Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

poniedziałek, 29 lipca 2013

Philippa Gregory – „Córka Twórcy Królów”











Wydawnictwo: GRUPA WYDAWNICZA PUBLIKAT/KSIĄŻNICA
Poznań 2013
Tytuł oryginału: The Kingmaker’s Daughter
Przekład: Urszula Gardner




Historia doskonale zna przypadki, kiedy to zbyt wygórowana ambicja i wręcz chorobliwa chęć posiadania władzy doprowadzała do zguby nie tylko tych, którzy po tę władzę sięgali, ale też osoby pozostające w ich otoczeniu. Bardzo często ludzie ci osiągali zamierzony cel, lecz na krótko. Wystarczył jeden nieprzemyślany ruch, a misternie przygotowany plan objęcia władzy w królestwie mógł zostać zniweczony, natomiast osoba najbardziej zainteresowana zostawała wówczas skracana o głowę i oskarżana o zdradę stanu. Niektórzy „zbyt ambitni” zamiast kłaść głowy na szafocie, oddawali życie w bitwach. Takich postaci żądnych władzy zapisało się na kartach historii całkiem sporo. Niektórzy pragnęli zasiąść na tronie samodzielnie, zaś inni wykorzystywali do tego swoich bliskich, którzy w ich rękach byli niczym figury na szachownicy. Przypomnijmy sobie chociażby Tomasza Howarda 3. księcia Norfolk, który wielką karierę zrobił na dworze Henryka VIII Tudora, kiedy próbował za wszelką cenę – wręcz po trupach – pozyskać angielski tron. W wyniku jego działań dwie młode kobiety zostały stracone. Nie zawahał się podpisać wyroku śmierci nawet na członków swojej rodziny, byle tylko nie stracić wpływów. Lecz to nie o Tomaszu Howardzie chcę dziś napisać. Tym razem chciałabym przybliżyć nieco postać jednego z jego poprzedników. W tym celu musimy przenieść się do drugiej połowy XV wieku, kiedy to w Anglii trwała wojna domowa, zwana Wojną Dwu Róż lub Wojną Kuzynów.

W średniowiecznej Anglii w latach 1455-1485 zaciętą walkę o koronę toczyły ze sobą dwa potężne rody: ród Yorków i Lancasterów. Początkowo sprzymierzeńcem Yorków był Ryszard Neville 16. hrabia Warwick, zwany powszechnie Twórcą Królów. Dlaczego akurat taki przydomek otrzymał ten niezwykle wpływowy szlachcic? Otóż za jego staraniem w roku 1460 została obalona władza Henryka VI Lancastera, zaś miejsce „śpiącego króla” zajął Edward IV York. Jednak Ryszard Neville tak naprawdę spodziewał się być faktycznym władcą Anglii, natomiast Edward IV miał pozostać w jego rękach jedynie marionetką, która tańczyłaby w takt muzyki, którą on zagra. Bardzo szybko okazało się jednak, że młody król nie będzie posłuszny swojemu protektorowi. A wszystkiemu winna była żona Edwarda IV – Elżbieta Woodville, z którą monarcha ożenił się zbyt szybko i wbrew oczekiwaniom Ryszarda Neville’a, który miał już przygotowaną dla niego inną kandydatkę na żonę. Od tego momentu zaczęły się już tylko problemy.

Ryszard Neville 16. hrabia Warwick (1428-1471)
O Elżbiecie Woodville Philippa Gregory pisze w Białej królowej. Nie sposób o tej książce nie wspomnieć przy okazji omawiania Córki Twórcy Królów. Te dwie powieści ściśle się ze sobą łączą. Rodzicami Elżbiety Woodville byli Jakobina Luksemburska (przyp. Władczyni rzek) oraz Ryszard Woodville 1. hrabia Rivers. W momencie, gdy Elżbieta zasiadła na tronie Anglii obok swojego ukochanego męża, tak naprawdę to jej rodzina pociągała za sznurki, zaś Edward IV podejmował decyzje według jej życzenia. Takie działanie ze strony króla nie podobało się Ryszardowi Neville'owi, dlatego nieunikniony stał się kolejny konflikt. Tym razem protektor jawnie wystąpił przeciw swojemu protegowanemu, bratając się z wrogiem, czyli z Lancasterami.

W konflikcie tym Twórca Królów nie zapomniał o swoim prywatnym interesie. Przez cały czas łudził się nadzieją, że w końcu uda mu się sprawować rządy w Anglii przez osobę Edwarda IV bądź jakiegoś innego sprzymierzeńca, którego wprowadzi na tron. Aby jego nadzieje i marzenia mogły się ziścić potrzebował do tego kolejnych „pionków” w swojej grze. I tak oto jego wybór padł na dwie córki – starszą Izabelę i młodszą Annę. Izabela została żoną młodszego brata Edwarda IV – Jerzego  księcia Clarence, zaś Anna…

O tym jak potoczyły się losy Anny Neville pisze Philippa Gregory w powieści Córka Twórcy Królów, do której przeczytania gorąco wszystkich zachęcam. W tej części cyklu Autorka ukazuje Wojnę Dwu Róż widzianą oczami młodziutkiej dziewczyny, która wbrew sobie musi wielokrotnie godzić się na sytuacje, w których czuje się źle i którym jest stanowczo przeciwna. Jednak wszyscy oczekują od niej bezgranicznego posłuszeństwa, bo wszak jest „tylko dziewczynką”, czyli narzędziem w rękach swojego ojca i pani matki. Życie Anny to pasmo niebezpieczeństw, ale też chwil radosnych i szczęśliwych. Na jej drodze wciąż staje Elżbieta Woodville, która – zdaniem narratorki – widzi w niej największego wroga. To przecież decyzją Ryszarda Neville'a na śmierć zostali skazani ci, którzy dla królowej i jej matki byli najważniejsi. A przecież królowa-czarownica nie zapomina wyrządzonych krzywd. Tak właśnie szeptano o kobietach z rodu Woodville’ów i Riversów. Wierzono, że opiekuje się nimi Meluzyna – wodna bogini. Posądzano je o czary i rzucanie klątw. Kiedy ktoś stracił życie w niewyjaśnionych okolicznościach, to właśnie Jakobinie i Elżbiecie przypisywano doprowadzenie do śmierci owego nieszczęśnika.

O książkach Philippy Gregory nie sposób pisać źle, ponieważ są one skonstruowane po mistrzowsku i nie można dopatrzeć się choćby najmniejszej wady. Tak przynajmniej jest w moim przypadku. Córka Twórcy Królów to dziesiąta powieść tej Autorki, którą przeczytałam. Po jej lekturze jestem pod równie mocnym wrażeniem, jak było to przy poprzednich pozycjach. Zastanawiam się na czym tak naprawdę polega fenomen pisarski tejże Autorki i nie jestem w stanie stwierdzić tego jednoznacznie. Philippa Gregory naprawdę nie robi nic szczególnego. Pisze prostym, klarownym językiem. Prawdę powiedziawszy na pierwszy rzut oka w jej stylu nie ma nawet jakichś szczególnie wyeksponowanych emocji. Jej bohaterki są zwykłymi kobietami, którym przyszło żyć w trudnych czasach. Musiały zmagać się z przeciwnościami losu, które w tamtym okresie nie były niczym niezwykłym. Jeśli ktoś pochodził z wyższej warstwy społecznej, prędzej czy później trafiał na dwór królewski i stawał się ofiarą lub świadkiem intryg, spisków i wszelkiej maści konfliktów. Może właśnie w tej prostocie konstruowania fabuły tkwi fenomen twórczości Philippy Gregory? Może nie trzeba wcale używać wyszukanego słownictwa, aby porwać czytelnika już od pierwszej strony? Chyba faktycznie coś w tym jest, skoro każda z książek Autorki święci tak wielkie triumfy, a jej fani z niecierpliwością wyczekują na kolejne powieści.

Anna Neville (1456-1485)
Wydarzenia dotyczące Wojny Dwu Róż opisane są w każdej z dotychczasowych części cyklu z perspektywy innej kobiety. Dlatego też nie można jednoznacznie stwierdzić, która wersja jest prawdziwa. Stojąc na miejscu każdej z poszczególnych narratorek, czytelnik jest w stanie przyznać jej rację, a wręcz współczuć, iż spotkał ją taki, a nie inny los. Jednak dzieje się tak tylko do chwili, kiedy nie sięgniemy po kolejny tom serii. Wówczas nasza postawa wobec poprzedniej narratorki diametralnie się zmienia. Pamiętam, że kiedy czytałam Białą królową naprawdę żal mi było Elżbiety Woodville. Uważałam, że padła ofiarą okrutnego spisku, musiała ratować się ucieczką, bo w innym razie groziła jej śmierć. Widziałam w niej matkę bezgranicznie kochającą swoje dzieci i robiącą wszystko, co w jej mocy, aby zachować je przy życiu. Z kolei teraz, gdy patrzyłam na nią oczami Anny Nevillle, zobaczyłam kogoś zgoła innego. Ujrzałam kobietę bezwzględną, mściwą i zawistną. Kobietę, która szuka jedynie własnej wygody, nie licząc się z innymi. Według młodszej córki Ryszarda Neville, żona Edwarda IV nie cofała się przed niczym, aby tylko móc osiągnąć swój cel. Podobnie postrzegała ją Małgorzata Beaufort w Czerwonej królowej. A jaka była prawda? Nie wiadomo. Myślę, że Philippa Gregory celowo zastosowała tego rodzaju zabieg, aby czytelnik mógł samodzielnie wyrobić sobie zdanie na temat poszczególnych kobiet zamieszanych w konflikt pomiędzy Yorkami i Lancasterami.

Oczywiście, czytając Córkę Twórcy Królów natrafimy na wydarzenia, które zostały opisane również w poprzednich częściach. Tego powielenia nie można było uniknąć. Jak wspomniałam powyżej, każda z bohaterek na tę samą kwestię patrzy inaczej. Dlatego nie można tego uznać za wadę. Wręcz przeciwnie. Jest to ogromna zaleta tej powieści. 

Oprócz rzeczonej Anny Neville i jej rodziny, pojawiają się tutaj również inne postaci historyczne. Są to głównie osoby związane z rodziną królewską, jak wspomniany już brat Edwarda IV – Jerzy, czy najmłodszy z Yorków – Ryszard III. Spotykamy także Małgorzatę Andegaweńską i jej syna Edwarda. W Córce Twórcy Królów „złą królową” postrzegamy zupełnie inaczej, niż miało to miejsce w przypadku Władczyni rzek, gdzie Małgorzata jest jedną z głównych bohaterek i przyjaciółką Jakobiny Luskembuskiej.

Bardzo cieszy mnie, że w Polsce Philippa Gregory jest tak popularna i w bardzo krótkim odstępie czasu na polski rynek wydawniczy trafiają jej kolejne powieści. W naszym kraju naprawdę brakuje pisarzy, którzy zarażaliby czytelników swoją miłością do historii. A ci, którzy tworzą tego typu literaturę są przez nich niedoceniani. A szkoda, ponieważ historia to piękna, choć niekiedy trudna, część naszego życia. Dlatego przed pisarzami tworzącymi powieści historyczne stoi naprawdę niełatwe wyzwanie. Bo to od nich zależy czy czytelnik sięgnie po ich powieść, czy potraktuje ją bez większego zainteresowania. Niemniej jednego jestem pewna. Obok powieści Philippy Gregory na pewno nie można przejść obojętnie. Jej książki są niczym narkotyk. Kiedy przeczytasz choćby jedną z nich, nie możesz przestać sięgać po następne. 



Za książkę serdecznie dziękuję







14 komentarzy:

  1. Bardzo podoba mi się opisany przez Ciebie subiektywny punkt widzenia. Choć pierwsze zetknięcie z tą pisarką nadal przede mną to czuję się oraz bardziej zaintrygowana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aneczko, gorąco polecam. Może się mylę, ale wydaje mi się, że nawet jak ktoś nie lubi historii, to książki Philippy Gregory sprawią, że nie poczuje, że czyta coś historycznego. Nie umiem tego wyrazić słowami, ale wierz mi, że ta pisarka ma w sobie coś takiego, że historii w jej wydaniu po prostu nie można nie lubić :-)))

      Usuń
  2. Spojrzałam tylko na końcowy akapit, bo lektura jeszcze przede mna z czego bardzo sie cieszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie wybaczam, że nie czytałaś całości ;-) A poważnie, to czekam na Twoją opinię. Wierzę, że Ci się spodoba :-)))

      Usuń
  3. Ja właśnie jestem w połowie Czerwonej Królowej (moim zdaniem lepsza od Białej), a Ty już mi dorzucasz kolejną pozycje do przeczytania:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też "Czerwona królowa" bardziej się podobała, ale pod względem emocjonalnym. Małgorzata Beaufort strasznie mnie denerwowała. Miałam ochotę rzucić książką. Natomiast sama Philippa Gregory przyznaje, że dla niej najbliższą postacią z całego cyklu jest Elżbieta Woodville. Mogę to zrozumieć. Tak sobie myślę, że ona chyba padła ofiarą knowań i musiała się bronić. A czy naprawdę stosowała czary? Do końca nie wiadomo.

      Mam zamówione jeszcze cztery inne powieści Philippy Gregory, więc ta pani będzie u mnie częstym gościem. No i oczywiście we wrześniu wychodzi w Polsce "Uwięziona królowa". To o Marii I Stuart. Jest to część cyklu Tudorowskiego. Już nie mogę się doczekać :-)))

      Usuń
  4. Może i za tego typu lekturami nie przepadam, ale na okładki książek tej pani bardzo lubię patrzeć. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą. Są piękne, zarówno te z cyklu Tudorowskiego, jak i te z Wojny Dwu Róż. Ale nie jest to pomysł polskiego grafika. Z opisu w stopce redakcyjnej wynika, że nasz grafik tylko je opracowywał, natomiast pomysł jest niejakiej Cherlynne Li. I jeszcze taka ciekawostka, że te panie na okładkach to modelki. Zdjęcia są oryginalne, a nie ściągnięte z jakichś ogólnie dostępnych fotografii i przerobione. Tak więc perfekcja w każdym calu ;-) A co do samych książek, to spróbuj kiedyś chociaż jedną przeczytać, a zobaczysz, że się wciągniesz ;-)

      Usuń
  5. O, ja na Marię Stuart będę czekać z utęsknieniem :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego, co wiem polska premiera książki będzie 16 września :-)

      Usuń
  6. Książka nie jest w moim typie, ale po tej recenzji, zrobię wyjątek i się na nią skuszę :) Livresland.blogspot.com :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszy mnie to bardzo, bo naprawdę warto sięgnąć po książki Philippy Gregory :-)

      Usuń
  7. urocza jest ta Anna na ostatnim zdjęciu:) wspomniałam o tej książce u nas, ale chyba nie ma co liczyć na rychły zakup:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety inna Anna się nie zachowała do dzisiejszych czasów. Musisz się zadowolić taką. ;-) W mojej bibliotece widzę, że na Philippę Gregory bardzo mocno się stawia. Zresztą ja wciąż ją polecam, a i inni czytelnicy też o nią pytają, więc panie bibliotekarki chętnie kupują. :-)

      Usuń