Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

poniedziałek, 21 października 2013

Nora Roberts – „Niebo Montany”












Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
Katowice 2007
Tytuł oryginału: Montana Sky
Przekład: Bożena Krzyżanowska




Montana. Stan położony w zachodniej części Stanów Zjednoczonych na granicy z Kanadą. Jest to czwarty pod względem wielkości stan w USA, który w połączeniu z relatywnie niewielkim zaludnieniem plasuje Montanę pośród regionów charakteryzujących się stosunkowo niską gęstością zaludnienia. Gospodarka tych terenów skupia się przede wszystkim na rolnictwie, przemyśle drzewnym oraz górnictwie. Nie bez znaczenia jest również dość dobrze rozwinięta turystyka. Montana kojarzy się w głównej mierze z górami położonymi na jej obszarze, lecz to nie one pochłaniają największą powierzchnię stanu, ale preria, która zajmuje około sześćdziesiąt procent całości.

To właśnie na terenie tego stanu Nora Roberts umiejscowiła akcję jednej ze swoich najbardziej znanych powieści. To tam znajdują się trzy rancza, a spośród nich na czoło wysuwa się to, należące do Jacka Mercy’ego i słynące z hodowli bydła najwyższej jakości. Ponieważ każdy kiedyś musi umrzeć, więc i na wielkiego Jacka również przyszedł w końcu czas, kiedy został zmuszony wybrać się w tę ostatnią podróż. Na cmentarzu żegna go rodzina, robotnicy oraz sąsiedzi. Nad grobem Mercy’ego chyba nie stoi nikt, kto myślałby dobrze o człowieku, który „żył tak, jak chciał i umarł też tak, jak pragnął”. Nawet zdanie tej treści kazał wyryć sobie na płycie nagrobnej, dodając: „niech piekło pochłonie tych, którym się to nie podobało.” Na tej podstawie można dojść do przekonania, że ci, którym przyszło mieć z nim do czynienia, nie było łatwo. Facet nie liczył się z nikim. Nie kierował się żadnymi wartościami. Robił, co chciał, nie patrząc na to, czy innych tym rani. Lecz jedno należałoby mu przyznać. Doskonale znał się na prowadzeniu rancza. To właśnie Jack Mercy sprawił, że stało się ono jednym z najlepszych w Montanie.

Wygląda na to, że jego najmłodsza córka – Willa – odziedziczyła po ojcu mnóstwo cech, ale nie chce się do tego przyznać. Na samą myśl o swoim rodzicielu wpada we wściekłość. Żałuje, że miała takiego ojca. Ojca, który nigdy nie powiedział, że ją kocha. Ojca, który terroryzował ją od najmłodszych lat, jakby była chłopakiem. Ojca, który na jej oczach zabił ukochane przez dziewczynkę zwierzątko. Jednego, czego pragnął Jack Mercy, to zaszczepić w niej męskie cechy charakteru. Ponieważ nigdy nie doczekał się męskiego potomka, to Willa stała się tą, która musiała wypełnić tę lukę w życiu Jacka. Pomimo że buntowała się wewnętrznie, to jednak spełniała jego polecenia bez słowa skargi. Wiedziała bowiem, że w innym razie okrucieństwo Jacka spadnie na nią niczym głaz. Jednak wiedziała też, że na farmie jest ktoś, kto zawsze ją pocieszy i obdarzy ojcowskimi uczuciami. To Hamilton Dawson, który na gospodarstwie Mercy’ego spędził większość swojego życia.

Wszechwładny Jack Mercy był surowy nie tylko wobec swojej córki i pracowników. Swoją siłę i władzę prezentował również wobec żon, których miał kilka, nie mówiąc już o kochankach. W taki oto sposób doczekał się trzech córek i pasierba. No właśnie, tylko córek! Pasierb, jako spadkobierca, w ogóle nie wchodził w grę. W dodatku przecież to Indianin! Niemniej Adam Wolfchild pokochał Willę Mercy od pierwszego dnia jej pobytu na tym świecie. Mieli wspólną matkę, więc tym samym stali się dla siebie przyrodnim rodzeństwem. Obydwoje nie wyobrażają sobie życia bez siebie. Adam całą swoją energię poświęca pracy na ranczo. Jego obowiązki od zawsze sprowadzały się do dbania o konie.


Krajobraz Montany - miasto Bozeman 

Jak wiadomo, los płata rozmaite figle. Jack doskonale o tym wiedział, bo sam również nieźle zażartował sobie ze swojej rodziny. Mając kilka żon, nie mógł przecież nie spłodzić z nimi dzieci. I tak oto Willa oprócz wspomnianego Adama, ma jeszcze inne rodzeństwo. To dwie starsze siostry – Tess i Lily. Obydwie przyjeżdżają pożegnać ojca, bo nie wypada inaczej. Tess Mercy to kobieta światowa, na co dzień mieszkająca w Los Angeles i pisząca scenariusze filmowe. Taka „Panna Hollywood”, jak nazywa ją Willa. Z kolei Lily wciąż przed czymś ucieka. Boi się nawet własnego cienia. Kto depcze jej po piętach i dlaczego? Komu tak bardzo naraziła się, że chce ją dopaść i ukarać?

Losy tych trzech kobiet łączą się w momencie, gdy w posiadłości Mercy’ego zostaje odczytany testament starego Jacka. Na jego mocy piękna posiadłość w stanie Montana ma przypaść jego trzem córkom, lecz pod jednym warunkiem. Otóż, ich obowiązkiem jest spędzić pod jednym dachem rok. Rok, który da im na własność ranczo i wszystko, co się z nim wiąże. Jak można przypuszczać, kobiety są wściekłe. Do tej pory nie utrzymywały ze sobą kontaktu, a tu nagle ktoś chce je zamknąć w jednym domu tylko dlatego, że taki miał kaprys. Willa i Tess praktycznie dostają szału. Ta pierwsza dlatego, że ranczo powinno natychmiast po śmierci ojca przejść w jej ręce, zaś ta druga nie wyobraża sobie wiejskiego życia ubabrana w krowich odchodach. Przecież jej świat to Los Angeles i wszelkie wygody, jakie wiążą się z tym miastem. A tutaj co ją czeka? Codzienne wybieranie jajek spod gdakających kur!!! Niedoczekanie!!! Wygląda na to, że najchętniej warunki testamentu pragnie wypełnić Lily. Ona chce zostać w posiadłości i nie wyraża ani jednego słowa sprzeciwu. Dlaczego? Czy naprawdę chodzi jej tylko o spadek? A może za tą decyzją kryje się coś znacznie poważniejszego, o czym nie chce mówić?  

Jak gdyby tego wszystkiego było mało, Jack Mercy zakpił ze swoich córek znacznie bardziej, niż wynika z powyższego. Otóż, nadzór nad prawidłowym przestrzeganiem warunków testamentu powierzył miejscowemu prawnikowi, który również posiada swoje własne ranczo, oraz sąsiadowi „zza płotu”, którego Willa wręcz nienawidzi. Od tej pory to Nate Torrence i Ben McKinnon będą nieustannie patrzeć Willi na ręce. Jak zatem zniesie to ta zbuntowana młoda kobieta, która pragnie rządzić, podobnie jak niegdyś robił to jej ojciec? Czy kobiety wytrzymają ze sobą rok, aby potem zabrać co swoje i odejść? A może Jack Mercy doskonale wiedział, co robi, pisząc testament? Może poprzez swoją ostatnią wolę pragnął naprawić to, co zepsuł za życia?

Gdyby chodziło jedynie o wypełnienie warunków testamentu, wówczas na farmie Mercy byłoby bardzo nudno. Nora Roberts doskonale o tym wiedziała, dlatego też niemalże od samego początku kładzie trupem zwierzęta, a potem także i ludzi. Na terenie posiadłości ktoś zaczyna grasować i w bestialski sposób zarzyna bydło i zwierzęta domowe, a kiedy to mu nie wystarcza, morduje też przypadkowe osoby. Kim zatem jest morderca i dlaczego posuwa się do takich makabrycznych czynów, zostawiając niemalże pod samym progiem oskalpowane ofiary? Dlaczego to robi? Komu pragnie zaszkodzić? Willi? Tess? A może wystraszonej Lily? Czy na jego celowniku znajdą się także mieszkańcy rancza?

Córki Jacka Mercy'ego - od lewej: Tess (Charlotte Ross),
Lily (Laura Mennell) & Willa (Ashley Williams);
zdjęcie pochodzi z filmu Niebo Montany
Nie pamiętam już ile dokładnie przeczytałam książek Nory Roberts w swoim życiu. Oczywiście nie o wszystkich pisałam na blogu. Do niektórych chcę kiedyś powrócić, bo są takie powieści tej Autorki, do których mam szczególny sentyment. Do tej pory Niebo Montany znałam z wersji filmowej i przyznam, że ekranizacja nawet mi się podobała. A zatem teraz przyszedł czas na książkę. Od razu mogę stwierdzić, że czytałam lepsze powieści Nory Roberts, niż rzeczone Niebo Montany. Na pewno jest to historia bardzo dobrze skonstruowana oraz przemyślana. Czytelnicy, którzy lubią mocniejsze uderzenie w literaturze, może zachęcić element sensacji. Jednak natychmiast mogą się rozczarować, ponieważ Nora Roberts stawia tutaj w dużej mierze na romans, zaś wątek kryminalny pojawia się w tle. Na kartach powieści spotykamy trzy pary, które walczą ze sobą, kłócą się, a potem i tak lądują w łóżku. Sięgając po książkę spodziewałam się, że coś takiego będzie mieć miejsce, więc dla mnie było to coś normalnego, co zawsze u tej Autorki występuje. Tak więc zaznaczam: jeśli nie lubicie romansów, a jedynie czysty kryminał, to ta książka nie jest dla Was.

Nora Roberts zdobyła moje uznanie tym, że doskonale opisuje życie na ranczo. Wszystkie prace, które są tam wykonywane, przedstawia z niezwykłą dokładnością. Tak więc, można zdobyć wiedzę na temat kastracji byków, cielenia się krów czy prawidłowego wyjmowania jajek spod kur tak, aby nie zostać przez nie skaleczonym. Są również fantastyczne opisy krajobrazu. Autorka robi to tak plastycznie, że czytelnik jest w stanie wyobrazić sobie to wszystko, co w danym momencie jest opisywane. Bohaterowie są wyraziści. Nie są bynajmniej nudni. Wciąż coś się dzieje. Prócz tego, z fabuły powieści bije niesamowite ciepło. Chodzi tutaj szczególnie o ciepło domu rodzinnego. Stary Jack Mercy nie potrafił stworzyć rodzinnej atmosfery, ale ci, którzy po nim zostali doskonale sobie z tym radzą. Nawet postacie drugoplanowe biorą w tym udział.

O relacjach damsko-męskich pisać nie będę, ponieważ na tym polu sprawa jest jasna. Może napiszę kilka słów o wątku kryminalnym. Otóż, natychmiast po pierwszym zaszlachtowaniu wołu, na ranczo pada blady strach. Nikt nie wie, co tak naprawdę się dzieje i dlaczego. Bohaterowie snują przypuszczenia i domysły, ale generalnie niewiele z tego wynika. Oczywiście, jak to bywa u Nory Roberts, za wszystkim kryje się jakaś tajemnica, skrywana przez lata. Tak też mamy i w tym przypadku. Jest coś, co spędza sen z powiek mordercy, którego czytelnik poznaje dopiero na końcu. Wiemy, że jest, ale za nic nie możemy domyślić się kim jest ten człowiek, który z zimną krwią morduje. Można z powodzeniem rzec, że w tej kwestii fabuła przewidywalna nie jest.

Czytelnik ma szansę zaobserwować również jak bardzo z rozdziału na rozdział zmieniają się poszczególni bohaterowie. Ci, którzy początkowo zieją nienawiścią wobec siebie nawzajem, w efekcie zostają najlepszymi przyjaciółmi. Skoro już mowa o przyjaźni, to mamy tutaj również przykład takiej zwykłej męskiej przyjaźni, która zawiązała się jeszcze w latach dzieciństwa i przetrwała do dnia dzisiejszego. Co ciekawe, pomimo że na pierwszy rzut oka wydaje się, że niektórzy bohaterowie nie są w stanie przebywać ze sobą ani minuty w tym samym pomieszczeniu, to jednak kiedy przychodzi zagrożenie, nie pytają o nic, a jedynie wskakują na konia i ruszają w pogoń, aby nieść ratunek.

Generalnie Nora Roberts jest znana z tego, że tworzy takie trochę bajki dla dużych dziewczynek. A duże dziewczynki czasami naprawdę potrzebują przeczytać powieść, która sprawi, że choć przez chwilę uwierzą w księcia z bajki przybywającego do nich na białym koniu. Jest to doskonała odskocznia od problemów dnia codziennego, która nie wymaga skupienia uwagi. Taką lekturą można delektować się praktycznie wszędzie. Myślę, że czas od czasu każdemu tego typu książka jest potrzebna, choćby nie wiem jak bardzo temu zaprzeczał.

W ogólnej ocenie Niebo Montany to dobra powieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym. Do mnie takie książki bardzo przemawiają, a Nora Roberts od lat jest jednym z moich wzorów do naśladowania, jeśli chodzi o sposób pisania. Tak więc jeśli macie ochotę na spotkanie z kowbojami wzniecającymi kurz spod końskich kopyt, to ta powieść jest jak najbardziej dla Was.








26 komentarzy:

  1. Nora Roberts to jedna z moich ulubionych pisarek. Jak dotąd nie zawiodłam się na żadnej jej książce. Bardzo też lubię oglądać ekranizacje jej dzieł. Kiedyś były co tydzień na programie pierwszym wyświetlane. Starałam się wtedy nie przegapić żadnego odcinka.
    Co do powyższej pozycji również z przyjemności ją poznam, gdyż fabularnie mnie zaciekawiła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się zawiodłam na kilku, szczególnie na tych klasycznych romansach. Natomiast obyczajówki z wątkiem kryminalnym, czy też fantasy albo te czyste kryminały pisane pod pseudonimem J.D. Robb są bardzo dobre. Pamiętam ten cykl filmów na podstawie jej książek. To właśnie wtedy oglądałam "Niebo Montany". Wydaje mi się, że ta książka byłaby jak najbardzioej w Twoim guście. :-)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Fakt, dawno Nory nie było i gdyby nie wyzwanie Marty, to nie wiem, kiedy zdecydowałabym się na przeczytanie kolejnej książki tej autorki. Taka motywacja naprawdę jest niesamowita. Fajnie, że blogerzy wymyślają tego typu wyzwania. W tym cyklu pojawi się też powieść, którą dostałam od Ciebie. :-)

      Usuń
    2. To czekam. :) A wyzwania naprawdę dobrze motywują, ja dzięki jednemu z nich czytam częściej książki polskich autorów. :)

      Usuń
    3. Ja w ten sposób przeczytałam wszystkie powieści Jane Austen, a teraz czytam poszczególne części "Ani z Zielonego Wzgórza". Gdyby nie to, na pewno do dziś miałabym braki w tych lekturach. Szkoda tylko, że niektóre całkiem fajne wyzwania umierają śmiercią naturalną. :-( I tak oto niechcący przypomniałam wyzwanie Twoje i Legera. Wciąż mi żal, że nie ma lektur z gimnazjum. :-( Ale z drugiej strony ciągnąć coś, jeśli nie ma chętnych, to też nie ma sensu. Widzę, że w wyzwaniu moim i Beaty dotyczącym Ani Shirley też już zaczynają się ludzie wykruszać. Ja na pewno dobrnę do końca, ale liczę się z tym, że mogę na mecie być sama, ewentualnie tylko z Beatą. ;-)

      Usuń
  3. Widzę że i Ty Agnieszko sięgnęłaś po Norę. Nora z kolei cały czas przede mną, chociaż jej "Hołd" w sumie mam w 1/5 przeczytany już. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie Nora to nie nowość. W czasach liceum zacztywałam się jej książkami na potęgę. :-) "Hold" już na mnie czeka, podobnie jak inne książki tej autorki. Ciekawa jestem, ile uda mi się przeczytać. :-)

      Usuń
  4. Oglądałam udaną ekranizację książki:) Lubię powieści Nory Roberts i domyślam się, że ta również należy do wyjątkowych! Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro lubisz książki Nory, to polecam też "Niebo Montany". Pomimo że czytałam lepsze jej książki, to ta i tak bardzo mi się podobała. Ten Dziki Zachód i kowboje. Super! :-) Ściskam!

      Usuń
  5. Książka mi się podobała natomiast film był dla mnie trochę słaby, za bardzo rozmyty. Klimat Dzikiego Zachodu jednak wspaniale oddała zarówno książka jak i film:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą, choć mnie film nawet się podobał. To właśnie z powodu tego filmu sięgnęłam po powieść. :-)

      Usuń
  6. Ja zaczynałam od Nory Roberts i nie ukrywam, że nie pożałuję swego czasu na nowości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się wychowałam na Norze Roberts. Najpierw czytałam Danielle Steel, ale kiedy odkryłam książki Roberts, to ta pierwsza poszła w odstawkę. ;-)

      Usuń
  7. Nory Roberts mam na razie kilka innych powieści w planach, a tymczasowo może skuszę się na film :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Film jest naprawdę świetnie zrobiony, więc myślę, że Ci się spodoba, a na książkę zawsze przyjdzie czas. :-)

      Usuń
  8. czytałam i oglądałam:) to nie jest nowość ale zastanawiam się jak ona wyrabia??? kilka książek rocznie? samej Evy Dallas po dwie??? chociaż teraz w Polsce reaktywują stare Harlequiny, które kiedyś pisała:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam kiedyś artykuł o Norze Roberts i autor tego artykułu nazwał ją "fabryką". Myślę, że całkiem trafne określenie, bo kiedy tak popatrzeć na jej twórczosć, to można odnieść wrażenie, że ona pisze książki na akord. Zupełnie jak praca w fabryce. :-)

      Usuń
  9. cudny post...jeśli chodzi o mnie i Norę to już wszystko wiesz;)) co do ekranizacji jej książek - to żadna mi się nie podobała - stanowczo wolę książki, a Niebo Montany uwielbiam i czytałam nie raz - lubię także jej specyficzne poczucie humoru;)
    Już dodaję Książkę do Wyzwania Czytamy Norę Roberts
    Zapraszam do siebie na konkurs i pozdrawiam;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Martuś. :-) Jeśli chodzi o Norę, to mamy tak samo. Też wariuję na punkcie jej książek. Zostawiłam Ci link na blogu, ale chyba go nie zauważyłaś. ;-) Teraz będę czytać "Hołd". A co do ekranizacji, to podobają mi się, ale też zdecydowanie preferuję książki. :-) Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  10. Podobno kropla drąży skałę. A tutaj Kraina Czytania przez swoje mądre teksty powoli przekonuje mnie do Nory Roberts :) O ile się nie mylę, widziałam fragmenty ekranizacji, która wyglądała dość obiecująco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ekranizacje nie są złe, ale ja zawsze stawiam na książkę. Przekonałam się wiele razy, że filmy nie oddają tego wszystkiego, co powieść. Filmowcy sporo rzeczy zmieniają, modyfikują, a mnie coś takiego drażni. Dlatego wolę książki. ;-) Natomiast Norę bardzo lubię od wielu, wielu lat, i nawet jak jej nie czytam, to zawsze o niej pamiętam. Jej książki są dla mnie doskonałym lekarstwem na te gorsze dni. :-)

      Usuń
  11. Przyznaję, że Norę podkradłam mamie, od bardzo dawna nie czytam tej autorki, ale z pewnością to zmienię, piszesz tak zachęcająco i ładnie, że nie sposób się nie skusić :) A wstęp znakomity, lubię takie miasteczka, mało znane i przy okazji można się dowiedzieć czegoś nowego z geografii :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja czytałam Norę jeszcze w liceum. Pamiętam, że wtedy pochłaniałam jej książki masowo. Potem trochę spasowałam, ale nie zapomniałam o niej. Teraz przyłączyłam się do wyzwania Marty, więc znów Nory będzie trochę więcej. ;-) Natomiast w przypadku "Nieba Montany" czytelnik dostaje niesamowity opis Dzikiego Zachodu. :-)))

      Usuń
  12. Mnie też ta książka bardzo się podobała,a czytałam ją już parę latek temu. Może wrócę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie Nora to fenomen, jeśli chodzi o powieści dla kobiet. :-)

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.