Wydawnictwo: WYDAWNICTWO OTWARTE
Kraków 2013
Cierpienie wymaga
więcej odwagi niż śmierć.
Napoleon
Bonaparte
Każdy z nas posiada jakieś swoje ukryte marzenie dotyczące
zarówno życia osobistego, jak i zawodowego. Aby nasze marzenia mogły się
spełnić, trzeba uparcie dążyć do ich realizacji. Zazwyczaj myślimy sobie, że
gdy już osiągniemy to, o czym tak mocno marzymy i co spędza nam sen z powiek,
wówczas staniemy się najszczęśliwszymi ludźmi na świecie i praktycznie już
niczego nie będzie nam potrzeba, bo przecież zdobędziemy to, czego pragnęliśmy
przez bardzo długi czas. No chyba że ktoś jest nienasycony i wciąż będzie
uganiał się za czymś nowym i wyznaczał sobie kolejne cele. W takim przypadku
jedno spełnione marzenie to stanowczo za mało. Ale z drugiej strony należałoby
zastanowić się nad tym, czy każde spełnione marzenie zawsze przynosi nam
szczęście? A może to tylko człowiek tak je sobie wyobraża? Ileż to razy ludzie
mówili, że w chwili, gdy osiągnęli życiowy sukces w tej czy innej dziedzinie,
nagle dochodzili do przekonania, że tak naprawdę nie o to im chodziło. Spełnione marzenie i tak długo wyczekiwane osiągnięcie zamierzonego
celu sprawiły, że poczuli się jeszcze bardziej nieszczęśliwi, niż zanim to się
stało. Dlaczego? Ponieważ człowiek generalnie jest istotą omylną i to, co
nazywa „szczęściem” w istocie wcale może nim nie być. Natomiast niejednokrotnie to
sam los decyduje, co będzie dla nas dobre, a co złe. Buntujemy się przeciwko
takiemu rozwiązaniu, lecz po latach stwierdzamy, że faktycznie ta czy inna
sytuacja wyszła nam tylko na dobre i pozwoliła uniknąć tragedii.
Czasami zdarza się jednak tak, że dążymy do czegoś na siłę i
nie zdajemy sobie sprawy, że w ten sposób wyrządzamy krzywdę nie tylko samemu
sobie, ale także innym, jeżeli oczywiście nasze niespełnione marzenia nie
dotyczą jedynie naszej osoby. I tu pojawia się niezdrowy egoizm, który niszczy.
Taka sytuacja bardzo często występuje w chwili, gdy nasze marzenia odnoszą się
do miłości, do której tak naprawdę nikogo nie można zmusić. Uczucie musi
przyjść samoczynnie, a jeśli nie jest odwzajemnione, wówczas pojawia się ból.
Wiele osób – szczególnie bardzo młodych – uważa, że nieodwzajemniona miłość to
swoisty koniec świata i jedynym wyjściem będzie już tylko śmierć jednej bądź
drugiej strony. Ileż to razy media podawały, że ktoś na skutek miłosnych
rozczarowań lub zazdrości pozbawił życia albo samego siebie, albo osobę, którą
rzekomo kochał. Bywa też, że w wyniku emocjonalnego szantażu osoba, która nie
odwzajemnia naszych uczuć, godzi się na dzielenie z nami życia, choć tak
naprawdę czuje się przy nas bardzo nieszczęśliwa i osaczona. Prędzej czy
później taki związek i tak się rozpadnie i zostaną już tylko zgliszcza, z
których nie da się niczego odbudować. Czy zatem usilne dążenie do spełniania
własnych marzeń zawsze wychodzi ludziom na dobre?
Zofia Borucka, którą można uznać za główną bohaterkę Wiosny
w Różanach i którą czytelnik poznał już w Drodze do Różan chyba nie
zdaje sobie do końca sprawy z tego, na ile może sobie pozwolić w kwestii uczuć
do Krzysztofa Doliwy. Owszem, obydwoje znają się od lat, wiele razem przeżyli,
ale czy ten fakt upoważnia Zosię do wywierania presji na Krzyśku tylko dlatego,
że go bardzo kocha? Ktoś mógłby powiedzieć, że Zośka zwyczajnie sięgnęła po
typowy dla niektórych zakochanych kobiet chwyt i po prostu zaszła w ciążę z
wybrankiem swojego serca, tym sposobem przywiązując go do siebie na całe życie.
Możliwe że tak właśnie było, choć Zośka wcale się do tego nie przyznaje, a
Krzysiek próbuje zachowywać się jak odpowiedzialny i dorosły facet, biorąc
problem na klatę i starając się jak najlepiej przystosować do nowej życiowej
roli. Nieważne, że sytuacja jest dla niego niekomfortowa. Przecież tak naprawdę
nigdy nie myślał o małżeństwie z Zosią. Gdyby tak było, już dawno by się z nią
ożenił, zamiast na lata wiązać się z inną kobietą. To panna Borucka wciąż
uparcie dążyła do małżeństwa, wyobrażając sobie Bóg wie co, nie bacząc na
sygnały, jakie Krzysztof jej wysyłał od lat.
Tak wyobrażam sobie ogród Zosi Boruckiej w Różanach. |
Z drugiej strony jednak kawaler Doliwa też nie jest bez winy.
Można pomyśleć, że to taki trochę pies ogrodnika, który sam nie chce, ale
drugiemu też nie da. Kiedy na horyzoncie pojawia się po uszy zakochany w Zosi
Eryk Hassel, Krzysztof czuje zazdrość i robi naprawdę wiele, aby Zosia była z
nim. Natomiast w chwili, gdy Niemiec znika z pola widzenia, Doliwa zwyczajnie
odtrąca Zosię. Przypomina to nieco zabawę w kotka i myszkę.
Inna kobieta będąc na miejscu Zofii Boruckiej dawno
podziękowałaby Krzysztofowi Doliwie za współpracę i swoje zainteresowanie
zwróciłaby tam, gdzie byłaby naprawdę kochana. Aczkolwiek teraz jest już chyba
na to stanowczo za późno, ponieważ za kilka miesięcy na świat ma przyjść
potomek Zosi i Krzysztofa, a przecież dobrze, żeby dziecko miało obojga
rodziców, prawda? Oczywiście niemal wszyscy wokół okazują radość, zaś przyszły
ojciec zachowuje się tak, jak oczekuje od niego otoczenie. Dodatkowo wszelkie
straty moralne wynagradza materialnymi. Wygląda na to, że Zosia godzi się na
takie rozwiązanie, lecz z drugiej strony praktycznie nie ma innego wyjścia,
skoro chce nadal być z Krzysztofem. Wtem któregoś dnia świat Zofii Boruckiej
nie tylko drży w posadach, ale wręcz z hukiem wali jej się na głowę. Wraz ze
śmiercią ukochanej niani – Zuzanny Hulewicz – młoda kobieta traci wszystko, co
kocha i bez czego nie wyobraża sobie życia. Czy od tej chwili będzie musiała
radzić sobie ze wszystkim sama? Jaką rolę w jej życiu odegrają przyjaciele –
Marianna Milejko Hartman i Eryk Hassel? Czy Borucka będzie mogła na nich
liczyć? A może na jej drodze stanie ktoś zupełnie nowy, kto sprawi, że świat
Zofii znów nabierze barw? Jak zachowa się ukochany Krzysztof w obliczu
tragedii? Czy sprosta tej trudnej sytuacji? A może życie zwyczajnie go
przerośnie i mężczyzna ucieknie, gdzie pieprz rośnie? Wreszcie, co stanie się z
malowniczymi Różanami – miejscem, bez którego Zosia jeszcze nie tak dawno nie
wyobrażała sobie życia? Czy uda jej się tam wrócić i zacząć wszystko od
początku?
Wydanie z 2012 roku. |
Sporo tych pytań, lecz na chwilę obecną trudno odnaleźć na nie
odpowiedzi. Teraz Zosia marzy jedynie o tym, aby wszyscy zostawili ją w
spokoju, albowiem pragnie cierpieć w samotności, zamykając się w swoim krakowskim
mieszkaniu. Od tego momentu jedynym jest towarzyszem jest niewypowiedziany ból
i to jemu kobieta chce poświęcić jak najwięcej uwagi. Nie dopuszcza do siebie
nawet najbliższej przyjaciółki, która przecież nie chce dla niej źle. Marianna
Milejko robi, co tylko jest w jej mocy, aby wyrwać Zosię z piekła, które
zgotowało jej życie. Czy jej się to uda? Czy bycie psychologiem i znawczynią
ludzkich dusz wystarczy, aby pomóc Zosi? A może to dziennik niani i wręcz
cudowne odnalezienie dziadka staną się tym, czego panna Borucka będzie teraz
potrzebować?
Po przeczytaniu Drogi do Różan byłam przekonana, że
prędzej czy później sięgnę po kolejny tom tej serii. Klimatyczny Kraków i pachnące
kwiatami Różany sprawiły, że historia Zofii Boruckiej i jej bliskich naprawdę mnie
zainteresowała. W dodatku jest to literatura lekka, która bardzo dobrze
odpręża. To taka trochę bajka, gdzie po złym zawsze przychodzi dobre, choć z
drugiej strony trudno jest jednoznacznie stwierdzić, czy faktycznie Wiosna w
Różanach posiada pozytywne zakończenie. Bogna Ziembicka tak umiejętnie
pokierowała fabułą, że pozostawia czytelnikowi zakończenie, które nie jest do
końca wyjaśnione. Zakończenie, które z jednej strony przeraża, lecz z drugiej
pozwala wierzyć w to, że prawdziwa miłość naprawdę istnieje, tylko trzeba
najpierw przejść wiele życiowych zakrętów, aby w końcu ją odnaleźć i zrozumieć.
Wiosna w Różanach to przede wszystkim powieść o
przyjaźni i o tym, że bez względu na to, jak bardzo dana osoba odsuwa się od
ludzi i pogrąża w swojej rozpaczy, nie wolno pozostawić jej samej sobie.
Morałem wypływającym z tej historii jest także to, iż los potrafi bez
ostrzeżenia zabrać nam coś najcenniejszego, aby za jakiś czas wynagrodzić nam
tę stratę z nawiązką. Kiedy wydaje nam się, że nic dobrego nas już nie spotka,
wówczas los szykuje nam niespodziankę, która wywoła u nas uśmiech na twarzy, a
nasze życie wypełni radością i szczęściem.
Wiosna w Różanach to również powieść o poszukiwaniu
samej siebie i odkrywaniu na nowo własnej tożsamości emocjonalnej. Kiedy
pisałam o poprzednim tomie, wówczas zaznaczyłam, że Zosia Borucka to bohaterka,
która tak naprawdę sama nie wie, czego chce. Niektórych czytelników taka
niezdecydowana i trochę ślamazarna postać może mocno zirytować. Na kartach Wiosny
w Różanach jest całkiem podobnie, choć na tym etapie nasza bohaterka ma już
nieco sprecyzowane plany na przyszłość. Niemniej wciąż szuka i testuje,
szczególnie jeśli chodzi o mężczyzn w jej życiu. Widać, że za nic nie chce
spędzać życia w samotności, ale też nie widzi realnej drogi ku prawdziwemu i
szczeremu uczuciu.
W drugim tomie pojawia się również kilka nowych postaci i za
ich pośrednictwem czytelnik trafia do dalekiej Dalmacji. Z kolei wprowadzenie
przez Autorkę do fabuły dziennika Zuzanny Hulewicz sprawia, że cofamy się w
lata komunizmu w Polsce. Ta różnorodność powoduje, że książka staje się jeszcze
ciekawsza. Powyżej wspomniałam, że Zofię Borucką może uznać za główną bohaterkę
Wiosny w Różanach. Dlaczego? Ponieważ fabuła drugiej części sprawia
wrażenie, jak gdyby na pierwszy plan wysuwała się nie Zosia, lecz jej przyjaciółka
Marianna. Wydaje się, że tym razem Bogna Ziembicka uznała, że to życie Marianny
będzie ważniejsze i ciekawsze, pomimo tragedii, które dotykają Zosię. Tak więc
zdecydowanie to postać Marianny Milejko jest tutaj szerzej rozbudowana.
Myślę, że każdy, kto przeczytał pierwszy tom, powinien sięgnąć
również po drugi, ponieważ znajdzie w nim rozwiązanie wątków, które zostały
zawieszone w Drodze do Różan. Natomiast pozostałych czytelników zachęcam
do przeczytania Drogi do Różan, żeby poznać historię Boruckich od samego
początku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz