Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

poniedziałek, 14 października 2013

Philippa Gregory – „Uwięziona królowa”











Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/PUBLICAT S.A.
Poznań 2013
Tytuł oryginału: The Other Queen
Przekład: Maria Grabska-Ryńska & Maciej Grabski




I tak oto nadszedł czas na recenzję kolejnej powieści Philippy Gregory pod tytułem Uwięziona królowa. Jest to szósta część cyklu opowiadającego o dynastii Tudorów (przyp. Wieczna księżniczka, Kochanice króla, Dwie królowe, Błazen królowej, Kochanek dziewicy, Uwięziona królowa). Na tę książkę z niecierpliwością czekałam już od dłuższego czasu, podobnie jak wciąż wyczekuję na następne powieści tej niezwykłej Autorki. Uwięziona królowa to niesamowita opowieść o losach Marii I Stuart, która na kartach historii Anglii zapisała się przede wszystkim jako władczyni uzurpująca sobie prawo do tronu, który teoretycznie wcale jej nie przysługiwał, a już na pewno nie w chwili, kiedy się tego domagała. Ale czy na pewno tak było? Czy przypadkiem Maria I Stuart nie miała racji, twierdząc, że to właśnie ona powinna zasiadać na angielskim tronie zamiast jej krewnej – Elżbiety I Tudor? Czy nie miała racji, uważając, że to właśnie ona jest królową, którą z Tudorami łączą prawdziwe, zaś nie wyimaginowane więzy krwi, dające jej prawo ubiegać się o władzę w Anglii? Do dziś historycy spekulują na ten temat, a co za tym idzie, pojawia się szereg opinii, które nie zawsze zgadzają się ze sobą. Maria I Stuart do dnia dzisiejszego ma swoich zwolenników i przeciwników. Jej niezwykle barwna postać obecnie również budzi emocje. Kim zatem była królowa o nieziemskiej urodzie, będąca w stanie rozkochać w sobie niemalże każdego mężczyznę, bez względu na jego wiek i pozycję społeczną?

Maria I Stuart. Kobieta piękna, mądra i za wszelką cenę dążąca do wypełnienia swojego przeznaczenia. Już od wczesnego dzieciństwa wpajano jej, iż urodziła się po to, aby kiedyś stać się monarchinią potężną i władającą aż trzema państwami: Szkocją, Francją i Anglią. Maria I Stuart zwana również Królową Szkotów to kobieta będąca w stanie rozkochać w sobie każdego mężczyznę do tego stopnia, że ten był skłonny wmieszać się w spisek przeciwko panującej aktualnie królowej, narażając dla swojej wybranki własne życie. Takiemu mężczyźnie nie straszny szafot. Ważne było jedynie to, że może intrygować na rzecz najpiękniejszej władczyni ówczesnej Europy.

Maria I Stuart
(1542-1587)
Wróćmy jednak do momentu narodzin monarchini, o której historycy obszernie rozpisują się do dnia dzisiejszego. Maria I Stuart była po linii prostej spokrewniona z dynastią Tudorów. Jej pradziadkiem był sam Henryk VII Tudor, zaś babką jego najstarsza córka – Małgorzata, która poślubiła Jakuba IV Stuarta. Ślub odbył się 8 sierpnia 1503 roku w opactwie Holyrood w Edynburgu. Wydarzenie to było wynikiem zawarcia tak zwanego „pokoju wieczystego” pomiędzy Szkocją a Anglią. Niestety, pokój szkocko-angielski przetrwał jedynie do dnia śmierci Henryka VII Tudora.

Zostawmy jednak politykę, a zajmijmy się drzewem genealogicznym Marii I Stuart. To, co nas najbardziej interesuje, to narodziny następcy szkockiego tronu Jakuba V. Przyszły monarcha przekroczył próg tego świata 10 kwietnia 1512 roku i był on czwartym z kolei dzieckiem zrodzonym ze związku Małgorzaty Tudor i Jakuba IV Stuarta. Niestety, potomstwu urodzonemu wcześniej nie dane było dożyć chociażby wieku nastoletniego. Jakub V dorastał, zakochiwał się, odkochiwał, płodził nieślubne dzieci, aż w końcu postanowiono go ożenić. Na ewentualną matkę jego dzieci z prawego łoża, a tym samym następców tronu, zaproponowano Magdalenę de Valois – francuską księżniczkę, córkę Franciszka I Walezjusza i Klaudii de Valois. Niestety, młodziutka królowa po pół roku piastowania urzędu monarchini Szkocji, zmarła. Jak się okazało, Magdalena cierpiała na gruźlicę i to właśnie ta choroba ją zabiła, kiedy ta miała zaledwie szesnaście lat. Oczywiście para królewska nie doczekała się potomstwa.

Jednakże Jakub V Stuart nie próżnował i niespełna rok po śmierci swojej pierwszej żony, poślubił Marię de Guise – najstarszą córkę Klaudiusza, będącego głową francuskiej dynastii Gwizjuszy. Małżeństwo doczekało się dwóch synów oraz córki. Z trojga dzieci Jakuba V Stuarta przeżyła jedynie Maria – późniejsza Królowa Szkotów. Kiedy przyszła na świat, jej ojciec uwikłany był w wojnę z Anglią. Konflikt ten zakończył się klęską Szkotów, co przyprawiło króla o śmierć. Tak więc Maria odziedziczyła po ojcu tron, przebywając na tym świecie jedynie od sześciu dni. Wówczas władzę w jej imieniu objęła matka, stając się regentką Szkocji.

William Cecil 1. baron Burghley
(1520-1598) 
Maria I Stuart wychowywała się na francuskim dworze, natomiast jako piętnastoletnia dziewczyna poślubiła delfina Francji, który już rok po ślubie został królem Franciszkiem II Walezjuszem. Było to 24 kwietnia 1558 roku. Fakt ten sprawił, iż jej teściową stała się sama Katarzyna Medycejska. Młodziutka królowa Francji nie mogła jednak cieszyć się ani rozkoszami alkowy, ani tym bardziej długim życiem swojego małżonka. Franciszek był chorowitym chłopcem i już rok po objęciu tronu oddał ducha Bogu. Po śmierci Franciszka II Walezjusza, Maria zdecydowała się wrócić do rodzinnej Szkocji i już w 1561 roku jako prawowita królowa zasiadła na tronie.

Szkocja w tamtym okresie była państwem niezwykle niebezpiecznym. Na jej terenie tworzyły się skłócone ze sobą obozy polityczne, wynikiem czego stały się spiski i intrygi. Ponadto panował także poważny konflikt na tle religijnym. Trzeba też wiedzieć, że Maria miała przyrodniego brata, którego nie darzyła nawet sympatią, a co dopiero siostrzaną miłością. James Stewart, 1. hrabia Moray przyszedł na świat z nieprawego łoża, a w dodatku był protestantem, czego Maria, jako zagorzała katoliczka, tolerować nie mogła. To właśnie wyznawana przez nią wiara czyniła ją podejrzaną w wielu kręgach, a szczególnie w oczach Elżbiety I Tudor, która władała już Anglią i opowiadała się po stronie protestantów.

Najprawdopodobniej tuż po objęciu tronu, Maria zapraszała do Szkocji Elżbietę I, lecz ta nie przyjęła propozycji złożenia wizyty swojej krewnej. Fakt ten poważnie nadszarpnął – jak dotąd – w miarę poprawne stosunki pomiędzy obydwoma państwami. Niedługo ze strony Królowej Szkotów padła kolejna propozycja odwiedzin jej kraju, lecz i tym razem „rudy bękart” – jak zdaniem Philippy Gregory zwała Elżbietę I jej szkocka krewniaczka – również odmówił. Aby nieco zneutralizować działania Marii, angielska monarchini postanowiła poświęcić swojego wieloletniego kochanka – Roberta Dudleya 1. hrabiego Leicester, próbując zaaranżować małżeństwo Marii i Roberta.* Zdaniem Marii propozycja ta uwłaczała jej godności, dlatego natychmiast ją odrzuciła.

W 1565 roku Maria I Stuart poślubiła Henryka Stuarta, lorda Darnleya, który był potomkiem Henryka VII Tudora i jednocześnie jej kuzynem młodszym od niej o około cztery lata. Małżeństwo to miało posłużyć Marii do wzmocnienia swojej pozycji dotyczącej objęcia angielskiego tronu po śmierci Elżbiety I, która nie miała swojego następcy i praktycznie nic nie wskazywało na to, że coś w tej kwestii może ulec zmianie. Nie dziwi więc fakt, iż ślub krewniaczki przyprawił „rudego bękarta” o atak furii. Jednakże już wkrótce młody małżonek okazał się być pijakiem chadzającym własnymi drogami. Nie wahał się zadawać z kobietami wywodzącymi się z niższych sfer, co stanowiło bolesny policzek dla Marii. Jak gdyby tego było mało lord Darnley spiskował za plecami swojej żony, aby tym samym pozbawić ją tronu, a sobie zapewnić tytuł regenta.

Szereg rozmaitych i przede wszystkim tragicznych okoliczności złożyło się ostatecznie na to, iż Maria postanowiła opuścić Szkocję i uciekać do Anglii. Już jako wdowa po lordzie Darnley'u, z nowym mężem na karku, który tak naprawdę nie wiadomo, gdzie wówczas przebywał (najprawdopodobniej w niewoli), a przede wszystkim jako przegrana królowa, Maria ze szkockiego więzienia na zamku Loch Laven trafiła do kolejnego, tym razem pod panowanie Elżbiety I Tudor. Początkowo angielska monarchini nie bardzo wiedziała, co powinna uczynić z Marią, jednak wtedy na scenę wkroczył jej oddany doradca – William Cecil, późniejszy 1. baron Burghley.

Właśnie od tego momentu Philippa Gregory rozpoczyna swoją opowieść o najpiękniejszej królowej Europy tamtych czasów. Autorka powadzi czytelnika poprzez trójtorową narrację. Oprócz wspomnianej już Marii I Stuart, te same wydarzenia możemy śledzić z punktu widzenia Elizabeth Talbot, hrabiny Shrewsbury oraz jej męża George’a. To właśnie tych dwoje będzie odgrywać kluczową rolę w życiu Marii przez kolejne lata, aż do jej tragicznej śmierci.


George Talbot 6. hrabia Shrewsbury
(1528-1590)
Jaka zatem jest Elizabeth Talbot, nazywana przez Autorkę zdrobniale „Bess”? Przede wszystkim jest to typowa materialistka, która swoje wcześniejsze małżeństwa wykorzystywała jedynie do tego, aby się wzbogacić i zapewnić przyszłość swoim dzieciom. Jest takie przysłowie mówiące, że „chytry dwa razy traci”. W przypadku Bess sprawdza się ono idealnie. Im bardziej chce pomnażać swój majątek, tym ma go coraz mniej. Jednak z drugiej strony, choć niewykształcona i pochodząca z nizin społecznych, doskonale wie, co zrobić, aby tego majątku doszczętnie nie stracić.

Z kolei mąż Bess – George Talbot 6. hrabia Shrewsbury – to mężczyzna o słabym charakterze. Przynajmniej w ten sposób przedstawia go Philippa Gregory. Na pewno jest to człowiek, który w życiu kieruje się honorem. Pragnie, aby wszystko odbywało się zgodnie z prawem i w obliczu sprawiedliwości, do czego zobowiązuje go też stanowisko zajmowane na królewskim dworze. Jednak nie zawsze tak się dzieje. Pamiętajmy, że tło historyczne powieści to czasy, kiedy w Anglii i nie tylko zawiązywały się spiski, czasami wręcz za wszelką cenę szukano winnych, wymuszano przyznawanie się do winy, stosując okrutne tortury. W takich okolicznościach nawet ten, kto jest do szpiku kości przekonany o swojej niewinności, jest w stanie przyznać się do popełnienia najgorszej zbrodni, nawet do szykowania zamachu na życie królowej, jednocześnie pogrążając swoich towarzyszy. Wszędzie też znajdują się szpiedzy. Nie jest zatem łatwo przestrzegać prawa, kiedy wokół tyle niegodziwości, a dowody są fałszowane, byle tylko znaleźć winnego, który położy głowę pod katowski topór.

Choć czasy Henryka VIII i jego córki Marii I Krwawej już dawno minęły, to jednak Elżbieta I wcale nie odbiega sposobem postępowania od swoich poprzedników. Owszem, za jej panowania może i nie wykonywało się tak masowych egzekucji, co niegdyś, ale trzeba pamiętać, że Elżbieta to histeryczka, która po swoim ojcu odziedziczyła podejrzliwość wobec każdego, kto odważy się choćby tylko krzywo spojrzeć. Boi się nawet własnego cienia, a to sprawia, że jej decyzje nie są do końca sprawiedliwe i przemyślane. Królowa ma też swojego doradcę, który podszeptuje jej najgorsze niedorzeczności, aby tylko móc zabezpieczyć siebie. W tym przypadku jest to rzeczony William Cecil. Jak widać, zawsze jakiś Cecil na królewskim dworze musi się znaleźć. Za czasów Edwarda IV Yorka i słynnej Wojny Dwu Róż w otoczeniu króla rej wodził wszechmocny hrabia Warwick zwany też Twórcą Królów. Przy Henryku VIII niepodzielnie panował Thomas Howard 3. książę Norfolk, który na śmierć posyłał nawet swoich krewnych, a rozhisteryzowany król był mu posłuszny niczym dziecko. Teraz jest podobnie. Elżbieta I ma przy sobie Williama Cecila, któremu ufa bezgranicznie, i za którego namową skazuje na śmierć nawet swojego krewniaka z rodu Howardów.

Elizabeth "Bess" Talbot
(1521-1608)
To, co zwraca szczególną uwagę w Uwięzionej królowej, to przede wszystkim relacje na linii Maria I Stuart – Elżbieta I Tudor oraz Maria I Stuart – Bess Talbot. Królowe toczą pomiędzy sobą zażartą walkę o władzę, natomiast Maria i hrabina spoglądają na siebie nieprzychylnym okiem z powodu tego samego mężczyzny. Królowa Szkotów przez wiele lat zmuszona jest przebywać pod kuratelą George’a Shrewsbury, a ten zamiast sprawować nad nią nadzór, zwyczajnie obdarza ją miłością, co ta doskonale wykorzystuje, narażając go tym samym na śmierć. Nie dziwi więc fakt, iż nawet własna żona nazywa go „głupcem”.

Uwięziona królowa to także cała galeria postaci skonstruowanych perfekcyjnie pod kątem psychologicznym. Zauważyłam już nie po raz pierwszy, iż Philippa Gregory, prowadząc narrację pierwszoosobową, szczególną wagę przykłada do stanu psychicznego danego bohatera. Ta cała otoczka i realia, w których bohaterowie muszą egzystować jest jak gdyby gdzieś w tle. Liczą się ich emocje, plany i działania, które podejmują, aby zachować życie czy władzę. Czytelnik doskonale wie, co takiego dzieje się w ich głowach. Czuje ich strach, złość, a czasami nawet bezradność, kiedy jedyne, co można zrobić, to dać głowę na szafocie. Te tak bardzo realne postacie są w stanie wywołać w czytelniku żal, smutek, radość, a niekiedy wręcz współczucie z powodu losu, jaki je spotkał.

Chyba po raz pierwszy nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, która z tych trzech postaci prowadzących czytelnika przez tragiczne losy Królowej Szkotów obudziła we mnie sympatię, a która wzbudziła odrazę. Każdy z bohaterów jest tak bardzo skomplikowany pod względem psychologicznym, a ich zachowanie zmienne w zależności od sytuacji, że trudno jest opowiedzieć się po którejkolwiek ze stron. Marii I Stuart z jednej strony można współczuć, lecz z drugiej można śmiało rzec, iż zasłużyła sobie na los, jaki ją spotkał. Królowa spiskowała nawet wtedy, gdy przysięgała, że robić tego nie będzie. Wykorzystywała uczucia innych wobec własnej osoby, byle tylko osiągnąć swój cel. Z kolei Bess Talbot broniła własnej rodziny i starała się zabezpieczyć jej przyszłość. Dlatego też jej negatywne zachowanie w pewnych momentach może zostać usprawiedliwione właśnie z tego powodu. A George Talbot? Typowy, niemłody już mężczyzna, któremu piękna buzia zawróciła w głowie na tyle mocno, że zatracił gdzieś poczucie wartości, którymi kierował się praktycznie przez całe życie, pamiętając czego oczekiwaliby od niego zmarli przodkowie.

Moja dzisiejsza recenzja praktycznie niczym nie różni się od pozostałych, które pisałam odnośnie do innych powieści Philippy Gregory. Książka jest doskonała w każdym calu. Uważam, że generalnie twórczość Philippy Gregory może zainteresować nie tylko pasjonatów historii, ale też tych, którzy tej historii na co dzień unikają i boją się jej. Tak jak wspomniałam powyżej, tło historyczne to jedynie zarys, zaś to, co najbardziej wysuwa się na czoło, to postacie skomplikowane pod względem psychologicznym.



Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu











* O Robercie Dudley'u napiszę więcej przy okazji recenzji innej powieści Philippy Gregory zatytułowanej Kochanek dziewicy




13 komentarzy:

  1. Świetna recenzja :-) No i bardzo dobre jak zawsze tło historyczne :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałam napisać jeszcze więcej. Pominęłam niektóre fakty z życia Marii, bo w końcu lepiej, żeby czytelnicy sami sobie doczytali w powieści. :-)

      Usuń
  2. Wiesz, ja odebrałam postać Bess i George'a nieco inaczej! Dla mnie to właśnie hrabina była postacią pozytywną, budzącą sympatię - w końcu wszystko, do czego doszła, zawdzięczała sobie - to prawda, że wiele osiągnęła dzięki mężom, ale wykazywała się niepoślednim talentem do zarządzania i finansów, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, i to jej zdolności pomogły osiągnąć jej wysoką pozycję. Miała na tyle siły i hartu ducha, by wyjść poza ramy narzucone kobietom w epoce - i udało jej się to, zyskała bogactwo, ziemie i szacunek. gdyby nie ona, jej nieprzewidujący i naiwnie rycerski hrabia - mąż straciłby nie tylko majątek, ale i życie. Ja ją podziwiam i niemal przez całą lekturę właśnie jej kibicowałam.
    Powieść, jak zwykle u Gregory, doskonała pod każdym względem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście masz rację. I napisałam to w końcowym podsumowaniu, że właśnie to zabieganie o zabezpieczenie rodziny można przypisać na jej korzyść. W tym eseju, bo to recenzja w żadnym razie nie jest, chciałam też zachować taki trochę obiektywizm, i dlatego pokazałam dobre i złe strony Bess. Ja myślę, że zachowanie każdej z tych postaci można jakoś wytłumaczyć. Każdy z bohaterów miał swoje racje. To jest właśnie ta złożoność charakterów, o której wspomniałam. Przynajmniej ja nie umiałam jednoznacznie ich ocenić. Myślę sobie jednak, że wszystko zależy od czytelnika, w jaki sposób będzie postrzegał te trzy postacie. :-)

      Usuń
  3. Widzę, że jesteś oczarowana twórczością Philippy Gregory. Twoje przepiękne recenzje są na to najlepszym dowodem :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie Philippa Gregory jest po prostu mistrzynią w tworzeniu powieści historycznych, jeśli chodzi o pisarzy obcych, bo w Polsce mamy Renatę Czarnecką, która świetnie porusza się po kartach historii i na jej książki też czekam z niecierpliwością. :-) A dzięki swoim recenzjom chcę pokazać chociaż namiastkę historii tym czytelnikom, którzy od niej uciekają. :-)

      Usuń
  4. Piękna historia, na pewno ją przeczytam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypuszczam, że już niedługo trafi też do Twojej biblioteki. A jakby co, to będę o Tobie pamiętać. ;-)

      Usuń
  5. Teraz na mnie czeka inna książka autorki, ale do tej też zapewne sięgnę :) Muszę przyznać, ze naprawdę lubię czytać książki Gregory.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede mną jeszcze trzy książki Philippy Gregory i będę mieć komplet przeczytanych. Oczywiście mam na mysli te, które zostały wydane w Polsce. Na resztę będę albo cierpliwie czekać, albo zamówię sobie w oryginale. :-) Życzę miłej lektury!

      Usuń
  6. Kolejny raz jestem pod wrażeniem Twojej recenzji, widać, że bardzo lubisz twórczość Gregory. Natomiast tak z innej beczki, to zdawałam maturę z historii, ale potem jakoś przeszło mi zainteresowanie historią, ale ilekroć tu zaglądam to mam wielką ochotę powrócić do tematów historycznych, a przede wszystkim książek historycznych, moje zainteresowanie gatunkami literackimi bardzo poszerza horyzonty, oby tylko znaleźć dużo czas na czytanie tych znakomitości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja na maturze zdawałam biologię, bo historii zwyczajnie się bałam. Taką prawdziwą miłością do historii zapałałam dopiero kilka lat po maturze, kiedy nikt już nie mówił mi czego mam się uczyć i o czym czytać. Sama zaczęłam sobie wybierać lektury. ;-) Natomiast Philippa Gregory jest niesamowita w tym, co robi. ;-)

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.