Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

środa, 28 września 2016

Lucyna Olejniczak – „Kobiety z ulicy Grodzkiej. Matylda” # 3













Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2016

                                                                                                          


Krakowski Teatr im. Juliusza Słowackiego, zwany niegdyś Teatrem Miejskim im. Juliusza Słowackiego, budowany był z ogromnym pietyzmem. Uroczyste otwarcie miało miejsce dokładnie o godzinie 12:00 w południe 21 października 1893 roku. Podczas pierwszego spektaklu wystawiano fragmenty utworów Adama Mickiewicza (1798-1855), Juliusza Słowackiego (1809-1849) i Aleksandra Fredry (1793-1876). Z kolei przez kolejnych pięć tygodni publiczność mogła oglądać tylko polski repertuar. Bardzo wcześnie Teatr okrył się legendą, natomiast już w pierwszych latach swojej działalności zyskał status sceny narodowej. To właśnie Teatr Słowackiego wyznaczył kierunki rozwoju całego polskiego teatru współczesnego, zaś gmach znajdujący się przy placu Św. Ducha na stałe wpisał się w magiczną topografię Krakowa.

Pomimo że można funkcjonować w cieniu własnej legendy, robić wszystko, aby jej sprostać, czy też buntować się przeciwko niej, to jednak nie jest łatwo wznosić na jej fundamencie autentyczną i przenikającą na wskroś dzisiejszego widza sztukę. Nie można chyba w pełni pojąć polskiej kultury, jeśli nie posiada się wystarczającej wiedzy na temat Teatru Słowackiego. Nie można też mówić, że znamy Kraków, jeżeli nigdy nie odwiedziliśmy gmachu przy placu Św. Ducha. W czasie dwudziestolecia międzywojennego Teatr im. Juliusza Słowackiego zdołał utrzymać znaczące miejsce, jeśli wziąć pod uwagę teatralną mapę Polski, która w tamtym okresie była już krajem niepodległym. Nie było jednak łatwo sprostać konkurencji wspaniałych scen warszawskich, lwowskich czy wileńskich. Szczególnie trudny okazał się przełom lat 20. i 30. XX wieku. Istniejący wówczas kryzys ekonomiczny poważnie dotknął również instytucje kulturalne.

Teofil Trzciński
Przed pierwszą wojną światową (1914-1918) dominowało piękno modernizmu, natomiast w dwudziestoleciu międzywojennym każdy z dyrektorów zmuszony był szukać własnych, oryginalnych pomysłów. Trzeba bowiem było mieć na uwadze fakt, iż awangarda domaga się swoich praw, dlatego też wielce trudnym zadaniem okazało się znalezienie, w gąszczu nowatorskich kierunków i tak bardzo wówczas modnych eksperymentów, bezpiecznej drogi dla sceny o wielkiej, narodowej tradycji. Na szczęście na tym polu odniesiono sukces, a w historii Teatru Słowackiego zapisał się doskonały repertuar pierwszej powojennej dyrekcji Teofila Trzcińskiego (1878-1952), który swoją funkcję pełnił w latach 1918-1926 i 1929-1932. Pisząc „powojenna dyrekcja” mam oczywiście na myśli pierwszą wojnę światową. Z pewnością był to repertuar eklektyczny, ale też niezwykle śmiały. To właśnie Teofilowi Trzcińskiemu zawdzięczamy odkrycie takich autorów sztuk teatralnych, jak Nokołaj Jewreinow (1879-1953), Paul Claudel (1868-1955), Georg Kaiser (1878-1945) czy Luigi Pirandello (1867-1936).

Niemałej odwagi wymagało także zainteresowanie się nowymi kierunkami w sztuce. W 1921 roku Teofil Trzciński umożliwił więc debiut jednemu z największych polskich artystów XX wieku. Był nim oczywiście Stanisław Ignacy Witkiewicz, znany jako Witkacy (1885-1939). Prapremiera jego groteskowego i pełnego absurdu Tumora Mózgowicza sprawiła, że oprócz nielicznych głosów uznania, pojawiła się też fala ataków ze strony krytyków. Niemniej Teofil Trzciński wcale się tym nie przejął i nie zaprzestał poszukiwania nowości. Był jedynym w Polsce dyrektorem teatru, który konsekwentnie wystawiał na jego deskach ekspresjonistów oraz współpracował ze znakomitymi scenografami – konstruktywistami, kubistami i kolorystami. W nowatorski sposób realizował też klasykę. W 1923 roku po raz pierwszy w Krakowie wystawił monumentalną, plenerową inscenizację Odprawy posłów greckich Jana Kochanowskiego (1530-1584).  Sztuka została pokazana na dziedzińcu wawelskim.

W latach 1926-1929 dyrektorem Teatru był Zygmunt Nowakowski (1891-1963), który zdecydował się zmienić dotychczasowy program artystyczny. Do repertuaru wybrał sztuki powszechnie znane, widowiskowe i jednocześnie będące na najwyższym poziomie. Wśród nich znalazły się takie utwory, jak: Krakowiacy i górale Wojciecha Bogusławskiego (1757-1829), Turandot Carlo Gozziego (1720-1806) czy Balladyna Juliusza Słowackiego. Każda z nich biła rekordy kasowe i gromadziła na widowni komplet publiczności. W roku 1932 dyrektorem Teatru Słowackiego został Juliusz Osterwa (1885-1947), który bez wątpienia uchodził za artystę obdarzonego ogromną charyzmą. Podczas swojej trzyletniej dyrekcji stawiał na repertuar niezwykle ambitny, dzięki czemu przyczynił się do udoskonalenia zespołu. Co ważne, Juliusz Osterwa, będąc również aktorem, na deskach Teatru zaprezentował także swoje największe kreacje aktorskie. Organizował też regularne przedstawienia dla młodych widzów, tym samym przyczyniając się do wychowania całego pokolenia krakowskich teatromanów.

Juliusz Osterwa  
Fotografia pochodzi z około 1939 roku.
Rola niezidentyfikowana.
Ostatnim dyrektorem przed wybuchem drugiej wojny światowej był wybitny scenograf Karol Frycz (1877-1963), który na stanowisko wrócił dopiero po wojnie. Dyrektorem był jeszcze przez rok, a potem znów zastąpił go Juliusz Osterwa, który funkcję tę sprawował do śmierci. Podczas dyrekcji Karola Frycza potwierdziła się tylko mocna już pozycja Teatru Słowackiego. Na jego deskach występowały takie krakowskie gwiazdy, jak: Zofia Jaroszewska (1902-1985), Władysław Woźnik (1901-1959) czy Wacław Nowakowski (1888-1962). Wyjątkowym talentem odznaczali się także tacy ówcześni młodzi aktorzy, jak: Mieczysław Węgrzyn (1909-1942) oraz Stefan Czajkowski (1903-1942), którzy zostali potem zamordowani w nazistowskim obozie koncentracyjnym Auschwitz. 

Bez wątpienia największą zasługą Karola Frycza było nawiązanie współpracy z reżyserem Wacławem Radulskim (1904-1983) i scenografem Tadeuszem Orłowiczem (1907-1976). Byli oni jednymi z najbardziej twórczych artystów polskiego teatru przedwojennego. Posiadali swój własny styl, cenili groteskę, zabawę konwencjami oraz grę intelektualną. Ich przedstawienia charakteryzowały świeżość, bogactwo pomysłów, co sprawiało, że o krakowskiej scenie ponownie było głośno w całym kraju.

Niestety, po zakończeniu drugiej wojny światowej zarówno Wacław Radulski, jak i Tadeusz Orłowicz zostali wymazani przez komunistyczne władze ze zbiorowej pamięci. O Wacławie Radulskim zapomniano dlatego, iż spędził kilka lat w sowieckim łagrze, a potem dostał się do armii generała Władysława Andersa (1892-1970). Można więc rzec, że generalnie obydwaj artyści narazili się komunistom z powodu swojej powojennej londyńskiej emigracji. Niedługo przed wybuchem drugiej wojny światowej Teatr Słowackiego pożegnał się z publicznością i wolną Rzeczpospolitą widowiskiem plenerowym o charakterze patriotycznym zatytułowanym Hymn na cześć oręża polskiego, którego autorem był Ludwik Hieronim Morstin (1886-1966). Oczywiście widowisko zostało zrealizowane na dziedzińcu wawelskim.

Jesienią 1939 roku zespół Teatru Słowackiego pracował jeszcze przez kilka tygodni, lecz już wkrótce zmuszony został do opuszczenia gmachu. Przez pięć okupacyjnych lat funkcjonował w jego miejscu teatr niemiecki będący obiektem szczególnej troski ze strony hitlerowców, ponieważ spełniał rolę rozsiewania nazistowskiej propagandy. Nad Teatrem opiekę przejął również Hans Frank (1900-1946), który z wielkim upodobaniem zapraszał do cesarskiej loży przywódców Trzeciej Rzeszy odwiedzających Kraków. Natomiast nad majątkiem Teatru pieczę sprawowała jedynie nieliczna grupa polskich pracowników technicznych, którzy ryzykując życie, uratowali przed zniszczeniem między innymi freski znajdujące się w słynnej garderobie Ludwika Solskiego (1855-1954), a także teatralną bibliotekę.


Teatr Słowackiego około 1933 roku
autor: Stanisław Mucha (1895-1976)


Tak właśnie wygląda Teatr Słowackiego, kiedy w 1931 roku Matylda Borucka przygotowuje się do roli swojego życia. Matylda jest córką Wiktorii Bernat, którą czytelnik mógł spotkać na kartach pierwszego i drugiego tomu Kobiet z ulicy Grodzkiej. Matylda nie jest bynajmniej sławną krakowską aktorką. W listopadzie 1931 roku doszło jednak do szczęśliwego dla Matyldy zbiegu okoliczności i tak oto dziewczyna zagra w drugiej części Dziadów rolę Zosi. Nie dziwi więc fakt, że jest niesamowicie podekscytowana. To dla niej ogromna szansa i pierwszy krok ku temu, aby zostać znaną aktorką, o którą będą zabiegać reżyserzy i dyrektorzy teatrów, nie tylko krakowskich. Matylda marzyła o scenie od najmłodszych lat, pomimo że jej matka sądziła, iż córka z tego wyrośnie, a występy przed rodziną są tylko tymczasowe. Matylda jednak nie wyrosła ze swojego marzenia i teraz oto stoi na scenie Teatru Słowackiego, a z jej ust wypływa kwestia Zosi, czyli najpiękniejszej dziewczyny ze wsi, która miała to nieszczęście, że zmarła w wieku dziewiętnastu lat. Jak gdyby tego było mało, Matylda gra u boku samego Juliusza Osterwy! Czego zatem można chcieć więcej?

Cieniem na tym szczególnym wydarzeniu kładzie się fakt, że najprawdopodobniej matka panny Boruckiej znów zapomniała o występie córki. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy Wiktoria nie dotarłaby do teatru. Prawdę powiedziawszy Matylda nigdy nie miała dobrego kontaktu z matką. Pamięta, że od najmłodszych lat bardziej związana była z ojcem, a nawet z babcią Michalską i dziadkiem Michalskim oraz ich adoptowanym synem Julkiem, nie mówiąc już o babci Zuzannie Kasperkowej. Możliwe, że matka nie może wybaczyć Matyldzie, iż nie poszła w jej ślady i nie skończyła farmacji, aby potem stać się właścicielką apteki na Grodzkiej. Nie jest jednak tak, że apteka „Pod Złotym Moździerzem” poszła w obce ręce. Na chwilę obecną oprócz Wiktorii, pracuje w niej jeszcze Joasia, która jest córką babci Kasperkowej i współwłaścicielką apteki. Dziewczyna skończyła farmację i świetnie radzi sobie w pracy. Wróćmy jednak do Matyldy i jej występu na scenie Teatru Słowackiego. Okazuje się, że młoda i niedoświadczona aktorka bardzo dobrze poradziła sobie z rolą i po zakończeniu przedstawienia otrzymuje od wszystkich gratulacje. Niestety, gdzieś w głębi duszy Matylda czuje niepokój. Z tym, że matka mogła nie dotrzeć do teatru dziewczyna jest w stanie się pogodzić. Lecz za nic nie może zrozumieć, dlaczego zawiódł ukochany tatko, który – jak dotąd – był obecny na każdej sztuce z jej udziałem.


Wawel na pocztówkach z lat 30. XX wieku
Górny rząd od lewej: Wejście do krypty Marszałka Józefa Piłsudskiego (1867-1935);
Katedra na Wawelu od strony południowo-zachodniej; Zamek królewski na Wawelu;
Grobowiec św. Stanisława (1030-1079) na Wawelu.

Dolny rząd od lewej: Renesansowy dziedziniec Zamku królewskiego; Sala 'pod ptakami' w Zamku królewskim; Kaplice przy Katedrze na Wawelu; Wnętrze kaplicy Zygmuntowskiej.


Jak po każdym spektaklu, tak i tym razem, dyrektor organizuje uroczysty bankiet, na którym cały zespół ma świętować sukces Dziadów. Matylda nie chce brać w tym udziału, ponieważ ma złe przeczucia i pragnie szybko wracać do domu. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że swoją decyzją może zaprzepaścić szansę na dalszą karierę. Przecież na bankiecie będą obecne naprawdę wpływowe osoby, które mogłyby zapewnić jej angaż do innych sztuk teatralnych, a może nawet zaproponować rolę w jakimś filmie, pomimo że na razie film dźwiękowy jest jeszcze w powijakach. Matylda udaje się zatem do domu w towarzystwie przyjaciółki swojej matki i jej dzieci. Kiedy docierają na Grodzką okazuje się, że przed kamienicą miał miejsce jakiś poważny wypadek, który – jak mówią gapie – spowodowany był zamieszkami wywołanymi przez młodzież akademicką. Powodem zamieszek było zamordowanie 10 listopada 1931 roku przez bojówkę żydowską studenta prawa Uniwersytetu Wileńskiego – Stanisława Wacławskiego. Ponieważ protesty miały charakter antyżydowski, niszczono wszystko co tylko stanęło młodym na drodze, a było własnością Żydów.

Niestety, czasami tego rodzaju działania wymykają się spod kontroli i cierpi z ich powodu ktoś niewinny. Tak jest i tym razem. Wskutek nieszczęśliwego wypadku poważnie ranna została Wiktoria Bernat, a właściwie Borucka. Czy kobieta przeżyje? Czy lekarze będą w stanie ją uratować? A może to klątwa rzucona przez Hankę jeszcze w 1890 roku wciąż ma moc i teraz jej skutki dotkną właśnie Wiktorię, jak gdyby nieszczęść w jej życiu było mało? Matylda jest przerażona. W dodatku w szpitalu przy łóżku matki dowiaduje się także prawdy o swoim pochodzeniu. Ileż zatem może znieść jedna drobna kobieta? Dlaczego matka przez całe życie ją okłamywała? Albo inaczej: dlaczego do tej pory nie powiedziała jej prawdy? Czy Matylda powinna teraz rzucić wszystko i ruszyć w świat w poszukiwaniu swojej tożsamości?

Po dwóch doskonałych tomach sagi przyszła kolej na część trzecią. Mój zachwyt nad tą serią nadal utrzymuje się na tym samym poziomie, choć w przypadku Matyldy zdziwiła mnie jedna rzecz. Otóż dwudziestolecie międzywojenne to jeden z moich ulubionych okresów w historii Polski. Jeśli dochodzi jeszcze do tego wątek filmowy i teatralny, to naprawdę nie trzeba mi już niczego więcej. Czytając pierwsze sceny powieści pomyślałam sobie: no dobrze, ale dlaczego dyrektorem Teatru Słowackiego nie jest Teofil Trzciński, tylko jakiś śmieszny pan ze zsuwającym się tupecikiem noszący nazwisko Kwiatkowski? Przecież jest rok 1931, czyli czas, kiedy Teofil Trzciński kończył drugą kadencję swojego zarządzania Teatrem Słowackiego! Owszem, w sezonach 1928/1929 oraz 1930/1931 dzielił dyrektorski fotel z kolegą, lecz nie był to żaden Kwiatkowski, a Eugeniusz Bujański (1890-1952). Natomiast w sezonie 1931/1932 zarządzał Teatrem samodzielnie.

Wacław Nowakowski w roli
Konrada-Gustawa
31 pażdziernika 1931 roku
źródło
Z kolei w 1931 roku pierwszy spektakl Dziadów  na deskach Teatru miał miejsce dokładnie 31 października, a nie w listopadzie, jak wynika z fabuły powieści. To właśnie Teofil Trzciński osobiście odpowiadał za ten spektakl, nie tylko dlatego, że był dyrektorem, ale ponieważ go reżyserował. Natomiast scenografię przygotował Mieczysław Różański (1902-1969), zaś w rolę Konrada-Gustawa wcielił się Wacław Nowakowski. W dziejach Teatru było to czwarte wystawienie Dziadów. Prapremiera odbyła się bowiem 31 października 1901 roku. Wtedy za inscenizację i scenografię odpowiadał Stanisław Wyspiański (1869-1907), a spektakl reżyserował Adolf Walewski (1852-1911). W roli Gustawa-Konrada wystąpił Andrzej Mielewski (ok. 1867-1916). 

Skoro więc czytelnik spotyka Juliusza Osterwę, to dlaczego nie może spotkać również Teofila Trzcińskiego? Wolę, kiedy autor trzyma się faktów historycznych, a nie modyfikuje je według własnego uznania, zważywszy że te informacje są ogólnie dostępne i można je z powodzeniem wykorzystać, aby historia stała się jeszcze bardziej wiarygodna, zaś fikcyjna Matylda sprawiała wrażenie, jak gdyby była jedną z początkujących aktorek lat 30. XX wieku. O ile zmianę daty wystawienia Dziadów jestem skłonna tłumaczyć tym, iż była ona konieczna ze względu na wykorzystanie w powieści wątku wyżej wspomnianych ulicznych zamieszek, które w konsekwencji przyczyniły się do wypadku, jakiemu uległa Wiktoria Borucka, o tyle nie potrafię zrozumieć kwestii pominięcia osoby Teofila Trzcińskiego jako dyrektora ówczesnego Teatru Słowackiego.

Jak sam tytuł wskazuje, Autorka trzeci tom poświęca córce Wiktorii. Dziewczyna wciąż nie potrafi znaleźć swojego miejsca w życiu. Jedyne czego jest pewna, to tego, że pragnie zostać aktorką. W Krakowie nie widać zbyt wyraźnie rozwijającego się przemysłu filmowego. To Warszawa stanowi jego centrum, gdzie prym wiodą takie gwiazdy, jak Aleksander Żabczyński (1900-1958), Eugeniusz Bodo (1899-1943), Adam Brodzisz (1906-1986) czy Zula Pogorzelska (1898-1936). Matylda marzy zatem, aby pewnego dnia do nich dołączyć. Nie jest to jednak takie proste, jeśli nie ma się protektora, który rzeknie słówko tu czy tam, i w ten sposób załatwi angaż. W dodatku bardzo modna staje się pewna wytwórnia filmowa pod Berlinem. Jest ona miejscem, o którym marzą wszyscy aktorzy. Nie obraziliby się, gdyby ktoś zaproponował im choćby tylko statystowanie w jakiejś produkcji. Od czegoś przecież trzeba zacząć, prawda? Matylda nie jest wyjątkiem. Podobnie jak jej koleżanki po fachu. I oto pewnego dnia staje się cud. Panna Borucka poznaje przystojnego Michała Olbrychta, który jest bratankiem człowieka mającego naprawdę wielkie możliwości, jeśli chodzi o przemysł filmowy. Matylda nie może więc uwierzyć we własne szczęście. Teraz już na pewno wszystko ułoży się dobrze, zważywszy że Michał zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Ale czy można mu tak bezgranicznie ufać? Czy mężczyzna ma wobec Matyldy uczciwe zamiary?

W Matyldzie Lucyna Olejniczak nie tylko rozpoczyna nowe wątki, ale też powraca do tych, które nie zostały wyjaśnione w poprzednich tomach. Tak więc znów pojawia się historia braci bliźniaków Adama i Stefanka, natomiast osierocony w dzieciństwie Julek, którego adoptowali starzy Michalscy, staje się jednym z głównych bohaterów, i zapewne jego rola jeszcze się nie skończyła. Wyjaśnia się także sytuacja Filipa Michalskiego – pierwszej i wielkiej miłości Wiktorii Bernat. Poza tym są też bohaterowie, którzy odchodzą. Tak to już bywa w sagach rodzinnych, że jedni się pojawiają, zaś inni muszą im ustąpić miejsca i odejść. A nad tym wszystkim wciąż unosi się klątwa Hanki, pomimo że bohaterowie nie za często o niej wspominają.


Fragment ulicy Grodzkiej w Krakowie z około 1933 roku
Na zdjęciu widać witryny sklepowe i reklamowe. Gdzieś tam znajduje się powieściowa apteka
Pod Złotym Moździerzem i mieszkanie Matyldy Boruckiej.
Fotografia pochodzi z Ilustrowanego Kuriera Codziennego


Tym, co zwróciło moją szczególną uwagę jest fakt, iż Lucyna Olejniczak na kartach Matyldy porusza kilka ważnych kwestii. Jedną z nich są relacje na linii rodzice-dziecko. Jak już wyżej wspomniałam, główna bohaterka praktycznie nigdy nie czuła zbyt bliskich więzi z matką. Ważniejsi byli dla niej ludzie zupełnie z nią niespokrewnieni. I dopiero, kiedy Matylda staje w obliczu tragedii zdaje sobie sprawę z tego, że chciałaby cofnąć czas i naprawić to, co zepsuła albo przynajmniej wyjaśnić powody swojego postępowania. Drugą kwestią jest zaufanie. W tym kontekście nasuwa się pytanie, czy można ufać każdemu, kto stanie na naszej drodze i zasypie nas obietnicami, które przecież mogą za jakiś czas okazać się obietnicami bez pokrycia? I wreszcie, można latami żyć obok siebie i nie zdawać sobie sprawy z tego, jak bardzo ten drugi człowiek jest dla nas ważny. Czasami szukamy szczęścia gdzieś daleko, goniąc za marzeniami, a nie wiemy, że upragnione szczęście jest tuż obok.

Myślę, że pod względem fabularnym Matylda jest powieścią, która doskonale uzupełnia wydarzenia rozgrywające się na kartach poprzednich tomów. Pomimo że główna bohaterka wydaje się bardzo naiwna, niedoświadczona i żyjąca marzeniami, to jednak nie ma to wpływu na jakość książki. Trzeba bowiem pamiętać, że o tym czy dana powieść jest dobra, czy zła, nie decyduje charakter głównego bohatera. Powiedziałabym nawet, że im bohater bardziej irytujący i denerwujący czytelnika, tym opowiedziana historia staje się lepsza. Jako miłośniczka dwudziestolecia międzywojennego i wielbicielka przedowjennego kina i teatru, nie mogę jednak wybaczyć Autorce, że pominęła wspomnianego wyżej Teofila Trzcińskiego czy chociażby Wacława Nowakowskiego. Szkoda też, że w książce mamy tak mało informacji o teatrze i filmie tamtego okresu. Oczywiście rozumiem, że ma to związek z kreacją postaci Matyldy i miejscem akcji powieści. Na razie główna bohaterka nie ma szczęścia, jeśli chodzi o karierę aktorską i skupia się bardziej na swoim życiu prywatnym, niż na dążeniu do spełniania marzeń. Natomiast gdyby akcja książki rozgrywala się w Warszawie, wówczas tych informacji o kinie i teatrze, jak również o wybitnych aktorach przedwojennych, byłoby zapewne znacznie więcej. Niemniej, i tak czuję pewien niedosyt. 

Na koniec chciałabym jeszcze dodać, że opowiedziana przez Lucynę Olejniczak historia staje się bardziej wiarygodna dzięki cytatom zaczerpniętym z tytułów prasowych popularnych w latach 30. XX wieku, jak na przykład Ilustrowany Kuryer Codzienny (pisownia oryginalna). To oczywiście nie jest koniec Kobiet z ulicy Grodzkiej, ponieważ zapowiada jest jeszcze część czwarta zatytułowana Weronika, która ma stanowić zakończenie całej serii. Przyznam, że czekam na nią z niecierpliwością. Mam nadzieję, że tłem historycznym będzie druga wojna światowa. Już w Matyldzie wiadomo bowiem, że wojna zbliża się wielkimi krokami, natomiast Adolf Hitler (1889-1945) staje się coraz bardziej niebezpieczny, a jego krzyki słychać w całej Europie.












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz