Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

środa, 17 czerwca 2015

Katherine John – „Bursztynowy rycerz”













Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2010
Tytuł oryginału: Amber Knight
Przekład: Ewa Mikina





Podczas drugiej wojny światowej jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic III Rzeszy był kompleks bunkrów znajdujących się w okolicach Kętrzyna. To właśnie tam naziści podejmowali decyzje, które były brzemienne w skutkach dla całej ówczesnej Europy. Adolf Hitler (1889-1945) miał do dyspozycji kilka głównych kwater, które rozmieszczone były na terenie całej okupowanej Europy. Jedną z nich był Wilczy Szaniec znajdujący się z dala od dużych miast i szlaków komunikacyjnych. Na tego typu kwatery zazwyczaj wybierano obszary niedostępne i rzadko uczęszczane, leżące wewnątrz sporych rozmiarów leśnych kompleksów, które otoczone były jeziorami i bagnami. Tego rodzaju obiektów praktycznie nie można było namierzyć, natomiast dostęp do nich drogą lądową był wręcz niemożliwy. Okolice Kętrzyna hitlerowcy wybrali na główną kwaterę swojego przywódcy, dlatego że tereny te znajdowały się w pobliżu granicy ze Związkiem Sowieckim, a przecież Niemcy szykowali się do ataku na ZSRR, mając już nawet gotowy plan opatrzony kryptonimem „Barbarossa”. Dodatkowo wybrany teren porośnięty był gęstymi lasami i otoczony licznymi wodnymi akwenami. Nie bez znaczenia był też fakt, że bliższe i dalsze otoczenie Wilczego Szańca było doskonale ufortyfikowane. Prusy Wschodnie posiadały bowiem szereg twierdz, takich jak Toruń, Piława, Giżycko czy Kłajpeda. Były tam także rejony umocnione przeciwpancernymi okopami, zaporami przeciwczołgowymi oraz zasiekami z drutu kolczastego. Co więcej, okolice Gierłoży były rejonem odludnym i położonym z dala od dróg komunikacyjnych. Porośnięte były również starym lasem przypominającym trochę puszczę, który doskonale spełniał funkcję kamuflującą. Dodatkowo Wielkie Jeziora Mazurskie stanowiły od wschodu znakomitą naturalną zaporę dla lądowych wojsk wroga.

Pod koniec wojny Wilczy Szaniec zasłynął przede wszystkim z chybionego zamachu na Adolfa Hitlera. Był to czwartek 20 lipca 1944 roku. W tym dniu do Wilczego Szańca prosto z Berlina przybył pułkownik Claus von Stauffenberg (1907-1944). Celem jego przybycia był udział w tajnej naradzie sztabowej, która miała dotyczyć sytuacji na froncie wschodnim. Pomimo praktycznie idealnego systemu kontroli, udało mu się wnieść do pomieszczenia, w którym miała odbyć się rzeczona narada, teczkę z ładunkiem wybuchowym wyposażonym w zapalnik czasowy. I tak oto o godzinie 12:42 dokładnie w tym miejscu rozległ się potężny wybuch. Była to bomba wniesiona przez pułkownika, która miała pozbawić życia przywódcę III Rzeszy. Pomimo ogromnej siły eksplozji, Hitler nie odniósł żadnych poważniejszych ran, o czym może świadczyć fakt, że jeszcze w tym samym dniu spotkał się w Wilczym Szańcu z przywódcą włoskich nazistów – Benito Mussolinim (1883-1945). Z kolei Claus von Stauffenberg został nazajutrz aresztowany i rozstrzelany, natomiast jego ciężarną żonę przewieziono do obozu koncentracyjnego, zaś dzieci trafiły do sierocińców. 


Barak narad sytuacyjnych w Wilczym Szańcu zniszczony podczas zamachu
na Adolfa Hitlera w 1944 roku. 


Wiadomo, że naziści ze swoim przywódcą na czele uwielbiali wszelkiego rodzaju dzieła sztuki, na przykład te wykonane z bursztynu. Chyba nie ma na świecie człowieka, który nie wiedziałby, że to właśnie z nazistami wiąże się tajemnica Bursztynowej Komnaty, której nikt do tej pory nie odnalazł, choć wciąż ponawiane są próby poszukiwawcze. Nie wiadomo tak naprawdę, gdzie Niemcy ją ukryli, uciekając przez Sowietami. Ta tajemnica bardzo często staje się przewodnim tematem wielu książek, szczególnie kryminałów i thrillerów. Niektórzy historycy twierdzą nawet, że z powodu Bursztynowej Komnaty nadal giną ludzie, którzy za wszelką cenę usiłują ją odnaleźć. A może największy skarb Hitlera ukryty jest w Polsce, na przykład w Wilczym Szańcu? Kto wie?

Na pewno niektórzy z czytających ten wpis zastanawiają się, dlaczego już na samym początku wspominam właśnie o Wilczym Szańcu? Otóż dlatego, że jest to jedno z miejsc, w którym dzieje się akcja powieści Bursztynowy rycerz. Autorką książki tak naprawdę jest Catrin Collier znana z takich powieści jak: Córka Magdy, Ostatnie lato, Amerykańskie lato czy Carski smok. Katherine John to jej pseudonim literacki, pod którym napisała kilka innych powieści, między innymi właśnie Bursztynowego rycerza, którego akcja – podobnie jak Córki Magdy – rozgrywa się w Polsce.

Największy obiekt kwatery
w Wilczym Szańcu.
fot. Przemysław Idzkiewicz
Fabuła powieści oparta jest na pewnej legendzie o średniowiecznym rycerzu, który był tak szlachetny, że aż po śmierci jego zwłoki zalano bursztynem. To swoiste dzieło sztuki jakimś cudem trafiło po wiekach w ręce nazistów i obok Bursztynowej Komnaty stało się kolejnym niezwykle wartościowym nabytkiem Hitlera. Problem w tym, że taka legenda chyba w ogóle nie istnieje. Tak przynajmniej wynika ze słów samej Autorki, która tak naprawdę sama sobie zaprzecza. Z jednej strony twierdzi, że legendę wymyśliła od początku do końca, zaś z drugiej uważa, że legenda o rycerzu zalanym bursztynem jest bardzo dobrze znana w krajach bałtyckich, a także w Polsce. Znacie tę legendę? Słyszeliście kiedykolwiek o szlachetnym Krzyżaku, którego zwłoki utopiono w bursztynie? Przyznam, że ja nigdy o czymś takim nie słyszałam, ale to wcale nie oznacza, że mit nie istnieje. Ponieważ jestem z tych dociekliwych, poczyniłam pewne starania, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o tym rzekomym dziele sztuki i jego historii. Uznałam, że skoro – zdaniem Autorki – legenda jest u nas tak dobrze znana, to przecież gdzieś musi pojawiać się jakiś zapis na jej temat. Niestety, nic takiego nie znalazłam. Owszem postać Hermanna von Balka (?-1239) jest w Polsce znana, ale nie wiąże się z nim żaden zatopiony w bursztynie rycerz. Kim zatem był Hermann von Balk? Otóż był on mistrzem krajowym zakonu krzyżackiego w Prusach, który założył Chełmno i Toruń. Zwalczał również plemiona pruskie, a w 1231 roku dowodził pierwszą wyprawą krzyżacką. To właśnie w jego oddziałach miał walczyć legendarny „bursztynowy rycerz”.  

Skupmy się jednak na fabule książki. W Stanach Zjednoczonych funkcjonuje Instytut Salena, który zajmuje się dziełami sztuki. Pewnego dnia Amerykanie postanawiają otworzyć jego filię w Polsce, a dokładnie w Gdańsku. W tym celu do naszego kraju przyjeżdża wnuk właściciela instytutu – Adam Salen, który zostaje dyrektorem placówki. Adamowi żyje się tutaj całkiem dobrze. Wydaje się, że to taki typowy Amerykanin z lekkim podejściem do życia i specyficznym poczuciem humoru. Kobiety za nim przepadają, choć gdzieś w tle majaczy jego piękna żona. Niemniej ani Adamowi, ani też jego partnerkom do łóżka wcale to nie przeszkadza. Mężczyzna, jak na bogacza, żyje sobie całkiem skromnie, bo to przecież Polska, więc inaczej raczej nie da się tutaj żyć. Choć z drugiej strony akurat ten bohater wzbudza w czytelniku sympatię, ponieważ nie wywyższa się ponad innych, a swoich polskich przyjaciół i znajomych traktuje z szacunkiem.

Pewnego dnia Adam Salen otrzymuje zdjęcie, na którym widać legendarnego bursztynowego rycerza, który w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął w 1945 roku. Niestety, odzyskanie tego wartościowego dzieła sztuki będzie sporo kosztować, bo aż pięćdziesiąt milionów dolarów, co nawet dla Adama nie jest małą sumą. Problem w tym, że bursztynowy rycerz może nie być autentyczny, do czego próbuje przekonać Adama jego asystentka – Magdalena Kaszuba. Jak gdyby tego było mało, niemalże w tym samym czasie w sopockim Grand Hotelu niemalże na oczach Adama dochodzi o brutalnego zabójstwa, w które może być zamieszany mąż jego asystentki. A zatem chcąc nie chcąc nasz Amerykanin również w jakiś sposób tkwi w tej sprawie.

Fragment kopii Bursztynowej Komnaty
w Carskim Siole.
fot. Georg Dembowski
Relacje Adama Salena z polską policją są dość luźne. Józef Dalecki, który zostaje wezwany na miejsce zbrodni dokonanej w hotelowym kasynie już od progu wścieka się na Adama, który – jego zdaniem – tylko niepotrzebnie narobił szumu i w środku nocy każe mu zajmować się jakimś tam morderstwem. Przecież każdy porządny polski obywatel, potykając się o leżącego trupa, poszedłby dalej, uznając delikwenta za zwyczajnego pijaka, a taki Amerykanin od razu postawił na równe nogi całą policję. No jak tak można w ogóle! Ale skoro zgłoszenie zostało przyjęte, to trzeba się nim zająć, prawda?

Wróćmy jednak do naszego bursztynowego rycerza. Adam nie ukrywa, że otrzymana oferta bardzo go kusi. Już wyobraża sobie te nagłówki w prasie wieszczące o odnalezieniu nazistowskiego skarbu. Niemniej Magdalena Kaszuba jest znacznie mniej optymistycznie nastawiona do tej sprawy i próbuje ostudzić emocje swojego szefa. W końcu jednak dochodzi do tego, że obydwoje rozpoczynają śledztwo na własną rękę, choć w porozumieniu z Józefem Daleckim. Nie będę już dalej opowiadać o fabule, bo po pierwsze nie jest ona zbyt ciekawa i łatwo przewidzieć, co będzie dalej, a po drugie cała książka jest tak bardzo nafaszerowana wszelkiej maści bzdurami dotyczącymi naszego kraju, że jej czytanie wymaga naprawdę wiele cierpliwości. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek tak bardzo zdenerwowała się przy czytaniu jakieś powieści. Głupoty, jakie wypisuje Catrin Collier ukryta pod pseudonimem Katherine John, są po prostu niewyobrażalne.

Bursztynowy rycerz został napisany w 2006 roku, natomiast wydany rok później. Wtedy Polska należała już do struktur NATO, a od 2004 roku była także członkiem Unii Europejskiej. I co chyba najważniejsze, od wielu lat nie była już krajem komunistycznym, o czym Catrin Collier zdaje się zapominać, kreując polską rzeczywistość w taki sposób, jakby nasz kraj wciąż znajdował się za żelazną kurtyną. Generalnie jesteśmy narodem biednym i zacofanym, żyjącym z głodowych pensji, rent i emerytur. Jeśli chodzi o nasze zarobki, to faktycznie można byłoby się zgodzić, bo przecież wciąż narzekamy, że zarabiamy mało i na nic nam nie wystarcza. Niestety, to polskie ciągłe narzekanie znajduje swoje odzwierciedlenie w tym, że na Zachodzie widzą nas tak, jak Autorka tej książki. A więc przestańmy stale narzekać, że jest nam w Polsce źle i wyzbądźmy się naszej narodowej cechy, którą jest właśnie bezustanna zrzędliwość! Wszak my zrzędzimy nawet wtedy, kiedy jest nam całkiem dobrze! Czasami warto zrobić dobrą minę do złej gry, żeby uniknąć takiego ośmieszenia, jakie reprezentuje fabuła Bursztynowego rycerza.

Kryminalna intryga tej powieści jest tak banalna, że aż śmieszna. Na kartach książki polska policja nie dysponuje antyterrorystami, którzy powinni zostać wysłani na akcję opisaną w powieści. O nie! Tam jadą przedstawiciele rosyjskiej mafii, którzy współpracują z polską policją. Idąc dalej tym tropem, nie mogłam zrozumieć, kto z kim walczy w tej książce. W ostatecznym rozrachunku wyszło mi, że to rosyjska mafia walczy sama ze sobą. Są więc dobrzy i źli gangsterzy, którzy próbują wyeliminować wewnętrzną konkurencję, a w tym wszystkim siedzi nasz biedny Amerykanin, o którego wcale nie upominają się służby specjalne USA. Czy tak byłoby w rzeczywistości? Wątpię.

Wyd. Accent Press (UK) 2007

Catrin Collier uważa też, że w 2006 roku nie było nas stać na to, aby kupić własnemu dziecku komputer. O ile dobrze pamiętam, to wówczas w Polsce komputery były już towarem ogólnie dostępnym, a w niektórych gospodarstwach domowych było ich nawet kilka. Mieliśmy też Internet!!! Ludzie używali zarówno komputerów stacjonarnych, jak i laptopów. Niestety, w Bursztynowym rycerzu to nasz bogaty „wujek” z Ameryki musi wspomagać „zabiedzone” polskie dzieci i udostępniać im własny komputer, z którego korzysta w biurze. Autorka uważa też, że w 2006 roku urządzaliśmy mieszkania w taki sposób, w jaki robili to Amerykanie pięćdziesiąt lat temu! Naprawdę?! Ale to jeszcze nie wszystko. Otóż polskie kobiety będące w żałobie noszą na głowach czarne welony!

Cóż, takich bzdur znajdziecie w tej powieści całkiem sporo. Catrin Collier ten sam błąd popełniła w przypadku powieści Córka Magdy. Tam część akcji rozgrywa się również w Polsce, lecz nie współcześnie, tylko w latach 60. XX wieku, czyli w okresie głębokiego komunizmu. Pamiętam, że w przypadku tamtej książki polski wydawca zwrócił uwagę na przekłamania i dopisał stosowną adnotację. Tutaj nie znajdziemy niestety żadnej informacji o błędach merytorycznych. Powieść jest reklamowana, jako intrygująca historia z doskonale skonstruowaną fabułą i generalnie jako „mocna książka”. Oczywiście są to słowa zaczerpnięte z Sunday Times, i dziwię się polskiemu wydawcy, że nie zareagował na te głupoty, którymi raczy nas Catrin Collier vel Katherine John. Według mnie to nie przypadek, że jej książki z akcją osadzoną w Polsce są nafaszerowane takimi bzdurami. Nie chcę tutaj snuć jakichś teorii spiskowych, ale mimo wszystko uważam, że jest to cios wymierzony w Polaków, zważywszy że te powieści są tłumaczone też na inne języki, więc siłą rzeczy będziemy postrzegani za granicą właśnie w taki sposób, jak widzi nas Autorka. Dodam tylko, że Catrin Collier jest córką Niemki wysiedlonej z Prus Wschodnich. Możliwe że ten fakt ma coś wspólnego ze sposobem kreacji polskiego społeczeństwa.

Generalnie książka napisana jest bardzo chaotycznie. Wątki są gubione, a zakończenie jest tak śmieszne, że aż żałosne. Nie pamiętam, żeby zdarzyło mi się na blogu odradzać sięgnięcie po jakąkolwiek książkę. Zawsze staram się odnaleźć w każdej powieści jej pozytywne strony. Gdybym nawet bardzo chciała takie strony odnaleźć w omawianej książce, to niestety nie da się tego zrobić. Autorka zmarnowała naprawdę interesujący temat. Nieważne, że już wielu przed nią – i zapewne po niej – sięgnęło po zagadkę bursztynowego skarbu Hitlera. To zagadnienie zawsze budzi ciekawość, tylko trzeba wiedzieć, w jaki sposób tę ciekawość wzbudzić u czytelnika. Catrin Collier zupełnie się to nie udało. I choć główny bohater – Adam Salen – jest całkiem fajnym gościem, to i tak jest to stanowczo zbyt mało, aby książkę uznać za dobrą.

W tym przypadku odradzam lekturę Bursztynowego rycerza, a w zamian polecam doskonały thriller Steve’a Berry’ego zatytułowany Bursztynowa Komnata. Jest to książka również oparta na tajemnicy zaginionego hitlerowskiego skarbu z czasów drugiej wojny światowej z tą różnicą jednak, że nie można jej zarzucić niczego złego. Powieść wciąga już od pierwszej strony i trzyma w napięciu aż do ostatniego zdania.





6 komentarzy:

  1. A zapowiadał się taka ciekawa lektura, obawiam się jednak, że o=przy każdej bzdurze rzucałabym książką w ścianę. To mnie jako Polkę bardzo wkurza, że przedstawia się nas tak fałszywie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma co ukrywać, że w niektórych przypadkach jesteśmy sami sobie winni. Nasze cechy narodowe - jak właśnie to wieczne narzekanie na wszystko - sprawia, że na Zachodzie widzą nas jako ponuraków. Narzekamy na ciągły brak pieniędzy i masowo wyjeżdżamy za chlebem, a skoro tak, to musimy być biedni. Pojedziemy na wycieczkę, to się upijemy i narobimy rabanu. Takich sytuacji już trochę było z naszym udziałem, więc nie do końca jesteśmy przedstawiani fałszywie. Fałszywe jest natomiast to, że wciąż kojarzy się nas z komunizmem i Rosją.

      Usuń
  2. W takim razie pierwszy raz musze napisać, że po tę książkę nie sięgnę. A Bursztynową Komnatę czytałam i również mogę polecić:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sam pomysł na fabułę nie jest zły, bo wielu pisarzy opiera się na legendach, ale w tym wypadku wykonanie fatalne. Nie dość, że Polacy przedstawieni w bardzo złym świetle, to jeszcze mnóstwo błędów merytorycznych. Sięgnęłam po tę książkę, bo generalnie lubię Catrin Collier, i wybaczyłam jej "Córkę Magdy", którą w odniesieniu do Polski też zawaliła. Potem czytałam trzy inne jej książki i naprawdę mi się podobały. Ale to, co zrobiła w "Bursztynowym rycerzu" przekracza wszelkie granice. Natomiast jeśli chodzi o Steve'a Berry'ego to chciałabym przeczytać też inne jego książki, bo on fabułę opiera na wydarzeniach historycznych, a jak pokazuje "Bursztynowa Komnata, robi to świetnie. :-)

      Usuń
  3. Szkoda, że książka nie do końca udana ;/ Ale chciałabym wybrać się jeszcze kiedyś do Wilczego Szańca, byłam tam 6 lat temu, ale chętnie odświeżyłabym pamięć tamtych miejsc :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nigdy nie byłam w Wilczym Szańcu. Będę musiała pomyśleć o takiej wycieczce, bo druga wojna światowa bardzo mnie inetersuje. :-)

      Usuń