładnikiem podczas oblężenia. Jednak król nie mógł zmusić się do wykonania wyroku i Williama odesłano potem do jego rodziny. Dorastał, aby stać się ekspertem w dziedzinie sztuk walki, a gdy już wyrobił sobie nazwisko, odnosił sukcesy szczególnie w turniejach.

Wstąpił na służbę do królów Andegaweńskich, najpierw jako wychowawca i marszałek najstarszego syna Henryka II, również Henryka. Kiedy młody Henryk zmarł, buntując się przeciwko ojcu, William przysiągł zabrać płaszcz młodzieńca do Jerozolimy i położyć go na płycie świętego grobu. Po osiągnięciu założonego sobie celu, powrócił do kraju i nadal służył Henrykowi II.

Po śmierci Henryka, William dostał się pod patronat Ryszarda Lwie Serce, który oddał mu rękę młodej dziedziczki, Izabeli de Clare. Teraz William stał się magnatem królestwa i gdy Ryszard wyruszył na krucjatę, pozostawił Williama jako jednego z głównych współrządzących państwem. Po śmierci Ryszarda, William służył również królowi Janowi i był jednym ze starszych baronów zaangażowanych w wydanie Magna Carta. Przez chwilę był także regentem Anglii dla młodego króla Henryka III.  

Jego życie było wielkim dramatem. Był świetnym wojownikiem, sportowcem, mężem stanu i politykiem. W swoim życiu rodzinnym był ojcem dla dziesięciorga dzieci, pięciu chłopców i pięciu dziewczynek, a jego małżeństwo wydaje się być długotrwałym i pełnym partnerskiej miłości przez trzydzieści lat. Napisałam o nim kilka książek. „Waleczny rycerz” obejmuje tę część jego życia, kiedy był młodym rycerzem i kończy się na roku 1194, gdy wraz z żoną, będąc u progu życia rodzinnego, pragnie poszerzać swoje horyzonty. Kolejna część „The Scarlet Lion” opowiada o kolejnych latach jego życia – aż do śmierci – kiedy został wielkim mężem stanu i politykiem i zajmował się irlandzkimi ziemiami swojej żony. Istnieje też prequel do tych dwóch powieści zatytułowany „A Place Beyond Courage”, który opowiada historię życia jego ojca, Johna FitzGilberta. „The Time of Singing” to z kolei opowieść o rodzinie spokrewnionej z Marshalami, której nazwisko brzmi Bigod, a jej ciąg dalszy „To Defy A King” opowiada historię córki Williama Marshala, Mahelt, która poprzez małżeństwo jest związana z rodziną Bigodów. Moją najnowszą książką w Wielkiej Brytanii jest „Templar Silks”, autonomiczna powieść opisująca czas spędzony przez Williama na pielgrzymce do Ziemi Świętej.

Jeśli chodzi o to, co skłoniło mnie do napisania historii Marshala, to jak zawsze były to moja ciekawość i zainteresowanie tematem. Najpierw zagłębiam się w temat, a potem chcę wiedzieć jeszcze więcej. Początkowo chciałam jedynie napisać o Williamie Mashalu, ponieważ czułam, że prowadził on naprawdę interesujące życie, które dobrze przełożyłoby się na medium powieści, ale kiedy zaczęłam robić badania, odkryłam, że temat wykracza daleko poza ramy tego, o czym chciałam pisać i miałam dość materiału na kilka powieści i pragnienie, by pisać dalej o czymś, co będzie mnie interesowało przez resztę mojego życia. Od piętnastu lat badam rodzinę Marshalów i każdego dnia wciąż uczę się nowych rzeczy. Bardzo podziwiam Williama Marshala. Z pewnością był mężczyzną swoich czasów i działał zgodnie z normami tamtego społeczeństwa, lecz pod jego fundamentami tkwi potężna integralność, której nie czuję w dzisiejszym świecie.

Wydawnictwo: AURUM PRESS (2009)
tłum. Anna Krawczyk-Łaskarzewska
AAR: Oprócz trylogii o Eleonorze Akwitańskiej i „Walecznego rycerza”, Twoi polscy czytelnicy mogą również przeczytać „Córki Graala”. Czy możesz nam powiedzieć coś więcej na temat tej książki? Co skłoniło Cię do napisania tej historii?

EC:  „Córki Graala” napisałam na zamówienie producenta filmowego, który napisał szkic scenariusza i chciał, żeby uszczegółowić go w postaci powieści. Film nigdy nie powstał, ale książka została opublikowana na całym świecie. Jest to rodzaj średniowiecznego „Kodu Leonarda da Vinci” z lekkim elementem fantastyki i opowiada historię prześladowań katarów, w tym potomków pewnego rodu.

AAR: Porozmawiajmy teraz o Twojej trylogii związanej z Eleonorą Akwitańską, którą niedawno opublikowano w Polsce. Mówi się, że Eleonora była najwybitniejszą kobietą w Europie w XII wieku. Została uznana przez magazyn „Time” za jedną z najbardziej wpływowych i silnych kobiet minionego tysiąclecia. Czy sądzisz, że królowa zasłużyła sobie na miano „najbardziej wpływowej kobiety tysiąclecia”?

EC:  Myślę, że była niesamowitą kobietą. Silną, otwartą, odporną, bardzo inteligentną. Sądzę, że jest bardzo wiele kobiet z tamtego okresu, które posiadają te same cechy, ale Eleonora była tą, która stała w świetle reflektorów. Tak, zasługuje na to wszystko z powodu tego, kim była, ale mogła być też częścią znacznie większej grupy kobiet.

AAR: Co najbardziej zaskoczyło Cię podczas pracy nad tą trylogią?

EC:  Tym, co naprawdę mnie zaskoczyło było to, jak trudno jest znaleźć przyzwoitą biografię Eleonory. Istnieje wiele prac, z których zainteresowany czytelnik może się czegoś o niej dowiedzieć, ale wiele z nich jest wysoce niewiarygodnych. Przyjmują one opinie za fakty i są bardzo luźne w interpretacji. Biorąc pod uwagę, że jedyną reprezentacją Eleonory jest jej grób, stylizowany witraż i siwowłosa dama w psałterzu z Fécamp, która może, ale wcale nie musi być Eleonorą, zadziwiające jest to, że jej biografowie nazywają ją czarnowłosą, czarnooką pięknością z zaokrągloną figurą, która na starość nigdy nie była gruba. Lub pyskatą, gorącokrwistą blondynką albo wesołą, zielonooką i rudowłosą. Żadnego z tych twierdzeń nie można uznać za precyzyjne, ponieważ nie istnieje żaden fizyczny opis Eleonory sporządzony podczas jej życia. Zasadniczo nie można ufać większości biografom. Znalazłam kilka książek, które zostały zapomniane i to one zapewniły mi szereg dobrych informacji, ale ogólnie trudno było znaleźć przyzwoite, oparte na faktach dzieła, które nie byłyby wytworem wyobraźni. Wiem, że tworzę fikcję, ale lubię mieć mocno ugruntowane prawdziwe tło historyczne i dlatego było mi ciężko pomimo, a może właśnie ze względu na liczne dzieła literatury faktu, które napisano o Eleonorze.

AAR: Ile czasu zajęło Ci przygotowanie się do napisania historii o Eleonorze Akwitańskiej? Czy miałaś jakieś problemy przy prowadzeniu badań?

EC: Tworzę średniowieczną fikcję od kilkudziesięciu lat, więc miałam już świadomość linii bazowej. Pisząc powieści o Williamie Marshalu, poznałam także Eleonorę, więc miałam już za sobą trochę badań. Zawsze gdy piszę, robię badania, więc prawdopodobnie intensywne zbieranie materiałów trwało około osiemnastu miesięcy, więc miałam już silną świadomość tła historycznego. Moje problemy, o których mowa powyżej wynikały z faktu, że wielu biografom nie można ufać. Starałam się jak najwięcej powracać do badań nad źródłami pierwotnymi, ale to samo w sobie jest trudnym projektem. Radzę sobie z łaciną i językiem starofrancuskim, lecz wolę czytać prace w tłumaczeniu.

AAR:  Gdybyś mogła cofnąć się w czasie i spotkać Eleonorę Akwitańską, to co chciałabyś jej powiedzieć? Jak generalnie wyobrażasz sobie spotkanie z tak potężną królową?

EC: Powiedziałabym jej, żeby uciekała przed Henrykiem II! Z badań, które przeprowadziłam, wynika, że każdy, kto stara się lepiej poznać Eleonorę, powinien przeczytać książkę zatytułowaną „Inventing Eleonor” Michaela Evansa, która pokazuje, jak wiele na przestrzeni wieków wymyślono na jej temat i jaki obecnie mamy jej portret (zwłaszcza, jeśli czytamy niektóre z jej popularnych biografii), co w niczym nie przypomina osoby, która żyła w XII wieku.


Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA (2017/2018)
tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska


AAR: Mówi się, że Ryszard Lwie Serce był najbardziej ukochanym dzieckiem Eleonory Akwitańskiej. Czy możesz nam powiedzieć, jak postrzegasz tego króla? Napisałaś o nim powieść? Jeśli nie, to czy masz taki plan?

EC:   Nie, nie napisałam o Ryszardzie Lwie Serce, ani nie planuję tego zrobić. Gdyby ktoś chciał o nim przeczytać, to moja dobra przyjaciółka, Sharon Penman, napisała o nim dwie wspaniałe powieści: „Lionheart” i „A King’s Ransom”. Powiedziałabym, że był on ulubieńcem Eleonory, ale częściowo dlatego, że od urodzenia był synem przeznaczonym do dziedziczenia ziem po matce. Został wychowany, by być jej spadkobiercą, więc musiała mieć go przy sobie. Jego umiejętnością była walka. Był także utalentowanym muzykiem, co można było dostrzec, kiedy nie brał udziału w bitwach, i miał wnikliwy pogląd na politykę. To bardzo skomplikowany i interesujący mężczyzna.  

AAR: Podczas drugiej krucjaty, w której uczestniczył pierwszy mąż Eleonory, Ludwik VII Młody, pojawiły się plotki, że królowa ma romans ze swoim wujem, Rajmundem z Poitiers. Co o tym sądzisz? Czy na pewno były to tylko pogłoski, a może Eleonora naprawdę stała się główną bohaterką skandalu obyczajowego?

EC:  Nie sądzę, żeby miała romans ze swoim wujem. Kiedy głębiej przyjrzymy się dowodom „za” i „przeciw”, wówczas w większości będą one negatywne. Niektórzy autorzy sugerują, że to prawda, ale podejrzewam, że spowodowane jest to raczej poszukiwaniem sensacji, niż dopuszczaniem istnienia bardziej prozaicznej prawdy. O tym, dlaczego w ogóle tak nie myślę, napisałam dokładnie na blogu. Oto link: http://elizabethchadwick.com/blog/eleanor-of-aquitaine-raymond-of-poitiers-and-the-incident-at-antioch/

AAR: Jak wspomniałam powyżej, mieszkasz w Nottingham. Według legendy Robin Hood miał przebywać w pobliżu tego miasta. Jego osoba jest też bardzo silnie związana z synami Eleonory, Ryszardem Lwie Serce i Janem bez Ziemi. Muszę przyznać, że od dzieciństwa jestem zafascynowana Robinem z Sherwood. Chociaż dużo o nim czytałam i pisałam, nadal stanowi dla mnie zagadkę. Czy możesz nam powiedzieć, jaka jest prawda? Czy synowie Eleonory faktycznie mieli coś wspólnego z Robin Hoodem?

EC: Nie, nie sądzę, że tak było. Nie wierzę, żeby Robin Hood żył tak wcześnie. Jest wytworem ballad pochodzących z późnego średniowiecza i jako taki jest postacią fikcyjną. Może być połączeniem kilku banitów, którzy żyli w XIV wieku, ale w rzeczywistości mit wyrósł sam z siebie i powołał do życia kogoś, kto nigdy nie istniał. Obawiam się, że to Hollywood i pisarze literatury współczesnej są głównymi twórcami Robin Hooda żyjącego pod koniec XII i na początku XIII wieku.

Wydawnictwo: SPHERE (2006)
AAR: Wróćmy na chwilę do Twoich książek. Do tej pory napisałaś wiele powieści. Czy masz wśród nich swoją ulubioną historię; taką, którą kochasz bardziej niż inne?

EC: Dla mnie byłoby to trochę tak, jakby zapytać matkę, czy ma ulubione dziecko! Każda książka, którą piszę, zawsze posiada w sobie coś wyjątkowego, co czyni ją dla mnie niezwykłą. Moja pierwsza opublikowana powieść „The Wild Hunt” była tą, która zdobyła główną nagrodę w Wielkiej Brytanii i została reprezentowana przez czołową londyńską agencję literacką. Książka „Lords of The White Castle” była moją pierwszą próbą biografii i stała się bestsellerem, „Waleczny rycerz” był z kolei bestsellerem New York Timesa i rozpoczął moją podróż z Williamem Marshalem. Trylogia o Eleonorze Akwitańskiej skłoniła mnie do myślenia w bardzo różny sposób o wielkiej średniowiecznej królowej i o tym, jaka mogłaby być naprawdę pod tym całym blaskiem i pyłem, którym posypaliśmy jej życie. Każda książka nauczyła mnie czegoś unikalnego na temat ludzi, ich życia i czasów, które badałam. Tak więc odpowiedź brzmi: nie, one wszystkie są moimi ulubionymi.

AAR: A co z bohaterami? Czy jest taki, którego najbardziej lubisz i uśmiechasz się zawsze, gdy o nim myślisz?

EC: Odpowiem tak samo, jak powyżej, lecz z kilkoma wyjątkami. John Marshal z powieści „A Place Beyond Courage” zawsze jest przy mnie, ponieważ uważam, iż historia źle się z nim obeszła – a raczej nasza współczesna interpretacja historii, a nasze lenistwo powstrzymuje nas przed tym, by unieść zasłony i zobaczyć, co znajduje się pod powierzchnią. To daje nam uproszczony obraz skomplikowanego człowieka, który stara się przetrwać w bardzo trudnych czasach. I oczywiście wielki William Marshal. Był legendą już wtedy, gdy żył, a obecnie stał się nią jeszcze bardziej. Lecz pod tym wszystkim jest człowiek z krwi i kości z wadami i zaletami, pasjami, preferencjami i antypatiami. Chciałabym móc poznać go wtedy, gdy żył. 

AAR: Czy jest coś, jakaś epoka lub postać, o której chciałabyś napisać, ale uważasz, że nie nadszedł jeszcze właściwy czas? 

EC: Tak, jest tego wiele, ale nie chcę o tym mówić. To jest coś, co jest w fazie tworzenia w mojej głowie i nie będę o tym mówić, dopóki nie będę gotowa!

AAR: Jak ważni są dla Ciebie czytelnicy? Czy masz z nimi dobry kontakt? Jak bardzo pomagają Ci podczas pisania?

EC: Gdybym nie miała czytelników, nie miałabym pracy! Mam bardzo dobry kontakt z moimi czytelnikami, z których wielu stało się dobrymi przyjaciółmi. Mam otwartą grupę autorów na Facebooku, gdzie otrzymuję wiadomości i rady oraz opinie – nie chodzi tylko o promocję. Dzielę się swoimi badaniami z czytelnikami, a także codziennymi sprawami. Wszyscy jesteśmy ludźmi o indywidualnych zainteresowaniach i umiejętnościach i dobrze jest każdego dnia integrować się podczas pracy. https://www.facebook.com/ElizabethChadwickAuthor/?fref=ts

AAR: Powiedziałaś mi, że jest szansa na wydanie w Polsce Twojej kolejnej książki. Czy możesz nam powiedzieć coś więcej, jeśli nie jest to tajemnicą?

Wydawnictwo: SPHERE (2012)
EC: Myślę, że wkrótce ukaże się w Polsce „Lady of the English”. Jest to opowieść o dwóch kobietach i walce o angielską koronę w XII wieku. Matyldzie, córce króla, został odebrany tron (przynajmniej ona tak to widzi) przez jej kuzyna Stefana i jest zdeterminowana, by odzyskać go dla siebie i swoich spadkobierców. Pomaga jej w tym macocha, która tak naprawdę jest w wieku Matyldy i posiada łagodniejszą osobowość, a z drugiej strony silną determinację, aby przekonać się, że sprawiedliwość zwycięża.

AAR: Na koniec chciałabym Cię zapytać o Twój kolejny projekt. Czy pracujesz nad nową powieścią?

EC: Właśnie zaczęłam, ale ponieważ jest to bardzo wczesny etap i jeszcze nie doszło do podpisania umowy, ponownie nie mogę powiedzieć nic więcej poza tym, że jest ona osadzona w XIII wieku, a w rolach głównych występuje dwóch niezwykle charyzmatycznych bohaterów!

AAR: Elizabeth, dziękuję bardzo za tę miłą rozmowę. To była dla mnie wielka przyjemność porozmawiać z Tobą. Czy jest coś, co chciałabyś dodać lub powiedzieć swoim polskim czytelnikom?

EC: Dziękuję Wam za czytanie moich książek i mam nadzieję, że Wam wszystkim się podobają! I dziękuję za rozmowę i zadawanie tak różnorodnych pytań!



Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose




Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj
If you want to read this interview in English, please click here