Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

poniedziałek, 10 listopada 2014

Anita Shreve – „Trudna miłość”















Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2007
Tytuł oryginału: Fortune’s Rocks
Przekład: Grażyna Gorządek






Miłość nigdy nie jest łatwa, nawet jeśli jest to uczucie odwzajemnione i szczęśliwe. Kochać drugiego człowieka miłością bezwarunkową, pomimo jego wad, to w dzisiejszym świecie naprawdę ogromne wyzwanie i nie każdy jest w stanie sobie z nim poradzić. Miłość to nie tylko chwile uniesień, ale przede wszystkim proza życia. Większości z nas miłość między kobietą a mężczyzną kojarzy się głównie z seksem, a przecież tak naprawdę nie tylko o to w tym chodzi. Życie niesie ze sobą szereg rozmaitych wydarzeń. Jedne przynoszą nam radość i szczęście, zaś inne ból i łzy. I co wtedy? Czy w sytuacjach tragicznych przestaniemy nagle kochać, bo obiekt naszych uczuć nie wygląda już tak jak kiedyś albo jego charakter uległ zmianie pod wpływem dramatycznych zdarzeń?

Miłość może też być uczuciem zakazanym. Z powodu rozmaitych norm społecznych, ludziom nie wolno kochać tej czy innej osoby, ponieważ takie uczucie może niekorzystnie odbić się nie tylko na tych najbardziej zainteresowanych, ale także na ich otoczeniu. Chociaż żyjemy w cywilizowanym świecie i generalnie mało co nas gorszy, to jednak istnieją takie kwestie, które wywołują spore zamieszanie i sprawiają, że ludzie naprawdę mają o czym dyskutować. Zakazana miłość może dotyczyć narodowości, koloru skóry, wyznania, a także zbyt dużej różnicy wieku. To właśnie ten ostatni problem jest przewodnim tematem w książce Anity Shreve. Ale może zacznijmy od początku…

Główną bohaterką Trudnej miłości jest Olimpia Biddeford. Dziewczyna ma prawie szesnaście lat i jest oczkiem w głowie swoich rodziców, szczególnie ojca. Philip Biddeford widzi w swojej córce naprawdę ogromny potencjał intelektualny, który należałoby rozwijać. Jego brak wiary w szkolnictwo publiczne sprawia, że kiedy Olimpia jest już w wieku, gdy guwernantka nie jest jej potrzebna, to ojciec zajmuje się jej edukacją, podsuwając córce coraz to nowe publikacje. Nie znaczy to jednak, że dziewczyna nie będzie zdobywać wiedzy gdzieś poza domem. O, nie! Ojciec planuje, że za jakiś czas wyśle ją do prestiżowej szkoły. Niemniej, do tego czasu jej edukacja odbywa się w czterech ścianach własnego domu. Olimpia to również bardzo piękna dziewczyna, która pomimo młodego wieku, przyciąga spojrzenia mężczyzn. Rodzice nie myślą jeszcze o jej zamążpójściu, ale jedno jest pewne. Panna Biddeford na pewno nie będzie mieć problemów ze znalezieniem odpowiedniego małżonka.

Biddefordowie na stałe mieszkają w Bostonie, jednak w okresie letnim przyjeżdżają do swojego domu w New Hampshire, gdzie czują się naprawdę wspaniale. Fortune’s Rocks, czyli Skały Szczęścia to posiadłość, która naprawdę wiele dla nich znaczy. Niegdyś mieścił się tutaj żeński klasztor. Niedaleko domu znajduje się plaża, na której można doskonale wypocząć. Philip Biddeford i jego rodzina należą do tej wyższej klasy społecznej, co jest równoznaczne z tym, iż w swoich progach bardzo często goszczą ludzi o podobnym pochodzeniu społecznym, jak na przykład przedstawicieli świata kultury. Pewnego dnia do Fortune’s Rocks wraz z rodziną przyjeżdża przyjaciel Philipa, a jest nim lekarz o nazwisku John Haskell. Mężczyzna jest lekarzem i oprócz medycyny interesuje go również życie klasy robotniczej. Niedaleko Fortune’s Rocks znajduje się niewielkie miasteczko przemysłowe, gdzie medyk dostaje pracę w tamtejszej klinice. Warunki sanitarne i bytowe pozostawiają naprawdę wiele do życzenia, ale dla czterdziestoletniego lekarza jest to ogromne wyzwanie, którego bynajmniej nie boi się podjąć. Jego zaangażowanie w pracę jest tak wielkie, że niedaleko posiadłości Biddefordów buduje dom, w którym już niedługo zamieszka ze swoją żoną i czworgiem ich dzieci. Na pierwszy rzut oka widać, że Haskellowie są naprawdę szczęśliwi i nic nie jest w stanie tego zmienić. Ale czy na pewno? Czy faktycznie ich więzi rodzinne są tak silne, że nic nie może im zagrozić?

John Haskell to nie tylko doskonały lekarz, ale także pisarz, a może bardziej naukowiec, który pisze. Sferą jego zainteresowań jest wspomniana już klasa robotnicza, o której tworzy traktaty, eseje i różnego rodzaju rozprawy naukowe. Philip Biddeford ma w zwyczaju podsuwać swojej córce publikacje osób, które zaprasza do Fortune’s Rocks. Tak więc tuż przed przyjazdem Johna Haskella, Olimpia z ogromnym zainteresowaniem czyta jego książkę. Już na tym etapie dziewczyna wie, że prawie trzy razy starszy od niej lekarz jest kimś naprawdę wyjątkowym. Olimpia pochłania jego teksty niczym gąbka wodę. Czy już wtedy w sercu panny Bidderford rodzi się uczucie do mężczyzny w wieku jej ojca? Czyżby w podświadomości czuła, że w dniu, w którym zobaczy Johna Haskella nieodwracalnie zmieni się nie tylko jej życie, ale także wszystkich, którzy w jakiś sposób są z nią związani?

Chyba nikomu nie trzeba uświadamiać, że Olimpia i John zakochują się w sobie. Ich romans jest niezwykle burzliwy. Niemniej, z oczywistych względów muszą utrzymywać go w tajemnicy. Pamiętajmy, że Olimpia ma niespełna szesnaście lat, zaś John prawie czterdzieści jeden, a w dodatku jest jeszcze żona i czworo jego dzieci. Poza tym, mamy 1899 rok, więc gdyby tego rodzaju związek ujrzał światło dzienne, skandal obyczajowy okazałby się nie do zatrzymania. Biddefordowie byliby skończeni w towarzystwie. Podobnie jak John Haskell i jego bliscy. Czy jednak zakochani zdołają utrzymać wszystko w tajemnicy? Jak długo będą w stanie ukrywać swój zakazany romans? A może jest ktoś, kto doskonale wie, co tak naprawdę się między nimi dzieje i tylko czeka sposobnej chwili, aby móc wreszcie ujawnić ten fakt jak największej liczbie osób? Czy żądza zemsty będzie silniejsza, niż niepodpuszczenie do skandalu obyczajowego?


Fortune's Rocks w stanie New Hampshire w Nowej Anglii
Zdjęcie pochodzi z 1916 roku.


Anita Shreve to moje najnowsze odkrycie. Jak do tej pory nie miałam pojęcia, że gdzieś tam daleko w Ameryce żyje sobie pisarka, która tworzy piękne i niesamowicie poruszające historie. Bo Trudna miłość taka właśnie jest. Piękna i poruszająca. Czytałam tę książkę jednym tchem. Choć w pierwszej chwili może wydawać się, że jest to zwyczajny romans, to jednak ten wątek stanowi jedynie preludium do dalszego rozwoju akcji. Jest to jedynie źródło, z którego po jakimś czasie wypłyną kolejne wydarzenia, a te wcale nie będą już takie kolorowe i radosne, jak mogłoby się wydawać. Poprzez romans Olimpii i Johna, Anita Shreve zmierza do sedna swojej powieści, a jest nim niezwykle kontrowersyjne wydarzenie, które naprawdę miało miejsce w Pensylwanii w 1840 roku, a więc znacznie wcześniej niż rozgrywa się akcja książki. To właśnie w oparciu o tamtą sprawę, która znalazła swój finał w sądzie, Autorka napisała Trudną miłość.

Analizując fabułę powieści można skupić się praktycznie na wszystkim. Można wziąć pod uwagę zarówno postępowanie samych bohaterów, jak i czasy, w których przyszło im żyć. Pamiętajmy, że mamy przełom XIX i XX wieku i obowiązują bardzo rygorystyczne konwenanse. Choć z drugiej strony, dzisiaj romans czterdziestoletniego mężczyzny z dziewczyną, która nie ukończyła jeszcze szesnastego roku życia też nie pozostałby bez echa i zapewne zdefiniowano by go jako związek o charakterze pedofilskim i niewykluczone, że sprawa trafiłaby do sądu. W czasie, kiedy rozgrywa się akcja powieści, tego typu zachowanie również było piętnowane, lecz z zupełnie innych powodów, niż obecnie. Wtedy praktycznie nikt nie mówił o pedofilii. Zwykli ludzie, a także prawnicy swoją uwagę skupiali jedynie na kwestiach moralnych, za których znieważnienie odpowiedzialna była oczywiście kobieta, bez względu na to, ile tak naprawdę miała lat. Mężczyzna – pomimo że również winny – w świetle prawa jakoś nie za bardzo był odpowiedzialny za skandal, który wywołał. Wszelkie negatywne konsekwencje ponosiła w tym wypadku głównie kobieta. Mężczyzna mógł jedynie stracić rodzinę, ale mimo to od żony nikt nie wymagał, żeby od razu brała z nim rozwód. Mogła nadal tkwić w zakłamanym małżeństwie. Wszystko zależało od jej woli.

Olimpia Biddeford poniosła naprawdę poważne konsekwencje swojego niewłaściwego zachowania. Doznała ogromnej krzywdy ze strony najbliższych, kiedy cała sprawa wyszła w końcu na jaw. Ci, którzy mieli ją wspierać i pomagać, wyrwali jej serce, które już nigdy nie wróciło na swoje miejsce. Przecież dziewczyna zawiodła wygórowane ambicje rodziców. Przyniosła im wstyd, a tego nie można tak łatwo wybaczyć. Piętno skandalu już zawsze będzie towarzyszyć głównej bohaterce. Bez względu na to, w jaki sposób dalej potoczy się jej życie, ona już do końca będzie tą, która dopuściła się haniebnego czynu, bo pokochała mężczyznę, który nie był dla niej. Nawet po latach, gdy jej życie nieco się ustabilizuje, Olimpia wciąż będzie odczuwać konsekwencje swojego młodzieńczego błędu. Ale z drugiej strony, czy na pewno błędu? Czy można właśnie w ten sposób ocenić naszą główną bohaterkę? Czy należy – podobnie jak ówczesna społeczność – skazać ją na potępienie? Czy za prawdziwą miłość można karać, nawet jeśli jest ona sprzeczna z ogólnie przyjętymi zasadami?

Sporo miejsca w powieści zajmuje także kwestia warunków materialno-bytowych klasy robotniczej. W Ameryce w tamtym okresie funkcjonowało wiele fabryk, gdzie ta uboższa ludność znajdowała zatrudnienie. Warunki tam panujące nie należały do najbezpieczniejszych. Pracownicy zapadali na śmiertelne choroby właśnie dlatego, że praktycznie mało kto stosował się do zasad bezpieczeństwa pracy, jeśli w ogóle takie istniały. Dla tamtych ludzi najważniejszy był pieniądz, który pozwalał im żyć. Do pracy w fabrykach zatrudniane były nawet ośmioletnie dzieci.

To, co chyba najbardziej zafascynowało mnie w tej powieści, to opis rozprawy sądowej. Jest niesamowicie autentyczny. Kiedy czytałam ten fragment, to na myśl przyszła mi Jodi Picoult, w której książkach można znaleźć bardzo podobne opisy, jak gdyby wyjęte żywcem z jakiejś sali rozpraw. Generalnie Trudna miłość napisana jest na bardzo wysokim poziomie. Akcja toczy się dość szybko. Bohaterowie nie są wyidealizowani, ani też cukierkowi. Sam wątek jest kontrowersyjny, szczególnie z punktu widzenia społeczności przełomu XIX i XX wieku. W dodatku Autorka pokazuje też, jak bardzo człowiek przez lata może się zmienić i w końcu dojść do wniosku, że pod wpływem emocji kiedyś bardzo skrzywdził osobę mu najbliższą. Czy zatem będzie mu dane naprawić swój błąd? Czy życie da mu kolejną szansę?

Przypuszczam, że teraz, kiedy już poznałam twórczość Anity Shreve, sięgnę również po kolejne jej książki. Bardzo pozytywne opinie dostaje Żona pilota. Mam więc nadzieję, że już niedługo uda mi się i tę powieść przeczytać.









15 komentarzy:

  1. Chętnie przeczytam tę powieść:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie słyszałam dotąd o tej autorce więc dziękuję Ci za ten post. Niestety kobiety nic nie mogły, zawsze wina była po ich stronie. Mężczyźnie uchodziło wiele płazem. Ach te konwenanse...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie słyszałam i cieszę się bardzo, że ta książka do mnie trafiła, bo jest po prostu niesamowita. Teraz będę polować na inne powieści tej autorki. Ciekawe czy te inne też tak mnie zachwycą. :-)

      Usuń
  3. Jak ja lubie trafiać na takie perełki! To taka przyjemność :) Z ogólnego opisu wywnioskowałabym jedno: typowy romans, czyli książka raczej nie dla mnie. Jednak dzięki Twojej recenzji widzę, że to, na szczęście, coś więcej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I znowu nie moja tematyka! tzn. czasy;P ale za to podobają mi się zmiany na blogu;))
      Chciałam także poinformować, iż przeniosłam się na własną domenę: okiemMK.com i dodałam Ciebie do odwiedzanych blogów, by nic mi nie umknęło.
      Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
    2. Edytko, na romas też musisz się nastawić, bo on tutaj odgrywa zasadniczą rolę, ale prowadzi do katastrofalnych skutków i wtedy wszystko się zmienia. Ta powieść klimatycznie zalatywała mi twórczością Elizabeth Gaskell. Czytałaś coś tej autorki? :-)

      Usuń
    3. Martuś, już sobie zmieniłam w zakładkach. Dziękuję za info. Miło mi, że ja też u Ciebie jestem. :-)

      Usuń
  4. Trudna miłość, trudna historia... akurat za taki wątkami (romans, różnica wieku, zdrada małżeńska) nie przepadam. Ale może inne książki tej autorki przypadną mi do gustu? Warto się chociaż im przyjrzeć;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O innych książkach na razie się nie wypowiem, bo nie czytałam. Ja lubię takie klimaty, więc mnie ta powieść porwała. :-)

      Usuń
  5. Przeczytałam kilka książek Anity Shreve i muszę powiedzieć, że robią wrażanie, choć mają pecha, bo ich tytuły wydawnicze sugerują jakieś koszmarne i kiczowate tzw. babskie czytadła - tymczasem te książki są całkiem zgrabnymi dramatami psychologicznymi, gdzie autorka kładzie naprawdę duży nacisk na wiarygodne przedstawienie mentalności swoich bohaterów. "Trudna miłość" moim zdaniem jest najlepszą książką Shreve (przeczytałam niemal wszystkie wydane po polsku), bardzo mnie zaskoczyła - spodziewałam się jakiegoś gniota w stylu Sparksa, Picoult, Simmons czy Nory Roberts (szukałam lekkiej książki dla Babci, która ma ograniczone możliwości by wyszukać czegoś w stylu, który lubi), a tu taka siurpryza. Uważam, że warto odkopać i promować Anitę Shreve, więc dzięki za ten wpis, mamy bardzo podobne wrażenia. Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zgadzam się z częścią Twojej opinii odnośnie do "Trudnej miłości", ale nie mogę zgodzić się z tym, że Sparks, Picoult, Simons czy Roberts piszą gnioty. Ja tych autorów akurat bardzo sobie cenię i lubię czytać ich książki. To zawsze jest dla mnie świetna odskocznia od trudnej literatury historycznej. Nie użyłabym też stwierdzenia "gniot" nawet w odniesieniu do totalnie złej książki, bo w każdej powieści można znaleźć coś dobrego i coś złego. Trzeba tylko uważnie tego poszukać, zamiast czytać książkę pobieżnie. Przez lata pisania o książkach i tworzenia własnych tekstów literackich nauczyłam się ważyć słowa przy ocenianiu pracy innych autorów, bo wiem, na czym polega pisanie i ile pracy wkłada każdy autor w stworzenie danej historii. Poza tym przeciętnemu czytelnikowi trudno jest wychwycić kwestie techniczne konstruowania powieści. Czytelnik skupia się na fabule, i ocenia ją w kategoriach "podoba mi się" lub "nie podoba mi się", a to nie jest sprawiedliwe. Dziękuję za odwiedziny i również pozdrawiam. :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Rozumiem, dlaczego się nie zgadzasz, ale każdy ma własne konteksty oceny. Wspomnieni autorzy nie są mi obcy (i raczej nigdy nie czytam książek pobieżnie, najwyżej przestaję czytać słabo rokującą książkę), lecz na takie książki zwyczajnie mi szkoda czasu i pieniędzy - niestety, niezwykle rzadko na półce "chick lit" trafiam na wartościowe książki. Nie widzę nic złego w uczciwym podsumowaniu, przecież każdy twórca robi coś dobrze, średnio lub bardzo źle, a to co miałam okazję przeczytać w żadnym wypadku w mojej skali nie mieści się nawet przy "średnio" i nie jest to tylko kwestia technikaliów tylko kombinacji talentu twórcy i jego "obycia" z literaturą. Nie ważne o czym się pisze, tylko jak - a Sparks et consortes absolutnie nie budzą we mnie wrażenia, że włożyli jakiś szczególny "wysiłek" literacki w swoje dzieła (ale, przyznaję, nie znam całej bibliografii, jeśli uważasz, że któraś wybija się szczególnie i moja ocena całościowa jest krzywdząca, chętnie przeczytam którąś wedle Twojej sugestii).

    Dla mnie odskocznią są zawsze książki, które budzą mój podziw albo pobudzają wyobraźnię, ma to niestety swoją cenę, bo w gruncie rzeczy rzadko trafiam przy niewymagającej literaturze na coś fajnego. Nie czuj się obrażona przez mnie stwierdzeniem "gniot", ono odnosi się wyłącznie do książki, nie do czytelnika.

    OdpowiedzUsuń
  8. Po pierwsze, ne poczułam się obrażona. Możliwe, że błędnie odczytałaś moją odpowiedź. Po drugie, nigdzie nie napisałam, że słowa "gniot" użyłaś w odniesieniu do czytelnika. Dlatego nie wiem, skąd ten pomysł. Po prostu nie lubię tego słowa. Brzydko brzmi, a ja nie lubię nieładnie brzmących słów, które mają pogardliwy wydźwięk. Po prostu inaczej podchodzę do oceniania ksiażek, z uwagi na to, że sama także piszę. I chyba mam do tego prawo? Ja naprawdę szanuję Twoje zdanie, ale pozwoliłam sobie wypowiedzieć również moje własne, a niekoniecznie muszę się zgadzać z Twoją teorią. Coś mi się wydaje, że ta dyskusja zmierza w złym kierunku, dlatego pozwolę sobie ją przerwać. Natomiast o książkach Nory Roberts i Paulliny Simons możesz poczytać na moim blogu. Znajdziesz tutaj kilka ich pozycji. Pozdrawiam i życzę miłego dnia! :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Oczywiście, że masz prawo. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń