Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Karnawał po staropolsku





Karnawał, zwany po staropolsku zapustami, trwa od Nowego Roku, bądź też od dnia Trzech Króli, aż do Środy Popielcowej, kiedy w Kościele katolickim rozpoczyna się Wielki Post. W okresie epoki średniowiecza z obchodów karnawałowych słynęła głównie Wenecja, natomiast po jej upadku w XVIII wieku, był to Rzym. Niemalże równie huczny w tamtych czasach był karnawał w Hiszpanii, Portugalii oraz we Francji. Głośno bawiono się również w Niemczech, Czechach, na Rusi i na Bałkanach. Niezwykle szybko zabawy karnawałowe zostały, jak gdyby przeszczepione na grunt europejski i w związku z tym nabrały charakterystycznego i polskiego wyrazu, idąc zgodnie z duchem oraz naszym narodowym temperamentem, jak również z naszą tradycją i obyczajem.

W dawnej Polsce w czasie karnawału bawiono się niezwykle hucznie. Szczególnie popularne były wówczas kuligi, polowania oraz maskarady (maszkary), czyli zabawy, kiedy to ich uczestnicy na twarz zakładali maski. Kulig był zabawą charakterystyczną wyłącznie dla szlachty i magnaterii. Zazwyczaj odwiedzano wtedy sąsiadów w całej okolicy.
Już cug siwków zaprzęgnięty,
Kopną drogą pędzą sanie,
A śnieg płonie jak diamenty,
Jak ócz cudnych migotanie. (Or-Ot)
Kuligi w dawnej Polsce były stosunkowo wcześnie dokładnie zaplanowane. Należało bowiem ustalić kolejność odwiedzin, a także przygotować domy na przyjęcie zwiększającej się systematycznie liczby gości. Trzeba było zadbać o nocleg oraz zaopatrzyć piwniczkę i spiżarnię w smakołyki. Kiedy już nadszedł moment rozpoczęcia kuligu, zjeżdżano się na saniach w jednym umówionym miejscu, zwoływano też muzykantów, którzy mieli uprzyjemnić ten czas swoim muzycznym talentem. Gdy już uznano, że wszystko jest gotowe, wówczas obsyłano po okolicznych domostwach laskę z kulą, która ten kulig zwoływała. W drogę wysyłano także arlekina, który dzierżąc w ręku trzepaczkę, wpadał do domu, do którego miano zajechać i skacząc, śpiewał: Ej, kulig, kulig, kulig!...



Zapewne tak właśnie wyglądały kuligi w dawnej Polsce


Odwiedzający się przybywali do określonego domostwa wieczorem, oświetlając sobie drogę przy pomocy kaganków i pochodni, a towarzyszyła im głośna muzyka. Galopem wjeżdżano w podwórze, wiwatowano i trzaskano z biczów. W tym momencie z dworu wychodził gospodarz wraz z gospodynią i uprzejmie witał przybyłe towarzystwo, zapraszając wszystkich do środka. Taka kilkugodzinna przejażdżka w siarczystym mrozie na pewno zaostrzała apetyty, tak więc ze stołu niezwykle szybko znikały ogromne misy kiełbas, zrazów, szynek, zwierzyny łownej, a także potraw nieco delikatniejszych, jak na przykład ciasta. Niemniej jednak najważniejszą potrawą, jaką wówczas serwowano, był oczywiście bigos.

A zatem wyobraźmy sobie jak wokół suto zastawionego stołu z rąk do rąk krążą kielichy wypełnione winem, małmazją i węgrzynem, a biesiadnicy wznoszą głośne toasty. Zabawa będzie trwać do białego rana, a potem goście rozejdą się na krótki odpoczynek, aby następnie zjeść śniadanie z obiadem i podziękować za bogate przyjęcie. Wszyscy wypiją strzemiennego i razem z gospodarzem ruszą w dalszą drogę do następnego dworu. Kuligi, choć nie tak huczne, jak te staropolskie, będą jeszcze praktykowane w okresie dwudziestolecia międzywojennego, a potem organizować się je będzie przede wszystkim dla uciechy dzieci.

Jeśli chodzi o literaturę, to chyba takim najbardziej zapadającym w pamięć jest ten opisany przez Henryka Sienkiewicza w Potopie.
(…) Sanie gnały jak wicher. Dzień był jasny, mroźny. Śnieg migotał, jakby kto nań iskry sypał; z białych dachów chat podobnych do kup śnieżnych strzelały wysokimi kolumnami dymy różowe. Stada wron polatywały przed saniami wśród bezlistnych drzew przydrożnych z krakaniem donośnym. 
 O dwie staje za Wodoktami wpadli na szeroką drogę, w ciemny bór, który stał głuchy, sędziwy i cichy, jakby spał pod obfitą okiścią. Drzewa, miotając w oczach, zdawały się uciekać gdzieś w tył za sanie, a oni lecieli coraz prędzej i prędzej, jak gdyby rumaki skrzydła miały. Od takiej jazdy głowa się zawraca i upojenie ogarnia, więc ogarnęło i pannę Aleksandrę. Przechyliwszy się w tył, zamknęła oczy, całkiem pędowi się oddając. Poczuła słodką niemoc i zdało jej się, że ten bojarzyn orszański porwał ją i pędzi wichrem, a ona, mdlejąca, nie ma siły się oprzeć ani krzyknąć... I lecą, lecą coraz szybciej... (…)[1]
Bywało i tak, że klimat powszechnej wesołości zakłócały pewne niepożądane incydenty. Opis obyczajów za panowania króla Augusta III Sasa (1733-1763), pokazuje, iż najsławniejsze kuligi urządzane z wielkim rozmachem, niekiedy oblewały się krwią oraz zdarzały się też ofiary w ludziach.
(…) Najsławniejsze co do pijatyki i brawury te kuligi były w województwie rawskim, gdzie się nieraz krwią oblewały, a jeżeli się kto obcy przez niewiadomość wmieszał do tego kuligu, a nie podobał się mu albo nie mógł wystarczyć zdrowiem pijaństwu, zbili jak leśne jabłko, suknie w płatki na nim podrapali i wypędzili, jakoby dla słabego zdrowia niegodnego tak dzielnej kompani (…)[2]
Oczywiście kulig to nie jedyna zabawa mająca związek ze staropolskim karnawałem. W trzy ostatnie dni zapustów zarówno mężczyźni, jak i kobiety przebierali się za Żydów, Cyganów, chłopów i żebraków. Wystrojone w ten sposób korowody przechodziły przez miasta i wioski, tańcząc i śpiewając. Ludzie ci tańczyli rozmaicie, na przykład tańczono „na wysoki len i konopie” lub „na owies i pszenicę”. Mówiło się, że tak jak wysoko kobieta skoczy, tak wysokie urosną len i konopie. Z kolei w ostatni dzień karnawału odbywało się tak zwane „wkupne od bab”, czyli uroczyste wprowadzenie nowo zaślubionych panien do grona mężatek. Panny natomiast mogły wówczas brać udział w „podkoziołku”. Obrzęd ten polegał na tym, iż w karczmie ustawiano figurę koziołka, przy którym można było złożyć ofiarę pieniężną, która miała zapewnić szybkie zamążpójście.

Szlachta bawiła się niezwykle hucznie,
a mocniejsze trunki lały się strumieniami
W dawnej Polsce nie tylko szlachta bawiła się podczas karnawału. W miastach świętowano nawet pod gołym niebem, urządzając niezwykle barwne pochody maskaradowe. Natomiast na wsiach ucztowano w karczmach. Po wsiach chodzili ludzie przebrani za niedźwiedzie, turonie czy wilki, zaś drogami wałęsały się tabuny gwarnych i wesołych przebierańców, odwiedzających poszczególne domostwa i zbierających dary. Specjalnie na zapusty przygotowywano też wesoło brzmiące piosenki:
Od poganów zaczęty, dziś trwa zwyczaj stary,
Na święta bachusowe ubierać maszkary.
Maskarady (maszkary), czyli zabawy polegające na zakładaniu na twarz masek, szczególnie przypadły do gustu ówczesnym mieszczanom. To najprawdopodobniej dzięki królowej Bonie na początku XVI wieku dotarł do Polski włoski zwyczaj urządzania maskarad oraz publicznych balów maskowych (redut). Reduty odbywały się przez cały okres karnawału po trzy, cztery, a nawet pięć razy w tygodniu. Pierwszym organizatorem publicznych redut, odbywających się w Warszawie na Nowym Mieście, był Włoch Salvador. Już wkrótce zaczęto powoływać do życia mniejsze bądź większe salony redutowe. W tych najbardziej popularnych bawiło się nawet tysiąc osób, grając w karty, tańcząc, śpiewając i płatając sobie nawzajem wszelkiego rodzaju figle. Na redutach za darmo były jedynie oświetlenie i muzyka, natomiast za całą resztę należało sporo zapłacić.

Podczas zabaw karnawałowych nieocenioną przysługę oddawały właśnie maski. I nie chodzi tutaj jedynie o osoby pochodzące z tej niższej warstwy społecznej, które pragnęły bawić się razem z panami. Niekiedy maska stawała się prawdziwym wybawieniem dla żon, chcących uniknąć niepotrzebnych uwag zazdrosnych mężów, a także dla mężów, którzy pragnęli uciec od towarzystwa swoich żon. Już na początku XVI wieku popularność zdobyły sobie wyroby krakowskich rzemieślników, którzy produkowali trzy rodzaje masek przeznaczonych dla kobiet. Wówczas bardzo głośno mówiło się o balach karnawałowych organizowanych w Gdańsku. Urządzano je w Dworze Artusa, a także w domach cechowych. Niemniej jednak, największą popularnością cieszyły się bale warszawskie. Z kolei w okresie dwudziestolecia międzywojennego zwyczajem stały się bale charytatywne, które przetrwały do dzisiaj.


Ogromną popularnością w dawnej Polsce cieszyły się bale maskowe


Zwykle największe niezadowolenie karnawałowe zabawy i bale budziły w osobach duchownych. Księża bardzo często gromili te „diabelskie” szaleństwa. W XVI wieku niejaki Grzegorz z Żarnowca stwierdził, iż: „(…) większy zysk czcimy diabłu trzy dni rozpustnie mięsopostując, aniżeli Bogu czterdzieści dni nieochotnie poszcząc (…)

Chyba najbardziej wystawne uczty i bale odbywały się w miastach oraz w pańskich rezydencjach. Traktowano je przeważnie jako swego rodzaju giełdę małżeńską dla dobrze urodzonych młodych panien, które tańczyły pod niezwykle czujnym okiem swoich matek, babek czy ciotek. W ten sposób dobrze wychowane panny mogły zawierać nowe znajomości z mężczyznami, i dzięki temu pozyskiwać konkurentów do swojej ręki. Spośród tychże konkurentów to właśnie rodzina wybierała potem tego, który był najlepiej urodzony, skoligacony z jakimś szacownym rodem oraz najmajętniejszy.

W zapusty nieco skromniejsze wieczorki taneczne, bale oraz zabawy urządzano w miastach. Głównie chodziło tutaj o kupców i rzemieślników, którzy organizowali zabawę dla swej młodzieży. Były to bale, podczas których aż „szły wiechcie z butów i drzazgi z podłogi”. Nieco inny pod względem charakteru był również karnawał celebrowany przez chłopów. Kipiał radością oraz był huczny i wesoły. W czas zapustów wolno było robić niemalże wszystko. No, może nie tak do końca wszystko, ale na pewno dużo więcej, aniżeli zazwyczaj. Tak jak wszędzie, również na wsi najhuczniej i najweselej świętowano ostatni tydzień karnawału, czyli od Tłustego Czwartku po tak zwany „kusy wtorek”. Powiadano bowiem, że w ten „combrowy” i „zapuśny” czwartek trzeba skosztować boczku i słoniny tyle razy, ile razy kot poruszy ogonem.







[1] H. Sienkiewicz, Potop, Tom I, Wyd. R-press, Rzeszów 2007, s. 44.
[2] J. Kitowicz, Opis obyczajów za panowania Augusta III, Wyd. Instytut Filologii Polskiej UG, Gdańsk 1985, s. 343.





16 komentarzy:

  1. Nawet nie myślałam, ze z karnawałem wiąże się tyle rożnych tradycji i obyczajów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz :-) To jeszcze nie wszystko, bo są też obyczaje karnawałowe ściśle związane z Tłustym Czwartkiem i całym tygodniem, aż do Środy Popielcowej. Ale o tym będzie za jakiś czas. :-)

      Usuń
    2. W takim razie niecierpliwie czekam na twój kolejny post związany z Tłustym Czwartkiem:)

      Usuń
    3. Planuję ten artykuł na sam koniec karnawału. :-)))

      Usuń
  2. Jejku, szkoda, że dzisiaj ludzie nie potrafią się tak bawić - za mało w nas luzu i dystansu. Poza tym, z tego co kojarzę w czasach, gdy pojawił się karnawał była to jedyna okazja w całym roku do zabawy i odreagowania ciężkich zasad życia religijnego... teraz czas na zabawę jest zbyt łatwo dostępny, aby poświęcać mu tyle energii - choć ja niektóre kuligi, niekoniecznie karnawałowe, wspominam bardzo miło :) Świetny wpis :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Ludzie teraz nie potrafią się bawić, a myślę, że jest temu winny rozwój techniki. Cywilizacja z jednej strony jest dobra, ale z drugiej sprawia, że w ludziach zatraca się poczucie bycia razem. Poza tym, kiedyś ludzie patrzyli zupełnie inaczej na siebie nawzajem, a teraz człowiek człowiekowi wilkiem. A co do kuligów, to niedaleko mnie jest taki zajazd, gdzie co roku jego właściciel organizuje kuligi. W tym roku niestety nic z tego, bo śniegu brak. :-(

      Usuń
  3. Bardzo ciekawy artykuł, poczułem się jak na...kuligu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że tak obrazowo to opisałam. :-) Nie wiem, jak u Ciebie, ale u mnie śniegu brak i tylko deszcz leje. Na żaden kulig nie ma widoków. ;-)

      Usuń
  4. Cieszę się, że przeczytałam Twój tekst. Dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Chętnie wzięłabym udział w takim kuligu, albo maskaradach:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że dzisiaj odchodzi się od niektórych staropolskich tradycji. Nowoczesność nie zawsze wychodzi na dobre. Ja zawsze z ogromnym sentymentem patrzę na to, co było kiedyś. :-)

      Usuń
  5. Kiedyś to wiedzieli, co to zabawa karnawałowa! :) Kiedyś, gdy jeszcze byłam małym dzieckiem, to troszkę z tych tradycji zostało na wsi. Były kuligi, mniejsze i większe, zawsze z pochodniami i z ogniskami na koniec.Pamiętam też przebierańców: diabła, dziadów, kozy :) Ale byłam wtedy taka mała i pamiętam tylko, że fascynował mnie szczególnie mocno diabeł, z którym chciałam iść odwiedzać inne domy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety nie pamiętam takich wiejskich karnawałów, choć pierwsze kilka lat swojego życia spędziłam na wsi. Potem zamieszkałam w mieście, a tutaj to już w ogóle nie było żadnych tradycji karnawałowych. To wszystko zanika, a szkoda, bo np. takie kuligi bardzo zbliżały ludzi. :-) Wspominasz o diable. Teraz to by raczej nie przeszło. Nie wiem, czy słyszałaś w mediach o tym, co się działo w Krakowie, kiedy pan przebrany za diabła "szalał" w pobliżu Kościoła Mariackiego. Wydaje mi się, że ludzie bardzo się zmienili i kierują się jakimiś dziwacznymi przekonaniami. Zamiast pewne rzeczy traktować jak zwyczajną zabawę, to dopatrują się w nich jakichś ukrytych działań.

      Usuń
  6. To bardzo ciekawy tekst. W trakcie czytania doszłam do wniosku, że dziś ludzie nie potrafią się bawić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak uważam. Smutne to, ale niestety prawdziwe. A jak już przychodzi do jakiejkolwiek zabawy, to niektórzy tylko patrzą jak by tu zalać się w trupa, a to już nie jest zdrowa zabawa, tylko jakiś totalny koszmar.

      Usuń