Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

niedziela, 23 lutego 2014

Nora Roberts – „Irlandzkie serca: Irlandzka wróżka & Irlandzka róża”















Wydawnictwo: MIRA
Warszawa 2008
Tytuł oryginału: Irish Hearts: Irish Thoroughbed & Irish Rose
Przekład: Krystyna Klejn & Barbara Kośmider




O pięknej, malowniczej i przede wszystkim zielonej Irlandii pisałam już kilka razy przy okazji recenzji rozmaitych powieści. Przyznam, że Irlandia jest mi chyba najbliższa spośród wszystkich Wysp Brytyjskich. No, może jeszcze szczególną sympatią pałam do Szkocji, ale to ze względu na jej bogatą historię oraz na pozostałości architektoniczne z ubiegłych wieków w formie zamkowych ruin. Natomiast Irlandia i jej mieszkańcy budzą we mnie bardzo przyjazne uczucia i prawdę powiedziawszy mogłabym zamieszkać w tym kraju na stałe. Mieszkając w Polsce, zawsze pamiętam o Dniu Świętego Patryka, a specyficzna celtycka muzyka bardzo często mi towarzyszy, na przykład ta w wykonaniu zespołu Clannad, który chyba już zawsze będzie kojarzył mi się Robinem z Sherwood.

Otóż w Irlandii znajduje się pewne hrabstwo. Jest to hrabstwo Cork – najbardziej wysunięte na południowy zachód oraz największe wśród współczesnych hrabstw. Cork nazywane jest również „buntowniczym hrabstwem”, gdyż niezwykle często w ważnych kwestiach, szczególnie politycznych, zajmowało stanowisko przeciwne do większości Irlandii. Stolicą hrabstwa jest miasto także o nazwie Cork, które jest drugim co do wielkości miastem leżącym na terenie Republiki Irlandii. Podróżując po hrabstwie natrafimy na miasto zwane Skibbereen, które leży w jego południowej części. To właśnie z tego miasteczka pochodzą dwie główne bohaterki Irlandzkich serc, które los rzuca do Ameryki, aby mogły tam rozpocząć nowe życie.

Irlandzkie serca to wspólny tytuł dwóch oddzielnych historii, lecz połączonych ze sobą za sprawą tych samych bohaterów. W Irlandzkiej wróżce na czoło wysuwa się młodziutka Adelia „Dee” Cunnane. Choć dziewczyna przekroczyła już dwudziestkę, to jednak jej wygląd temu stanowczo przeczy. Wciąż wygląda na nastolatkę, której wszędzie pełno. Życie jej nie oszczędzało, bo już we wczesnym dzieciństwie straciła rodziców, a po ich śmierci trafiła pod opiekę ciotki, z którą w pocie czoła zajmowała się prowadzeniem farmy. Tak więc ciężka praca nie jest jej bynajmniej obca, o czym doskonale świadczą jej młode, choć spracowane dłonie. Po śmierci ciotki, Adelia nie może już zajmować się farmą, więc jedyne, co jej pozostaje, to sprzedaż posiadłości. Na szczęście w Ameryce w stanie Maryland jest ktoś, kto przyjmuje ją z otwartymi ramionami. To stryj Padrick „Paddy” Cunnane. Mężczyzna ma już swoje lata, nigdy się nie ożenił, więc Dee spada mu praktycznie z nieba. Paddy pracuje w stadninie koni o nazwie Royal Meadows, której właścicielem jest przystojny Travis Grant. Ponieważ Adelia doskonale zna się na zwierzętach, a szczególnie na koniach, stryj nie ma innej możliwości jak tylko polecić jej umiejętności Travisowi. Czy mężczyzna zaufa Adeli na tyle, że będzie w stanie powierzyć jej swoje konie? A może Travis odda jej coś znacznie więcej niż tylko zwierzęta?

Druga historia opowiedziana przez Norę Roberts to minipowieść pod tytułem Irlandzka róża, która dotyczy kuzynki Adeli Cunnane – dwudziestopięcioletniej Erin McKinnon – i rozgrywa się kilka lat później niż akcja Irlandzkiej wróżki. Dziewczyna również pochodzi z irlandzkiego Skibbereen i podobnie jak Dee słynie z ciętego języka. W swoim rodzinnym mieście Erin nie czuje się spełniona. Pragnie czegoś znacznie więcej niż tylko zmywania naczyń w lokalnym pubie. Kiedy myśli, że jej życie już zawsze będzie wyglądać tak samo, zupełnie nieoczekiwanie, niczym rycerz na białym koniu, do Skibbereen przyjeżdża Amerykanin – Bart Logan. Mężczyznę z Travisem Grantem łączy pasja do koni, a ich stadniny sąsiadują ze sobą. Erin już od pierwszego spotkania wywiera na Barcie ogromne wrażenie, jednak na ewentualne ostateczne deklaracje jest jeszcze stanowczo za szybko. Na chwilę obecną Bart robi wszystko, aby tylko ściągnąć Erin do Ameryki. Czy dziewczyna zgodzi się wyjechać z nieznajomym mężczyzną i zacząć wszystko od nowa z dala od rodziny i przyjaciół? Jakie tajemnice z przeszłości ukrywa Bart? Co takiego wydarzyło się niegdyś w jego życiu, że teraz z trudem przychodzi mu zaufać innym?



Skibbereen - nowy most na rzece Ilen 
fot. Mike Searle 


Obydwie historie to klasyczne romanse. Tym razem nie mamy do czynienia z wątkiem sensacyjnym, choć jedna z opowieści zawiera delikatny motyw kryminalny. Jak widać Norze Roberts udało się przemycić nieco napięcia, pomimo że stworzyła typowe cukierkowe romanse. Zarówno Irlandzka wróżka, jak i Irlandzka róża nie są powieściami nowymi. Trzeba wiedzieć, że zostały one stworzone jako pojedyncze książki w latach 80. XX wieku, natomiast Irlandzka wróżka to powieściowy debiut Autorki. Po tego rodzaju historiach raczej nie należy spodziewać się niczego rewelacyjnego. Ot, kilka godzin przyjemnego czytania z happy endem.

Gdyby tak porównać Adelię i Erin, to praktycznie obydwie bohaterki niezbyt różnią się od siebie. Dziewczyny są impulsywne, mają cięty język, czym doprowadzają do szału swoich mężczyzn, ale oni i tak je bardzo kochają, chociaż nie przyznają się do tego głośno nawet sami przed sobą. A jacy z kolei są wspomniani panowie? Na wskroś męscy i emanujący testosteronem, zaś kiedy już tracą cierpliwość do swoich partnerek, wówczas potrafią być naprawdę nieprzewidywalni. Nora Roberts w Irlandzkich sercach stworzyła iście bajkowy świat, w którym wszystko zawsze kończy się dobrze, a ci, którzy w jakiś sposób postępują źle, rychło ponoszą karę za swe czyny. Czytelnik otrzymuje także doskonały obraz funkcjonowania stadniny koni, sposobu ich hodowli i zarabiania na nich, na przykład w wyniku wystawiania koni na wyścigach.

Jak już wspomniałam wyżej, obydwie powieści – bo tak należy je traktować, choć zebrano je w jedną książkę – zostały napisane w latach 80. XX wieku, co doskonale widać w fabule, ponieważ Autorka wyraźnie nakreśliła różnice pomiędzy Irlandią z tamtych czasów a Ameryką. Dziewczyny przyjeżdżając do Stanów Zjednoczonych odnoszą wrażenie, jak gdyby nagle znalazły się w innym świecie. Niemalże wszystko je zadziwia, a niektórych rzeczy wręcz nie znają. W tamtym okresie dla Europejczyków Ameryka faktycznie stanowiła coś na kształt raju, gdzie spełniają się wszystkie marzenia, a życie przebiega bez problemów.

Wielbicielom twórczości Nory Roberts nie będę tej książki specjalnie polecać, bo wiadomo, że oddani fani Autorki nie przepuszczą żadnej z jej powieści. Natomiast dla pozostałych czytelników, a raczej czytelniczek Irlandzkie serca mogą stanowić doskonałą odskocznię od problemów dnia codziennego. Przyznam, że obecnie bardzo potrzebowałam takiej lekkiej i niezobowiązującej lektury na dwa wieczory. A kto lepiej poprawi nastrój, jak nie sama mistrzyni światowej literatury kobieciej, jaką bez wątpienia jest Nora Roberts? Co ważne, żadna z tych dwóch opowieści nie stanowi typowego harlequina, jakim wielu czytelników po prostu gardzi, a wręcz wyśmiewa. Romanse Nory Roberts nigdy nie są wykreowane na niskim tanim poziomie, pomimo słodyczy, jaką w sobie zawierają. 

Kontynuacją Irlandzkich serc jest książka zatytułowana Irlandzkie marzenia, która również składa się z dwóch odrębnych historii. Przypuszczam, że i tę niedługo przeczytam, bo twórczość Nory Roberts jest mi bardzo bliska, choć był czas, że bardzo ją zaniedbałam.










14 komentarzy:

  1. Przyznam się, że przeczytałam tylko jedną książkę Nory Roberts, ale po tym co piszesz mam chęć poznać jej powieści bliżej:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja jestem bardzo ostrożna w polecaniu romasów, bo one nie każdemu leżą. A skoro masz za sobą tylko jedną powieść Nory Roberts, to może sięgnij po te z wątkiem sensacyjnym, bo tam dużo więcej napięcia i emocji. Natomiast jeśli nie straszne Ci romanse, to jak najbardziej szukaj "Irlandzkich serc". Miłej lektury! :-)

      Usuń
  2. A ja kocham czytać romanse nawet te banalne i nie wstydzę się tego ;) Natomiast twórczość Nory uwielbiam, zwłaszcza w sensacyjno- miłosnym wydaniu. ,,Irlandzkich serc'' nie znam, ale nie ma co się dziwić, wszak Roberts jest niezwykle płodną pisarką i nie sposób przeczytać wszystkich jej dzieł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie wstydzę się czytać romansów. Ale kiedyś przeczytałam opinię, że one są dla "starych i samotnych panien". Też ktoś wymyślił. :-) Masz rację, nie sposób wszystkiego przeczytać, bo Nora to istna fabryka książek. Ale fajnie było czytać jej debiut. :-)

      Usuń
    2. Od dawna nie jestem panną, a mimo to nadal lubię ten gatunek, więc opinia "starych i samotnych panien" jest nietrafiona :)

      Usuń
    3. I wydaje mi się, że też trochę obraźliwa to opinia, właśnie ze względu na osoby samotne, którym coś tam się w życiu nie udało. Poza tym, "samotny" nie znaczy, że "nieszczęśliwy. Ot, kolejny polski stereotyp. :-)

      Usuń
    4. Denerwują mnie te stereotypy, ale cóż poradzić..

      Usuń
  3. Mam irlandzka roze tej autorki ,jeszcze nie przeczytana .Ale po tej cudownej recezji zaraz po nia siegne. I jak bedziesz kiedys wybierala sie do Irlandii to zapraszam serdecznie do mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za zaproszenie! :-) A co do książki, to mam nadzieję, że Ci się spodoba. Czasami dobrze jest przeczytać taką bajkę dla dorosłych. :-)))

      Usuń
  4. Uwielbiam Roberts. Tej książki jeszcze nie czytałam ale z pewnością po nią sięgnę. :) Mam w planach przeczytanie wszystkich jej książek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystkich? To może bardzo długo potrwać, bo ona pisze taśmowo. ;-) A tak poważnie, to ja też postanowiłam teraz częściej sięgać po Roberts, w czym bardzo pomaga mi wyzwanie Marty. :-)

      Usuń
  5. czytałam - lekkie i przyjemne;) ja mam tę wersję jeszcze pod znakiem harlequina - każdą osobno;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że dobrze, że Nora wyrwała się spod skrzydeł harlequina, choć są i tacy, którzy ją właśnie tylko z tym znakiem kojarzą, a niesłusznie, bo jej książki to przecież nie tandetne harlequiny. ;-)

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.