Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Karol Bunsch – „Powrotna droga” # 10














Wydawnictwo: WYDAWNICTWO LITERACKIE
Kraków 1984
Seria: Powieści Piastowskie





Wiek XIII był dla Polski czasem straszliwych w skutkach najazdów plemion tatarskich. Pierwszy najazd wojsk mongolskich miał miejsce w 1241 roku i zakończył się bitwą na polach legnickich. Tatarzy szczególnie upodobali sobie Sandomierz, który z czasem doszczętnie zniszczyli, a ludność wymordowali. Niemniej, nas w tym momencie najbardziej interesuje drugi najazd tatarski z 1258 roku, który – podobnie jak trzeci – odzwierciedla dość dokładnie proces podziału państwa mongolskiego. Tatarzy byli posiłkowani przez oddziały z podbitych krain, jak na przykład przez wojsko ruskie. Oblężenie Sandomierza nastąpiło zimą, a wrogimi oddziałami dowodził niejaki Burundaj. Zdaniem autora Kroniki wołyńsko-halickiej, który najprawdopodobniej był świadkiem tamtych wydarzeń, oblężenie Sandomierza trwało bardzo długo. Bezpośredni atak przy użyciu tarana (machiny oblężniczej) trwał nieprzerwanie przez cztery dni i był skierowany na obwarowane miejskie wzgórze.

Niezłomność obrony Sandomierza zapisała się na kartach historii indywidualnym bohaterstwem bliżej nieznanego Lacha, który samotnie ruszył na atakujących Tatarów. Nie pochodził on ani z bojarów, ani też ze szlachetnego rodu. Jego śmierć wzbudziła panikę oraz zachęciła do próby przedarcia się mieszkańców do wciąż broniącej się twierdzy. Bez wątpienia chodzi tutaj o ufortyfikowane Wzgórze Zamkowe. Fakt umocnienia zamku potwierdza przywilej, który Bolesław V Wstydliwy nadał w 1258 roku katedrze krakowskiej za przekazanie ludzi potrzebnych do naprawienia umocnień w głównych grodach. Możliwe, że już wtedy spodziewano się tatarskiego najazdu. Czy tym odważnym Lachem był główny bohater Powrotnej drogi – Jasiek zwany „Główką”? Być może. Choć z drugiej strony nasz młodzik najazd cudem przeżył. Ale to wcale nie zmienia faktu, że tamten mężny Lach mógł stać się inspiracją dla Karola Bunscha.

Most, który łączył dwa warowne wzgórza nie był wystarczająco szeroki, aby pomieścić uciekających sandomierzan. Dlatego też wielu obrońców straciło życie podczas szturmu, spadając z mostu do głębokich sandomierskich wąwozów. W wołyńsko-halickiej Kronice możemy na ten temat odnaleźć taki oto fragment w przekładzie Franciszka Sielickiego (1923-2001): 

Cerkiew zaś w grodzie tym była bowiem murowana, wielka i przedziwna, błyszcząca pięknem, była bowiem zbudowana z białych kamieni ciosanych. I ta była pełna ludzi. Dach zaś w niej pokryty drzewem. Ten zapalił się i zgorzało w niej bez liku mnóstwo ludzi. Po wygnaniu zaś ich z grodu, posadzili ich Tatarzy na błoniu przy Wiśle, i siedzieli dwa dni na błoniu, po czym jęli zabijać ich wszystkich – mężów i niewiasty, i nie pozostał od nich nikt.

Z kolei Jan Długosz (1415-1480) dodaje:

Ciała tych, których wymordowano na zamku sandomierskim, pochowano w kościele i na cmentarzu NPMarii w Sandomierzu.

Akcja Powrotnej drogi rozpoczyna się w chwili, gdy sandomierzanie z niepokojem wypatrują Tatarów. Oni już wiedzą, że najazd jest nieunikniony i raczej nikt nie ujdzie z życiem. I oto na czoło wysuwa się dwóch dzielnych mężów: Piotr z Krępy i jego brat Zbigniew. Ten drugi ma na wychowaniu dwoje dzieci. Gdzieś w podświadomości czuje, że już niedługo albo będą sierotami, albo zostaną zamordowane. Najstarsze rodzime źródła historyczne mówią, iż Sandomierz podczas drugiego tatarskiego najazdu został zdobyty podstępem. Ukazują też dowódcę, który naiwnie zaufał Tatarom i zgodził się na układy z nimi. W związku z tym kasztelan Piotr wraz ze swoim bratem udali się do obozu wroga, gdzie zostali wzięci w niewolę, a to z kolei przyczyniło się do zdobycia grodu.

Męczeńska śmierć przeora sandomierskich dominikanów -
błogosławionego Sadoka i czterdziestu ośmiu innych zakonników 
w kościele świętego Jakuba. 
Obraz powstał najprawdopodobniej w XVII wieku.


Inne przekazy podają, że w zdobyciu Sandomierza olbrzymią rolę odegrali książęta ruscy, czyli Wasylko Romanowicz (1203-1269) będący bratem króla Daniela I Romanowicza Halickiego (1201-1264), jak również synowie króla – Lew I Halicki (Lew Daniłowicz; ok. 1228-1301) i Roman, którzy byli dość blisko spokrewnieni z Bolesławem V Wstydliwym. Mieli oni bowiem namówić sandomierzan do poddania grodu Tatarom w zamian za gwarancję zapewnienia bezpieczeństwa obleganym. Niemniej, nie było to uczciwe pośrednictwo, lecz obłudny podstęp, który miał na celu zajęcie grodu bez walki. Z drugiej strony jednak należy pamiętać, że wspomniane przekazy nie mogą stanowić podstawy odtworzenia wydarzeń, które miały miejsce w czasie drugiego najazdu tatarskiego. Zarówno informacje o lekkomyślnych obrońcach, jak i poselstwie do Tatarów nie są wiarygodne. One mogą ewentualnie posłużyć pisarzowi, który kreuje fabułę swojej powieści historycznej, jak zrobił to właśnie Karol Bunsch, opierając się dokładnie na tychże informacjach.

Podobnie rzecz przedstawia się w przypadku roli Rusinów, którzy przypuszczalnie mogli być biernym narzędziem w rękach agresorów. W momencie zdobywania Sandomierza raczej nie było miejsca na jakiekolwiek poselstwa oraz układy. Najeźdźcy doskonale wiedzieli, że pozostawienie na zapleczu mocnego grodu z wojskiem może im poważnie utrudnić swobodne poruszanie się wewnątrz nieznanego kraju, jakim była dla nich Polska.

Bolesław V Wstydliwy  (1226-1279)
książę krakowski i sandomierski
Wracając jednak do kasztelana Piotra z Krępy, należałoby wspomnieć, że w XIX wieku powstała opowieść o jego nieustępliwości. Otóż, tuż po wzięciu go do niewoli, Tatarzy mieli podnieść go na dzidach przed murami miasta, aby ten makabryczny widok osłabił wolę obrońców grodu. Piotr, będąc już w przedśmiertnej agonii, miał rzekomo powiedzieć do sandomierzan: brońcie się i nie poddajcie. Z kolei we współczesnych dziełach literackich Tatarzy na dzidach podnoszą głowy Piotra i Zbigniewa. Jak widać nieudana obrona Sandomierza w 1258 roku zapisała się jako najczarniejsza karta wydarzeń tamtych czasów.

Innym zdarzeniem, które również nas interesuje w odniesieniu do Powrotnej drogi jest najazd Bolesława V Wstydliwego i księcia Leszka Czarnego na plemię Jaćwingów w 1264 roku. Kim zatem byli owi Jaćwingowie? Było to plemię zamieszkujące obszary zwane Jaćwieżą. Był to też jeden z ludów pogańskich, które uległy zagładzie w trakcie ekspansji Krzyżaków. Na pewno był to lud waleczny, ale i dziki. Jaćwingowie praktycznie nieustannie prowadzili wojny. Można przypuszczać, że działo się tak od samego początku istnienia tegoż ludu. W wieku XI i XII Jaćwingowie prowadzili wojny razem z Litwinami i Żmudzinami, którzy pod względem językowym i kulturowym byli do nich bardzo podobni.

Leszek Czarny (ok. 1241-1288)
książę inowrocławski, krakowski
i sandomierski
Wyprawa Bolesława Wstydliwego i Leszka Czarnego okazała się na tyle udana, że Jaćwingowie byli zmuszeni do odwrotu aż na tereny Litwy. Po kilkunastu latach w akcie odwetu zaatakowali Polskę. W drodze powrotnej do swoich siedzib obładowani ogromnymi łupami zupełnie nieoczekiwanie nadziali się na wojska Leszka Czarnego, które pomimo znaczącej przewagi wroga, wygrały bitwę, w konsekwencji której ponieśli jedynie niewielkie straty. Niemniej, o losie Jaćwingów przesądziła inna bitwa, która rozegrała się w widłach rzeki Nurec oraz jej dopływu – Branki. Plemieniem dowodził Skomen (?-1264), który był najsłynniejszym z jaćwieskich wodzów. Pełnił rolę najwyższego kapłana i w związku z tym posiadał największą władzę spośród wszystkich książąt (kunigasów). Uchodził za dość przebiegłego polityka, dlatego był w stanie objąć dowództwo nad wielką wyprawą wojenną na Polskę. Gdy Skomen czekał na swoich sprzymierzeńców – Litwinów, wówczas władca tych drugich został zamordowany, o czym już wcześniej dowiedzieli się Bolesław Wstydliwy i Leszek Czarny. Będąc pewnymi swojej przewagi rozmieścili wojska wzdłuż linii rzek, a następnie przy użyciu ognia odcięli wrogowi możliwość ucieczki lądem. W tej sytuacji Jaćwingowie zostali zmuszeni do dokonania ataku drogą wodną. Skoro tylko przez rzekę przejechała konnica, Polacy puścili nią płonące tratwy, a te skutecznie przecięły oddziały nieprzyjaciela na dwie części. Niemniej, sukces militarny nie oznaczał wcale powodzenia gospodarczego. W walce życie straciło wielu mężczyzn zdolnych do pracy, a to z kolei spowodowało opustoszenie tych ziem na bardzo długi czas.

Tak mniej więcej przedstawia się tło historyczne kolejnej powieści Karola Bunscha pochodzącej z cyklu o Piastach. Jak już wspomniałam wyżej, głównym bohaterem jest niejaki Jasiek, którego zwą „Główką” z uwagi na to, że wciąż o czymś rozmyśla. W dodatku głowy wcale nie nosi od parady. Jest inteligentny i to chyba tylko dzięki temu wychodzi cało z rozmaitych opresji. Oczywiście sporo zawdzięcza także swoim przyjaciołom. Jest sierotą, wychowywał się u dominikanów, których wróg wyrżnął co do głowy. Po zdobyciu przez Tatarów Sandomierza, Jasiek wraz z dwojgiem cudem ocalonych dzieci Zbigniewa wyrusza w drogę. Ale dokąd pójdzie? Gdzie znajdzie dom dla siebie i tych, których uratował, mordując wroga. W dodatku w okolicy wcale nie jest bezpiecznie. Pełno dzikiej zwierzyny, która w każdej chwili może zaatakować. Na szczęście na Jaśkowej drodze staje wyjęty spod prawa Wojan. Gdyby nie wywołaniec (banita), wówczas z Jaśkiem i jego towarzyszami byłoby naprawdę krucho.

Święta Kinga (Kunegunda; 1234-1292)
żona Bolesława Wstydliwego
Praktycznie od samego początku czytelnik jest świadkiem rodzącego się uczucia pomiędzy Jaśkiem a Sławką. Dziewczyna jest córką Zbigniewa z Krępy. Obydwoje nie są jeszcze na tyle dorośli, aby mogli zawrzeć małżeństwo, a poza tym Jaśkowi nie żeniaczka teraz w głowie. Owszem, kocha swoją kilkunastoletnią wybrankę, której uratował życie, ale na małżeńskie jarzmo jeszcze stanowczo za szybko. Wszak młodzik ma do załatwienia kilka innych spraw. Nie wie jednak, że to, co najgorsze wciąż jeszcze przed nim, a Sławce nie pozostanie nic innego, jak tylko wypłakiwać za nim oczy i wypatrywać jego powrotu do domu.

Wraz z bohaterami czytelnik trafia także na dwór Bolesława V Wstydliwego. Życie księcia Bolka do najłatwiejszych nie należy. Nie chodzi tutaj jedynie o sprawy polityczne, ale przede wszystkim o te prywatne. No bo jaki zdrowy chłop wytrzymałby z babą, która zrobiłaby mu z chałupy klasztor? Chyba żaden. A Kinga vel Kunegunda właśnie tak się zachowuje. Od rana do nocy tylko pacierze, umartwianie się i nic poza tym. Dwórki już nie mogą z nią wytrzymać i nieustannie się skarżą, a nawet uciekają z zamku. W dodatku Bolko ma zakaz wstępu do łoża swojej ślubnej. Przypuszczalnie chłop jakoś po swojemu sobie radzi, ale na potomka z prawego łoża szans najmniejszych nie ma. Kto zatem obejmie tron książęcy po jego śmierci? Zapewne Leszek Czarny, z którym Bolka łączą przyjazne relacje. Ale przecież o Leszku też różnie gadają. Są tacy, co twierdzą, że do bab go nie ciągnie i nie wiadomo, co on tam w tych portkach nosi. Niemniej, Leszek nie da sobie w kaszę dmuchać i na wszelkie zaczepki ma gotową odpowiedź.

Biskup krakowski Jan Prandota
z Białaczowa
herbu Odrowąż (ok. 1200-1266)
Z dworu Bolesława Wstydliwego przenieśmy się na chwilę do katedry wawelskiej, gdzie urzęduje biskup Jan Prandota. Jest on postacią nie mniej ważną od Bolesława i Leszka. Jego rady kształtują politykę w państwie. To właśnie Jan Prandota doprowadził do kanonizacji Stanisława ze Szczepanowa (ok. 1030-1079), którego Bolko Śmiały (ok. 1042-1081/1082) rozkazał pociąć na kawałki. Jan Prandota wciąż wierzy, że któregoś dnia Polska zrośnie się tak samo cudownie, jak połączyły się w jedną całość członki świętego Stanisława. Teraz jednak biskup ma na głowie inne sprawy. Otóż trzeba rychło odbudować to, co w Sandomierzu zniszczyli Tatarzy, dlatego udaje się w tamte strony i czuwa nad budową klasztorów, które już wkrótce konsekruje własną ręką. Nad tym wszystkim wciąż unosi się duch niezłomnego Bolesława I Chrobrego (967-1025). Nie bez powodu zwano go Wielkim Bolesławem. Och, jak bardzo go brakuje! Jego twarda ręka i rozumna głowa byłyby wybawieniem dla obecnej sytuacji w Polsce. Wszystko przez Bolka Krzywoustego (1086-1138) i jego feralny testament!

Moim zdaniem Powrotna droga to jedna z tych lepszych części cyklu o Piastach. Fabuła jest zrozumiała, pomimo trudnego słownictwa, natomiast akcja płynie dość szybko. Bohaterowie przeżywają swoje przygodny, ale też zmagają się z problemami emocjonalnymi. Oprócz nieciekawej sytuacji w państwie, na pierwszy plan wysuwają się właśnie relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Czytelnik ma okazję poznać prawdziwą męską przyjaźń, dla której można postradać nawet życie. Jest też miłość pomiędzy mężczyzną a kobietą, i oczywiście zemsta, przed którą trudno uciec. Z uwagi na fakt, iż średniowiecze to taka trochę szorstka epoka, Karol Bunsch i te uczucia opisuje w sposób, który do najłagodniejszych nie należy. Wydaje się bowiem, że bohaterowie boją się albo wręcz wstydzą okazywać swoje prawdziwe emocje. Czasami wolą warczeć na siebie wzajemnie, niż odkryć się emocjonalnie. Oczywiście niewiasty uderzają w płacz na zawołanie, ale mężowie trzymają się dzielnie, nawet jak łza im się w oku zakręci.  

Cóż mogę na zakończenie dodać? Powrotna droga, jak i cały cykl Piastowski to po prostu lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników polskiej historii. Naprawdę warto po te książki sięgnąć, bo kiedyś może przyjść taki dzień, kiedy już nigdzie nie będzie można ich znaleźć, ponieważ zwyczajnie wyjdą z druku i staną się „niemodne”, aby chcieć je wznawiać.






4 komentarze:

  1. Ta część wygląda naprawdę bardzo intrygująco, choć pozostałe też chętnie przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja po zakończeniu cyklu o Piastach zaczynam o Jagiellonach, bo Karol Bunsch napisał też dwie powieści o Jagiellonach i trylogię o Aleksandrze Wielkim. Tak więc z tym pisarzem jeszcze tak szybko nie skończę. :-)

      Usuń
  2. Czytałam różne książki o Piastach, ale tej jeszcze nie wykreśliłam z mojej listy do przeczytania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja właśnie zbyt mało czytałam o Piastach i ten cykl spadł mi jak z nieba. Dla mnie jest rewelacyjny. :-)

      Usuń