Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

wtorek, 26 kwietnia 2016

Włodzimierz Bart – „Grunwaldzkie miecze”














Wydawnictwo: LUDOWA SPÓŁDZIELNIA WYDAWNICZA
Warszawa 1980
Ilustracje: Stanisław Rozwadowski





Dzień 15 lipca 1410 roku to jedna z tych dat, które powinniśmy znać nawet wtedy, gdy ktoś obudzi nas w środku nocy, a my nagle wyrwani ze snu nie mamy pojęcia, co się stało. Niestety, wiele osób zapytanych o bitwę pod Grunwaldem zaczyna improwizować i wymienia daty, które mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Nie wiadomo tak naprawdę kto jest bardziej odpowiedzialny za ten jawny brak wiedzy u Polaków: my sami czy może nauczyciele historii, którzy nie potrafią zainteresować swoich uczniów tematem, a tylko przynudzają na każdej lekcji, podając suche fakty, które po jakimś czasie i tak wyparują z głów uczniów. Przypominam zatem, że w dniu 15 lipca 1410 roku doszło do krwawej i bardzo ryzykownej bitwy pomiędzy sprzymierzonymi wojskami Korony Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego a Zakonem Krzyżackim. Po stronie polsko-litewskiej stanęli także lennicy, najemnicy pochodzący z Czech, Moraw i księstw ze Śląska, jak również uciekinierzy ze Złotej Ordy (historyczne państwo mongolskie). Krzyżacy zgromadzili około piętnastu lub dwudziestu tysięcy wojska. Z kolei Władysław II Jagiełło (pomiędzy 1352 a 1362-1434) i Wielki Książę Litewski Witold Kiejstutowicz (ok. 1355-1430) mieli do dyspozycji około trzydzieści tysięcy rycerstwa i wojowników. Oczywiście przewaga była po stronie polsko-litewskiej. Rycerze Zakonu Krzyżackiego stali w upale na otwartym polu i właśnie ten fakt został wykorzystany przez polskiego króla, który zdecydował się opóźnić rozpoczęcie bitwy. W tym samym czasie jego rycerze odpoczywali ukryci w leśnej gęstwinie.

Wielki Mistrz Zakonu
Krzyżackiego
Ulrich von Jungingen 
Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego Ulrich von Jungingen (1360-1410), a właściwie heroldowie księcia szczecińskiego Kazimierza V (ok. 1381-1434), oraz króla Węgier Zygmunta Luksemburskiego (1368-1437), który dwa dni wcześniej oficjalnie wypowiedział Polsce wojnę, podarowali Władysławowi Jagielle i księciu Witoldowi dwa nagie miecze. Fakt ten Polacy zrozumieli jako zuchwałość ze strony wroga, ponieważ nie znali jeszcze tego rycerskiego zwyczaju, który od dość dawna praktykowano na Zachodzie. Władysław II Jagiełło nie brał udziału w walce, lecz kierował bitwą z niewielkiego wzgórza. W samo południe z prawego skrzydła wyruszyły chorągwie litewskie, natomiast wkrótce za nimi podążyło z lewego skrzydła i z centrum rycerstwo polskie. Nieznany autor Kroniki Konfliktu Władysława Króla Polskiego z Krzyżakami w Roku Pańskim 1410 zapisał:

[…] Na prawym skrzydle wystąpił do boju książę Witold ze swym ludem, z chorągwią świętego Jerzego i z chorągwią przedniej straży. Na krótką zasię chwilę przed samym rozpoczęciem bitwy spadł lekki i ciepły deszcz, [który] zmył kurz z końskich kopyt. A na samym początku tego deszczu, działa wrogów, bo wróg miał liczne działa, dwukrotnie dały salwę kamiennymi pociskami, ale nie mogły naszym sprawić tym ostrzałem żadnej szkody [...]

Po jakiejś godzinie dramatycznej walki skrzydło litewskie rzuciło się do ucieczki i pomimo potężnego krzyku księcia Witolda nawołującego do pozostania na swoim miejscu, nie udało się zatrzymać rycerzy. Wtedy też część krzyżackich wojsk rzuciła się w pogoń za uciekinierami, zaś ci, którzy zostali zagrozili walczącym oddziałom polskim. Tę dramatyczną sytuację uratowały trzy smoleńskie pułki, pozostając na placu boju i praktycznie za cenę olbrzymich strat dając czas polskim chorągwiom na to, aby te zdołały się przegrupować. Razem z Litwinami do ucieczki rzuciły się także zaciężne wojska z Czech i Moraw. Niemniej pod polskim obozem udało się zapanować nad paniką i powrócić do kontynuowania walki.

Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego trzy razy ponawiał atak swoich oddziałów. Podczas jednej z takich szarż porwany został Marcin z Wrocimowic (?-1442). Ten polski rycerz herbu Półkozic, chorąży krakowski i starosta łowicki w jednej osobie dzierżył w dłoni sztandar chorągwi krakowskiej, który uznawany był za chorągiew wojska polskiego. Pomimo tej straty Polacy nie rzucili się do ucieczki, natomiast najznamienitsi rycerze zdołali się zmobilizować i odzyskali gonfanon. Krzyżacy zaczęli już nawet śpiewać Chrystus zmartwychwstał, lecz szybko okazało się, że ich triumf był stanowczo przedwczesny.

Władysław II Jagiełło
autor: Jan Matejko (1838-1893)
Minęło trzy godziny zażartej walki, a siły Zakonu Krzyżackiego zaczęły poważnie słabnąć. Można rzec, że były już praktycznie na wyczerpaniu. Wielki Mistrz Ulrich von Jungingen przegrupował więc swoją armię i stanął na czele szesnastu chorągwi, których zadaniem miało być przeprowadzenie decydującego natarcia. Poprowadził je zatem szerokim łukiem, zamierzając uderzyć na polskie prawe skrzydło. Natarcie przechodziło tuż obok miejsca, gdzie wraz z niewielką ochroną znajdował się Władysław II Jagiełło. Mimo to Ulrich von Jungingen nie wydał zgody na zmianę kierunku natarcia. Możliwe, że nie był świadomy faktu, iż polski oddział pilnuje samego króla. Liczył bowiem na to, że weźmie Polaków z zaskoczenia. Z nacierającego hufca wyskoczył tylko jeden rycerz, a był nim Dypold von Köckeritz (?-1410), który zaatakował polskiego monarchę. Na szczęście Władysław Jagiełło zdołał się obronić i zranił napastnika. Z kolei biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki (1389-1455) zrzucił Dypolda von Köckeritza z konia, a wtedy król ugodził wroga w głowę.

Oskrzydlający manewr nie zaskoczył jednak Polaków, gdyż zdołali się przegrupować i zmienić front. Na powstrzymane wojska Zakonu Krzyżackiego uderzyły odwodowe chorągwie polskie, zaś Krzyżacy znaleźli się w okrążeniu. Ich sytuacja stała się naprawdę krytyczna. Na pole bitwy powróciły bowiem wojska litewskie. Wtedy też Polacy i Litwini rozpoczęli bezlitosny atak na wyróżniających się rycerzy zakonnych. Śmierć poniósł Ulrich von Jungingen, a wraz z nim ponad dwustu Krzyżaków. Po śmierci najważniejszych rycerzy Zakonu Krzyżackiego, pozostali rzucili się do ucieczki, co dało Polakom sposobność, aby zdobyć obóz wroga. Kronikarz Jan Długosz (1415-1480) w takich oto słowach relacjonuje tamte wydarzenia:

Znaleziono zaś w wojsku krzyżackim kilka wozów wyładowanych pętami i kajdanami, które Krzyżacy [...] przywieźli do wiązania jeńców polskich. Znaleziono też inne wozy pełne żagwi nasączonych łojem i smołą, a także strzały wysmarowane tłuszczem i smołą, którymi zamierzali razić pokonanych i uciekających [...] Za słusznym jednak zrządzeniem Bożym, który starł ich pychę, Polacy zakuwali ich [Krzyżaków] w te pęta i kajdany [...] Kilka tysięcy wozów wrogów w ciągu kwadransa złupiły wojska królewskie tak, iż nie pozostało po nich najmniejszego śladu. Były nadto w obozie i na wozach pruskich liczne beczki wina, do których po pokonaniu wrogów zbiegło sie znużone trudami walki i letnim skwarem wojsko królewskie, aby ugasić pragnienie. Jedni rycerze gasili je czerpiąc wino hełmami, inni rękawicami, jeszcze inni – butami. Ale król polski Władysław w obawie, by jego wojsko upojone winem nie stało się niesprawne i łatwe do pokonania [...] kazał zniszczyć i porozbijać beczki z winem. Gdy je na rozkaz królewski bardzo szybko rozbito, wino spływało na trupy poległych, których na miejscu obozu było wiele i widziano, jak zmieszane z krwią zabitych ludzi i koni płynęło czerwonym strumieniem aż na łąki wsi Stębarka.

Wielki Książę Litewski
Witold Kiejstutowicz
Władysław Jagiełło oraz jego państwowi dostojnicy nie od razu zrozumieli co tak naprawdę się stało. Nie docierało do nich, że oto właśnie pokonali Zakon Krzyżacki, który przez tyle lat spędzał im sen z powiek. Zwycięstwo było naprawdę dość widowiskowe. Polacy nie tylko zdobyli wszystkie chorągwie wroga, ale też doprowadzili do tego, że śmierć ponieśli niemalże wszyscy czołowi przywódcy Zakonu, a także około ośmiotysięczna armia nieprzyjaciela oraz inni walczący po stronie przeciwnika. Jeśli wziąć pod uwagę polskie straty, to można rzec, że były one nieznaczne. Poważnie ucierpiały jedynie oddziały litewskie. Przez cały kolejny dzień zbierano rannych i grzebano zabitych. Ciało Ulricha von Jungingena zostało odesłane do Malborka. U Krzyżaków zapanowała panika, zaś poszczególne miasta zaczęły się buntować. Sytuację opanował dopiero komtur Henryk V von Plauen (1370-1429), który nie uczestniczył w bitwie, gdyż wraz ze swym oddziałem ochraniał Kujawy. Co prawda ruszył, aby połączyć się z głównymi siłami, ale kiedy dotarła do niego wieść, że Krzyżacy ponieśli porażkę, wówczas zmienił kierunek marszu i udał się w stronę Malborka.

W związku z powyższym skoro tylko 22 lipca pierwsze polsko-litewskie oddziały dotarły pod Malbork, przekonały się, że jest on już gotowy do obrony. Tak więc rycerstwu bardzo trudno było zdobyć potężną twierdzę i zabrakło mu pomysłu na to, w jaki sposób można byłoby dalej pokierować kampanią. We wrześniu zaczęła psuć się pogoda, a dodatkowo rozpanoszyła się epidemia dyzenterii i polskie rycerstwo chciało już wracać do domu. Dlatego też w dniu 19 września 1410 roku Władysław Jagiełło wydał rozkaz do zakończenia oblężenia, zaś nowy Wielki Mistrz Krzyżacki Henryk von Plauen rozpoczął kontrofensywę i przywracanie władzy Zakonowi nad państwem. Z kolei w październiku węgierski monarcha dokonał najazdu na Ziemię Sądecką, a to z kolei groziło rozpoczęciem wojny z dwóch stron. Po zwycięstwie Polaków pod Koronowem 10 października 1410 roku, obydwie strony wyczerpane walką zasiadły do rozmów pokojowych.

W dniu 1 lutego 1411 roku podpisano więc I Pokój Toruński. Na jego mocy Litwa odzyskała Żmudź i pomimo że miała ją oddać po śmierci księcia Witolda, to jednak nigdy do tego nie doszło. Natomiast Polska odzyskała Ziemię Dobrzyńską. Zakon zaś zmuszony był zapłacić sto tysięcy kop groszy okupu z tytułu wziętych do niewoli rycerzy zachodnich. Niemniej postanowienia pokoju wydawały się niekorzystne dla strony polskiej, jeżeli wziąć pod uwagę ogrom zwycięstwa. Najistotniejszą konsekwencją wojny z Krzyżakami było to, iż Zakon etapowo tracił swe znaczenie na polu międzynarodowym. Wysoki okup, który przekraczał dwuletni dochód polskiego monarchy załamał gospodarkę i politykę finansową Krzyżaków. Już do samego końca swego istnienia Zakon Krzyżacki tonął w długach.

Bitwa pod Grunwaldem ujawniła zatem wewnętrzny konflikt tlący się wewnątrz państwa krzyżackiego. Bunt mieszczan oraz rycerstwa pruskiego pokazał, iż Krzyżacy nie posiadają wystarczającej legitymizacji władzy pośród swoich poddanych. Od tej pory te dwie kwestie stały się zalążkiem bezustannych problemów, które ostatecznie doprowadziły do zwycięstwa Polski w wojnie trzynastoletniej oraz przyczyniły się do odzyskania przez Rzeczpospolitą Pomorza. Bitwa pod Grunwaldem potwierdziła również sens unii. Polityczny sojusz Polski i Litwy spowodował powstanie regionalnego imperium, którego nie omijano w żadnych z istotnych politycznych planów dotyczących Europy. 


Bitwa pod Grunwaldem 
Obraz został namalowany w 1878 roku.
autor: Jan Matejko

Motyw bitwy pod Grunwaldem bardzo często występuje w polskiej literaturze historycznej. Pisarze tworzący beletrystykę historyczną nierzadko sięgają po ten okres z dziejów naszego kraju i próbują wpisać w jego ramy zarówno autentycznych historycznych bohaterów, jak i postacie fikcyjne będące wytworem wyobraźni autorów. Chyba najbardziej znaną powieścią odnoszącą się do bitwy pod Grunwaldem są Krzyżacy Henryka Sienkiewicza (1846-1916). Ale nie tylko Noblista zajął się tą tematyką. Zrobił to również inny polski pisarz Stefan Maria Kuczyński tworzący pod pseudonimem Włodzimierz Bart (1904-1985). Przypuszczam, że młodym czytelnikom niewiele mówi to nazwisko. Autor był z zawodu historykiem i specjalizował się przede wszystkim w odkrywaniu epoki Władysława Jagiełły, co oczywiście doskonale widać w jego twórczości. Oprócz powieści dla młodzieży Grunwaldzkie miecze, Stefan Maria Kuczyński napisał jeszcze kilka innych książek (w tym także naukowych), które swoją tematyką dotykają czasów Władysława II Jagiełły.

Grunwaldzkie miecze to powieść, w której prawda przeplata się z fikcją. Autor z jednej strony pragnie wyjaśnić dzieje dwóch mieczy, które Krzyżacy przed bitwą ofiarowali polskiemu władcy i księciu Litwy, natomiast z drugiej wprowadza nastoletnich bohaterów, którzy poniekąd biorą udział w pamiętnej bitwie. Jednym z nich jest Jaśko, który wychował się pod dachem starosty dobrzyńskiego Jana z Płomian. Kiedy był niemowlęciem matka uciekając przed wrogiem najprawdopodobniej zostawiła go w przydrożnych krzakach, gdzie z całą pewnością by umarł, gdyby nie dobrzy ludzie, którzy uratowali mu życie. I tak oto Jaśko trafił pod opiekę starosty dobrzyńskiego. Niestety, któregoś dnia na ziemie należące do Jana z Płomian napadają Krzyżacy i wycinają w pień wszystkich mieszkańców, w tym również starostę i jego rodzinę. Jaśkowi udaje się zachować głowę na swoim miejscu tylko dlatego, że wraz z rycerzami Władysława II Jagiełły podąża do Krakowa, gdzie ma oddać królowi konia. Nie jest to jednak zwyczajny koń. Nie dość że piękny z wyglądu, to jeszcze dodatkowo posiada cechy, które z pewnością zachwycą króla. Wszystko wskazuje bowiem na to, że Cisawy, który na chwilę obecną swoje miano zawdzięcza kasztanowej maści, będzie brał udział w bitwie z Krzyżakami, która będzie mieć miejsce już niedługo. Ponieważ Cisawy mknie przed siebie niczym wiatr, bardzo szybko zmienia imię na Wicher.  

Wydanie z 1974 roku
Jaśkowi trudno jest pożegnać się z koniem, ale wie, że nie ma innego wyjścia. Wicher będzie teraz należał do samego monarchy i zamieszka w królewskich stajniach. Na szczęście Jaśko bardzo szybko budzi w królu sympatię i dzięki temu Władysław nie ma nic przeciwko temu, aby chłopak był blisko konia zarówno w czasie pokoju, jak i wojennej zawieruchy. Niestety, na Jaśka spada nowe nieszczęście. Przychodzi bowiem wieść, że starosta dobrzyński nie żyje. Krzyżacy z zimną krwią zamordowali tego, który stał się dla chłopaka przybranym ojcem. I tak oto nastoletni Jaśko trafia pod opiekę pana Swoszki, który jest zarządcą królewskiej stadniny. 

Pan Swoszka już w drodze do Krakowa zapałał sympatią do swojego nowego podopiecznego i teraz ma nadzieję, że sierota zaprzyjaźni się z jego dziećmi. I tak też się dzieje. Dość szybko rodzi się nić sympatii pomiędzy Jaśkiem a również nastoletnim synem stajennego – Bartkiem. Kiedy więc przychodzi czas wyruszenia na wojnę z Krzyżakami obydwaj chłopcy robią wszystko, aby tylko znaleźć się wśród tych, którzy będą towarzyszyć królowi. Jaśko będzie więc opiekował się Wichrem, zaś do Bartka należeć będzie troska o konia o imieniu Mocny. Chłopak nie wie jeszcze, że los szykuje mu kolejną niespodziankę. Któregoś dnia na swej drodze Jaśko spotka bowiem niejakiego Stasske von Bolmena. Kim jest ten człowiek? Czy faktycznie można mu ufać? Jakie więzi łączą go z Jaśkiem? 

Uczestnicząc w przygotowaniach do bitwy, którą historia zapamięta jako bitwę pod Grunwaldem, chłopcy coraz bardziej się ze sobą zaprzyjaźniają. Poznają też innych młodych ludzi, jak również odkrywają kto jest krzyżackim szpiegiem, a kto jedynie udaje, że brata się z wrogiem, a tak naprawdę stoi po stronie polskiego króla. Nie brak sytuacji humorystycznych, które młodego czytelnika lat 70. czy 80. XX wieku doprowadzały do śmiechu podczas lektury. Dzisiaj takich książek już się nie pisze, ponieważ znacząco zmieniły się trendy, jeśli chodzi o tworzenie literatury młodzieżowej. Współczesnemu młodemu czytelnikowi oferuje się dziś książki z pieprzykiem, czyli tak zwane Young Adult albo takie, gdzie świat fantastyczny miesza się z tym rzeczywistym. Mało kto myśli dziś o napisaniu czy wydaniu powieści skierowanej do młodzieży, która nie byłaby nafaszerowana erotyką czy jakimiś dziwacznymi stworami, które z realnym życiem mają niewiele wspólnego.

Według mnie Grunwaldzkie miecze to przede wszystkim powieść, z której młody człowiek-uczeń w sposób ciekawy i obrazowy może poznać przyczyny i przebieg bitwy pod Grunwaldem. Nie twierdzę bynajmniej, że książka może zastąpić rzetelne opracowanie przygotowane przez historyka, ale na pewno w znacznym stopniu sprawi, że przyswojenie tematu staje się dużo łatwiejsze. Dzisiaj powieść dostępna jest już tylko w bibliotekach (i to nie we wszystkich) oraz ewentualnie w antykwariatach. Jak to już bywa w tego rodzaju literaturze, na kartach powieści spotykają się ze sobą zarówno postacie historyczne, jak i fikcyjne. Nawiązują się przyjaźnie, a nasi bohaterowie uczą się czym tak naprawdę jest honor oraz miłość i szacunek do króla, a tym samym do Rzeczypospolitej. Trudno jest mi dziś polecać tę książkę, ponieważ przypuszczam, że współczesne młode pokolenie nie będzie nią zainteresowane. A może jednak się mylę? Chciałabym nie mieć racji, lecz trudno jest mi sobie wyobrazić, że tego typu powieść mogłaby obecnie znaleźć się w rękach nastolatka, który powoli wkracza w dorosłe życie. Na pewno jednak Grunwaldzkie miecze okażą się miłym wspomnieniem dla tych, których czas dorastania przypadł na drugą połowę XX wieku, a dokładnie lata po 1966 roku, ponieważ to wtedy książka została wydana po raz pierwszy.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.