Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

piątek, 11 listopada 2016

Monika A. Oleksa – „Miłość w kasztanie zaklęta”













Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
Poznań 2011




Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami był park, a w tym parku fontanna z posążkiem samotnego łabędzia. Do parku co kilka dni przychodził książę. Miał na imię Piotr. Odkąd na zawsze utracił najbliższą mu osobę, jego serce pogrążyło się w ciemności, z przystojnej twarzy znikł uśmiech, a życie przestało mieć sens. Książę przychodził do parku, aby pogrążać się w zadumie, i żeby zbierać kasztany, które tak bardzo lubiła jego Marysia. Jednak książę nie wiedział, że jest ktoś, kto skrycie darzy go gorącym uczuciem i pragnie uczynić wszystko, aby na jego twarzy znów zagościł uśmiech, a życie nabrało barw…

Niniejsza książka z powodzeniem mogłaby zaczynać się właśnie od słów, które napisałam powyżej. Na pierwszy rzut oka może wydawać się, że powieść jest ckliwym romansem przepełnionym egzaltowanym słownictwem i tak naprawdę do życia czytelnika nie wnosi niczego wartościowego. Kilka lat temu książka trafiła w moje ręce przez przypadek i prawdę powiedziawszy spodziewałam się po niej czegoś zupełnie innego, niż dostałam. Przyznam, że lubię, kiedy po zakończeniu lektury mogę powiedzieć, że historia, którą właśnie przeczytałam pozytywnie mnie zaskoczyła. Tak właśnie stało się w przypadku Miłości w kasztanie zaklętej. Głównym bohaterem jest Piotr Domański, który pracuje jako ginekolog-położnik. Mężczyzna ma około czterdziestu lat, a jego całym życiem jest praca, zaś ulubionym miejscem park i ławka tuż przy fontannie z posążkiem łabędzia podrywającego się do lotu. Piotra poznajemy jesienią. Z drzew lecą kasztany, które ten zbiera, lecz tak naprawdę nie wiadomo, w jakim celu to robi.

Codziennie przez ten sam park z pracy do domu wraca Marta Kluczyńska. Kobieta jest trzydziestosześcioletnią lektorką języka angielskiego, uczącą w gimnazjum. Marta jest samotna, ponieważ wciąż czeka na swojego księcia z bajki. Stale odrzuca oświadczyny najlepszego przyjaciela, Adama Rogalskiego. Egzystuje w przekonaniu, że jej życiem kieruje zmarła babcia i to ona któregoś dnia zdecyduje czy mężczyzna, z którym Marta będzie się spotykać, okaże się żabą, czy może księciem. Znakiem rozpoznawczym będzie natomiast zapach waleriany. Adam bezskutecznie usiłuje przemówić Marcie do rozsądku, twierdząc, że książę z bajki po prostu nie istnieje. Ale Marta ma na ten temat swoje zdanie, zgoła odmienne niż Adam.

Jesienny park
Kobieta w swoim przekonaniu utwierdza się jeszcze bardziej, gdy dostrzega w parku samotnego, pogrążonego w smutku mężczyznę. Choć jest jej obcy, to jednak gdzieś w głębi duszy wie, że właśnie znalazła swojego księcia. To nic, że nie zna jego imienia. To nic, że mężczyzna nosi na palcu obrączkę. To nic, że istnieje prawdopodobieństwo, że nigdy nie zamienią ze sobą choćby jednego słowa. Ona wie, że go kocha i jest przekonana, że czekała na niego przez całe życie. Na nic zdają się perswazje Adama. Kolega posuwa się nawet do tego, że posągowego pana z parku określa mianem zboczeńca.

Pewnego dnia w parku dochodzi do wypadku. Mała dziewczynka wpada pod rozpędzony rower i doznaje dotkliwych obrażeń. Matka dziecka jest tak bardzo przerażona, że traci poczucie rzeczywistości. Małą Adelką zajmuje się Marta i… Piotr, który wezwawszy karetkę pogotowia odruchowo wkłada telefon komórkowy Marty do kieszeni swojego płaszcza. Jest to ten moment, kiedy ich życiowe drogi krzyżują się już na zawsze.

Gdy zatem Marta i Piotr zaczynają się spotykać, okazuje się, że mężczyzna jest wdowcem. Rok wcześniej stracił żonę. Jego małżeństwo nie trwało długo, ale za to pozostawiło w życiu Piotra trwały ślad w postaci syna, Miłosza. Lekarz do tej pory nie może pogodzić się ze śmiercią żony, wciąż ją wspomina. Odwiedza jej grób na cmentarzu, ale o swoje jedyne dziecko w ogóle nie dba. Wygląda na to, że nie może znieść myśli, iż Miłosz żyje, a jego Marysia musiała umrzeć. W dodatku chłopiec jest tak bardzo do niej podobny. Dziecko wychowuje się w sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne w pobliskim Rubinowie. Przed Martą naprawdę trudne zadanie. Czy uda jej się sprawić, aby Piotr znów się uśmiechał i zaakceptował wreszcie swojego synka? A może tę znajomość już wcześniej ktoś zaplanował?

W pierwszej chwili historia, którą stworzyła Monika Oleksa może wydawać się banalna i na miarę romansu, jakich wiele. Początkowo też tak myślałam, jednak prawda jest taka, że opowieść o Piotrze i Marcie naprawdę chwyta za serce, a czytelnik jeszcze długo po skończeniu lektury nie potrafi o niej zapomnieć. Ciekawym zabiegiem jest tutaj brak jednoznacznego umiejscowienia akcji, choć czujny czytelnik dostrzeże pewne szczegóły, które są charakterystyczne dla Lublina. Niemniej, w treści powieści ani razu nie pada nazwa tego miasta. Dlatego też czytelnik, który zupełnie nie zna Lublina nie będzie w stanie domyślić się, gdzie rozgrywa się akcja powieści. Próbowałam również szukać owego Rubinowa, lecz nie znalazłam. Doszłam więc do przekonania, że musi być to miejscowość fikcyjna. W moich oczach ten fakt dodatkowo podnosi walor powieści, ponieważ lubię, kiedy autor tworzy praktycznie od podstaw fabułę swojej książki, włącznie z miejscem akcji.

Łabędź podrywający się do lotu
Możliwe, że podobnie wyglądał posążek,
który zdobił fontannę w parku,
do którego przychodził Piotr.
Wiek Piotra Domańskiego także jest owiany tajemnicą. Wyżej napisałam, iż ma on około czterdziestu lat, co wynika z faktu, iż pomyślałam sobie, że musi być on zbliżony do wieku Marty. Uznałam bowiem, że obydwoje muszą być w podobnym wieku. Wspomniałam wyżej o wypadku w parku, któremu ulega mała Adelka. Wpadła pod rower, ale gdzie rowerzysta? Co stało się z osobą, która kierowała owym pojazdem? Zniknęła niczym kamfora? Na temat tego człowieka nie ma nawet najmniejszej wzmianki.

Jeśli chodzi o język powieści, to ogólnie jest on tak bardzo przepełniony smutkiem, że co wrażliwsi czytelnicy mogą mieć poważne problemy z powstrzymaniem łez. Ponadto w kilku miejscach szwankuje deklinacja przez przypadki. Sam język jest „twardy” i czyta się dość ciężko. Brakowało mi płynności. Sceny przeskakują jedna przez drugą i w pewnym momencie czytelnik już nie wie, o co tak naprawdę chodzi. Na przykład w jednej chwili Marta rozmawia przez telefon, a w kolejnym wersie jest już mowa o tym, jak kobieta je obiad z osobą, z którą linijkę wyżej prowadziła dyskusję telefoniczną. Coś tu nie gra. Brakowało mi takiego płynnego i zrozumiałego przejścia z jednej sceny do drugiej.

Podobał mi się jednak sposób, w jaki Autorka opisała polską służbę zdrowia. Piotr Domański jest przedstawiony jako lekarz prawy, uczciwy i taki, który brzydzi się korupcją, czyli generalnie jest to lekarz z powołania. Ale jego koledzy już tacy nie są. Monika Oleksa z całą mocą uzmysławia czytelnikowi, że polska rzeczywistość, jeśli chodzi o służbę zdrowia, jest skorumpowana, NFZ tnie wydatki, ludzie nie otrzymują potrzebnych leków, bo nie ma na nie pieniędzy. Jednym słowem na kartach książki zawarta jest cała prawda o polskich lekarzach. Akurat tego problemu Autorka nie zamiata pod dywan. Przykre, że od wydania książki minęło pięć lat, a polska służba zdrowia nadal kuleje, a pacjenci wciąż cierpią z powodu biurokracji, jaka jest z nią związana.

Cóż zatem mogę dodać na koniec? Otóż, moim zdaniem książka nie jest zła. Gdybym miała określić ją jednym słowem, to użyłabym przymiotnika wzruszająca. Opowieść o Piotrze i Marcie chwyta za serce. Pomimo niedociągnięć technicznych, powieść warta jest uwagi i myślę, że spodoba się czytelniczkom, które gustują w romansach i powieściach obyczajowych, które zawierają w sobie jakieś konkretne przesłanie. Tutaj dominuje problem relacji ojca z synem i obwiniania małego niewinnego człowieka o całe zło, jakie dotknęło lekarza. Co musi się stać, aby Piotr wreszcie zrozumiał swój błąd i przestał myśleć tylko o sobie? Przecież Miłosz wychowuje się bez matki, a zakonnice nigdy mu jej nie zastąpią. Czym chłopiec sobie na to zasłużył? W dodatku to, co dzieje się pomiędzy Piotrem a Martą też nie do końca jest takie cudowne i wymarzone. Może Piotr nie jest jednak tym księciem z bajki, którego swojej wnuczce ma wskazać zmarła babcia?










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.