Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

środa, 9 lipca 2014

Francine Rivers – „Znamię lwa. Jak świt poranka” #3













Wydawnictwo: BOGULANDIA
Warszawa 2013
Tytuł oryginału: Mark of the Lion. As Sure as the Dawn
Przekład: Adam Szymanowski





„Germania” to nazwa ziem nadana przez starożytnych Rzymian terenom położonym na wschód od Renu oraz na północ od górnego i środkowego Dunaju. Z kolei termin „Germanie” Rzymianie zapożyczyli od Gallów, lecz nikt tak naprawdę nie wie skąd ta nazwa pochodziła, ani też, z jakiego powodu Gallowie tak właśnie nazwali swoich sąsiadów zza Renu. Germanię zamieszkiwały przede wszystkim plemiona germańskie, które jako jedne z nielicznych nigdy nie zostały całkowicie podporządkowane Imperium Rzymskiemu. Rzymianom jedynie kilka razy udawało się przekroczyć Ren, lecz nigdy nie zdołali na dłużej podporządkować sobie obszarów dzisiejszych Niemiec. Ren stał się więc umowną granicą Rzymu na wschodzie i żaden z późniejszych cesarzy nie usiłował poszerzać terytorium na wschód.

Pierwsze konflikty Germanów z Rzymianami zaczęły się pod koniec II wieku p.n.e. Wówczas napór Teutonów i Cymbrów na północną część Italii w 101 roku p.n.e. został powstrzymany przez Gajusza Mariusza (157 p.n.e.-86 p.n.e.). Z kolei w I wieku p.n.e. Germanie zajęli środkową Europę i toczyli tam zacięte walki z Rzymianami, którzy byli na najlepszej drodze zmierzającej do opanowania terenu leżącego pomiędzy Renem a Łabą. W I i II wieku n.e. Rzymianie urządzali wyprawy przeciwko Germanom, lecz nie przyniosły im one większych sukcesów, ponieważ oparte były głównie na polityce intryg i przekupstwa. Niemniej jednak zdołali narzucić swoje zwierzchnictwo pogranicznym plemionom Batawów, Fryzów, Cherusków czy Markomanów. Dość długie sąsiedztwo Rzymian wpłynęło na germański rozwój gospodarczy, społeczny oraz kulturowy, a to z kolei przejawiało się w przejmowaniu szeregu zdobyczy antycznej cywilizacji. W miarę upływu czasu Rzym zaczął jednak słabnąć, natomiast rosnący nacisk ze strony Germanów zmuszał Imperium Rzymskie do osiedlania swoich obywateli na obszarach pogranicznych.

Germańscy wojownicy praktycznie zawsze wyposażeni byli we włócznie. Samo uzyskanie statusu wojownika najprawdopodobniej związane było z otrzymaniem właśnie tego rodzaju broni, która miała znaczenie nie tylko militarne. Symbolizowała ona także pozycję w plemieniu. Właściciel włóczni stawał się pełnoprawnym członkiem tak zwanego „Thingu”, gdzie poprzez potrząsanie orężem, czyli vapnatak mógł wyrazić swoje zdanie na dany temat, na przykład skazać na śmierć winowajcę nawet z własnego plemienia. Pojawia się nawet przypuszczenie, iż istniały egzemplarze paradne tej broni, a te przeznaczone były tylko i wyłącznie do celów, które nie były związane z kwestią militarną. Archeologiczne znaleziska wydają się potwierdzać tę hipotezę, ponieważ niezwykle kunsztowne zdobienia niektórych grotów są tego doskonałym przykładem.

Chattowie to jedno z plemion germańskich, które zasiedlało tereny Hesji i Saksonii. W 10 roku p.n.e. zostało ono podbite przez Druzusa Starszego (38 p.n.e.-9 p.n.e.). Chattowie jako sąsiedzi Cherusków brali udział w walkach z Rzymianami, a było to w 9 roku n.e. w bitwie w Lesie Teutoburskim oraz w 15 roku n.e. podczas bitwy pod Wezerą z Germanikiem (15 p.n.e.-19 n.e.), który pomścił wtedy porażkę Warusa (ok. 46 p.n.e.-9 n.e.), będącego namiestnikiem Germanii. Germanik odzyskał wtenczas orły legionowe (insygnium legionów rzymskiej armii w postaci wizerunku orła). Chattowie nie weszli jednak w skład państwa Marboda (ok. 30 p.n.e.-37 n.e.), który był władcą germańskiego plemienia Markomanów. Niemniej jednak, wzięli udział w wojnach markomańskich, najeżdżając rzymską prowincję o nazwie Germania Superior. Po jakimś czasie Germanie najprawdopodobniej zostali wchłonięci przez Franków.



Możliwe, że tak właśnie wyglądały bitwy toczone pomiędzy Germanami a Rzymianami...


To tyle, jeśli chodzi o tło historyczne trzeciego tomu trylogii Francine Rivers pod tytułem Znamię lwa. Ta część opowiada o niejakim Artretesie, którego czytelnik poznał już w części pierwszej zatytułowanej Głos w wietrze. Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że nasz główny bohater to mężczyzna dziki w dosłownym tego słowa znaczeniu. Do cywilizacji jest mu naprawdę bardzo daleko. Jedyne, czego pragnie od życia to zabijać swoich wrogów, a wrogami tymi są oczywiście Rzymianie. Artretes to przedstawiciel plemienia Chattów, a właściwie ich wódz. Dziesięć lat wcześniej po przegranej wojnie z Rzymianami został brutalnie przez nich pojmany i uprowadzony do Kapui, gdzie przez pewien czas był szkolony na gladiatora. Potem trafił na arenę do Rzymu, a następnie do Efezu.

Pomimo swojej wrodzonej dzikości, Artretes jest niezwykle przystojnym mężczyzną. Ma jasne włosy i błękitne, lecz niesamowicie zimne oczy, których już samo spojrzenie może zabijać. Przez lata niewoli zdołał wypielęgnować w sobie tak wiele nienawiści, że nawet sam w pewnym momencie nie potrafi jej unieść. W dodatku pewna bardzo piękna Rzymianka złamała mu serce, które rozpadło się na drobne kawałeczki, i nie jest już zdolne do żadnych uczuć. Chyba tylko do rzeczonej nienawiści. Ten związek pozostawił jednak w życiu Artretesa niezatarty ślad, bo narodziło się z niego dziecko. Dziecko niechciane ani przez ojca, ani tym bardziej przez matkę – wyrafinowaną i zepsutą do szpiku kości Rzymiankę. Niemniej jednak, w życiu tego maleństwa pojawił się ktoś, kto je uratował, i tuż przed skazaniem na pożarcie lwom, oddał w dobre ręce, gdzie należycie się nim zajęto. Niewolnica, która tego dokonała zdążyła jeszcze wyjawić gladiatorowi prawdę, a potem z podniesionym czołem i śpiewem na ustach, chwaląc Boga wyszła na efeską arenę na spotkanie śmierci.


Gdyby kiedyś zekranizowano Znamię lwa, 
być może wówczas Artretes wyglądałby właśnie tak...
Na zdjęciu Chris Hemsworth jako Thor w filmie Mroczny świat w reżyserii Alana Taylora


Jeszcze przed narodzinami syna, Artretes stał się wolnym człowiekiem, ponieważ w drodze eliminacji pokonał wszystkich swoich przeciwników, i tym samym został wyzwolony. Nie ciąży już na nim status niewolnika Imperium Rzymskiego, więc może rozporządzać swoim życiem według własnego uznania. Kupuje zatem piękną willę, bogato ją urządza oraz nabywa niewolników, aby służyli jemu i wybrance jego serca. Niestety, ukochana drwi z jego głębokiego uczucia i słucha rad tych, którzy pragną tylko i wyłącznie jej zguby. Artretes w swojej nienawiści i rozpaczy niszczy wszystko, co stanie na jego drodze. Rozbija i podpala meble, a sam udaje się gdzieś w góry okryty skórami, niczym zwykły barbarzyńca, którym w istocie przecież jest. Dopiero wieść o tym, iż jego syn jednak żyje, sprowadza go do domu. Od tej chwili życie Artretesa nabiera sensu. Pragnie za wszelką cenę odnaleźć swoje dziecko i zająć się jego wychowaniem. Czy zatem dziki człowiek pozbawiony choćby najmniejszych zasad będzie w stanie zaopiekować się niemowlęciem? Czy w jego sercu zapali się nagle światełko, które sprawi, że były gladiator zacznie inaczej patrzeć na życie? Czy zmieni swoją hierarchię wartości? Przestanie nienawidzić? Zacznie naprawdę kochać?

Życie Artretesa jeszcze bardziej komplikuje się, kiedy na jego drodze staje owdowiała młoda chrześcijanka o imieniu Rispa. Dziewczyna wcale nie jest tak czysta, jak można by się było tego spodziewać. Ma za sobą naprawdę koszmarną przeszłość, o której woli nie wspominać. Czy kiedy Artretes dowie się prawdy, będzie w stanie ją zaakceptować? A może postąpi z Rispą tak jak czynią to jego współplemieńcy, którzy „nieczystym” kobietom golą głowy, a następnie topią w bagnie? Czy zatem Rispa może czuć się bezpieczna w towarzystwie tego germańskiego olbrzyma?

Akcja trzeciego tomu trylogii w główniej mierze rozgrywa się na terenie Germanii. To tam główni bohaterowie udają się, aby nie dopuścić do powrotu Artretesa na arenę. Są bowiem tacy, którzy chętnie widzieliby go znowu rozlewającego krew przeciwników dla uciechy rzymskiego czy efeskiego motłochu. Byłego gladiatora wciąż dręczą koszmary, które są efektem tamtych niewolniczych lat. On już nie chce do tego wracać. Pragnie żyć jako wolny człowiek, więc szuka schronienia tam, gdzie wydaje mu się, że będzie czuł się najbezpieczniej, czyli w swojej ojczyźnie. Ale czy na pewno tak się stanie? Czy jego współplemieńcy przyjmą go z otwartymi ramionami po dziesięciu latach nieobecności w ojczyźnie? Jak bardzo ludzie, którzy mienili się niegdyś przyjaciółmi Artretesa zmienili się przez te wszystkie lata?

Jak świt poranka jest chyba najbardziej pogańską częścią tej trylogii. Czytelnik styka się tutaj ze światem rozmaitych zabobonnych wierzeń, które sprowadzają na ludzi ból i cierpienie. Jest bóg o imieniu Tiwaz, władający Germanią i posiadający na własność kapłanów, którzy wiernie mu służą, nawet wbrew sobie. W tym tomie część bohaterów jest pełna zawiści i robi wszystko, aby wyeliminować tych, których nienawidzą z tego bądź innego powodu. W moim odczuciu fabuła tego tomu chyba bardziej trzyma w napięciu niż akcja dwóch poprzednich części. Ale z drugiej strony książka dostarcza też szeregu wzruszeń. Spotyka się tutaj dwa światy, dwie tak różne rzeczywistości, że nie sposób uniknąć konfliktów. Ludzie z reguły boją się tego, co nie jest im znane, i to właśnie strach powoduje, że jedni na drugich naskakują, życząc im tego, co najgorsze.

Podobnie jak w poprzednich tomach, tutaj również widoczna jest ogromna zmiana, jaka zachodzi w człowieku. Z ludzkiego punktu widzenia niemożliwe jest, aby ktoś tak dziki jak Artretes nagle stał się cywilizowanym człowiekiem. W centrum tego wszystkiego znajduje się maleńkie dziecko, które potrafi zmienić każdego. Pod wpływem syna w byłym gladiatorze zachodzą ogromne zmiany. Pojawia się też miłość do kobiety. Miłość trudna, bo nie znajdująca spełnienia. Musi upłynąć naprawdę sporo czasu, aby do świadomości Artretesa dotarło to, co jest naprawdę ważne, zaś okoliczności temu towarzyszące są niesłychanie dramatyczne.

To już koniec trylogii Francine Rivers. Mam nadzieję, że są wśród Was tacy, których zachęciłam do jej przeczytania. W mojej ocenie to swoisty majstersztyk literatury. I oby takich książek pojawiało się na naszym rynku wydawniczym jak najwięcej. Książek, które pisane są na najwyższym poziomie, a swoją wymową porywają miliony ludzi na całym świecie. 








2 komentarze:

  1. Jakoś nie mam przekonania do powieści tej pisarki, chociaż fabuła brzmi nader interesująco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam dobrze innych książek Francine Rivers, ale akurat ta trylogia napisana jest po mistrzowsku. To jest literatura chrześcijańska, więc i nie dla każdego przeznaczona. Trzeba naprawdę lubić takie książki, żeby mogły się spodobać.

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.