Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

poniedziałek, 28 października 2013

Lucy Maud Montgomery – „Ania ze Złotego Brzegu”











Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 1989
Tytuł oryginału: Anne of Ingleside
Przekład: Aleksandra Kowalak-Bojarczuk
Ilustracje: Leonia Janecka




I znów zostałam zaproszona do domu niezapomnianej Anne Shirley, a właściwie Anne Blythe. To już po raz szósty miałam przyjemność spotkać się z tą niezwykłą bohaterką, która na wielu pokoleniach czytelników wywarła i nadal wywiera ogromny wpływ. Muszę przyznać, że to spotkanie było zupełnie inne, niż wszystkie poprzednie. Tym razem zobaczyłam stateczną kobietę z kilkuletnim stażem małżeńskim. Kobietę, która tak naprawdę nie zatraciła ostatecznie swojej dziewczęcej osobowości, lecz z drugiej strony doskonale potrafiła nad nią zapanować, nie uzewnętrzniając niektórych uczuć. Musicie wiedzieć, że choć Anne nie jest już tą samą dziewczynką z nadmiernie rozwiniętą wyobraźnią, to jednak wiele z tamtych cech w niej pozostało. Nadal śmieszą ją te same rzeczy, co niegdyś, ale jej stateczny charakter nie pozwala na głośne wyrażenie emocji w obecności osób, którym mogłoby to sprawić przykrość, na przykład w towarzystwie własnych dzieci.

Od mojego ostatniego spotkania z Anne Blythe minęło siedem lat. W ciągu tego czasu wiele się zmieniło. Tak więc kiedy tym razem zawitałam do nowego domu państwa Blythe, Anne od dziewięciu lat była już mężatką z piątką wspaniałych dzieci. Gdy pożegnałam ją ostatnim razem, Anne wraz z rodziną zmuszona była opuścić swój wymarzony domek, aby przeprowadzić się do nowego, który bardzo szybko został ochrzczony mianem Złotego Brzegu. Wówczas Anne i Gilbert mieli świeżo w pamięci tragedię, która ich dotknęła, lecz narodziny synka o imieniu Jem*, a właściwie James Matthew (z pol. Jakub Mateusz), może nie zdołały całkowicie zaleczyć ran, ale na pewno w pewien sposób uśmierzyły ból. Wraz z państwem Blythe do nowego domu przeprowadziła się również gosposia – Susan Baker (z pol. Zuzanna Baker). To właśnie w Złotym Brzegu przyszły na świat pozostałe dzieci Anne i Gilberta, które wypełniły świat naszej głównej bohaterki wszystkim, co najlepsze. To one przyniosły jej niewypowiedziane szczęście, którego tak bardzo brakowało jej, zanim jeszcze trafiła na Zielone Wzgórze. Do dziś pamięta, że był taki czas w jej życiu, kiedy kładła się spać głodna.

Jak zdążyłam zauważyć, siedmioletni wówczas James trochę zazdrościł młodszemu rodzeństwu, że nie było mu dane przyjść na świat w Złotym Brzegu. No, ale cóż… Momentu narodzin nie można sobie wybrać według uznania i w końcu chłopiec będzie musiał się z tym pogodzić. W Złotym Brzegu poznałam również około sześcioletniego Waltera Cuthberta, który sprawiał wrażenie niezwykle wrażliwego chłopca z nadmiernie rozwiniętą wyobraźnią, zupełnie jak u jego mamy. Chyba właśnie dlatego Walter stał się ulubieńcem Anne. Jak sama pani doktorowa Blythe przyznała, nie mogła przecież nie urodzić bliźniąt. To chyba miała być aluzja do jej niegdysiejszych podopiecznych – Dory i Davida Keithów (z pol. Tola i Tadzio). Dlatego też w jej domu tego samego dnia pojawiły się dwie maleńkie istotki; choć zupełnie do siebie niepodobne, to jednak wnoszące do Złotego Brzegu wiele radości i szczęścia. Jedną z nich była Anne, zwana po prostu „Nan”, zaś drugą Diana, nazywana „Di”. Chyba nie trzeba tłumaczyć, że dziewczynki imiona otrzymały po dwóch najlepszych przyjaciółkach, które pomimo że żyją z dala od siebie, to jednak wciąż myślą o sobie nawzajem. Oczywiście chodzi tutaj o mamę dziewczynek i jej serdeczną przyjaciółkę Dianę Barry, obecnie Dianę Wright. W momencie, gdy przekroczyłam próg domu państwa Blythe, bliźniaczki miały pięć lat. Nan okazała się być dziewczynką z brązowymi włosami i orzechowymi oczami, natomiast Di była wiernym odbiciem Anne. Miała rude włosy i zielone oczy. Może to właśnie dlatego stała się ona ulubienicą taty.

Kogóż to ja jeszcze poznałam, przybywając z wizytą do Złotego Brzegu? Otóż, spotkałam tam dwuletniego Shirleya, którego bardzo polubiłam, lecz byłam nieco zawiedziona, że w ciągu całego mojego pobytu w Glen St. Mary, chłopca oprócz niegroźnej wysypki, praktycznie nie spotkała żadna przygoda. Być może to się zmieni, kiedy odwiedzę Anne Blythe następnym razem. Niesamowitą radość wszystkim nam przyniosły narodziny najmłodszej pociechy państwa Blythe – Berthy Marilli, którą natychmiast zaczęto nazywać „Rilla”. Oczywiście dziewczynka otrzymała imię na cześć Marilli Cuthbert, która tak troskliwie, choć początkowo niechętnie, zajęła się małą Anne na Zielonym Wzgórzu w Avonlea.

wydanie, które czytałam
Wyd. Nasza Księgarnia
Warszawa 1995
Tłum. A. Kowalak-Bojarczuk
Il. Leonia Janecka
Nie obyło się również bez spotkania osób, które delikatnie mówiąc, mogły porządnie zdenerwować. Jedną z takich bohaterek okazała się być ciotka Gilberta – Mary Maria Blythe. Odwiedziła ona Złoty Brzeg tuż po śmierci swojego brata, a ojca Gilberta i wyglądało na to, że zadomowi się tam na stałe. Jednak na szczęście stało się inaczej. Jedno niefortunne wydarzenie przesądziło o wszystkim. Nielubiana ciotka wyjechała i już nigdy nie powróciła do Złotego Brzegu. Były też inne postacie, z którymi przyszło mi się spotkać. Niektórym z nich chętnie bym przygadała, ale niestety nie miałam ku temu sposobności. Żal mi było bliźniaczek, które zbyt ufne, chyba trochę za bardzo starały się zdobyć uznanie szkolnych przyjaciółek, co nie kończyło się dla nich zbyt dobrze. Lecz w takich sytuacjach zawsze mogły liczyć na swoją ukochaną mamę, która niczym dobra wróżka za każdym razem odnajdywała sposób na poprawienie ich nastroju, a tym samym sprawiała, że okrutny świat stawał się lepszy i bardziej przyjazny. Z drugiej strony jednak dzięki tym nieprzyjemnym sytuacjom, dziewczynki czegoś się nauczyły. Wyciągnęły wnioski na przyszłość i wiedziały już, że nie każdemu można ufać, bo nie wszyscy mówią prawdę. Czasami, aby przyciągnąć uwagę tłumu, ludzie są w stanie opowiadać nawet najgorsze brednie, tym samym krzywdząc innych.

Zwróciłam również uwagę na pozostałych mieszkańców Glen St. Mary. Doszłam do przekonania, że ich ulubionym tematem do rozmów są… pogrzeby. Potrafią konwersować o nich godzinami i praktycznie nie mają dosyć. Niektórzy z nich wręcz uwielbiają towarzyszyć swoim sąsiadom w ich ostatniej drodze, a kiedy długo nikt nie umiera, zaczynają się już niecierpliwić. Przyznacie, że dziwaczne upodobania, ale cóż poradzić. Dostrzegłam też, ze generalnie to właśnie plotkowanie jest tym, czego potrzebują kobiety z Glen St. Mary. Jeśli nie znają prawdy, to potrafią doskonale tę prawdę stworzyć. Mieszkańców Złotego Brzegu kilkakrotnie potraktowano niesprawiedliwie, tylko dlatego, że oparto się na niesprawdzonych informacjach.

Ogromnym przerażeniem napawała nas myśl o samotnej nocnej eskapadzie Waltera, który uwierzył w nieuniknioną śmierć mamy i maszerował w blasku księżyca do Złotego Brzegu, nie bacząc na grożące mu niebezpieczeństwo. Niemalże do łez doprowadziła mnie przygoda małej Rilli. Z jednej strony było mi żal dziewczynki, która rękami i nogami broniła się przed wykonaniem polecenia Susan Baker, a kiedy już nie było innego wyjścia, stała się posłuszna, lecz strach przed wyśmianiem był i tak o niebo silniejszy, niż posłuszeństwo, które państwo Blythe wpajali swoim dzieciom każdego dnia.

W Złotym Brzegu spotkałam nie tylko wspaniałych ludzi, którzy potrafili stworzyć niezwykle ciepłą, domową atmosferę, ale także zobaczyłam, ile znaczy dla nich obcowanie z naturą. Oprócz zwierząt, które pojawiały się tam co pewien czas, zachwycił mnie również widok przyrody otaczającej dom, która stała się dla nas swego rodzaju przyjaciółką. Z niecierpliwością wyglądaliśmy nadejścia kolejnej pory roku, czuliśmy zapach kwiatów i kwitnących drzew. Dla mnie było to naprawdę niezwykłe doświadczenie. Niecodzienne uczucia towarzyszyły mi również podczas świąt Bożego Narodzenia, które także przeżyłam w Złotym Brzegu. 

Muszę też przyznać, że bardzo przeżywałam rozterki Anne, która błędnie zinterpretowała zachowanie swojego męża. W pewnej chwili pomyślałam, że może mieć jednak rację, podejrzewając go o najgorsze. Lecz z drugiej strony trochę nie pasowało mi to do szlachetnego Gilberta. Taka dwulicowość to przecież nie w jego stylu. Natomiast serdecznie ubawiłam się po powrocie Anne i Gilberta z wizyty u państwa Fowlerów, kiedy to najlepszy doktor w Glen St. Mary oznajmił naszej bohaterce, że ze swoją dawną sympatią, która również została tam zaproszona, rozmawiał o… wszach.

I tak oto minęło sześć lat, które spędziłam w Złotym Brzegu. Naprawdę z trudem przyszło mi rozstać się z rodziną państwa Blythe, lecz na duchu podtrzymywała mnie i wciąż podtrzymuje myśl, że już niedługo znów udam się w tę niezwykłą podróż i ponownie spotkam Anne Blythe. Złoty Brzeg opuściłam dokładnie w dniu piętnastej rocznicy ślubu państwa Blythe, którzy właśnie planowali podróż po Europie.

Tych wrażeń z mojej podróży do Glen St. Mary jest znacznie więcej, niż tutaj opisałam. Jednak nie chcę opowiadać ze szczegółami o wszystkim, co spotkało mnie w Złotym Brzegu, bo przecież jeśli tylko tego bardzo zapragniecie pani doktorowa Anne Shirley-Blythe z pewnością zaprosi i Was do swojego niezwykłego domu i pozwoli Wam poczuć tę niezwykłą, magiczną atmosferę, o której nie sposób zapomnieć.









* „Jem” to pisownia oryginalna; w polskim wydaniu funkcjonuje „Jim”.



24 komentarze:

  1. I tę książkę miałem w swych zbiorach (a raczej moja siostra miała ) :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Seria o Ani Shirley wciąż jest wznawiana. O ile dobrze pamiętam, to teraz pracuje nad nią wdawnictwo Skrzat. Tak więc zawsze możesz ją nabyć. Ja mam ogromny sentyment do wydań z lat 80. XX wieku, więc to właśnie te wydania pokazuję na blogu, choć czytam zazwyczaj te nowsze egzemplarze. :-)

      Usuń
  2. Uwielbiam serię o Ani i już sama nie wiem, którą powieść darzę największym sentymentem. Twój tekst przywrócił mi tyle cudownych wspomnień związanych ze Złotym Brzegiem, wzruszyłam się:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie jak do tej pory najsłabsza była "Ania z Szumiących Topoli". Jakoś nie potrafiłm znaleźć w tej części pozytywnych stron. Przeczytałam gdzieś, że Montgomery pisała ją na zamówienie, i jakby trochę pod przymusem, więc być może, że faktycznie jej nie wyszła. Natomiast "Ania ze Złotego Brzegu" mnie zauroczyła. Co tu dużo mówić, niesamowita jest ta seria. :-) Jest mi bardzo miło, że mój tekst wzbudził w Tobie emocje. :-)

      Usuń
  3. W tym przypadku nie trzeba mnie zbytnio namawiać, gdyż po ,,ANIĘ.. '' zawsze z przyjemnością sięgam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba mało kto nie sięga po nią z przyjemnością. Żałuję, że nie przeczytałam tej serii, kiedy byłam dużo młodsza. Może wtedy inaczej bym na nią spojarzała niż teraz. :-)

      Usuń
  4. Brakowało mi Twoich podróży literackich. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak. Tylko, że tym razem to nie Weronika podróżowała, a ja sama. :D

      Usuń
    2. Ano Ty, ale efekt końcowy nadal wyśmienity. :)

      Usuń
    3. Niedawno zastanawiam się czy nie zmienić stylu pisania recenzji właśnie w formie takich opowiadań, ale chyba jednak pozostanę przy tradycyjnych tekstch. "Ania ze Złotego Brzegu" to takie trochę odstępstwo od normy, bom "polotu" dostała nagle. ;-)

      Usuń
  5. Ja jakoś nie mogę wyruszyć dalej, niż do Avonlea ... za bardzo się smucę, na myśl o rozstaniu ze znajomymi stronami i młoda Anią :) Dla mnie zawsze będzie "Ruda Marchewką" :) Pięknie opisałaś swoją podróż :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I nigdy nie czytałaś pozostałych cześci? Powiem Ci, że mnie bardziej podobają się te, gdzie Ania jest już dorosła, ale to pewnie wynika z tego, że to moje pierwsze spotkanie z Anią Shirley. Gdybym przeczytała tę serię jako nastolatka, to też pewnie ciężko by mi było rozstać się z Avonlea. :-)

      Usuń
  6. Bardzo lubię tę część!! Czytelnika otula ciepło i miłość. Naprawdę domowa atmosfera :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, Kasiu. Właśnie tak to odczułam. :-) Powiem Ci, że trochę obawiam się tych części, gdzie będzie mowa o I wojnie światowej. Znając swoją wrażliwość, to pewnie się poryczę.

      Usuń
  7. No to mamy tutaj dawno niewidzianego gościa. Uwielbiam, kiedy piszesz o przygodach Ani, bo jesteś w tym niezrównana. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś przeczytać tę część, bo czuję wyjątkową atmosferę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja polecam Ci całą serię, a nie tylko tę jedną część. Każdy tom ma w sobie coś wyjątkowego. Kolejna recenzja - nie wiem jeszcze w jakiej formie - ukaże się najprawdopodobniej w grudniu, bo listopad-grudzień czytamy "Dolinę Tęczy". :-)

      Usuń
    2. Do całego cyklu nie musisz mnie przekonywać, bo czytałam wcześniejsze części. Teraz tylko czekam na odpowiedni moment, by poznać kolejne tomy :)

      Usuń
  8. Ta część nie urzekła mnie tak jak poprzednie, ale bardzo podoba mi się Twoja recenzja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, że podoba Ci się moje opowiadanie. :-) Mnie bardzo spodobała się ta cześć właśnie ze względu na tę rodzinną i ciepłą atmosferę. Może właśnie potrzebowałam teraz takiej ciepłej powieści i trafiła się "Ania ze Złotego Brzegu"? Sama nie wiem. :-)

      Usuń
    2. Tak sobie ostatnio myślałam, że już czas na kolejną recenzję cyklu o Ani... Cieszę się, że i Ciebie urzekła rodzinna atmosfera Złotego Brzegu. Śpieszę też z podpowiedzią, że wypowiedź Ani o bliźniętach odnosi się chyba bardziej do trzech par bliźniąt, którymi opiekowała się mieszkając u państwa Hammond (to jedna z "rodzin zastępczych" u których Ania mieszkała zanim trafiła na Zielone Wzgórze). Potem Ania żartowała, że bliźniaki ją prześladują...
      Pozdrawiam
      Aniki

      Usuń
    3. Jeśli chodzi o pisanie o Ani, to staram się być "punktualna". :-) A co do tych bliźniąt, to pamiętam tamte czasy, zanim Ania trafiła na Zielone Wzgórze. I zapewne masz rację, choć wydaje mi się, że Tadzio i Tola też nie byli tutaj bez znaczenia. Ona generalnie miała szczęście do bliźniąt. ;-) Ściskam! :-)

      Usuń
  9. Ach ta Ania , mam w planach powrócenie i odświeżenie sobie tego cyklu, ba chyba nawet wszystkich części nie czytałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To może przyłączysz się do wyzwania. Można o każdej porze. Fakt, że jesteśmy już po szóstym tomie, nie znaczy, że nie można cofać się do poprzednich. Pomyśl o tym! :-)))

      Usuń