środa, 13 sierpnia 2014

Barbara Taylor Bradford – „Być najlepszą” #3
















Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice: 2010
Tytuł oryginału: Emma Harte Saga. To Be the Best
Przekład: Magdalena Lipska




Nie jest tajemnicą, że Barbara Taylor Bradford to jedna z moich ulubionych autorek piszących dla kobiet. Oczywiście nie wszystkie jej książki wywarły na mnie jednakowe wrażenie, ale większość z tych, które przeczytałam, wspominam naprawdę bardzo pozytywnie. Bez wątpienia ogromną sławę przyniosła Autorce saga o rodzinie, której założycielką była Emma Harte. Z drugiej strony jednak odnoszę wrażenie, że największą popularnością cieszyły się swego czasu tylko trzy pierwsze tomy tej serii, które zostały wydane po raz pierwszy pod koniec lat 70. i w latach 80. XX wieku. Pozostałe cztery części ukazały się w XXI wieku i chyba nie zrobiły już tak wielkiej furory, przynajmniej jeśli chodzi o Polskę. 

Jak wiemy z poprzednich tomów, Emma Harte nie miała łatwego życia. Swoje ogromne imperium przemysłowo-handlowe stworzyła kosztem rodziny, ale nigdy też nie brakowało wokół niej ludzi życzliwych, na których zawsze mogła liczyć. Choć z powodu ciągłej harówki, zaniedbała własne dzieci i nie przebywała z nimi wtedy, kiedy one najbardziej jej potrzebowały, to jednak nie pozwoliło jej to utracić ich szacunku. Bo przecież nawet „zdrajcy” i „żmije” wiedzieli, że z Emmą Harte lepiej nie zadzierać. Ona zawsze stawiała na swoim i czasami nawet podstępem wygrywała bitwy, które biernym obserwatorom mogły wydawać się z góry przegrane. Wielka Emma Harte nigdy nie pozwalała na to, aby ktoś nią pomiatał. Nawet wtedy, gdy była jeszcze nastoletnią panną i pracowała jako służąca, nosiła głowę wysoko i wiedziała, że kiedyś przyjdzie taki dzień, w którym odpłaci z nawiązką wszystkim, którzy w jakiś sposób przyczynili się do jej upokorzenia.

Niestety, Emma Harte pomimo że przez całe życie była doskonałą businesswoman, to jednak poniosła klęskę jako matka. Praktycznie tylko o jednym ze swoich dzieci mogła powiedzieć, że jest jej dumą i chlubą. Była to oczywiście Daisy McGill Amory – córka, która urodziła się ze związku Emmy z Paulem McGill. Paul był miłością jej życia i nigdy o nim nie zapomniała. Jej myśli skierowane były ku ukochanemu nawet w chwili śmierci. Być może to właśnie dlatego Paula McGill Amory (po mężu Fairley) była przysłowiowym oczkiem w głowie swojej babki. To tej wnuczce Emma w testamencie zapisała najwięcej, i to Paulę na mocy swojej ostatniej woli zrobiła głową rodziny, pomimo że bardziej odpowiedni do tego byliby jej starsi i doświadczeni wnukowie. Można przypuszczać zatem, że Emma, która na co dzień stawiała na kompetencje, w tym przypadku kierowała się sentymentem, już od najmłodszych lat ucząc Paulę jak BYĆ NAJLEPSZĄ.

Oczywiście po odczytaniu testamentu, „zdrajcy” i „żmije” poprzysięgli zemstę i odzyskanie tego, co – jak uważali – prawnie im się należy. Naiwni, samych siebie utwierdzali w przekonaniu, że mają na to jakiekolwiek szanse, jak gdyby nie znali zapobiegliwości i przebiegłości własnej matki czy babki. Emma Harte nigdy nie podejmowała działań, które nie miałaby uzasadnienia w życiu. Skoro więc postanowiła, że niektórym członkom jej wielkiej rodziny nie należy się spadek po niej, to znaczy, że tak właśnie było, i jakiekolwiek dyskusje na ten temat były pozbawione najmniejszego sensu. Ale, jak to mówią, zemsta jest słodka, więc prędzej czy później należałoby spodziewać się odwetu ze strony tych, którzy testamentem matki czy babki poczuli się urażeni i skrzywdzeni. Z drugiej strony jednak, nie można się temu dziwić, bo przecież w grę wchodziły ogromne pieniądze, a te mało kto chce z ręki wypuścić.

Tak było w Karierze Emmy Harte i Spadkobiercach Emmy Harte. A jak sprawa dziedziczenia wielkiego imperium niezniszczalnej Emmy przedstawia się w trzecim tomie sagi o rodzinie Harte? Bardzo podobnie. Na Paulę wciąż czyha cała masa niebezpieczeństw ze strony jej kuzynów. Babka nie żyje już od jedenastu lat, niemniej jej osoba wciąż jest na ustach członków rodziny, którzy jeszcze przy życiu pozostali. Każdy, kto czytał Spadkobierców Emmy Harte wie, że brakuje już niektórych bohaterów. Oprócz tych starszych, którzy zmarli śmiercią naturalną, z życiem pożegnały się też postacie, o których można powiedzieć, że miały jeszcze sporo życia przed sobą. No cóż, wypadki chodzą po ludziach, a ponieważ nieszczęścia dotykają wszystkich bez względu na ich stan majątkowy czy pochodzenie społeczne, zrozumiałe jest więc, że rodzina Harte również skurczyła się o niektórych swoich członków.

W Być najlepszą na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Paula McGill, ale już nie Fairley, lecz O’Neill, ponieważ w międzyczasie zdążyła wyjść za mąż za wnuka przyjaciela swojej babki. Shane O'Neill to mężczyzna, z którym Paula się wychowała i od zawsze był jej bliski, ale nie zdawała sobie sprawy jak bardzo. Dopiero lawina nieszczęść, jakie dotknęły jej rodzinę, uświadomiły kobiecie, że jej przeznaczeniem wcale nie jest jej pierwszy mąż, lecz właśnie Shane. Kiedy spotykamy tę parę, obydwoje są już na szczycie, jeśli chodzi o własne przedsiębiorstwa odziedziczone po przodkach, zaś sami wychowują czworo dzieci – dwoje z pierwszego małżeństwa Pauli i dwoje wspólnych. Shane ONeill specjalizuje się głównie w dziedzinie hotelarstwa i to właśnie hotele usytuowane w rozmaitych częściach świata przynoszą mu niebotyczne dochody.

wydanie, które czytałam
Wydawnictwo: BIS
Warszawa 1993
Tłum. Magdalena Lipska
Paula i Shane to oczywiście nie jedyni bohaterowie, których spotykamy na kartach trzeciego tomu sagi. W tej części na pierwszy plan wysuwa się także brat Pauli – Philip McGill Amory, który mieszka w Australii. Jemu również babka zapisała w testamencie spory majątek, głównie ten, który niegdyś należał do jego dziadka i największej miłości Emmy, czyli Paula McGill. Philip niestety nie może pochwalić się życiową stabilizacją. Jego życie prywatne to pasmo rozmaitych zawirowań, szczególnie w relacjach damsko-męskich. Prasa rozpisuje się o nim niezbyt pochlebnie, nazywając go zwykłym playboyem, nad czym niesamowicie ubolewają jego bliscy, szczególnie matka. Nie wygląda jednak na to, aby w najbliższym czasie Philip miał się ożenić i ustabilizować. Na chwilę obecną na horyzoncie nie widać żadnej odpowiedniej kobiety, zaś sam Philip wciąż przeżywa tragedię, która dotknęła jego rodzinę wiele lat temu. Można zatem śmiało stwierdzić, że mężczyzna czuje się winien, iż w ogóle żyje.

Pomimo tych wszystkich zawirowań, wydaje się jednak, że życie młodego pokolenia spadkobierców Emmy Harte i Blackie’go O’Neill biegnie spokojnie i bez większych problemów. Każda z tych osób ułożyła sobie życie na tyle, na ile mogła najlepiej, a duchy przeszłości, oprócz Philipa, raczej nikogo nie nawiedzają. Oczywiście jest jeszcze klan Kallinskich, którzy związali się z Harte’ami i O’Neillami jeszcze w latach młodości Emmy Harte i Blackie’go O’Neill. Niestety, nic nie trwa wiecznie. Pewnego dnia za wszystko to, co dobre trzeba będzie zapłacić. I tak oto na naszych bohaterów znów zaczynają sypać się nieszczęścia. Ten grad tragedii spada na nich zupełnie niespodziewanie. Uderza w nich tak, jak gdyby ktoś otworzył worek z nieszczęściami i jedne po drugich rzucał je na ich głowy. Kiedy wydaje się, że jeden dramat mają już za sobą, nieoczekiwanie pojawia się kolejny, i kolejny, i kolejny… Jak zatem poradzą sobie w tej trudnej sytuacji? Czy będą w stanie sprostać życiowym tragediom i podnieść się, aby znów zacząć normalnie funkcjonować? Czy te wszystkie dramaty to tylko zrządzenie losu, czy może ktoś za nimi stoi i sprawia, że dorobek życia naszych bohaterów rozsypuje się niczym domek z kart?  

Chyba nie uda mi się napisać niczego nowego ponad to, co pisałam przy dwóch poprzednich tomach tej sagi. Książka po prostu porywa swoją fabułą, choć ci, którzy nie lubią bohaterów zbyt wyidealizowanych, mogą kręcić na nią nosem. Praktycznie na każdym kroku Autorka podkreśla, jak bardzo są oni bogaci, a ich zamożność ukazana jest nie tylko poprzez imperia, którymi zarządzają, ale także tkwi w tym, co na sobie noszą, a jest to niewiarygodnie droga biżuteria i ubrania. Ci, którzy z założenia mają odnieść zwycięstwo, już od samego początku są prowadzeni przez Barbarę Taylor Bradford w taki sposób, aby faktycznie tego dokonać. Wygląda na to, że dla tych pozytywnych postaci nie ma rzeczy niemożliwych, nawet jeśli grunt osuwa im się spod nóg. To ci źli muszą ponieść karę. To ci źli muszą odpokutować za swoje czyny i za to, że w ogóle raczyli podnieść rękę na tych dobrych. To oni będą się smażyć w piekle za to, że wyciągnęli swoją lepką łapę po coś, co im się nigdy nie należało albo co na własne życzenie zaprzepaścili. Na chwilę obecną nie mają już powrotu do tego, co było. Rodzina legendarnej Emmy Harte nie jest już dla nich. Możliwe, że coś się kiedyś zmieni w tym względzie, ale na pewno nie teraz.

Zagorzali obrońcy polskiej literatury współczesnej bardzo często twierdzą, że książki pisane przez autorów zachodnich są nierzeczywiste. Uważają, że to takie bajki, które z prawdziwym życiem nie mają nic wspólnego. Czy mają rację? Możliwe. Ale z drugiej strony czy czytelnik nie zasługuje czasami na to, aby choć na chwilę móc przenieść się w świat ludzi nieprzyzwoicie bogatych, którzy do wszystkiego doszli o własnych siłach? A może Polska to kraj, który zupełnie nie pasuje do tego, aby móc umieścić w nim tego typu fabułę? Może to właśnie dlatego w naszym kraju tak bardzo reklamuje się powieści autorów zachodnich, a mniej uwagi skupia się na literaturze rodzimej i dlatego tej popularności trzeba szukać na blogach, bo w mediach jest jej niewiele? Może tutaj wcale nie chodzi o obcobrzmiące nazwiska, a o same realia, w których osadzona jest książka? Niestety, moim zdaniem Polska to kraj pokryty szarością, o której niektórzy już nie chcą czytać, doświadczając jej na co dzień we własnym życiu.

W związku z powyższym, książki na miarę tych, które tworzy Barbara Taylor Bradford będę polecać, ponieważ są to powieści nie tylko doskonale napisane, ale również pokazują, że można żyć inaczej, pomimo życiowych problemów i porażek, a tym, co spaja to wszystko w całość, dodając bohaterom odwagi do działania, jest oczywiście miłość, bez której tak naprawdę nic nie miałoby sensu.