Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

czwartek, 10 września 2015

Maeve Binchy – „Głogowy gaj”













Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2007
Tytuł oryginału: Whithethorn Woods
Przekład: Ewa Horodyska






Ludzie od zarania dziejów w coś wierzą. Wokół obiektu swojej wiary tworzą wręcz legendy i rozmaite – czasami nawet niewiarygodne – opowieści. Niejednokrotnie z tego powodu są wyśmiewani i wyszydzani. I nie jest to nic nowego. Taką sytuację obserwujemy bowiem od wieków. Ludzie dzielą się na tych, którzy uważają samych siebie za realnie myślących i ani w głowie im podzielać zabobonne poglądy, oraz na tych, którzy w te „zabobony” uparcie wierzą i właśnie w nich poszukują pomocy w rozwiązywaniu swoich życiowych problemów. No cóż, bez względu na to kto w co wierzy bądź nie wierzy, każdemu należy się szacunek i jakiekolwiek wyśmiewanie jest co najmniej nie na miejscu. Aczkolwiek w praktyce jest zupełnie inaczej, ponieważ ludzie jakoś nie potrafią powstrzymać się od tego, aby tej drugiej stronie solidnie nie „przyłożyć”. Taka bowiem ludzka natura i raczej nic nie można zrobić, aby cokolwiek zmienić w naszym postrzeganiu odmienności.

Irlandia, podobnie jak Polska, uważana jest za kraj katolicki. W związku z tym znajduje się tam wiele miejsc poświęconych kultowi religijnemu. Od wieków Irlandia nazywana jest też „krajem świętego Patryka”, co oczywiście mówi samo za siebie. Choć z drugiej strony wydaje się, że ostatnio Irlandczycy coraz bardziej wymykają się spod ustalonych niegdyś ram i stają się bardziej liberalni i tolerancyjni wobec wszelkiego rodzaju odmienności obyczajowej, co niekoniecznie musi podobać się środowiskom katolickim. Kiedy Maeve Binchy pisała Głogowy gaj nie było jeszcze mowy o tym, że Irlandczycy są zdolni do tego, aby poprzeć w referendum małżeństwa jednopłciowe. Jeszcze dwadzieścia lat temu homoseksualizm w tym kraju zagrożony był bowiem karą więzienia. Od tamtego czasu naprawdę wiele zmieniło się w świadomości mieszkańców Zielonej Wyspy.

Przenieśmy się zatem do niewielkiego irlandzkiego miasteczka o nazwie Rossmore. To tutaj legendą obrosła pewna niezwykła studnia, zwana „studnią świętej Anny”. Miejsce to znajduje się w lesie, zaś mieszkańcy przychodzą tam, aby modlić się o cud. Wierzą bowiem, że święta Anna jest w stanie „załatwić” każdą sprawę. Samotne kobiety w swoich modlitwach proszą o dobrego męża, natomiast bezdzietne mężatki o potomstwo. Niektórzy błagają Świętą o zdrowie dla chorego dziecka albo dla kogoś bliskiego. Kim zatem była święta Anna? Zgodnie z biblijnym przekazem urodziła się w Judei, a jej rodzinny dom znajdował się w Betlejem. Jej rodzicami byli Natan i Maria, którzy wywodzili się z rodu Dawida. Anna nie wychowywała się w bogactwie, ale mimo to otrzymała od swoich rodziców staranne wychowanie, które dodatkowo zostało pogłębione przez służbę w świątyni jerozolimskiej. Swojego męża – Joachima – Anna poślubiła, kiedy miała dwadzieścia cztery lata. Joachim również pochodził z pokolenia Dawidowego. W przeciwieństwie do swojej żony, wychowywał się w znakomitej i zamożnej rodzinie zamieszkałej w Nazarecie. Jak wielu bohaterów Biblii, Joachim i Anna swoje małżeństwo traktowali jako związek święty i złączony przez samego Boga.

Święta Anna Samotrzecia
(na obrazie święta Anna z córką Maryją
i wnukiem Jezusem)
Obraz powstał w latach 1506-1513.
autor: Leonardo da Vinci (1452-1519)
Anna była wzorem i przykładem dla wszystkich małżonek. Niestety, przedłużający się brak potomstwa burzył szczęście małżonków. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez dwadzieścia lat. Trzeba pamiętać, że w kulturze żydowskiej brak dziecka uważany był za wielką hańbę oraz karę za grzechy zesłaną przez Boga. Według apokryfu pewnego dnia Anna udała się do ogrodu, aby tam rozpaczać nad swoim nieszczęściem. Wtedy podniosła oczy ku niebu i ujrzała na drzewie laurowym gniazdo wróbli. Wypowiedziała więc swoją prośbę do Boga: „Panie Boże Wszechmogący, który obdarzyłeś potomstwem wszystkie stworzenia, zwierzęta dzikie i domowe, gady, ryby, ptaki i wszystko to cieszy się ze swego potomstwa, dlaczego mnie jedną odsunąłeś od daru Twojej łaskawości? Ty wiesz, Panie, że od początku małżeństwa złożyłam ślub, iż jeśli dasz mi syna bądź córkę, ofiaruję je Tobie w Twym świętym przybytku.” Wówczas Annie ukazał się Anioł i zapowiedział narodzenie dziecka.

Anna i Joachim cieszyli się niezmiernie z tej przepowiedni. Mając czterdzieści pięć lat, kobieta urodziła córkę, a stało się to dokładnie 8 września. Zgodnie z żydowskim obyczajem, dziecku w piętnastym dniu życia nadano imię „Maria” (Maryja). Gdy dziewczynka podrosła, wówczas Anna wypełniła swoją przysięgę złożoną Bogu i wraz z mężem i córką udała się do Jerozolimy, gdzie Maria została wprowadzona do świątyni i oddana na służbę Bogu. Służąc w świątyni, Maria wzrastała w miłości i łasce Bożej. Praktycznie wychowała się w tym przybytku, pozostając tam do chwili ukończenia dwunastego roku życia. Swoje koleżanki prześcigała w pobożności, pokorze, czystości oraz znajomości prawa Bożego, jak również w każdej innej umiejętności. W czternastym roku życia Maria została poślubiona Józefowi. Według niektórych przekazów apokryficznych, krótko po tym wydarzeniu zmarł Joachim, natomiast Anna wraz z córką i zięciem mieszkała w Nazarecie, gdzie dożyła osiemdziesięciu lat. Kiedy zbliżał się jej koniec, rodzina nie odstępowała od jej łoża, zaś w chwili śmierci pożegnała się z najbliższymi i poleciła Bogu swoją duszę, a następnie zasnęła w Bogu z błogosławieństwem swojego wnuka Jezusa. Jej ciało zostało pogrzebane nieopodal zwłok Joachima w Dolinie Jozafata.

To tyle, jeśli chodzi o nakreślenie sylwetki świętej Anny. Przejdźmy teraz do samej książki. Otóż, wbrew pozorom Głogowy gaj wcale nie jest powieścią religijną. Powiedziałabym, że wręcz przeciwnie. Bohaterowie książki to ludzie, którzy nie charakteryzują się jakąś szczególną religijnością. Nawet miejscowy ksiądz – Brian Flynn – jest człowiekiem, który pomimo swojej profesji raczej nie podziela zdania tych, którzy wręcz fanatycznie wierzą w moc świętej Anny i posągu, który znajduje się w tytułowym głogowym gaju. Wydaje się, że duchowny czuje się nieco zagubiony w całej tej religijności mieszkańców Rossmore. Nie chce jednak nikogo odwodzić od własnych przekonań, ale też stara się ich nie pogłębiać. W dodatku brat Briana stoi na czele firmy, która w najbliższym czasie ma zająć się budową obwodnicy, która sprawi, że w miasteczku będzie bezpieczniej, ponieważ samochody nie będą już przez nie przejeżdżać. Według planu droga będzie przebiegać właśnie przez głogowy gaj, a co za tym idzie konieczne będzie usunięcie stamtąd studni świętej Anny i generalnie całego miejsca kultu religijnego. I tak oto dochodzi do konfliktu pomiędzy mieszkańcami miasteczka. Jedni chcą, aby wreszcie odciążyć Rossmore od samochodów, zaś inni nie wyobrażają sobie sytuacji, w której nie będą mogli już chodzić do studni świętej Anny i prosić ją o łaski. Czy w tych okolicznościach jest szansa na to, aby dojść do rozsądnego porozumienia? Czy konflikt pomiędzy mieszkańcami nie doprowadzi czasem do poważnych manifestacji?

Przyznam, że książka po opisie z okładki zapowiada się naprawdę obiecująco. Niedawno przeczytałam inną powieść Maeve Binchy – Droga do Tary – która mnie naprawdę zachwyciła. Niestety, nie do końca to samo mogę powiedzieć o Głogowym gaju. Spodziewałam się bowiem jednolitej opowieści, w której centrum znajdzie się miejsce religijnego kultu i oczywiście konflikt wywołany planami budowy obwodnicy. W wyobraźni wydziałam już te uliczne demonstracje, krzyki mieszkańców Rossmore i obronę świętej Anny za wszelką cenę. Przecież napisanie tego rodzaju fabuły aż się prosi, jeśli weźmiemy pod uwagę główny wątek powieści (?). No właśnie, i tu pojawia się pytanie: czy tę książkę można potraktować jako powieść? Z jednej strony mamy do czynienia z wątkiem, który stanowi trzon fabuły, lecz z drugiej strony czytelnik styka się ze zwykłymi opowiadaniami, których autorami są osoby w mniejszym lub większym stopniu związane z miasteczkiem Rossmore. Tak naprawdę zamieszania wokół budowy obwodnicy jest niewiele. Autorka znacznie bardziej skupiła się na problemach życiowych poszczególnych bohaterów-autorów opowiadań. Otóż, każda z tych postaci ma coś na sumieniu, natomiast opowiadania są, jakby swego rodzaju formą spowiedzi. Ci ludzie nie spowiadają się jednak księdzu, lecz samemu czytelnikowi. Natomiast ta sama historia opowiadana jest przez dwie osoby. Widzimy zatem spojrzenie na jeden problem z dwóch perspektyw. I to może być w pewnym sensie dość ciekawe.


Grota w Rossmore
Możliwe, że właśnie do takiego miejsca przychodzili bohaterowie książki,
aby prosić świętą Annę o pomoc.
fot. Richard Fensome


Wśród wspomnianych bohaterów spotykamy siostry, które przez lata ukrywały przed sobą nawzajem jakąś tajemnicę. Są też małżonkowie, którzy nie zawsze byli wobec siebie wzajemnie uczciwi. Mamy także przyjaciółki, które łączy silna więź. Czytelnik spotyka również osoby zupełnie sobie obce, ale wystarczy jeden z pozoru mało znaczący incydent, aby połączyła je pewna więź. Ci ludzie opowiadają o swoich grzechach, sekretach, miłości, rywalizacji, zawiści, zazdrości i wielu innych typowo ludzkich sprawach, które dotknęły ich gdzieś po drodze. Nie ma jednak w tym wszystkim choćby odrobiny dynamizmu. Może jedno opowiadanie zasługiwałoby tutaj na szersze omówienie. Chodzi bowiem o młodą kobietę, która pod wpływem zazdrości o mężczyznę, którego kochała nad życie, posunęła się do czynów zagrożonych sankcją. Chęć bycia z ukochanym mężczyzną była silniejsza, aniżeli strach przed więzieniem. Możliwie, że ta kobieta w ogóle nie zdawała sobie sprawy z powagi swojego czynu. Zapewne wydawało jej się się, że jej plan jest tak misternie przygotowany, iż nie ma choćby najmniejszych szans, aby sprawa kiedyś wyszła na jaw. Okazało się natomiast zupełnie inaczej i kobieta w konsekwencji trafiła za kratki.

Wśród tych postaci jest też kobieta, która rozpaczliwie pragnęła mieć dziecko, ale niestety macierzyństwo raczej nie było jej sądzone. W związku z tym pewnego dnia postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce, a właściwie polecić je świętej Annie i po prostu działać. To, czego się ostatecznie dopuściła jest również traktowane jako czyn podlegający karze, lecz w przeciwieństwie do bohaterki opisanej powyżej, ona miała znacznie więcej szczęścia i dopiero kiedy była już umierająca sprawa wyszła na światło dzienne.

Okładka pierwszego wydania powieści.
Wydawnictwo ORION (1996)
Kiedy tak analizuję wszystkie te opowiadania, to wydaje mi się, że celem Maeve Binchy było pokazanie jak bardzo fanatyzm religijny niektórych ludzi może być niebezpieczny. Otóż, prędzej czy później bohaterowie książki trafiali do studni świętej Anny, gdzie modlili się o pomoc. To, czy święta Anna faktycznie ich wysłuchiwała jest już sprawą dyskusyjną. Faktem jest jednak to, że po jakimś czasie oni wszyscy odbierali swego rodzaju życiowe znaki jako te zesłane przez Świętą. Czasami były to sytuacje zagrożone sądowymi wyrokami, lecz ci bohaterowie wcale nie odbierali tego w ten sposób. Oni po prostu uparcie wierzyli, że nawet zły czyn, który w rezultacie prowadził ich do upragnionego celu, był podyktowany pomocą świętej Anny.

Wydaje mi się zatem, że tylko na pierwszy rzut oka książka Maeve Binchy rozczarowuje. Te wszystkie historie opisane na tle konfliktu o budowę obwodnicy mają chyba nieco głębsze, moralne znaczenie. Pomimo że spodziewałam się po tej historii czegoś zupełnie innego, to jednak kiedy bliżej przyglądam się każdemu z tych opowiadań, dostrzegam, że jest w nich pewien sens. One pokazują czytelnikowi czym tak naprawdę może stać się dla nas błędne odbieranie pewnych życiowych znaków tudzież fanatyczne pojmowanie kwestii religijnych. W dodatku każdą z tych historii charakteryzują specyficzne i nie zawsze łatwe relacje międzyludzkie. Są to więzi łączące członków tej samej rodziny albo też ludzi zupełnie sobie obcych.

Nie będę nikogo ani zachęcać do tej książki, ani też jej odradzać. Doskonale zdaję sobie również sprawę, że już sama postać świętej Anny może na niektóre osoby działać drażniąco i nasuwać skojarzenia, które mogą być w rzeczywistości błędne, bo – jak już napisałam – nie jest to książka stricte religijna. Sama wciąż mam wobec tej pozycji mieszane uczucia. Na pewno książkę czyta się szybko, jak to zazwyczaj bywa z powieściami obyczajowymi. Myślę, że twórczość Maeve Binchy nadal pozostanie w kręgu moich zainteresowań, ponieważ wydaje mi się, że inne jej powieści są na miarę Drogi do Tary. Obym się nie rozczarowała!







6 komentarzy:

  1. Czytałam. Mama mi poleciła z biblioteki i się nie zawiodłam... ale Twój tekst dopiero przypomniał mi o co chodziło ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że ja też miałam z biblioteki i też Mama wypożyczyła, podobnie jak "Drogę do Tary". I tak, jak napisałam, z jednej strony spodziewałam się czegoś innego, ale z drugiej było trochę zaskoczenia, bo nie sądziłam, że to będą opowiadania na tle wspólnego wątku. Bardzo to pomysłowe, nie powiem. Te opowiadania dają też trochę do myślenia i zastanowienia się nad życiem. :-)

      Usuń
  2. Kurczę, mam wrażenie, że jednak bardziej zadowoliłyby mnie te demonstracje :) Nie za bardzo przepadam za opowiadaniami, wolę dłuższe, bardziej złożone historie. Ale prozę Maeve Binchy troszkę znam, czytałam dawno dawno temu "Echa". Pewnie niejedna osoba nazwie jej książki czytadłami, ale ja lubię. Taka sympatyczna była :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Autorka poszła tutaj troszeczkę inną drogą. Zresztą, w Irlandii nie wiem, czy takie demonstracje wchodziłyby w grę. To nie Polska. Tam nawet duchowni mają więcej pokory niż u nas. Słuchałam kiedyś ich wypowiedzi przy okazji referendum, o którym wspomniałam w tekście, i powiem Ci, że byłam zaskoczona. Liczę na to, że inne powieści M. Binchy są lepsze, zważywszy że czytałam "Drogę do Tary", która jest bardzo dobra. :-)

      Usuń
  3. A mnie jakoś nie przekonuje, pomimo Twoich dobrych słów. Może ta obecność religii mnie odstrasza? Nie wiem, na razie podziękuję.

    Insane z przy-goracej-herbacie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, chyba nie czytałaś dokładnie mojego tekstu. Napisałam nawet dwukrotnie, że to nie jest powieść religijna wbrew pozorom. Święta Anna jest tu tylko symbolem pewnego kultu, a cała reszta idzie swoim własnym torem i niewiele ma wspólnego z religią.

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.