Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

czwartek, 22 października 2015

John Jakes – „Gdzie jest mój dom?” # 1












Wydawnictwo: EM
Warszawa 1996
Tytuł oryginału: Homeland
Przekład: Maria & Cezary Frąc



W latach 1815-1915 do Stanów Zjednoczonych przybyło około trzydziestu milionów Europejczyków. Dla wielu z nich była to niezwykle długa i wyczerpująca podróż. W XIX i na początku XX wieku samo dostanie się do portu i wejście na pokład statku oznaczało dni, a nawet tygodnie pieszej podróży, wyprawy statkiem lub konnym powozem. Ponieważ w dobie podróży morskich rzadkością były wyprawy zaplanowane w najdrobniejszym detalu, imigranci bardzo często musieli czekać w porcie przez kilka dni bądź tygodni, zanim mogli wejść na pokład statku i odpłynąć do wymarzonego kraju, którym w tamtym okresie były właśnie Stany Zjednoczone.

W północnej części Europy najwięcej imigrantów odpływało z niemieckich i holenderskich portów w takich miastach, jak Amsterdam czy Brema. Później, gdy nasiliła się imigracja ze środkowej i wschodniej części Europy, ludzie ci bardzo często zmuszeni byli podróżować w dół Dunaju do portów Morza Czarnego, jak Konstanca w Rumunii czy bułgarska Warna. Stamtąd na pokładach statków płynęli do miejsca przeznaczenia tygodniami, a czasami nawet miesiącami, starając się stawić czoło kaprysom nieprzewidywalnej pogody.

W połowie XIX wieku w Europie coraz bardziej popularne stawały się wyprawy koleją, co sprawiało, że czas podróży do poszczególnych portów ulegał skróceniu. Natomiast wprowadzenie parowców redukowało czas podróży do miejsca przeznaczenia z tygodni do dni, gdyż były to środki transportu, które mogły rozwijać sporą prędkość. Statki stawały się także coraz większe, co z kolei umożliwiało zabranie na pokład większej liczby ludzi, niż było to możliwe jeszcze do niedawna. Tak więc teraz można było wyruszyć w morską podróż z ponad tysiącem imigrantów na pokładzie, którzy zajmowali kabiny w najtańszej klasie.

Z wyjątkiem państw, z których nie wolno było wyjeżdżać albo tych, gdzie te wyjazdy były dość mocno ograniczone, jak na przykład w Imperium Rosyjskim, pod koniec XIX wieku nawet podróż z jakiejś zapadłej europejskiej wsi do Stanów Zjednoczonych nie była niemożliwa. Potencjalny imigrant musiał najpierw skontaktować się z agentem firmy przewozowej, którym bardzo często był miejscowy duchowny lub nauczyciel. Z kolei taki agent informował główne biuro znajdujące się w porcie o tym, że ewentualny imigrant pragnie opuścić swój rodzinny kraj. Potem ów agent otrzymywał informację dotyczącą daty wypłynięcia statku oraz dostawał do ręki bilety, które przekazywał imigrantowi wsiadającemu do pociągu jadącego do danego miasta portowego. Jeśli takim portem była na przykład Brema, wówczas imigranci mogli niemalże bezpośrednio z pociągu udać się na statek, ponieważ miasto posiadało tory kolejowe prowadzące prosto do doków.


Niemieccy imigranci przybywający do Stanów Zjednoczonych z Hamburga
w drugiej połowie XIX wieku.
Po raz pierwszy rysunek opublikowano w Harper's Weekly  (Nowy Jork)
w dniu 7 listopada 1874 roku.
źródło


W latach 1882-1917 rząd Stanów Zjednoczonych wprowadził przepisy regulujące problem imigracji. Na przykład w 1891 roku Kongres zabronił wstępu na teren USA wszystkim tym „cierpiącym na odrażające czy niebezpieczne choroby zakaźne” i tym „skazanym za brzydkie wykroczenia o charakterze moralnym”, do których zaliczano anarchistów i poligamistów. W konsekwencji załoga parowców stawała się coraz ostrożniejsza, jeśli chodzi o zabieranie na pokład ludzi o niewiadomej reputacji. Imigranci musieli przed wyjazdem okazać swoje dokumenty, które były dokładnie sprawdzane. Podobnie rzecz miała się również z ich stanem zdrowia, który przed wypłynięciem był gruntownie kontrolowany. Czasami imigranci zmuszeni byli spędzić kilka dni, oczekując w napięciu na wejście na pokład statku, gdzie mieli przebywać przez jakiś czas i być karmieni przez firmę, do której należał dany parowiec.

Josef Emanuel Kroner był jednym z tych, którzy w drugiej połowie XIX wieku wyemigrowali ze swojej europejskiej ojczyzny do Stanów Zjednoczonych. Jako bardzo młody chłopak chciał zakosztować lepszego życia, co oczywiście nie dziwi. W dodatku w jego rodzinnym kraju – Niemczech – warunki bytowe nie należały do najlepszych. Decyzja Josefa o wyjeździe była też poniekąd podyktowana sytuacją polityczną, która była konsekwencją Wiosny Ludów mającej miejsce w latach 1848-1849. Dotknęła ona bowiem całą Europę. Przybywając do Stanów Zjednoczonych Josef musiał dostosować się do nowych realiów, więc przede wszystkim zmienił nazwisko na Joseph Emanuel Crown. Ponieważ początki jego pobytu w nowym kraju przypadły na lata wojny secesyjnej, mężczyzna bez wahania zaciągnął się do armii i narażał zdrowie i życie dla kraju, który praktycznie był mu obcy. Potem poznał pewną piękną dziewczynę, której rodzina również przybyła do Stanów Zjednoczonych z Niemiec. Ożenił się z nią i spłodził troje dzieci.

Skoro Joseph zdecydował się na założenie rodziny musiał pomyśleć też, w jaki sposób mógłby tę rodzinę utrzymać. W tym miejscu odejdźmy jednak na chwilę od osoby Josepha i skupmy się na produkcji piwa, które w Ameryce w tamtym okresie było niezwykle popularnym napojem alkoholowym. Otóż rdzenni Amerykanie wyrabiali piwo na bazie kukurydzy jeszcze na długo zanim w kraju ogłoszono prohibicję, która trwała od 1919 do 1933 roku. Pomimo że w XVII oraz XVIII wieku większość piwa była warzona w domach, to tak naprawdę raczkujący przemysł zaczął rozwijać się już od 1612 roku, kiedy to powstała pierwsza znana browarnia na Nowym Amsterdamie, czyli na dzisiejszym Manhattanie. Nowoczesna epoka amerykańskiego piwa rozpoczęła się natomiast dopiero w XIX wieku. W 1810 roku w Ameryce działało tylko sto trzydzieści dwie browarnie, zaś spożycie piwa na jedną osobę wynosiło mniej niż galon, czyli niecałe cztery litry. Do końca 1873 roku w kraju było już cztery tysiące trzydzieści jeden browarni, a warzone piwo posiadało naprawdę wysoką jakość. Z kolei w 1914 roku konsumpcja na jedną osobę wzrosła do dwudziestu galonów, czyli do około dwudziestu jeden i pół litra. Potem nastała wspomniana wyżej prohibicja. Jakość amerykańskiego piwa zmieniła się jeszcze przed prohibicją. Kiedy niemieccy imigranci zaczęli nagminnie przybywać do Stanów Zjednoczonych w połowie XIX wieku, przywieźli ze sobą chęć produkcji piwa, przepis na jego warzenie, jak również wiedzę na temat zaopatrzenia w nie społeczeństwa. Ale do końca XIX wieku ludzie pijący piwo pokazali, iż preferują trunek lżejszy w smaku, niż ten który produkowano na bazie kukurydzy czy ryżu. Poza tym konsolidacja dużych browarni rozpoczęła proces eliminowania z rynku małych przedsiębiorstw bez względu na to, jak dobrze one pracowały. W 1918 roku w Ameryce tylko czwarta część browarów nadal funkcjonowała, a były to te, które wytwarzały piwo od czterdziestu pięciu lat.


Zdjęcie przedstawia Best Brewing Company (Najlepszą Browarnię) mieszczącą się przy
Virginia Street w Milwaukee w stanie Wisconsin.
Zdjęcie datowane jest na około 1885 rok.


Wróćmy zatem do Josepha Crowna. Otóż szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że Joe stał się najbardziej znanym producentem piwa w kraju. A jeśli nie w kraju, to na pewno w Chicago, gdzie ostatecznie osiedlił się wraz z bliskimi. Jego młoda żona jakoś niespecjalnie była zachwycona firmą, którą założył małżonek, ponieważ od samego początku twierdziła, że alkohol jedynie doprowadza ludzi do szaleństwa i sprawia, że pod jego wpływem dokonują nieprzemyślanych czynów, których konsekwencje są wielokrotnie tragiczne. Niemniej, w końcu zmuszona była pogodzić się z browarnictwem swojego męża, gdyż ten wcale nie myślał ustąpić. I tak oto Crownowie żyli sobie przez lata w Chicago na Machigan Avenue, ciesząc się szacunkiem innych. Przedsiębiorstwo rozrastało się z roku na rok, a oni stawali się coraz bogatsi.

Tymczasem gdzieś w ubogiej dzielnicy Berlina pod opieką ciotki o wątpliwej reputacji moralnej dorastał bratanek Josepha Emanuela Crowna – Pauli Kroner. Śmiało można było o nim powiedzieć, że wychowuje go ulica. Chłopak od najwcześniejszych lat życia marzył o podróżach, które odbędzie, kiedy dorośnie i gdy będzie miał na tyle dużo pieniędzy, aby móc wreszcie wyruszyć w świat. Na razie chłopak zbiera jedynie widokówki rozmaitych miejsc, mając nadzieję, że któregoś dnia stanie w nich jego noga. Nędzny ubiór Pauliego już na pierwszy rzut oka pokazywał, że chłopca należy unikać i przeganiać z miejsc, które zarezerwowane są jedynie dla ludzi pochodzących z wyższych sfer społecznych. W Berlinie Pauli przyjaźni się z pewnym chłopcem, który jest nieznacznie upośledzony umysłowo. Już na tym etapie, czyli pod koniec XIX wieku, widać dokładnie, w jaki sposób Niemcy traktują ludzi niepełnosprawnych. Otóż przyjaciel młodego Kronera nie może uczęszczać do normalnej szkoły, lecz zostaje oddelegowany do placówki, która przypomina getto dla niepełnosprawnych. Za kilkadziesiąt lat Niemcy pokażą na co ich stać w stosunku do słabszych i bezbronnych. Na razie kwestia ta dotyczy jedynie ich własnej nacji, ale kiedy wybuchnie druga wojna światowa, sprawa przybierze znacznie szerszy obrót. Nasi bohaterowie na razie jeszcze nic o tym nie wiedzą, choć nie podoba im się cała ta niemiecka polityka wobec słabszych. Tak więc w końcu przychodzi dzień, kiedy Pauli musi pożegnać się ze swoim przyjacielem, bo od tej chwili nie będzie mógł go odwiedzać. Sam już dawno porzucił szkołę, ponieważ nie tylko nigdy nie miał głowy do nauki, ale też nie podobało mu się wiele rzeczy, do których zmuszano go w tejże placówce edukacyjnej.

Odsłonięcie Statuy Wolności (1886)
autor: Edward Moran (1829-1910)
To ten widok wciąż nawiedzał Pauliego w snach
zanim przypłynął do Ameryki.
Pauli Kroner ma czternaście lat i aby przeżyć musi pracować, jak każdy dorosły człowiek. W dodatku ciotka Lotte coraz bardziej zapada na zdrowiu, więc zapewne już niedługo nie będzie mogła przyjmować mężczyzn w swoim pokoju i fundować bratankowi seansów erotycznych. Kiedy Lotte czuje, że jej koniec jest już bliski, przypomina sobie o bracie, który dawno temu wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Pisze zatem list do Josefa, aby ten zaopiekował się Paulim, kiedy chłopiec przypłynie do Ameryki. Ku radości Lotte, brat odpowiada na list pozytywnie. Nie pozostaje zatem nic innego, jak tylko wyprawić chłopaka za ocean i życzyć mu powodzenia. I tak oto po serii przygotowań do podróży, Pauli Kroner wchodzi na pokład statku płynącego do Stanów Zjednoczonych, aby tam rozpocząć nowe życie, o jakim już od dawna marzył. On wciąż wierzy, że jego przeznaczeniem jest zwiedzanie świata. Czy zatem nasz nastoletni bohater znajdzie szczęście w nowej ojczyźnie? Czy w domu swojego srogiego i bogatego stryja uda mu się zostać tym, kim pragnie? Jak ułożą się jego relacje z rodziną, której nigdy nie widział na oczy? Czy będzie potrafił zaaklimatyzować się w nowym środowisku, nie znając angielskiego?

Powieść Gdzie jest mój dom? składa się z dwóch części o tym samym tytule. Zastanawiałam się czy nie napisać o obydwu tomach jednocześnie, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że obydwie książki są tak obszerne, iż mój wpis byłby bardzo długi. Akcja powieści rozpoczyna się w 1891 roku w Berlinie. To właśnie tam poznajemy naszego głównego bohatera, którym jest czternastoletni Pauli Kroner, zaś nie jego stryj Josef, jak mogłoby się pozornie wydawać. Wraz z chłopcem czytelnik przebywa ryzykowną podróż statkiem, a potem ląduje w obcym kraju i znów obawia się o dalszy los bohatera. Tam jest naprawdę niebezpiecznie. Kiedy Pauli odnajduje dom stryja może wydawać się, iż teraz już nic złego go nie spotka. Czyżby? Pamiętajmy, że pod koniec XIX wieku w Ameryce coraz częściej do głosu dochodzili socjaliści, którzy występowali przeciwko przedsiębiorcom-kapitalistom. Joseph Crown przecież takim właśnie kapitalistą jest, więc każdego dnia narażony jest na bunt ze strony swoich pracowników. Czy przypadkiem Pauli, który zdążył już zmienić nazwisko na Paul Crown, nie przyłączy się do tego nowego ruchu? Czy będzie w stanie wystąpić przeciwko stryjowi, który przyjął go pod swój dach i zapewnił bezpieczeństwo? Po której stronie stanie, kiedy przyjdzie czas dokonania wyboru? A co z jego szkołą? Czy będzie kontynuował naukę, którą przerwał, mieszkając w Niemczech? A może za wszelką cenę będzie dążył do spełnienia marzenia o fotografowaniu?

W chwili, gdy sięgnęłam po trylogię Północ i Południe postanowiłam sobie, że przeczytam każdą książkę, która wyszła spod pióra Johna Jakesa. Choć przede mną jest jeszcze trzeci tom trylogii, to jednak nie chciałam zbyt długo czekać na czytanie innych książek tego Autora. Podobnie jak w przypadku opowieści o rodzinach Mainów i Hazardów, tutaj również John Jakes mnie nie zawiódł. Oczywiście książka nie jest nowością, ale przecież ja rzadko czytam powieści, które dopiero co wyszły od wydawców. Gdzie jest mój dom? to kolejna saga rodzinna w wykonaniu tego Autora. Akcja powieści rozgrywa się w latach, kiedy w Stanach Zjednoczonych wcale nie było tak dobrze, jak mogłoby się wydawać. Pomimo że od zakończenia wojny secesyjnej minęło już trzydzieści lat, to jednak jej echa nadal pobrzmiewają wśród amerykańskiego społeczeństwa. Niektórzy bohaterowie brali udział w walkach pomiędzy Północą a Południem, co oczywiście sprawia, że nie mogą zapomnieć o tamtych dramatycznych latach i wciąż dzielą się swoimi wspomnieniami z tymi, którzy z jakiegoś powodu w wojnie nie uczestniczyli.


Panorama Michigan Avenue w Chicago
To tam w domu swojego stryja zamieszkał Pauli Kroner vel Paul Crown
po dramatycznej podróży do Ameryki.
Zdjęcie pochodzi z 1911 roku.


John Jakes ogromną wagę przywiązuje do relacji międzyludzkich, które nie należą do najłatwiejszych. Konflikt na linii ojciec-syn wysuwa się w tej powieści na pierwsze miejsce. Chodzi w nim nie tylko o różnicę pokoleń, ale przede wszystkim o odmienność w poglądach. W dodatku córka Josepha Crowna też nie napawa swojego ojca dumą, gdyż w jej głowie zaczynają się rodzić marzenia, które w razie ich realizacji, mogą przynieść rodzinie wyłącznie wstyd przed ludźmi. Ale relacje międzyludzkie to nie tylko te panujące w rodzinie Crownów. John Jakes pokazuje także życie wyższych sfer, czyli osób posiadających arystokratyczne pochodzenie. Obraz tych ludzi uświadamia czytelnikowi, jak bardzo zadufane w sobie było to środowisko. Ci ludzie uważali siebie za lepszych od innych i nie pozwalali nawet na niezobowiązujące kontakty z kimś z niższej warstwy społecznej. W książce jest też sporo relacji damsko-męskich. Jest miłość, która wymaga poświęceń. Są rozczarowania, z których nie będzie łatwo się podnieść. Wszystko to sprawia, że książkę czyta się z ogromnym zainteresowaniem, ponieważ stale następuje jakiś nieoczekiwany zwrot akcji.

John Jakes i jego powieści w dzisiejszych czytelnikach nie budzą już takiego zainteresowania, jak było to ponad dwadzieścia lat temu. Nie wiem nawet czy ktokolwiek o nich pamięta. Są to bowiem książki z zupełnie innego pokolenia, jeśli mogę się tak wyrazić. Możliwe, że wracają do nich już tylko osoby starsze, które kiedyś z rumieńcami na policzkach zaczytywały się w sagach tego Autora. Dlatego warto wciąż przypominać jego powieści, bo obecnie niewielu pisarzy potrafi stworzyć tak fascynujące sagi rodzinne.