Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

niedziela, 3 stycznia 2016

Zofia Kossak – „Błogosławiona wina”













Wydawnictwo: INSTYTUT PRASY I WYDAWNICTW „NOVUM”
Warszawa 1989




Współczesny Kodeń (miejscowość położona w województwie lubelskim, w powiecie bialskim) niegdyś był miasteczkiem, które należało do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Historia Kodnia sięga końca XV wieku, zaś w źródłach ruskich Kodeń zwany jest Todniem. Na przełomie XV i XVI wieku miasteczko stało się własnością rodu Sapiehów, którzy wykupili od Ruszczyców istniejące tam młyny wodne. W 1511 roku Sapiehowie otrzymali od ówczesnego króla Zygmunta I Starego (1467-1548) przywilej na wybudowanie tam zamku i tym samym na założenie miasta na prawie magdeburskim (prawo niemieckie). Dwa lata później, w 1513 roku, wojewoda witebski i podlaski – Jan (Iwan Semenowicz) Sapieha (ok. 1431-1517) – nadał miastu herb, zaś mieszczan wyposażył w liczne przywileje. Ustanowił także urząd burmistrza.  

Podstawą urbanistycznego rozplanowania miasta stał się sporych rozmiarów Rynek, którego powierzchnia całkowita wynosiła dwa hektary. Rynek posiadał kształt czworoboku w postaci trapezu, co sprawiło, że przecinał on trakt brzeski po przekątnej od północno-wschodniego narożnika do ulicy Bialskiej, która z kolei wychodziła w narożniku południowo-zachodnim. Tamte rozmiary Rynku zachowały się do dzisiaj. Kodeń pozostawał w posiadaniu rodu Sapiehów aż do XVIII wieku. To właśnie stąd wywodziła się kodeńska linia rodu. Było to miasto dość bogate, gdzie istniał między innymi port rzeczny na rzece Bug, z którego przewożono zboże do Gdańska. Z tego też powodu Kodeń był narażony na częste najazdy ze strony Tatarów, Kozaków i Szwedów.

Na początku XVIII wieku miasteczko stało się własnością Branickich. Czas ten był okresem gospodarczej prosperity. Miastem władała wówczas Elżbieta z Branickich Sapieżyna (1734-1800). Elżbieta była siostrą starosty halickiego Franciszka Ksawerego Branickiego (ok. 1730-1819) oraz przyjaciółką samego króla Stanisława II Augusta Poniatowskiego (1732-1798). Wtedy też w Kodniu poczyniono liczne inwestycje murowane dotyczące Rynku. Tak więc wybudowano murowane piętrowe kramy o całkowitej długości czterdziestu dwóch metrów oraz piętrowe kramy drewniane o długości siedemdziesięciu metrów. Z kolei w narożu wschodniej pierzei stanął wysoce reprezentacyjny Kafenhauz.

Mikołaj Sapieha (1581-1644)
Portret został namalowany w 1709 roku,
czyli już po śmierci wojewody. 
Od samego początku kodeński Rynek pełnił funkcję centra handlowego, gdzie odbywało się po kilka jarmarków rocznie. Był też centralnym miejscem administracyjnym, gdyż znajdował się tam ratusz z urzędem wójta, sądami oraz więzieniem. Rynek stanowił także miejsce spotkań towarzyskich, publicznych zgromadzeń i egzekucji. Oprócz ratusza stały tam również wspomniane kramy, warsztaty rzemieślnicze, zajazdy, karczmy, a także zarówno drewniane, jak i murowane domy należące do najbogatszych mieszczan. Plac rynkowy był jednocześnie placem przykościelnym, natomiast kościół pod wezwaniem świętej Anny oraz Cudowny Obraz Matki Bożej stał się miejscem kultu religijnego oraz celem masowych pielgrzymek z Podlasia i dalszych okolic.

Skoro już mowa o kodeńskiej Bazylice świętej Anny, z której miasto chyba najbardziej jest znane, to trzeba wspomnieć o legendzie, która łączy się z Cudownym Obrazem Matki Bożej. Po raz pierwszy historię sprowadzenia obrazu do Kodnia opublikował Jan Fryderyk Sapieha (1680-1751):

Około pięćdziesiątego roku życia Mikołaj zapadł na chorobę (prawdopodobnie tropikalnego pochodzenia), która prawie całkowicie pozbawiła go sił i energii. Ponieważ w ówczesnej opinii wywołane tą chorobą tchórzostwo stanowiło najcięższą hańbę, odbył pielgrzymkę do Rzymu w nadziei na uzdrowienie. Uzdrowienie rzeczywiście nastąpiło, po długotrwałych modlitwach przed obrazem Matki Boskiej Gregoriańskiej, nazwanego później Matką Bożą Kodeńską. Dogłębnie poruszony tym uzdrowieniem postanowił za wszelką cenę zdobyć ten obraz dla Polski. Nie było to jednak możliwe w drodze legalnej (proszeni o poparcie kardynałowie nie ośmielali się nawet wspomnieć papieżowi Urbanowi VIII, zwanemu „Szalonym Maffeo”, o prośbie pozbawienia Rzymu tego słynącego wieloma cudami obrazu), toteż w 1630 roku Mikołaj Sapieha Pobożny wykradł ten obraz i uciekł z nim do Polski. Brawurowa ucieczka była niezwykle trudna, bo kradzież szybko wykryto i cała Italia została zmobilizowana dla schwytania śmiałka i odzyskania cennego obrazu. Sapieha jednak omijał miasta i drogi, prowadząc swoją zbrojną grupę wyłącznie po górskich bezdrożach Italii, a potem koło Zagrzebia i przez Węgry i Lwów do swoich posiadłości i umieścił ten obraz w kościele w Kodniu.

Papież Urban VIII
Portret został namalowany około
1627 roku.
autor: Pietro Berrettini (1596-1669)
Niektórzy historycy twierdzą, że słowa te nie znajdują swojego potwierdzenia w rzeczywistości, ponieważ tak naprawdę obraz Matki Bożej został uczciwie zakupiony w Hiszpanii przez Mikołaja Sapiehę, który akurat podróżował po tym kraju. Możliwe więc, że rzekoma brutalna kradzież obrazu jest jedynie wytworem czyjeś wyobraźni, zaś cała historia powstała tylko po to, aby ubarwić żywot rodu Sapiehów. 

Prawdą natomiast jest, że wspomniany Mikołaj Sapieha, zwany Piusem albo Pobożnym, w latach 1629-1635 wzniósł w miejsce drewnianego kościoła okazałą murowaną świątynię pod wezwaniem świętej Anny, w której umieszczono Cudowny Obraz Matki Bożej Kodeńskiej. Z kolei w 1875 roku, gdy carska armia zajęła kościół, aby przekształcić go w cerkiew, wówczas barokowe przedmioty religijnego kultu ufundowane przez Konstancję Sapieżynę (1651–1691) wraz z cudownym obrazem przewieziono na Jasną Górę. Obraz powrócił do Kodnia dopiero w 1927 roku. Natomiast samo miasto w XVII i XVIII było bardzo dobrze zagospodarowane i – jak na tamte czasy – mieszkało w nim sporo ludzi. Niemniej, w okresie kampanii napoleońskiej Kodeń został dotknięty pożarem, zaś podczas Powstania Styczniowego ludność Kodnia czynnie uczestniczyła w walkach przeciw wojskom rosyjskim. W 1889 roku miasto stało się osadą gminną i taka sytuacja ma miejsce do dzisiaj. Z kolei jako ośrodek religijnego kultu licznie odwiedzany jest przez pielgrzymów przyjeżdżających tam z całej Polski.

Jak zapewne domyślacie się, Błogosławiona wina to książka, która w sposób fabularny przedstawia legendę sprowadzenia do Kodnia Cudownego Obrazu Matki Bożej. Głównym bohaterem i winowajcą jest oczywiście Mikołaj Sapieha, który cierpi na ciężką chorobę, objawiającą się ogólnym brakiem energii i strachem przed życiem. Mikołaj Sapieha nie potrafi już cieszyć się łowami, w których niegdyś brał czynny udział. Zaprzyjaźnieni z nim szlachcice wciąż pamiętają, jaki był aktywny i jak wszystkich zagrzewał do polowania na dzikiego zwierza. Nie potrafią zrozumieć gdzie tak naprawdę podział się ten energiczny i butny Sarmata, jakim był kiedyś wojewoda brzesko-litewski i miński. Doradzają mu zatem, aby jak najszybciej odbył pielgrzymkę do Rzymu, a tam prosił o cud. Mikołaj zdaje sobie sprawę z tego, że jego niczym niewytłumaczalna choroba wyklucza go z wielu szlacheckich zgromadzeń. Nie wie też, jak potoczą się losy jego córki, o której rękę stara się syn jednego ze szlachciców. Poza tym nie bez znaczenia jest tutaj także cierpienie jego małżonki, która bezustannie zamartwia się stanem zdrowia Mikołaja. Nie pozostaje mu zatem nic innego, jak tylko udać się do tego Rzymu i na kolanach błagać Boga o pomoc. Tak też robi, zabierając w drogę najbardziej zaufanych ludzi. Kiedy na miejscu doznaje cudownego uzdrowienia, pragnie natychmiast zabrać ze sobą obraz, dzięki któremu odzyskał zdrowie. Niestety, papież Urban VIII (1568-1644) nie wydaje na to zgody. Nasz Sarmata natomiast nie daje za wygraną i kiedy już nie może po dobroci dogadać się z papieżem, wówczas podstępem zabiera obraz do Polski.

Cudowny Obraz Matki Bożej
Kodeńskiej, który Mikołaj Sapieha 
miał ukraść papieżowi 
Urbanowi VIII
Jak można domyślać się, powyższy nikczemny czyn polskiego Sarmaty rozwścieczył i jednocześnie przyprawił o depresję głowę Kościoła Katolickiego. W momencie, gdy kradzież została odkryta, dla Mikołaja Sapiehy nastał naprawdę ciężki czas w życiu. Konsekwencje są straszne. Owszem, nie-katolik raczej nie zawracałby sobie głowy tym, co w odwecie zrobiła Stolica Apostolska, lecz nasz bohater jest głęboko oddany Bogu, więc wszystkie kościelne klątwy, które spadają na jego głowę sprawiają, że pogrąża się w jeszcze gorszej rozpaczy, aniżeli poprzednio, gdy powodem była poważna i tajemnicza choroba.

Kiedy tak przyglądałam się Mikołajowi Sapieże, to wydawało mi się, że szlachcic tak naprawdę nie rozumie wielu ważnych norm, które funkcjonują w Kościele Katolickim. Według mnie powieściowy wojewoda to osobnik bardzo egoistycznie nastawiony do życia. Liczy się tylko jego własne dobro, zaś nie obchodzi go, co stanie się, na przykład z jego rodziną. Jest gotów poświęcić własną córkę, aby tylko odkupić swoje winy. Z drugiej strony jednak można zadać sobie pytania: Dlaczego poważył się na tak haniebny czyn, skoro doskonale wiedział, jakie będą tego konsekwencje? Dlaczego nie pomyślał wcześniej o tych, których zaangażował do współudziału w tym przestępstwie? Dlaczego nie wziął pod uwagę bezpieczeństwa i spokoju duszy tych ludzi?

Mikołaj Sapieha jest przykładem typowego porywczego Sarmaty, który nie cofnie się przed niczym, aby tylko zaspokoić własne pragnienia. Podążając śladami wojewody, czytelnik ma okazję przeanalizować każdy jego krok. Można zagłębić się w jego psychikę i dokonać oceny postępowania. Błogosławiona wina to powieść, którą Zofia Kossak (1889-1968) napisała w 1923 roku, natomiast wydała ją rok później. Choć od tamtego czasu minęło już sporo lat, to jednak książka nadal budzi zainteresowanie nie tylko wśród czytelników, ale także u filmowców. W zeszłym roku zakończono bowiem zdjęcia do ekranizacji powieści, która w wąskim gronie miała już swoją premierę. Najprawdopodobniej w tym roku widzowie będą mogli obejrzeć Błogosławioną winę w telewizji. Sama powieść to oczywiście historia napisana w tak zwanym „starym stylu”. Na chwilę obecną jest to już klasyka, w której występują specyficzny język i styl.

Myślę, że książka znana jest szerokiemu gronu odbiorców i nie trzeba jej specjalnie przedstawiać. Na przestrzeni lat w ręce kilku pokoleń czytelników trafiło wiele wydań tej powieści. Z uwagi na kwestie religijne, wokół których wszystko się tutaj kręci, na pewno nie jest to opowieść dla każdego. Są bowiem tacy, którzy szerokim łukiem omijają tego rodzaju książki. Niektórzy wręcz przyznają, że boją się sięgać po tego typu literaturę. Niemniej jedno jest pewne. Błogosławiona wina to jedna z powieści, dzięki którym Zofia Kossak na stałe wpisała się w dzieje polskiej literatury, zaś – jej zdaniem – historia, którą opowiedziała czytelnikowi na kartach swojej książki, jest jak najbardziej autentyczna i nie mija się z prawdą, jak próbują twierdzić współcześni znawcy tematu. Kto zatem ma lub miał rację? Myślę, że trudno będzie odnaleźć odpowiedź na to pytanie.