Wydawnictwo:
NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa
1990
Tytuł oryginału: Anne of Windy
Poplars vs. Anne of Windy Willows
Przekład:
Aleksandra Kowalak-Bojarczuk
Ilustracje:
Leonia Janecka
Niewiarygodne
jak ten czas szybko leci. To już moje czwarte spotkanie z rudowłosą Anne
Shirley. Czwarte i niestety przynoszące największe rozczarowanie. Ale może
zacznę od naświetlenia historii pisania i wydania Ani z Szumiących Topoli,
ponieważ wtedy będzie można łatwiej zrozumieć, skąd bierze się moje
niezadowolenie.
W
roku 1915 Lucy Maud Montgomery usilnie pracowała nad stworzeniem trzeciego
tomu, czyli Ani na uniwersytecie. Książka została oddana do rąk
czytelników w lipcu tegoż roku. Z kolei Wymarzony dom Ani, gdzie pisarka
skupiła się na pierwszych latach małżeństwa Anne z Gilbertem Blythe
opublikowano w 1917 roku. Pod koniec roku 1919 autorka ukończyła pracę nad Doliną
Tęczy i zaczęła tworzyć Rillę ze Złotego Brzegu. Ten tom został
ukończony w 1920 roku i miał być częścią zamykającą opowieść o Anne Shirley.
Jednak uporczywe namowy wydawcy sprawiły, że Lucy Maud Montgomery znów zasiadła
przy swoim biurku i posłusznie, choć bardzo niechętnie, rozpoczęła pracę nad Anią
z Szumiących Topoli. Był to lipiec 1936 roku. Akcję powieści pisarka
ponownie umieściła w panieńskich latach głównej bohaterki. Anne pisze listy
miłosne, a właściwie relacjonuje ukochanemu to, co dzieje się w Summerside,
gdzie, jako magister nauk humanistycznych, Anne otrzymuje posadę kierowniczki
szkoły średniej. Przychodzi rok 1938. Lucy Maud Montgomery w ciągu czterech
miesięcy wytężonej pracy kończy Anię ze Złotego Brzegu, w której skupia
się na czasach, kiedy dzieci Anne są jeszcze bardzo małe. Tak więc seria o
Anne Shirley nie powstała chronologicznie, tylko na wyrywki, a to naprawdę może
zdenerwować, nawet samą autorkę. I tak właśnie się stało.
Lucy
Maud Montgomery na początku bardzo pokochała wykreowaną przez siebie Anne
Shirley, którą traktowała niemalże jak swoje własne dziecko. Jednakże w miarę
upływu czasu jej miłość zamieniła się w nienawiść. Najprawdopodobniej było to
spowodowane tym, że każdy kolejny tom opowiadający o jej losach, pisarka
tworzyła pod presją na zamówienie wydawców, a nie z własnej i nieprzymuszonej
woli i chęci. Poza tym nagła utrata sympatii do Anne Shirley mogła też wynikać
z tego, iż Montgomery przez całe swoje życie była kojarzona głównie z serią
powieści o Ani z Zielonego Wzgórza. Dlatego też można zrozumieć fakt, że Ania
z Szumiących Topoli autorce zupełnie nie wyszła. Generalnie jeśli coś
robimy pod przymusem i wbrew własnej woli, efekty tego przedsięwzięcia są
marne. Tak też jest i w tym przypadku. Poza tym amerykański wydawca usunął
część scen napisanych przez Montgomery, a to również nie wpłynęło korzystnie na
powieść. Być może to, co zostało usunięte podniosłoby atrakcyjność tej części.
Ale cóż począć? Przecież wydawca zawsze wie lepiej niż autor! W tej kwestii nic
się nie zmieniło pomimo upływu lat. Dzisiaj też spotykamy się z takim
działaniem ze strony wydawców, a potem w ręce czytelnika trafia książka, z
którą nie wiadomo, co zrobić. Efektem tego są niesprawiedliwe recenzje, które
powinny uderzać w wydawców, a nie w autorów. Niestety, tak się dzieje, kiedy w
grę wchodzą pieniądze i następuje cięcie kosztów albo zwyczajne widzimisię
wydawcy.
Odnoszę
wrażenie, że Lucy Maud Montgomery Anię z Szumiących Topoli napisała –
używając kolokwializmu – „na odczepnego”. Możliwe, że pomyślała sobie: „jak
chce, to niech ma, tylko niech potem nie ma pretensji, że coś nie wyszło!” Ta
część obejmuje trzy lata życia Anne Shirley, pomiędzy 22. a 25. rokiem życia. Jak już
wspomniałam dziewczyna trafia do Summerside. Tam obejmuje kierownicze
stanowisko w szkole średniej, co oczywiście sprawia, że musi wypracować sobie
akceptację tamtejszej społeczności. Nie jest to łatwe, zważywszy że mieszka tam
pewna rodzina, z którą wszyscy w mieście bardzo się liczą. Pringle’owie, bo o
nich mowa, od samego początku są wrogo nastawieni do nowej nauczycielki.
Oskarżają ją o odebranie posady komuś, kogo popierali, a kto również się o nią
ubiegał. Jednak nasza „dziewczynka z wyobraźnią” zawsze znajdzie sposób, aby
sprostać wszelkim trudnościom, jakie stawia przed nią życie.
Anne
wynajmuje pokój w Szumiących Topolach, w Alei Duchów. W domu mieszka wraz z
dwiema wdowami: ciocią Kate (z pol. ciocia Kasia) i ciocią Chatty (z
pol. ciocia Misia) oraz Rebeccą Drew i „Tym Kotem”, czyli Dustym
Millerem (z pol. Marcin). Niemal każdego dnia jest zapraszana na kolacje
do domów mieszkańców Summerside. Znając towarzyską duszę Anne, można domyślić
się, że owe zaproszenia nasza bohaterka bardzo chętnie przyjmuje. Oczywiście
potem skrupulatnie relacjonuje je w listach do Gilberta. Skoro mowa już o jej
ukochanym, to trzeba przypomnieć, że kawaler Blythe jest studentem medycyny na
Uniwersytecie Redmondskim w Kingsporcie.
To,
co można uznać za walor Ani z Szumiących Topoli to przede wszystkim cała
galeria rozmaitych postaci. Lecz ten walor bardzo szybko zamienia się w wadę,
kiedy chcemy przeanalizować bohaterów pod kątem psychologicznym. Raczej nie da się
ich dokładnie sklasyfikować, ponieważ Montgomery ukierunkowała wykreowane przez
siebie postacie w jedną stronę. Generalnie są źli, a pod wpływem uroku Anne
Shirley zmieniają swoje nastawienie do świata i ludzi. Ale tak naprawdę zawsze
byli dobrzy, tylko życie jakoś im nie wyszło, więc stali się zgorzkniali i
odgrywali się za swoje niepowodzenia na innych. Takim klasycznym przykładem
może być tutaj współpracownica Anne – Katherine Brooke (z pol. Julianna
Brooke), pani Gibson czy kuzynka Ernestine Bugle (z pol. Ernestyna Bugle).
Oczwiście
Anne Shirley nie byłaby sobą, gdyby nie wtrącała się w sprawy innych. Otóż,
wtrąca się i to bardzo, zawsze mając na względzie swoje dobre intencje. Bardzo
łatwo daje też sobą manipulować, co raczej nie powinno mieć miejsca u panny,
która już niedługo ma wkroczyć na nową drogę życia. Powinna być już w pełni
dorosła i mieć rozeznanie co można, a czego nie można robić, nawet, jeśli ktoś
usilnie prosi. Powinna już wiedzieć, że nie każdemu należy bezgranicznie
zaufać, bo można boleśnie się rozczarować, a „dobre intencje” mogą obrócić się
przeciwko osobie, która stara się w ich imię działać.
Rozumiem,
że Lucy Maud Montgomery w tej części chciała głównie skupić się na życiu Anne w
Summerside, jednak bardzo brakowało mi mieszkańców Zielonego Wzgórza. Owszem,
Anne spędza w Avonlea wakacje i święta, ale postacie te – według mnie – są zbyt
mało aktywne. O niektórych osobach autorka jedynie wspomina. Wygląda to tak,
jak gdyby chciała nakazać czytelnikowi, żeby o nich nie zapomniał. Że ci
bohaterowie tam są, ale w tym momencie nie są na tyle ważni, aby móc się nad
nimi rozwodzić. A przecież Zielone Wzgórze to miejsce niezwykle magiczne.
Miejsce, które sprawia, że ludzie się zmieniają i odzyskują tam radość życia.
Przypomnijmy sobie chociażby małą Elizabeth czy Katherine Booke.
Zwróćmy
też uwagę na to, w jaki sposób książka została podzielona. Rozdziały
poprzednich części posiadają swoje tytuły, zachowana jest również chronologia
wydarzeń. Natomiast w tym przypadku odnoszę wrażenie, jakby całość była lekko
poszarpana. Fabuła podzielona jest jedynie na trzy lata pobytu Anne w
Summerside, rozdziały pozbawione są tytułów, a zamiast tego mamy numery ich
poszczególnych części. Wyczuwam brak dbałości o szczegóły. Nie wiem tylko, czy
jest to zaniedbanie samej autorki, czy może wydawcy. Odnoszę też wrażenie, że Ania
z Szumiących Topoli była pisana na wyrywki, a potem dopiero składana w
jedną całość. I znów, zastanawiam się kto zawinił: Montgomery czy ten
nieszczęsny wydawca?
Bardzo
brakowało mi też listów Gilberta do Anne. Szkoda, że ta korespondencja została
przedstawiona tak jednostronnie. Myślę, że czytelnicy chcieliby wiedzieć, jakie
myśli kłębią się w głowie przyszłego lekarza. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że
wtedy książka byłaby znacznie dłuższa, ale przynajmniej dokładniejsza oraz
bardziej wciągająca i emocjonująca. A tak, jest trochę mdła.
Aby
już tak do końca nie pogrążać Ani z Szumiących Topoli chcę zwrócić uwagę
na to, co mi się w tej książce podobało, bo i takie elementy się w niej
znalazły. Dla równowagi chcę wspomnieć chociażby o Rebecce Drew, która w moich
oczach jest przesympatyczną postacią. Z pozoru może wydawać się zgorzkniałą
starą panną, której wszystko przeszkadza, lecz wcale tak nie jest. Ta postać
rozczuliła mnie nie tylko swoją szczerą przyjaźnią z Anne, ale przede wszystkim
swoją miłością i przywiązaniem do… „Tego Kota”. Jest też mała Elizabeth, która
trochę przypomina mi Anne, kiedy ta przyjechała na Zielone Wzgórze. Książka
zawiera też kilka życiowych prawd. Pamiętacie co takiego powiedziała Nora
Nelson, kiedy zwierzyła się Anne ze swoich problemów? Otóż, ona wyrzekła takie
oto słowa:
– [...] Pewnie znienawidzę cię jutro za to, że ci to powiedziałam!– Dlaczego?– Sądzę, że zawsze nienawidzimy ludzi, którzy znają nasze tajemnice – rzekła Nora posępnie […]*
Myślę,
że słowa te są jak najbardziej prawdziwe. Kiedy zastanowimy się głębiej nad ich
sensem, sami dojdziemy do przekonania, że ci, którzy znają nasze sekrety,
stanowią dla nas pewne zagrożenie. Przecież zawsze mogą je zdradzić komuś innemu.
I właśnie tego gdzieś podświadomie się obawiamy. Podobnie jak czujemy wstyd, że
byliśmy na tyle słabi, aby szukać pomocy u innych, choćby tylko w formie
pocieszenia.
Niestety,
ale nawet pomimo tych kilku zalet, uważam, że Ania z Szumiących Topoli
jest najsłabszą częścią serii spośród tych czterech, które przeczytałam. W mojej
ocenie została napisana od niechcenia, i to wyraźnie czuje się podczas
czytania. Mam nadzieję, że kolejne tomy zniwelują to negatywne wrażenie, bo
przecież cały cykl od dziesiątek lat nie bez powodu uznawany jest za swego
rodzaju fenomen literacki.