Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

niedziela, 13 września 2015

Marlena de Blasi – „Amandine”













Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2011
Tytuł oryginału: Amandine
Przekład: Katarzyna Malita





Kiedy w arystokratycznej rodzinie dochodziło do skandalu obyczajowego, wówczas najstarsi przedstawiciele rodu łamali sobie głowy nad tym, jak ukręcić łeb konsekwencjom, które zapewne wykluczyłyby familię z towarzystwa na bardzo długi czas. Nie można było bowiem dopuścić do tego, aby to, co działo się za zamkniętymi drzwiami dworu wydostało się na zewnątrz. Wszelkiego rodzaju skandale obyczajowe uchodziły na sucho w rodzinach chłopskich i niezamożnych, co oczywiście przyjmowano jako rzecz całkiem naturalną. Przecież jakaś biedna dziewucha, która zadawała się z każdym napotkanym mężczyzną na nikim nie robiła wrażenia. Zakłamanie wyższych sfer było naprawdę wielkie. Na sporo rzeczy przymykano oko, dopóki nie trzeba było wziąć odpowiedzialności za swoje postępowanie. Czasami jednak sprawy zachodziły tak daleko, że w żaden sposób nie można było zatrzymać ich jedynie dla siebie. Niekiedy w towarzystwie przez długi czas nie brakowało tematów do rozmów. Plotkowano o tych, którzy jeszcze do niedawna byli uważani za przyjaciół. W momencie, gdy jakaś afera obyczajowa wypłynęła na wierzch, odwracano się na ulicy tyłem do osób w nią zamieszanych. Wielokrotnie sprawy niemoralne były tak poważne, że aż pisano o nich w gazetach. Choć od czasów typowej arystokracji minęło już sporo lat, to jednak w naszym społeczeństwie wciąż funkcjonują niektóre cechy tamtego środowiska. Zakłamanie i troska o to, co ludzie powiedzą są dziś bardzo popularne w niektórych kręgach towarzyskich, szczególnie w tych małomiasteczkowych. Wygląda zatem na to, że pomimo upływu lat człowiek wciąż jest taki sam.

Przenieśmy się więc do 1916 roku. Jest jesienny wieczór. W pewnej posiadłości niedaleko Krakowa należącej do arystokratycznej rodziny Czartoryskich dochodzi do morderstwa. Hrabia Antoni Czartoryski najpierw morduje swoją kochankę, a potem jednym strzałem odbiera sobie życie. Antoni Czartoryski był mężem hrabiny Walewskiej i oprócz żony pozostawił na tym świecie jeszcze dwuletnią córkę o imieniu Andżelika. Przyznacie, że skandal to wielki, lecz na tym się rzecz nie kończy. Otóż mija czternaście lat. Rodzina Czartoryskich zdążyła już otrząsnąć się z tamtej tragedii, kiedy do ich dworu przybywa młody baron, niejaki Piotr Drucki. Andżelika ma już szesnaście lat, więc jest młodą i atrakcyjną kobietą, która potrafi zwracać na siebie uwagę mężczyzn. Zapewne pragnie też przeżyć swoje pierwsze miłosne fascynacje. I tak oto wdaje się w potajemny romans z baronem Druckim. W wyniku tego romansu zachodzi w ciążę. W dodatku okazuje się, że Piotr Drucki jest młodszym bratem zamordowanej kochanki jej ojca. Hrabina Walewska wpada we wściekłość i już myśli, w jaki sposób zatuszować całą sprawę, aby kolejny obyczajowy skandal dotyczący jej rodziny nie ujrzał światła dziennego. Na nieszczęście dla hrabiny, Andżelika nie chce poddać się aborcji. Jak zatem zachować ciążę córki w sekrecie? Co powiedzą ludzie, kiedy na jaw wyjdzie, że córka hrabiny właśnie urodziła nieślubne dziecko? I to dziecko brata kochanki swojego ojca?! Przecież to zniszczy Czartoryskich w towarzystwie! O, nie! Hrabina nie może na to pozwolić! A zatem jedyne, co jej pozostaje, to wziąć sprawy w swoje ręce i po prostu działać.

Tymczasem do sierocińca we francuskim Montpellier przybywa kobieta, która po opłaceniu kogo trzeba oddaje w ręce zakonnic kilkumiesięczne niemowlę. Kobieta pragnie, aby dziecko pozostało w sierocińcu i nigdy nie dowiedziało się, kim tak naprawdę jest. Ono ma zniknąć z jej życia na zawsze. Oczywiście zakonnice godzą się na takie rozwiązanie, bo przecież od tego właśnie są. Przy klasztorze mieści się także szkoła z internatem, więc kiedy dziewczynka osiągnie już odpowiedni wiek, będzie mogła do niej uczęszczać. Niestety, matka przełożona jakoś niechętnie odnosi się do niemowlęcia. Z jednej strony przyjmuje dziewczynkę pod swój dach, lecz z drugiej najchętniej od razu zamordowałaby ją gdzieś w kącie i zakopała po kryjomu w ogrodzie. Takie przynajmniej możemy odnieść wrażenie, kiedy bliżej przyjrzymy się siostrze Paul. Jaka jest prawda? Dlaczego zakonnica od samego początku jest nieprzychylna temu niewinnemu dziecku? Czy wie o czymś, o czym należałoby raz na zawsze zapomnieć?


Jedna z uliczek w Montpellier (2006)
fot. Clarissa Schumacher 


Praktycznie od samego początku dzieckiem opiekuje się Solange. To młoda kobieta, która jakiś czas temu wystąpiła z zakonu, lecz mimo to wciąż ciągnie ją do tego, aby spędzić życie w jego murach. Solange stoi na swego rodzaju życiowym rozdrożu, bo tak naprawdę nie wie, co powinna w życiu robić i jaką drogę wybrać, żeby być szczęśliwą. Propozycja opieki nad dzieckiem i powrót do klasztoru w charakterze tak zwanej „świeckiej siostry”, jak gdyby spada jej z nieba i rozwiązuje niektóre problemy. Od pierwszej chwili Solange traktuje dziewczynkę jak swoje własne dziecko. Nadaje jej imię „Amandine” i odtąd nie opuszcza jej już na krok. Chroni dziewczynkę przed złymi ludźmi, nawet przed siostrą Paul, która nie przestaje okazywać swojej niechęci wobec dziecka.

I tak mijają lata. Amandine staje się coraz starsza, a co za tym idzie, również coraz mądrzejsza. Można odnieść wrażenie, że jej psychika swoim rozwojem znacznie przewyższa wiek. Niestety, dziecko nie jest szczęśliwe, choć nie daje tego po sobie poznać. Najbardziej brak jej matki. Amandine wie, że to nie Solange zawdzięcza swoje przyjście na ten świat, dlatego też stale tęskni za swoją biologiczną mamą, pomimo że jej nie zna. Czy Amandine dane będzie kiedyś poznać kobietę, która ją urodziła? Kim jest matka dziewczynki i dlaczego oddała ją do sierocińca? Czy ktoś ją do tego zmusił? A może zrobiła to z własnej i nieprzymuszonej woli?

Akcja powieści toczy się w dwóch miejscach. Jednym z nich jest Polska, natomiast drugie to Francja. Z kolei tło większej części fabuły stanowi druga wojna światowa. Tak naprawdę książka jest dość oryginalna, jeśli chodzi o styl, w jakim Autorka ją napisała. Czytelnik na przemian poznaje poszczególne wydarzenia z perspektywy narratora trzecioosobowego i bohatera, który w danej chwili znajduje się w centrum uwagi. Gdybym miała określić tę powieść jednym słowem, to powiedziałabym, że jest to książka SMUTNA. Zawsze, kiedy tłem historycznym jest druga wojna światowa trzeba liczyć się z tym, że łatwo nie będzie, a i czasami łzy będą nam się cisnąć do oczu. Oczywiście kwestią indywidualną każdego autora jest to, z jakim natężeniem będzie o tej wojnie pisał. Jedni zrobią to pobieżnie, aby emocjonalnie oszczędzić czytelnika, zaś inni położą zbyt duży nacisk na okrucieństwo hitlerowców zadawane narodom, które były pod ich okupacją. W przypadku Amandine można powiedzieć, że ten problem jest wypośrodkowany. Z jednej strony widzimy okrucieństwo faszystów i walkę z ich polityką, zaś z drugiej Autorka pokazała, że nawet w obliczu tak wielkiego dramatu można było liczyć na dobrych ludzi, którzy reprezentowali nie tylko ruch oporu, ale także obóz wroga. To pozwala wierzyć, że wśród wyznawców Adolfa Hitlera (1889-1945) byli też oficerowie, którym ta wojna wcale się nie podobała. Oni chcieli normalnie żyć, zamiast wykonywać psychopatyczne rozkazy swojego wodza.

Wydanie anglojęzyczne
Wyd. Wheeler Publishing (2010)
W centrum uwagi znajduje się oczywiście tytułowa Amandine, wokół której budowana jest fabuła. Dziewczynka wzbudza ogromną sympatię u czytelnika. Jest bardzo mądrym dzieckiem, które naprawdę wiele rozumie, choć to wcale nie oznacza, że na równie wiele się godzi. Amandine odbywa swoją podróż nie tylko ku wolności, ale też ku poznaniu prawdy. Ona wciąż jest przekonana, że któregoś dnia spotka swoją biologiczną matkę i będzie mogła ją kochać, jak nikogo na świecie. Ta dziewczynka jest klasycznym przykładem porzuconych dzieci. Wydaje mi się, że każde dziecko, które z różnych względów wychowuje się w domu dziecka, marzy o tym, aby mieć prawdziwą rodzinę i kochających rodziców. Tak więc Amandine porusza serce czytelnika swoim zachowaniem i mądrością, której niejednokrotnie brakuje dorosłemu człowiekowi.

W powieści stykają się ze sobą dwa światy: zakonny i świecki. Który jest lepszy? Czytając książkę odnosi się wrażenie, że pomimo wojny i okrucieństwa ze strony okupanta, to jednak osoby świeckie mają w sobie dużo więcej ludzkich uczuć. Chociaż zakonnicom w większości też nie można zarzucić niczego złego, to jednak postępowanie niektórych z nich wielokrotnie wynika ze ślepego posłuszeństwa wobec siostry przełożonej, która tłumi w sobie jakieś negatywne zadawnione uczucia, a te z kolei nie pozwalają jej na to, aby być naprawdę dobrym człowiekiem. W dodatku reguła zakonna, którą się kieruje sprawia, że cierpią na tym ci, z którymi żyje pod jednym dachem. Pojawia się tam także pewien arcybiskup, o którym także nie można powiedzieć, że jest osobą o nieposzlakowanej opinii.

Czy coś zatem można zarzucić tej powieści? Może to, iż niektóre wątki powinny zostać bardziej rozbudowane. Jestem z tych czytelników, którzy nie boją się czytać o okrucieństwie drugiej wojny światowej, dlatego nieco brakowało mi drastycznych obrazów z tamtych czasów. Myślę, że gdyby Marlena de Blasi więcej miejsca poświęciła na opis tła historycznego – szczególnie tego dotyczącego Polski – wówczas mielibyśmy pełny obraz całej opowieści. Jeśli chodzi o okupację hitlerowską, to Autorka nakreśla jedynie sytuację panującą w Krakowie, lecz robi to bardzo pobieżnie. Oczami jednej z bohaterek dostrzegamy bardzo szybko przesuwające się obrazy wojennego Krakowa, ale tak naprawdę nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie tego, co czują ludzie mieszkający w tym mieście. Odniosłam wrażenie, że Marlena de Blasi bardzo szybko chciała przebrnąć przez okupowany Kraków, aby tylko wrócić do Francji. Polska potraktowana jest trochę po macoszemu. Możliwe, że moje odczucia są takie a nie inne, dlatego, iż fabuła dotyczy mojego kraju. Amerykański czy brytyjski czytelnik zapewne na tę kwestię spojrzy inaczej. Natomiast Francuz będzie zachwycony, że Autorka tak wiele miejsce poświęciła właśnie jego krajowi.

Generalnie książka jest naprawdę godna uwagi. Na okładce napisane jest, że powieść zaskakuje zakończeniem. Jest w tym odrobina prawdy, ponieważ zakończenie jest otwarte i to od nas samych zależy, w jaki sposób dalej potoczą się losy Amandine. Na wiele pytań, które zadajemy sobie podczas lektury, odpowiedzi w zakończeniu nie znajdziemy. Amandine to pierwsza powieść Marleny de Blasi, którą przeczytałam. Myślę, że na tej jednej się nie skończy. Przyznam, że w jakiś sposób Autorka zainteresowała mnie swoją twórczością i dlatego chcę poznać też inne jej książki.










2 komentarze:

  1. Ostatnio bardzo mnie ciągnie do książek historycznych. Mam ochotę na "Chłopów" lub coś od Sienkiewicza. Powyższą książkę mógłbym przeczytać, ale niespecjalnie tego pragnę. Temat wojen (jakichkolwiek) nie jest przeze mnie zbyt lubiany. Zazwyczaj są to historie, w których dzieje się dużo niedobrego, a za tym naprawdę nie przepadam. Tak więc... Póki co nie mówię jej nie, ale nie znaczy to, że po nią sięgnę. Czas pokaże :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Obawiam się trochę tej historii w tej książce, bo zwyczajnie się ją nie pasjonuję. Ale sama fabuła mnie intryguje, przypomina trochę sagę rodzinną. A okładka jest cudna :)

    Pozdrawiam, Insane z przy-goracej-herbacie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń