Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

sobota, 26 lipca 2014

Philippa Gregory – „Biała księżniczka”












Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice: 2014
Tytuł oryginału: The White Princess
Przekład: Urszula Gardner




Angielska dynastia Tudorów generalnie kojarzy nam się z okrucieństwem wobec swoich poddanych. Kiedy słyszymy słowo „Tudor”, wówczas pierwsze, co przychodzi nam na myśl, to Henryk VIII i jego dzieci: Edward, Maria i Elżbieta. Oczywiście bardzo często myślimy również o sześciu żonach Henryka VIII i ich niegodnym pozazdroszczenia losie. Ale czy wiemy jak faktycznie to wszystko się zaczęło? Czy zdajemy sobie sprawę z tego, w jaki sposób doszło pod koniec XV wieku do objęcia rządów przez Tudorów? Ile tak naprawdę wiemy o rodzicach Henryka VIII? Czy oni także byli równie okrutni jak ich potomek? Bo przecież bardzo często mówi się, że dziecko szereg cech charakteru dziedziczy właśnie po swoich rodzicach. A zatem jacy byli Henryk VII i jego piękna żona Elżbieta York? Tego oczywiście w pewnym stopniu możemy dowiedzieć się z wydanej ostatnio w Polsce powieści Philippy Gregory pod tytułem Biała księżniczka. Trzeba jednak pamiętać, że powieść historyczna to nie to samo, co interpretacja faktów przez historyków. Dlatego też na każdą powieść historyczną należy zawsze patrzeć nieco z przymrużeniem oka.

Wcześniejsze lata życia Elżbiety York zostały już rewelacyjnie opisane przez Philippę Gregory w książce zatytułowanej Biała królowa, pomimo że powieść ta dotyczy losów jej matki – Elżbiety Woodville. Ci, którzy czytali Białą królową doskonale wiedzą, iż obydwie Elżbiety już na całe życie połączyła pewna tajemnica. To właśnie ten sekret stanowi centralny punkt Białej księżniczki. Ponieważ niniejsza książka jest kolejną częścią cyklu Wojny Dwu Róż – lub jak kto woli Wojny Kuzynów – cofnijmy się nieco wstecz do momentu, zanim jeszcze na tronie zasiadł Henryk VII Tudor.

Kulminacyjnym punktem wieloletniego konfliktu pomiędzy Yorkami a Lancasterami była bez wątpienia bitwa pod Bosworth, która rozegrała się 22 sierpnia 1485 roku. Walka trwała niecałą godzinę, zaś zdaniem niektórych historyków była to ostatnia bitwa, jaka miała miejsce w epoce średniowiecza. Bitwa pod Bosworth okazała się być decydującym starciem we wspomnianej już wojnie domowej pomiędzy Yorkami a Lancasterami, i jednocześnie była jedną z najistotniejszych bitew w historii Anglii.

Na początku sierpnia 1485 roku przyszły Henryk VII Tudor pochodzący z rodu Lancasterów, wylądował w Walii, stojąc na czele niewielkiej armii, i pomaszerował w głąb kraju. Natychmiast po otrzymaniu znacznych posiłków, jego wojsko liczyło najprawdopodobniej pięć tysięcy ludzi. Niemniej jednak, przez cały czas unikał rozstrzygającego starcia z królem Ryszardem III z rodu Yorków. Król posiadał wówczas dwukrotną przewagę liczebną swojej armii. Poza tym, Ryszard III czekał także na posiłki mające napłynąć ze strony rodu Stanleyów w liczbie sześciu tysięcy żołnierzy. Nie wiedział jednak o tym, że Stanleyowie praktycznie przeszli już na stronę Henryka Tudora, i są gotowi dopuścić się zdrady króla.

Elżbieta York (1465 lub 1466-1503)
W dniu bitwy pod Bosworth Ryszard III podzielił swoje wojsko na trzy części. Przednią straż prowadził John Howard, 1 książę Norfolk. Z kolei dowództwo nad strażą tylną przejął Henryk Percy, hrabia Northumberland, zaś oddział główny prowadził sam monarcha. Tuż po wydaniu rozkazu do natarcia na siły Henryka Tudora, okazało się, że tylna straż, która wtedy znajdowała się na prawym skrzydle, nagle odmówiła jego wykonania. Poza tym, okazało się także, że wojska Stanleyów, które właśnie przybyły na pole bitwy, również zdradziły Ryszarda III Yorka. W tej sytuacji król zdecydował, że wraz z około setką oddanych sobie żołnierzy, podejmie się przeprowadzenia dość szaleńczej szarży celem pozbawienia życia Henryka Tudora. Chociaż szarża króla praktycznie zmiotła z powierzchni ziemi przednie szeregi pocztu Henryka Tudora, zaś sam Ryszard III toporem dosiągł chorążego, który ściskał sztandar należący do wroga, to jednak wkrótce król został otoczony i zabity, natomiast jego armia zupełnie się rozproszyła. Tak więc niemalże od tego momentu swoje panowanie w Anglii rozpoczął nowy król w osobie Henryka VII Tudora. Z kolei Ryszard III York zapisał się w historii Anglii jako ostatni monarcha, który stracił życie na polu bitwy.

Jesień 1485 roku to czas, w którym rozpoczyna się akcja Białej księżniczki. Elżbieta York nie jest jeszcze żoną Henryka VII Tudora, ale wszystko wskazuje na to, że już niedługo obydwoje połączą się świętym węzłem małżeńskim. Aby tak się stało Elżbieta musi spełnić jeden warunek. Otóż, musi pokazać, że jest płodna i zdolna rodzić dzieci, a właściwie męskich potomków Tudorów. Ta sytuacja jest dla księżniczki niesamowicie upokarzająca, ale niestety nie ma na nią żadnego wpływu. Czuje ogromną presję zarówno ze strony Tudorów, jak i Yorków w osobie swojej matki – Elżbiety Woodville. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden problem. Elżbieta York wciąż nie może zapomnieć o swoim ukochanym Ryszardzie III, który poległ na polu bitwy, a potem spoczął na wieki w nieoznakowanym grobie. Ta osobista tragedia sprawia, że jedyne, co księżniczka może czuć do Tudorów to nienawiść.

Ostatecznie dochodzi jednak do ślubu, a w konsekwencji do koronacji Elżbiety. Od tego momentu w związku królewskiej pary zaczyna się swoista huśtawka emocjonalna, gdzie raz górę bierze nienawiść, zaś za jakiś czas znów miłość i namiętność. W miarę jak czytelnik zagłębia się w fabułę książki widzi, jak bardzo zmienia się Elżbieta York; jak dojrzewa i staje się odpowiedzialną królową, choć tak naprawdę niewiele może zrobić, ponieważ poślubiła zwykłego maminsynka, dla którego zdanie matki – Małgorzaty Beauford-Stanley – jest najważniejsze. Czy zatem Henryk VII jest dobrym królem, skoro wciąż trzyma się maminej spódnicy?

Henryk VII Tudor (1457-1509)
Jeśli ktoś sądzi, że panowanie pierwszego z Tudorów było takie bezproblemowe, to grubo się myli. Panowanie Henryka opierało się na naprawdę chwiejnych podstawach. W tamtym trudnym czasie w Anglii żyło wiele osób, które wyciągały rękę po królewską koronę, jak również tych, którzy czuli się mocno rozczarowani rządami nowego monarchy. Jeśli już mowa o pretendentach do królewskiej korony Anglii, to należy wspomnieć, że co pewien czas pojawiali się jacyś rzekomi przedstawiciele rodu Yorków, którzy podawali się za dawno zaginionych prawowitych spadkobierców angielskiego tronu. W takiej sytuacji Henryk musiał robić wszystko, aby tylko nie dopuścić do utraty władzy. Wyobraźmy sobie w takim razie, jak musiała czuć się Elżbieta York, będąc rozdarta pomiędzy mężem a reprezentantami swojego rodu? Kiedy żyła jeszcze Elżbieta Woodville, młodą królową podejrzewano o szereg machinacji wymierzonych bezpośrednio w króla. Naprawdę bardzo trudno było Elżbiecie zachować nie tylko równowagę emocjonalną, ale także być wolną od wszelkich podejrzeń.

Nie będę skupiać się na warsztacie pisarskim Philippy Gregory, bo ten jak zwykle nie budzi najmniejszych zastrzeżeń, podobnie jak strona stricte historyczna. Napiszę natomiast kilka słów o samych bohaterach; o tym, jakiego rodzaju emocje towarzyszyły mi podczas czytania. Zacznę może od Małgorzaty Beauford-Stanley, którą poznałam już w Białej królowej i oczywiście w Czerwonej królowej. Ta ostatnia książka poświęcona jest od początku do końca właśnie zaborczej matce pierwszego z Tudorów. W Białej księżniczce postać Małgorzaty praktycznie niczym nie różni się od jej poprzednich wizerunków. Spotykamy kobietę żądną władzy, która wciąż kieruje działaniami własnego syna. Kiedy tylko może stara się poniżyć swoją synową, a robi to tak niepozornie, że jedynie możemy to wyczytać pomiędzy wierszami. Dla mnie jest to postać niesamowicie denerwująca, ale z drugiej strony dodająca powieści swoistego smaczku. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jej nieprzeciętna dewocja i przekonanie, że Bóg pragnie tego samego, co ona.

Elżbieta Woodville. Wdowa po królu Edwardzie IV Yorku tym razem znajduje się zupełnie w tle, lecz jej działania są na tyle poważne, iż burzą spokój królewskiej rodziny. Wygląda na to, że potomkini legendarnej Meluzyny wcale nie pogodziła się z utratą władzy przez ród Yorków. Jeśli chodzi o jej córkę, czyli obecną królową, można stwierdzić, że jest to postać niezwykle pozytywna i budząca sympatię czytelnika. Jak już wspomniałam wyżej, młoda Elżbieta żyje w emocjonalnym rozdarciu, a ukojenie znajduje przede wszystkim w opiece nad dziećmi.

A jaki jest Henryk VII Tudor wykreowany przez Philippę Gregory? Czy jego potomek i imiennik naprawdę odziedziczył po ojcu wszystko, co złe? Wydaje mi się, że Autorka w pewnym momencie stara się właśnie tego dowieść, lecz nie za bardzo jej to wychodzi Dlaczego? Otóż, moim zdaniem poczynaniom Henryka VII naprawdę sporo brakuje do tych, których będzie dopuszczał się jego młodszy syn. Króla przez cały czas usprawiedliwia wszechogarniający strach, który towarzyszy mu na każdym kroku i nie pozwala spać po nocach. Pretendenci do tronu mnożą się niczym grzyby po deszczu. Gdyby Henryk poddał się im bez walki, wówczas zapewne uznalibyśmy go za słabego władcę, który z podkulonym ogonem ucieka z pola bitwy. Philippa Gregory unika takiej właśnie interpretacji postaci króla. Na kartach książki jej bohater – oczywiście w dużej mierze podpuszczany przez matkę – potrafi zadbać o swoje, a przecież nie jest mu łatwo, ponieważ brak mu siły przebicia i zaufanych ludzi w swoim otoczeniu. Dlatego też w pewnym sensie może budzić podziw. Ktoś zatem powie, że Henrykowi VIII również towarzyszył strach i dlatego jego działania w dużej mierze miały charakter irracjonalny. Tak, zgadzam się. Należy jednak pamiętać, że lęk Henryka VII moim zdaniem nie był wyimaginowany, zaś uczucie, które kierowało jego młodszym synem było jak najbardziej wymyślone przez niego samego lub przez jego doradców. Może to dziwne, ale Henryk VII Tudor wzbudził moją sympatię w przeciwieństwie do swojego syna – Henryka VIII – o którym sporo już się naczytałam.

Z kolei przyglądając się małoletniemu następcy tronu – Arturowi – nie mogłam oprzeć się porównywaniu go do tego Artura, którego spotykamy w Wiecznej księżniczce, która to książka stanowi pierwszą część cyklu Tudorowskiego. Ciepło i swoisty rozsądek bije z tej postaci już od samego początku, zaś młodszy brat Artura – mały Henryk – niemalże od kołyski solidnie dokazuje i wciąż stara się być w centrum zainteresowania.

Jak każda powieść autorstwa Philippy Gregory, Biała księżniczka również zasługuje na polecenie. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, tak więc wszystkie wydarzenia pojawiające się na kartach książki czytelnik widzi oczami Elżbiety York. Narracja tego typu pozwala wgryźć się osobie czytającej w psychikę głównej bohaterki. Zastanawiam się tylko, czy ta powieść naprawdę dotyczy Elżbiety York, matki Henryka VIII, czy może żona pierwszego z Tudorów opowiada nam nie tyle o sobie, lecz o swoim mężu i jego walce z przeciwnościami losu i pragnieniem utrzymania się na tronie? 

Na koniec zobaczcie i posłuchajcie, jak sama Philippa Gregory opowiada o Białej księżniczce.





Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu 









10 komentarzy:

  1. Bardzo lubię tę autorkę i na pewno w przyszłości sięgnę i po tę książkę :D
    Gratuluję naprawdę wnikliwej analizy tej powieści i nie tylko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :-) Wiesz, o powieściach historycznych nie da się pisać krótko i zwięźle. Przynajmniej ja tak nie potrafię. A jeśli chodzi o samą książkę, to na pewno się nie zawiedziesz. Nie wiem, czy prozą Gregory można się w ogóle rozczarować. :-)

      Usuń
  2. Zaczynam dochodzić do wniosku, że powieści P. Gregory powinny mieć bardziej zróżnicowane tytuły. Bo powoli wszystkie te królowe i księżniczki zaczynają mi się mieszać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego, co widzę to tytuły pochodzą od samej Autorki i jej brytyjskiego wydawcy, i powiem Ci, że ja osobiście jestem zadowolona z tego, że nasza pani tłumaczka nie przekłada ich - jak to się mówi - "po swojemu", tylko dokładnie tak, jak wychodzi z Anglii. Niemniej, już gdzieś czytałam skargi na jednolitość tytułów książek P. Gregory. ;-)

      Usuń
    2. Generalnie mi to nie przeszkadza. Tylko czasami nie pamiętam kto się kryje pod konkretnym kolorem. Najmniejszy problem mam z Małgorzatą Beauford. Ale tak naprawdę to jaj mam problem z tytułami ogólnie dlatego zaczęłam notować co czytam:)

      Usuń
    3. I dlatego powinnaś prowadzić też bloga o książkach. Taki blog naprawdę wiele daje, bo pozwala zapamiętać nie tylko tytuły powieści, ale też ich fabułę. Wiem, że to wymaga czasu, ale wciąż mam nadzieję, że kiedyś się na to zdecydujesz, bo chętnie poczytałabym Twoje opinie. :-)

      Usuń
  3. Czy opowiada głównie o mężu? Hmmm, wiesz, że nie przyszły mi takie wątpliwości do głowy, choć po zastanowieniu uznaję, że coś w tym jest! Ale może wynika to z faktu, że Elżbieta York żyła w cieniu silnej osobowości matki, potem teściowej, sama zaś była raczej łagodna i poddana swemu losowi, stąd i jej opowieść bardziej stonowana, odpowiadająca jej charakterowi? Sama nie wiem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ta powieść jest bardziej o Henryku, jak o Elżbiecie. Ale może to tylko takie moje indywidualne odczucie, bo ja generalnie inaczej odbieram książki niż większość czytelników. ;-) Natomiast wszelkie niepowodzenia i tragedie, za którymi stali Tudorowie, to w moim odczuciu wina Małgorzaty Beaufort. Najpierw owinęła sobie wokół palca syna, a potem to samo robiła z wnukiem, i to ona praktycznie kształtowała mu charakter. :-)

      Usuń
  4. Świetna recenzja. I nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam książkę.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.