Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

sobota, 4 czerwca 2016

Wiesław Kielar – „Życie toczy się dalej” # 3














Wydawnictwo: ATUT
Wrocław 2004
Przedmowa: Leszek Mazan





W drugiej połowie 1944 roku, kiedy Armia Czerwona zaczęła odnosić sukcesy militarne na froncie i stopniowo zbliżała się do granic nazistowskiego obozu Auschwitz-Birkenau, władze SS zdecydowały wywieźć do obozów znajdujących się w Trzeciej Rzeszy około sześćdziesiąt pięć tysięcy więźniów. W tym samym czasie kierownictwo Auschwitz-Birkenau rozpoczęło także zacieranie śladów swojej bestialskiej działalności wobec niewinnych ludzi. Zaczęto więc palić wszelkiego rodzaju dokumenty, wśród których znajdowały się przede wszystkim kartoteki oraz spisy więźniów. Likwidowano doły zawierające ludzkie prochy, jak również rozebrano budynek krematorium IV, który został zniszczony podczas buntu Sonderkommando, czyli oddziału stworzonego do wykonywania specjalnych zadań eksterminacyjnych wobec społeczności pochodzenia żydowskiego.

Do wysadzenia przygotowano także pozostałe budynki krematoryjne, zaś z komór gazowych i pieców krematoryjnych II i III wymontowano urządzenia oraz instalacje, które potem częściowo wywieziono w głąb Trzeciej Rzeszy. Natomiast w krematorium V aż do połowy stycznia 1945 roku palono ciała zamordowanych więźniów. Do Niemiec wywożono też materiały budowlane, jak i zgromadzone w magazynach Kanady przedmioty zrabowane pomordowanym Żydom. Dla przypomnienia dodam, że Kanadą w obozowej gwarze określano zarówno robocze komando zajmujące się sortowaniem rzeczy osobistych odebranych więźniom oraz Żydom przywiezionym na śmierć w komorach gazowych, jak również baraki znajdujące się na terenie obozu, w których gromadzono i selekcjonowano owe rzeczy jeszcze przed ich wywózką do Niemiec. Niemniej działaniom tym w styczniu 1945 roku towarzyszył niezwykły pośpiech, a także zbliżająca się w dość szybkim tempie sowiecka ofensywa. Fakt ten spowodował, że Niemcy nie zdołali pozbyć się wszystkich śladów ludobójstwa i wywieźć całego zrabowanego więźniom mienia.



Riuny wysadzonego w 1945 roku przez Niemców krematorium w Birkenau
fot. Sharx (Creative Commons)


W dniu 12 stycznia 1945 roku Armia Czerwona rozpoczęła szarżę nad środkową Wisłą, co spowodowało przełamanie niemieckiej linii obrony. W momencie, gdy jednostki sowieckie zbliżyły się w okolice Krakowa – miasta odległego od Oświęcimia o jakieś siedemdziesiąt kilometrów – władze SS zadecydowały o całkowitej ewakuacji Auschwitz-Birkenau. Tak więc w dniach pomiędzy 17 a 21 stycznia esesmani wyprowadzili z obozu oraz podobozów około pięćdziesiąt sześć tysięcy więźniów, których zmusili do przejścia kilkudziesięciu kilometrów w niezwykle trudnych warunkach zimowych. Główne trasy tego morderczego marszu prowadziły do Wodzisławia Śląskiego i Gliwic, a stamtąd więźniowie zostali wywiezieni pociągami do innych obozów koncentracyjnych. Wśród tych więźniów byli i tacy, którzy całą drogę do miejsca przeznaczenia pokonali pieszo. Było to między innymi trzy tysiące więźniów podobozu Neu-Dachs znajdującego się w Jaworznie. Esesmani zmusili ich do przejścia dwustu pięćdziesięciu kilometrów do niemieckiego obozu Groß-Rosen mieszczącego się na terenie Dolnego Śląska. Jedynie niewiele ponad dwa tysiące więźniów z podobozów Laurahütte (Siemianowice Śląskie) i Eintrachthütte (Świętochłowice) zostało wywiezionych w dniach 23 i 24 stycznia pociągami bezpośrednio do Austrii do nazistowskiego obozu Mauthausen.

Podczas ewakuacji Auschwitz-Birkenau esesmani strzelali do więźniów, którzy tracili siły i nie byli już w stanie kontynuować morderczego marszu. Mordowali również tych, którzy usiłowali uciec. Na terenie Górnego i Opolskiego Śląska życie straciło około trzech tysięcy ludzi, natomiast szacuje się, iż podczas całej ewakuacji śmierć poniosło od dziewięciu do piętnastu tysięcy więźniów obozu. W tym samym czasie z obozu uciekali także sami esesmani wraz ze zrabowanym mieniem i częścią obciążających ich dokumentów. Niemniej większość akt palona była w piecach biur obozowych albo w ogniskach rozpalanych przed blokami. Pośpiech, który towarzyszył temu działaniu, jak również brak nadzoru nad załogą obozu sprawiły, że esesmanom nie udało się zniszczyć wszystkiego. 

Naziści przed bramą obozu
w Oranienburgu 
Wiesław Kielar (1919-1990) nie widział już tego wszystkiego, ponieważ znalazł się w grupie więźniów, którzy jako pierwsi opuścili obóz w połowie 1944 roku. Tym razem jego miejscem przeznaczenia okazał się nazistowski obóz koncentracyjny w Trzeciej Rzeszy znajdujący się w Sachsenhausen. Dziś niegdysiejsza miejscowość stanowi dzielnicę Oranienburga. Pierwszy barak obozu został postawiony już w dniu 12 lipca 1936 roku rękami pięćdziesięciu więźniów przeniesionych tam z obozu koncentracyjnego w Esterwegen w Dolnej Saksonii. Z kolei w sierpniu i wrześniu 1936 roku do Sachsenhausen trafili kolejni więźniowie z Esterwegen, a było ich dziewięciuset. Zostali oni zmuszeni do budowy obozu. W związku z brakiem jedzenia oraz niewiarygodnymi okrucieństwami ze strony esesmanów, większość więźniów w niedługim czasie zmarła. Pod koniec września KL Sachsenhausen był już gotowy i wtedy też przywieziono tam pierwszych więźniów politycznych.

Obok drewnianych baraków znajdowało się tam również kilka budynków z cegły, w których zamieszkali oficerowie SS. Było także kilka fabryk, gdzie zmuszano więźniów do niewolniczej pracy ponad siły. Przed wybuchem drugiej wojny światowej większość przebywających tam więźniów stanowili niemieccy komuniści lub niemieccy Żydzi. Tuż po Kryształowej Nocy w Sachsenhausen zostało uwięzionych tysiąc ośmiuset Żydów, którzy następnie zostali zamordowani. We wrześniu 1939 roku w Niemczech aresztowano tysiące komunistów, socjaldemokratów oraz byłych przywódców związkowych. Pięć tysięcy z nich przewieziono do Sachsenhausen wraz z około tysiącem Żydów. Pod koniec września w obozie znajdowało się już ponad osiem tysięcy więźniów. W listopadzie 1939 roku liczba ta dramatycznie wzrosła do ponad jedenastu tysięcy. W tym czasie zanotowano też pierwsze przypadki tyfusu. Ponieważ esesmani odmówili więźniom jakiejkolwiek opieki medycznej i dostarczania pożywienia, w ciągu kolejnych tygodni setki więźniów zmarło. Do kwietnia 1940 roku zmarłych palono już w krematoriach zainstalowanych w oddalonym o trzydzieści pięć kilometrów Berlinie. Niemniej już w kwietniu w Sachsenhausen powstało pierwsze krematorium.

Podobnie jak we wszystkich innych hitlerowskich obozach koncentracyjnych, tak i w Sachsenhausen warunki były niezwykle barbarzyńskie. Każdego dnia dokonywano egzekucji przez rozstrzelanie lub powieszenie. Z przywiezionych tam trzystu dwudziestu polskich więźniów ocalało trzydziestu trzech. Z kolei w maju 1942 roku esesmani zamordowali osiemdziesięciu ośmiu holenderskich cywilów. Kilka tygodni po inwazji nazistów na Związek Sowiecki, tysiące radzieckich więźniów wywieziono do Sachsenhausen. Większość z nich została zabita przez rozstrzelanie lub zmarła na skutek bicia, powieszenia, tortur czy głodu.

W dniu 31 stycznia 1942 roku władze SS zmusiły więźniów do budowy tak zwanej Stacji Z. Ta nowa instalacja powstała celem eksterminacji więźniów. W dniu 29 maja 1942 roku esesmani zaprosili do obozu kilkunastu wysokich rangą nazistowskich urzędników w celu uroczystego otwarcia Stacji Z.  Aby pokazać, w jaki sposób działa to nowoczesne urządzenie esesmani wybrali dziewięćdziesięciu sześciu Żydów, których zabito przez rozstrzelanie. W marcu 1943 roku do Stacji Z została dodana komora gazowa, którą używano aż do końca wojny. Liczba zagazowanych tam ofiar nie jest znana, ponieważ transporty przeznaczone do gazu nie były rejestrowane w wykazach wjazdowych do obozu.


Pozostałości po krematorium w obozie Sachsenhausen w Oranienburgu 
fot. Sally Scott


W 1944 roku i na początku roku 1945, ze względu na militarne działania aliantów, liczba więźniów dramatycznie wzrosła. W dniach 20 i 21 kwietnia 1945 roku, na skutek działań Armii Czerwonej, trzydzieści trzy tysiące więźniów zostało zmuszonych do opuszczenia obozu w Marszu Śmierci. W każdej grupie znajdowało się czterystu więźniów. Esesmani planowali wsadzić ich na pokłady statków, a następnie je zatopić. Podczas Marszu Śmierci tysiące więźniów zmarło. Natomiast ci, którzy byli zbyt słabi, aby iść, zostali rozstrzelani. Ostatecznie obóz został wyzwolony przez Armię Czerwoną 22 kwietnia 1945 roku. Wtedy też sowieccy żołnierze znaleźli w obozie jedynie trzy tysiące ocalałych, wśród których było tysiąc czterysta kobiet. Większość więźniów była głodna, chora i zbyt słaba, aby móc powitać swoich wyzwolicieli. Podobnie jak miało to miejsce w innych obozach, tak i tutaj brakowało opieki medycznej, dlatego też wielu więźniów zmarło już kilka dni po odzyskaniu wolności. Obecnie w Sachsenhausen znajduje się muzeum, do którego bardzo łatwo dostać się prosto z Berlina.

Już na samym początku pobytu w Sachsenhausen Autor przeżył piekło. Cierpiał głód, był chory, ale mimo to nie poddawał się. Miał obok siebie kolegów, z którymi spędził pięć lat w Auschwitz. Wśród nich byli także chłopcy z Jarosławia. Oni wszyscy starali się trzymać razem. I chyba właśnie ta bliskość sprawiła, że się nie poddawali i wciąż wierzyli, że koniec wojny jest już bliski, a im jakimś cudem uda się przeżyć. Potrafili też kombinować, aby nie dać się zabić. Ponieważ byli więźniami-weteranami znali już na pamięć zasady panujące w obozach koncentracyjnych i wiedzieli, że esesmanom się nie ufa. Wiedzieli, że kiedy esesman mówi, iż każdy, kto zgłosi się na ochotnika do wymarszu ocaleje, wówczas okaże się, że tak naprawdę w najbliższym lesie zostanie rozstrzelany. Może to wydawać się dziwne, ale Wiesław Kielar i jego towarzysze niedoli woleli zostać w obozie, niż iść w nieznane, aby rzekomo odzyskać wolność.

Czesława Romana Puzon ps. Baśka
(1919-1944)

Jarosławianka, która zginęła z rąk gestapo.
Do dziś jest znaczącą postacią w historii miasta.
Wspomina o niej również Wiesław Kielar.
Do Autora niniejszej książki wyzwolenie przyszło 2 maja 1945, ponieważ znalazł się on w grupie więźniów, których Niemcy zmusili do Marszu Śmierci w kwietniu 1945 roku. I tu znów okazało się, że Opatrzność go nie opuszcza. Przeżył! W związku z tym Wiesława Kielara i jego towarzyszy nie wyzwalała Armia Czerwona, lecz amerykańscy żołnierze, wśród których byli również ci o polskich korzeniach. Jakaż była radość, kiedy dowiedzieli się, że Hitler nie żyje, a Niemcy zostali pokonani! Wtedy też do głosu doszły negatywne emocje i chęć zemsty na tych, którzy przez prawie sześć lat fundowali piekło milionom ludzi w całej Europie.

Z drugiej strony jednak kiedy przyszedł moment refleksji zaczęły ujawniać się także zwykłe ludzkie uczucia. Teraz to znienawidzeni Niemcy szli na rzeź. Byli wśród nich nie tylko jeszcze do niedawna butni esesmani, ale także zwykli cywile. Nie wiadomo było tak naprawdę co stanie się z tymi ludźmi. Na pewno katów czekały procesy i kary śmierci albo w najlepszym wypadku kary długoletniego więzienia. Natomiast nie było wiadomo co będzie ze zwykłymi ludźmi. Teraz to oni musieli opuszczać swoje domy i uciekać bądź ukrywać się gdzieś w pobliskich lasach, patrząc jak amerykańscy czy brytyjscy żołnierze zajmują ich okazałe posiadłości.

Wiesław Kielar najpierw trafił pod opiekę Amerykanów, a potem nie chcąc aby to Sowieci zajęli się jego przyszłością, udał się w drogę w poszukiwaniu Brytyjczyków. Do Sowietów wciąż czuł żal i złość za to, że 17 września 1939 roku wbili Polakom nóż w plecy. Głód, który on i jego towarzysze odczuwali przez tak długi czas sprawił, że teraz wręcz pożerali wszystko to, co dostawali od swoich wybawicieli. Czasami groziło to wręcz chorobą z przejedzenia. Zasuszony żołądek nie był w stanie przyjąć tego wszystkiego, co mu oferowano. Po wyjściu z obozu Wiesław Kielar ważył bowiem tylko trzydzieści dziewięć kilogramów! Dziś jest to rzecz niewyobrażalna, żeby dwudziestokilkulatek ważył tak mało. Niemniej taki stan rzeczy wcale nie przeszkadzał byłym więźniom obozu w okazywaniu radości i szczęścia, że wreszcie są wolnymi ludźmi. I tak mijały miesiące, aż w końcu wszyscy zdecydowali się wracać do Polski do swoich rodzin. Był rok 1946. Żaden z nich nie wiedział co tak naprawdę dzieje się z jego rodziną. Czy udało im się przeżyć? I tutaj pojawiał się strach, ale też tęsknota za ojczyzną, choć powoli zaczęły już dochodzić słuchy, że w Polsce wcale tak kolorowo nie jest, jak mogłoby się wydawać. Fakt, że skończyła się wojna wcale nie oznaczał, że nasi chłopcy mieli wracać do raju. W Polsce zaczęli bowiem rządzić komuniści, którzy w bestialski sposób postanowili rozprawić się z „wrogami narodu”, w tym również z żołnierzami Armii Krajowej. Zaczynał się stalinizm!


Franz Schmidt (w środku; ok. 1910-?) wraz z braćmi
Podczas wojny był czołowym gestapowcem Jarosławia. Do dziś określany jest katem Jarosławia.
Niestety, uniknął kary za swoje zbrodnie, a od sądu domagał się jeszcze odszkodowania za proces.
Pochodził z Jarosławia, więc teren znał jak własną kieszeń. Był wyjątkowym sadystą. 


Przyjeżdżając do Jarosławia Wiesław Kielar zastał zmiany. W rodzinnym mieście nie było go siedem lat, więc trochę się tutaj zmieniło. Przede wszystkim rządził Urząd Bezpieczeństwa, który bardzo szybko upomniał się o niego. Na szczęście rodzina przeżyła niemalże w komplecie. Brakowało tylko szwagra, którego zabrała ciężka choroba. Sam Wiesław Kielar musiał teraz pomyśleć o własnej przyszłości. Nie miał przecież nawet matury! W dodatku chciał wreszcie nacieszyć się życiem. Hitlerowcy zabrali mu siedem lat życia, więc logiczne, że pragnął je nadrobić. A zatem niemalże od razu rzucił się w wir towarzyskich spotkań i miłosnych uniesień. W końcu jednak przyszedł czas na to, aby zdobyć jakiś zawód i zacząć zarabiać na życie. I tak oto po kilku latach został operatorem filmowym, a na jego drodze zaczęły stawać sławy polskiego powojennego kina. Pracował między innymi przy adaptacji filmowej powieści Marka Hłaski (1934-1969) zatytułowanej Następny do raju. Film zrealizowano pod tytułem Baza ludzi umarłych (1958). Natomiast w rolach głównych wystąpili między innymi Zygmunt Kęstowicz (1921-2007), Emil Karewicz, Teresa Iżewska (1933-1982), Leon Niemczyk (1923-2006), Aleksander Fogiel (1910-1996), Tadeusz Łomnicki (1927-1992) czy Roman Kłosowski.

Oprócz powyższego wśród filmów fabularnych, przy realizacji których pracował Wiesław Kielar, znalazły się także takie produkcje, jak: Profesor Zazul (1965), Koniec naszego świata (1964), Zimowy zmierzch (1956) i Uczta Baltazara (1954). Autor pracował też przy produkcji filmów dokumentalnych, jak ...Że dni nasze wiosenne... (1973) czy Powrót na miejsce wypadków (?). W dorobku Wiesława Kielara znalazły się również etiudy szkolne, jak: Końskie nazwisko (1954), W pościgu za bandą (1954), Muzeum Oświęcimskie (1951), Napiwek (1951) oraz Moda na co dzień (1952). Każdy z tych dokumentów został wyprodukowany przez Państwową Wyższą Szkołę Filmową w Łodzi. Węcej informacji na temat wymienionych wyżej produkcji można uzyskać na stronie internetowej Film Polski


Kadr z filmu Baza ludzi umarłych
Od lewej: Roman Kłosowski jako Orsaczek, Leon Niemczyk jako Dziewiątka
i Emil Karewicz w roli Tadka 'Warszawiaka'
reż. Czesław Petelski (1922-1996)


Życie toczy się dalej to trzecia i zarazem ostatnia cześć wspomnień Autora. Rozpoczyna się wyruszeniem w nieznane po rozpoczęciu ewakuacji obozu Auschwitz-Birkenau. Wiesław Kielar powtarza w niej wydarzenia, którymi kończył poprzednią część Anus mundi, a potem zabiera czytelnika do powojennego Jarosławia, aby za chwilę znów wyruszyć w podróż. Tym razem do Łodzi, Krakowa i Wrocławia. Podobnie jak poprzednie tomy, tak i ten czyta się jednym tchem. Język jest tak bardzo płynny i plastyczny, że można odnieść wrażenie, iż czytamy powieść, a nie autobiografię. Na kartach książki pojawia się cała galeria znanych postaci nie tylko ze świata filmu, ale też polityki czy dziennikarstwa, jak Maciej Szumowski (1939-2004), który był przyjacielem Wiesława Kielara. Autor opowiada nie tylko o swoim życiu zawodowym, ale także prywatnym. Dużo mówi o żonie, która była dla niego wszystkim i bardzo wiele jej zawdzięczał. Wiesław Kielar planował napisać jeszcze jedną część wspomnień, ponieważ uważał, że w tym tomie nie zwarł wszystkiego, co było dla niego ważne. Niestety, nie zdążył...










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz