Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

niedziela, 12 stycznia 2014

Christina Hopkinson – „Jak nie zabiłam męża, czyli babski punkt widzenia”













Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2011
Tytuł oryginału: The Pile of the Stuff at the Bottom of the Stairs
Przekład: Maciejka Mazan




Niemalże każda młoda dziewczyna marzy o tym, że kiedyś nadejdzie taki dzień, w którym stanie ze swoim ukochanym przed ołtarzem ewentualnie przed urzędnikiem Urzędu Stanu Cywilnego i wypowie te magiczne słowa, które sprawią, że już tylko śmierć będzie w mocy ich rozłączyć. W sennych marzeniach pojawia się przytulny domek z ogródkiem tudzież gromadka grzecznych i wiecznie uśmiechniętych dzieci. A już najlepiej byłoby, gdyby ukochany małżonek każdego dnia obsypywał komplementami, rozumiał bez słów i co najmniej raz w tygodniu przynosił bukiet kwiatów lub jakiś inny, bardziej wyszukany prezent, jak na przykład element biżuterii jednej z najbardziej renomowanych marek w kraju. Dobrze byłoby, gdyby jeszcze udało się wzbudzić swoim nowym stylem życia zazdrość u koleżanek. Widok tej zieleni na ich twarzach, kiedy obserwowałyby nieziemsko przystojnego małżonka podjeżdżającego codziennie wysokiej klasy samochodem pod biuro, w którym pracuje ubóstwiana żona, byłby wręcz bezcenny. Czasami jest to lepsze niż seks. Tylko co zrobić, kiedy już dzień po ślubie bańka mydlana, w której żyła przyszła panna młoda, bezpowrotnie pęka, a mąż okazuje się zwyczajnym facetem z wadami, choć zalet też mu nie brak, lecz nie takich, o jakich myślała wybranka jego serca? Cóż począć, kiedy małżonek zapomina o koszu na brudną bieliznę i roznosi ją po całym mieszkaniu zamiast wrzucić do rzeczonego kosza? Co ma zrobić biedna małżonka, kiedy na jej oczach ten jeden jedyny i wyśniony rozrywa paczkę płatków śniadaniowych i rozrzuca je po całej kuchni, zapominając o tym, że należałoby je potem posprzątać? Jak ma zachować się żona, której mąż nie może wyrwać się z pracy, aby móc odebrać dziecko z przedszkola? No, chyba tylko złożyć pozew o rozwód, bo przecież, ileż można znieść?! Wszakże nie tak wyobrażała sobie wspólne życie!!! Miało być jak w bajce, a tu okazuje się, że mąż nie jest królewiczem, którego miały jej zazdrościć koleżanki. Nie ma zatem rady. Rozwód musi być i to jak najszybciej!!! Lecz zanim to się stanie małżonka okaże nieco miłosierdzia i da mężowi jeszcze jedną szansę. Oczywiście wymyśliła już doskonały plan, w jaki sposób tego dokona. Przez pół roku będzie robić listę przewinień, jakich dopuszcza się jej mężczyzna. Zrobi mu swego rodzaju egzamin i to od niego będzie zależeć czy go zda, czy może obleje.

Mary Tennent jest mężatką od kilku lat. Swojego męża – Joela – poznała w miejscu pracy. Na początku nie było łatwo. Ponieważ Mary była zdania, że jest przeciętną dziewczyną, więc nie sądziła, iż przystojny i niezwykle sympatyczny Joel zwróci na nią uwagę. Dlatego też jakoś niespecjalnie zawracała sobie nim głowę. Los jednak chciał inaczej i któregoś dnia obydwoje stwierdzili, że są dla siebie stworzeni. Przypuszczalnie zaważył na tym ten niesamowity seks, bez którego nie potrafili już żyć. Po dość specyficznych oświadczynach, przyszedł czas na ślub. I tak oto Mary i Joel założyli podstawową komórkę społeczną, jaką bez wątpienia jest rodzina. Po jakimś czasie na świat przyszedł pierwszy syn państwa Tennentów – Rufus, a potem kolejny o imieniu Gabriel, nazywany po prostu „Gabe”. Nie wiadomo tak naprawdę w którym momencie Mary zaczęła się zmieniać. Pewnego dnia ta rudowłosa i dość sympatyczna dziewczyna, w której zakochał się Joel, stała się rudzielcem o morderczych instynktach. I właśnie wtedy obiektem jej gniewu i frustracji staje się oczywiście Bogu ducha winien Joel. Lecz z drugiej strony czy aby na pewno mężczyzna jest bez winy? Może jednak ma coś na sumieniu, a Mary wcale nie przesadza?

Doskonałym momentem do tego, aby rozliczyć swoje małżeństwo stają się trzydzieste piąte urodziny Mary. Na kilka tygodni przed tą magiczną datą, kobieta wpada na pomysł, żeby skrupulatnie robić listę wykroczeń Joela. Nazywa to „domową administracją”, gdzie zapisuje dobre i złe strony swojego męża. Udziela mu plusów i minusów praktycznie za każdą czynność, którą wykona lub nie wykona. Tak naprawdę nie wiadomo co lepsze. Bierność Joela w pomocy przy prowadzeniu domu czy jego aktywność. Mary jest tak wielką perfekcjonistką w sporządzaniu „domowej administracji”, że wyłapuje nawet najdrobniejsze czynności swojego małżonka. A oto przykłady:

  1. Zostawia ubrania wszędzie, tylko nie w koszu na brudy.
  2. Wyrzuca torebki po zaparzonej herbacie do zlewu.
  3. Zadaje mi pytania, kiedy rozmawiam przez telefon.
  4. Sieje płatkami po kuchni jak wentylator.
  5. Rzuca zwiniętymi w kulkę skarpetkami mniej więcej w kierunku kosza. Nigdy nie trafia.
  6. Zdejmuje nalepki z bananów i przykleja je na blacie kuchennego stołu.
  7. Zmywarka – nigdy jej nie opróżnia, choć potrafi wyjąć z niej kilka czystych naczyń, jeśli ich potrzebuje…*

Biedny ten Joel, prawda? Tak sobie właśnie pomyślałam, kiedy czytałam książkę. Mało tego. Wciąż zastanawiałam się nad tym, kiedy ten biedak nie wytrzyma i wybuchnie, czym może rozpętać nawet trzecią wojnę światową. Prawdę mówiąc, podziwiałam ten jego spokój, bo gdybym była na jego miejscu, chyba bym totalnie oszalała, a Mary wyrzuciłabym co najmniej przez okno. No ale nic. Idźmy dalej i kibicujmy Joelowi, żeby nie zwariował, bo Mary jest naprawdę świetna w tym, co robi. Stale dopisuje nowe punkty do listy i pogrąża Joela w swoich oczach coraz bardziej. Dzieci też nie oszczędza. Czasami zachowuje się niczym wredna i sadystyczna matka. A wszystko przed ten… brud!!! Tak, tak. To brud jest powodem problemów Mary. Gdyby nie zapuszczone i niechlujne mieszkanie, wówczas w ogóle nie byłoby sprawy. Tylko czy Mary przypadkiem nie przesadza? Czy naprawdę mieszkanie Tennentów wygląda jak, za przeproszeniem, chlew? Może Mary cierpi na jakąś fobię albo obsesję? A może faktycznie ma dosyć małżeństwa i chce pozbyć się Joela, tylko nie wie jak powinna to zrobić, więc wyszukuje problemy tam, gdzie ich nie ma?

Taką sytuację, jak opisana wyżej, obserwujemy praktycznie przez całą książkę. Owszem, znajdujemy też informacje o tym, że Mary pracuje. Że ma przyjaciółki, z którymi rzadko bo rzadko, ale stara się spotykać. Ma też teściową, rodziców, którzy służą pomocą, jeśli zajdzie taka potrzeba, szczególnie, gdy w grę wchodzą wnuki. Niemniej jednak fabułę przytłacza BRUD. Prawdę powiedziawszy to chyba właśnie on powinien być tutaj głównym bohaterem, zamiast Mary i Joela, ponieważ wszystko kręci się wokół niego.

wydanie brytyjskie
Pomiędzy powieściami historycznymi, których w ostatnim czasie przeczytałam kilka, chciałam zrobić sobie przerwę i sięgnąć po lżejszą lekturę. Padło na powieść Christiny Hopkinson, bo wydawało mi się, że będzie to książka, która nie zmusi mnie do intensywnego myślenia i pozwoli na relaks. Niestety, po przeczytaniu tej historii czuję niesmak. Wydawca zapewnia, że książka jest „zabawna, inteligentna i pouczająca zarazem”. Zabawna? Najprawdopodobniej mam zgoła odmienne poczucie humoru niż Autorka, bo nie bawią mnie dyskusje dotyczące tego, czyje brudy i ekskrementy cuchną mocniej oraz jak często poszczególni bohaterowie udają się do toalety w wiadomym celu. Inteligenta? Hmm… Zapewne sama Christina Hopkinson inteligentną kobietą jest, ale niestety nie da się tego odczuć podczas czytania jej powieści. Czy chęć na uprawianie lesbijskiego seksu, jaka w pewnym momencie nawiedza Mary, należy uznać za inteligentny wątek? Albo totalnie wyuzdane fascynacje erotyczne niektórych bohaterów? Możliwe, że tak. W końcu naszej „brudnej Mary” też coś od życia się należy. Zaznaczam, że nie jest to powieść erotyczna, lecz najzwyklejsza historia obyczajowa. Pouczająca? O, tak! Jak najbardziej! Ta powieść jest pouczająca szczególnie dla pań, które pragną za wszelką cenę doprowadzić swojego faceta do szału i zrobić mu z życia piekło. Panowie też mogliby się z niej sporo nauczyć. Mogliby na przykład dowiedzieć się, jak żyć z zołzą i nie zwariować.

Wydaje mi się, że Christina Hopkinson, tworząc opowieść o życiu małżeńskim Mary Tennent popadła w pewną skrajność. Czytelnik odnosi wrażenie, że główni bohaterowie praktycznie nie robią nic innego, jak tylko brudzą. A właściwie to Joel i dzieci brudzą, zaś biedna Mary musi po nich sprzątać. Moim zdaniem jest tego stanowczo za dużo. Być może Autorka w takim przekazie problemu miała jakiś swój ukryty cel. Możliwe, że chciała w ten sposób zwrócić uwagę na kwestie, jakie pojawiają się w wielu małżeństwach na świecie. Mianowicie brak porozumienia i zbyt wygórowane oczekiwania wobec partnera/partnerki, przy jednoczesnym bezkrytycznym podejściu do samego/samej siebie. Droga jaką podąża Mary jest niewątpliwie zła, ponieważ bardzo szybko może doprowadzić do dramatu, jakim jest rozpad małżeństwa/związku. Biorąc przykład z Mary bardzo łatwo stracić to, co najważniejsze, czyli miłość i zaufanie. W takiej sytuacji przestajemy patrzeć na tę drugą osobę jako na kogoś, kogo kochamy, a zaczynamy postrzegać ją jako wroga i powód naszych wszelkich niepowodzeń, tak osobistych, jak i zawodowych. Nagle ten ktoś zaczyna nam przeszkadzać i robimy wszystko, aby móc się go pozbyć, choć tak naprawdę wcale tego nie chcemy. Jest to swego rodzaju schizofrenia, która niestety może dotknąć każde małżeństwo, jeśli mąż i żona pozwolą, aby sprawy wymknęły się spod kontroli.

Myślę, że pomysł na fabułę Autorka miała naprawdę dobry, tylko nie potrafiła go w pełni wykorzystać. Dopiero w zakończeniu czytelnik czuje, że zaczyna lubić bohaterów i tak naprawdę ta Mary wcale nie jest taka zła, na jaką wyglądała niemalże przez całą powieść. Pomimo że Joel nie jest ideałem, to jednak bardzo mu kibicowałam i byłam wściekła na Mary za to, w jaki sposób go traktuje. Nie podobało mi się też środowisko, w jakim Autorka umieściła swoich bohaterów. Postacie poboczne zupełnie nie wzbudziły mojej sympatii. Wszystko to wydawało mi się jakieś sztuczne i bez wyrazu. Oczywiście nie będę nikogo zniechęcać do tej książki, bo możliwe, że innym czytelnikom przypadnie ona do gustu. Być może humor, jaki wprowadziła Christina Hopkinson jedynie mnie zraził do tej powieści. Poza tym trzeba też pamiętać, że to, co podoba się Brytyjczykom, niekoniecznie musi przypaść do gustu Polakom. A skoro już mowa o Polakach, to polski wątek też jest tutaj obecny. Szczególnie wyraźnie jest on wyeksponowany, kiedy trzeba sprzątać zapaskudzone mieszkanie Tennentów. Wtedy najlepsza do tej roboty wydaje się być emigrantka z Polski, a właściwie z tego „biednego kraju”. Niestety, nawet ona nie radzi sobie z „chlewem Tennentów”. Co za pech!…





Tekst pochodzi z okładki książki.





8 komentarzy:

  1. Grunt to kompromis i akceptowanie się nawzajem:)
    Świetna recenzja, ale książki raczej nie przeczytam.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to! Święte słowa. :-) A co do książki, to po raz drugi też bym już nie przeczytała. Gdybym wiedziała, co mnie czeka, to wymieniłabym np. na Norę Roberts albo nawet na Danielle Steel. Ale wydawca tak zachwalał... ;-) Uściski!

      Usuń
  2. O! Fajna przerwa w powieściach historycznych. Nawet kiedyś czaiłam się na tę książkę. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie wiem, co Ci doradzić. Naprawdę. :-) Może ja za wrażliwa jestem albo po prostu szukam w powieściach obyczajowych czegoś innego. Ale tutaj przy niektórych scenach czułam wręcz obrzydzenie. Być może Ty inaczej odebrałabyś tę powieść. Spróbować zawsze można. :-)

      Usuń
  3. Na książkę się nie zdecyduję, ale okładka mnie powaliła. Kojarzy mi się z kartkami przylepnymi, które zostawiam wszędzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Główna bohaterka tej książki też przykleja takie karteczki, żeby mąż pamiętał o brudzie, który wszędzie rozsiewa. Nie podobała mi się ta książka. Pomysł był dobry, ale niedopracowany i niektóre wątki wciśnięte na siłę. Takie odniosłam wrażenie. ;-)

      Usuń
  4. Mi sie bardzo podobala, co wiecej, opisuje ona dokladnie takie same problemy jakie ja miewam ze swoim mezem i dziecmi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kwestia gustu. Ja nie posiadam takich problemów, jak opisane w książce, a poza tym mam zupełnie inne podejście do sprzątania, niż bohaterka tej powieści. Przy dobrej organizacji czasu brud wcale nie musi stać się obsesją, jak w tym przypadku. ;-)

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.