Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

sobota, 25 marca 2017

Alexandre Dumas (ojciec) – „Pamiętniki”










Wydawnictwo: ISKRY
Warszawa 1960
Tytuł oryginału: Mémoires
 Przekład: Anna Tatarkiewicz




Kiedy kilka lat temu przygotowywałam materiał do artykułu będącego częścią pewnego cyklu literackiego, zdecydowałam wówczas, że jego bohaterem będzie Alexandre Dumas (ojciec; 1802-1870). Oparłam się wtedy na informacjach pochodzących z autobiografii Autora. Praktycznie od najmłodszych lat Alexandre Dumas zajmuje w moim czytelniczym życiu bardzo ważne miejsce i nie zraża mnie nawet fakt, że w pisaniu książek pomagał mu pisarz i historyk Auguste Maquet (1813-1888). Jego rola polegała bowiem na tym, że wymyślał fabułę, dbał o zgodność historyczną i tworzył ogólny zarys powieści, natomiast Dumas rozbudowywał wątki w charakterystycznym dla siebie stylu. Pomiędzy panami doszło nawet do nieporozumienia. Otóż Auguste Maquet zażądał pewnego dnia wyższego wynagrodzenia i umieszczenia swojego nazwiska jako współautora powieści. W rezultacie zdołał jedynie uzyskać wyższe wynagrodzenie, zaś ta druga kwestia w żadnym razie nie wchodziła w grę.
                                                                                        
Alexandre Dumas
Fotografia pochodzi z 1860 roku.
autor: Gustave Le Gray (1820-1884)
Książka już ma swoje lata. Wydanie, które do mnie trafiło, pochodzi z 1960 roku. Jeśli w ogóle istnieje jakakolwiek możliwość dostania dziś Pamiętników, to zapewne należałoby ich szukać w antykwariatach albo na aukcjach internetowych. Obawiam się, że nawet biblioteki już nie posiadają tej książki w swoich zasobach. Alexandre Dumas swoje wspomnienia zaczął spisywać pod koniec Monarchii Lipcowej (1830-1848), a następnie kontynuował je na emigracji w Brukseli, zaś ukończył po powrocie do Paryża. Pierwsza część autobiografii ukazywała się w piśmie Presse, natomiast dalszy ciąg publikowany był w dzienniku, którego Dumas był właścicielem. Dziennik ten nosił tytuł Muszkieter (z franc. Le Mousquetaire). To właśnie dzięki tym publikowanym bez ograniczeń tekstom Alexandre Dumas zdobył dla pisma rzesze czytelników.

Finalne książkowe wydanie Pamiętników miało miejsce w roku 1863. Autobiografia ukazała się wówczas aż w dziesięciu tomach. W latach 50. XX wieku we Francji pojawiło się natomiast wydanie dość krytyczne w swej formie w opracowaniu Pierre’a Josseranda (1898-1972). Dwa pierwsze tomy wydano w latach 1954-1957 i zawierały tylko połowę oryginalnego tekstu. Pamiętniki w wysokim stopniu charakteryzują się walorami wyróżniającymi najlepsze teksty Dumas. Narracja jest niezwykle żywa, widać w nich dramatyzm, który przejawia się szczególnie w dialogach. Wydaje się, że Autor stosuje je niezwykle chętnie. Wszystkie osoby, o których pisze Dumas są wyraziste i doskonale uchwycone, lecz jednocześnie Autor nie stara się zagłębiać w ich charaktery czy stan psychiczny. Czytając Pamiętniki czytelnik nie może spodziewać się kolejnej powieści, ponieważ nie znajdzie w niej cech typowych dla utworów tego typu. Jest to przede wszystkim opowieść o wydarzeniach i ludziach, tym razem nie fikcyjnych, lecz autentycznych, współczesnych Autorowi. Niemniej, z drugiej strony można domyślać się, że Dumas w sposób świadomy – bądź też nie – przeinacza pewne fakty lub przedstawia je jedynie ze swojego punktu widzenia, co jest dość nieobiektywne. Być może czyni to rzadziej, aniżeli można byłoby go o to posądzać.


Alexandre Dumas wygotowujący swoje powieści (karykatura)
autor: Amédée de Noé ps. Cham (1818-1879)


Pomijając powyższy fakt, można jednoznacznie stwierdzić, iż ogólny obraz samej epoki oraz ludzi w niej żyjących charakteryzuje autentyczność, która równa się tej dotyczącej samego Autora. Alexandre Dumas w Pamiętnikach odsłania się bez reszty zarówno w tym, co mówi, jak również w tym, w jaki sposób to robi. Momentami miałam wrażenie, że nie szczędzi nawet samemu sobie. Z ogromną prostodusznością prezentuje swe wady, zalety, a także śmieszności.

[…] Idąc za przykładem innych, wskoczyłem na ławkę i balansując na zaokrąglonych oparciach, ruszyłem ku środkowi. Musiałem wydawać się – a raczej wyznajmy to: byłem bardzo śmieszny. Moje długie i mocno kręcone włosy tworzyły wokoło głowy nader groteskową aureolę, ponadto w czasach, gdy nosiło się redengoty* sięgające kolan, ja miałem redengot do kostek […][1]
[…] Byłem ubrany według ostatniej mody z Villers-Cotterets, która jednak była przedostatnią modą paryską. Wobec tego, że na ogół przedostatnia i ostatnia moda są czymś skrajnie różnym – wyglądałem, jak to już z właściwą mi skromnością zaznaczyłem – bardzo śmiesznie. Takie zapewne wrażenie wywarłem też na tych, do których podchodziłem, gdyż przyjęli mnie wybuchami śmiechu, w bardzo złym – jak mi się zdawało – guście. Byłem zawsze bardzo uprzejmy, ale w owych czasach z uprzejmością, jaką zawdzięczałem wychowaniu macierzyńskiemu, szła w parze wybuchowa drażliwość, odziedziczona prawdopodobnie po ojcu. Drażliwość ta sprawiała, że nerwy moje były instrumentem nader czułym na podniety. Uchyliłem kapelusza, co do reszty odsłoniło oryginalność mej koafiury** i spotęgowało wesołość grona, wśród którego pragnąłem się znaleźć. 
– Przepraszam panów – zapytałem z wyszukaną grzecznością – czy mógłbym wiedzieć, co was tak śmieszy, by móc śmiać się wraz z wami? Sztuka, którą zobaczymy, jest podobno bardzo smutna, i nie zawadziłoby rozerwać się trochę, zanim zaczniemy wylewać łzy. 
Przemowy mej wysłuchano w nabożnym skupieniu, po czym wśród zaległej ciszy odezwał się nagle pojedynczy głos: 
– Ależ główcia! 
Jak się zdaje, apostrofa należała do bardzo komicznych, gdyż ledwo się rozległa, śmiechy wybuchnęły ze zdwojoną siłą; co prawda, ledwo się to stało, wymierzyłem dowcipnisiowi siarczysty policzek […][2]

Dom, w którym urodził się
Alexandre Dumas
Niniejsza wersja Pamiętników to najlepsze fragmenty całości autobiografii Alexandre Dumas. Dla potrzeb polskiego rynku wydawniczego zostały one wyselekcjonowane z całości tekstu, czyli pierwotnej wersji, w której można znaleźć mnóstwo kwestii wepchniętych tam zupełnie niepotrzebnie celem wydłużenia tekstu i znacznego podwyższenia honorarium. Trzeba więc wiedzieć, że pierwotna wersja Pamiętników skierowana była do czytelników pism codziennych, za co płacono od wiersza. W polskim wydaniu czytelnik nie znajdzie cytowanych w całości dokumentów, fragmentów cudzych utworów literackich, całych życiorysów osób współczesnych Pisarzowi, skryptów dzieł historycznych, czy też – nie zawsze wiarygodnych, a często zbyt długich – anegdot.

Forma, jaką proponuje polski wydawca, to przede wszystkim książka, którą świetnie się czyta. Jest ona doskonała zarówno dla miłośników Alexandre Dumas i jego twórczości, jak również dla tych, którzy w jakiś szczególny sposób interesują się epoką Autora, a zwłaszcza jej życiem kulturalnym. W Pamiętnikach Dumas skupił się wyłącznie na swojej literackiej egzystencji. Sprawy osobiste, jak gdyby spycha na dalszy plan. Pomimo iż przez życie Pisarza przewinęło się mnóstwo kobiet pochodzących z różnych warstw społecznych, to jednak Dumas wyraźnie unika tego tematu w autobiografii.

Dla mnie ta książka jest naprawdę wyjątkowa. Z jej kart czytelnik dowiaduje się, dlaczego Aleksandre Dumas w ogóle zaczął pisać. W dodatku jego literacka droga do sławy wcale nie była usłana płatkami róż, jak mogłoby się komuś wydawać. Zamiast róż leżały tam ciernie, które poważnie go raniły. Ponieważ Alexandre Dumas od lat zajmuje w moim życiu szczególne miejsce, ta książka pomogła mi głębiej zrozumieć nie tylko twórczość Autora, ale też jego osobowość. Wychowałam się na książkach Dumas i wiem, że już zawsze pozostaną mi bliskie.







Redengot  (redingot) – rodzaj długiej marynarki, dawniej używanej też jako strój do jazdy konnej.
[1] A. Dumas, Pamiętniki, Wyd. Iskry, Warszawa 1960, s. 91.
** Koafiura – (z franc. coiffure), żartobliwie o fryzurze, uczesaniu.
[2] A. Dumas, Pamiętniki…, op. cit., s. 91-92.






czwartek, 23 marca 2017

Agnieszka Lingas-Łoniewska – „Zakręty losu. Nowe pokolenie” # 4











Wydawnictwo: NOVAE RES
Gdynia 2016





Zemsta jest słodka. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy zostali dotkliwie zranieni i teraz planują wziąć odwet na wrogu. Jedyne, co trzyma ich przy życiu, to przemożna chęć wyrównania rachunków. Tak więc czasami nawet przez długie lata przygotowują się do tego, aby oddać z nawiązką ludziom, którzy niegdyś nie mieli skrupułów, aby skrzywdzić. W planowaniu zemsty są tak bardzo zaślepieni, że nie widzą – albo zwyczajnie nie chcą widzieć – tego, iż przy okazji mogą dotkliwie skrzywdzić również niewinne osoby, które tak naprawdę z całą sprawą nie mają nic wspólnego. Z kolei ten, kto wyrządził krzywdę nigdy nie będzie mógł zaznać spokoju. Nie chodzi tutaj o wyrzuty sumienia, lecz o strach, który już zawsze będzie mu towarzyszył, a bezustanne oglądanie się za siebie będzie spędzało sen z powiek każdej nocy. I choć pozornie może wydawać się, że wszystko tak naprawdę jest w najlepszym porządku, to jednak gdzieś w podświadomości wciąż będzie kołatać się myśl, że nie wszystko zostało załatwione do końca. Nawet jeśli mijają lata przeszłość może o sobie przypomnieć w najmniej oczekiwanym momencie i uderzyć w tych, którzy są dla nas najdrożsi na świecie.

Bracia Łukasz i Krzysztof Borowscy nie mogą więc czuć się bezpiecznie, pomimo że od dramatycznych wydarzeń mających miejsce w ich życiu minęło już dwadzieścia lat. W tym czasie obydwaj zdążyli założyć rodziny i doczekać się wspaniałych dzieci. Niestety, tajemnica, którą noszą w swoich sercach i umysłach nie pozwala im na normalne życie. Oni nadal czują strach, ponieważ wiedzą, że ci, którym zaszli za skórę i doprowadzili do ich niemalże całkowitego zniszczenia, wciąż żyją i w każdej chwili mogą uderzyć. Borowscy muszą więc zrobić wszystko, aby tylko ochronić młode pokolenie, które właśnie wkracza w dorosłe życie i nie jest niczego świadome. Dlatego też można zrozumieć bunt młodych, którzy pragną żyć po swojemu, a nadopiekuńczość rodziców staje się dla nich coraz bardziej uciążliwa. Nie wiedzą jednak skąd się to bierze i z jakiego powodu ich rodzice kontrolują każdy ich krok.

Jak już wspomniałam wyżej, akcja czwartego tomu Zakrętów losu rozgrywa się dwadzieścia lat po wydarzeniach opisanych w Braterstwie krwi. Przyjmijmy zatem, że Łukasz i Krzysztof Borowscy nadepnęli na odcisk rosyjskiej mafii w roku 2012 (rok wydania powieści). W związku z tym należy przypuszczać, że tym razem zostaliśmy przeniesieni w czasy około 2030 roku. Nie należy jednak spodziewać się jakiegoś przełomu, jeśli chodzi o opis realiów panujących w Polsce przyszłości. Generalnie nie różni się ona niczym od rzeczywistości, w jakiej dziś egzystujemy. Wygląda na to, że pomimo upływu dwudziestu lat nie rozwinęła się technika, a bohaterowie wciąż używają tych samych gadżetów, z których korzysta współczesny człowiek. Taka sama sytuacja ma miejsce w przypadku muzyki czy filmów, którymi fascynują się młodzi bohaterowie powieści. Na topie wciąż są zespoły muzyczne czy wokaliści, których słucha dzisiejsza młodzież. Tak więc można odnieść wrażenie, że czas stanął w miejscu, a ludzie tworzący tło w ogóle się nie zestarzeli, pomimo że minęły już dwie dekady. Nie przemówił do mnie też fakt, iż w roku 2030 młodzi wciąż słuchaliby „starych” kawałków, przy których bawili się ich rodzice i nawet licentia poetica nie jest w stanie mnie przekonać. Oczywiście nie traktuję tego zabiegu w kategoriach błędu czy braku logiki przy konstruowaniu powieści. Takie rzeczy są dopuszczalne w literaturze i autorzy czasami z nich korzystają.

Pomimo że powyższe rozwiązanie nie przypadło mi do gustu, to jednak po namyśle stwierdziłam, że może to i lepiej, że Autorka nie starała się za wszelką cenę zmieniać świata, ponieważ wtedy współczesny czytelnik mógłby zwyczajnie nie odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości. Kiedy jednak całą swoją uwagę skupiłam na fabule powieści, wówczas przestało mi to przeszkadzać, a akcja z każdą kolejną stroną wciągała mnie coraz bardziej. Tak więc młode pokolenie Borowskich reprezentowane jest przez Kacpra, Olgę, Igę i Kamila. Kacper to syn Magdaleny z pierwszego małżeństwa, którego adoptował Łukasz, dając mu nazwisko. Z kolei Olga jest córką starszego Borowskiego i jego małżonki. Natomiast Iga i Kamil to dzieci Krzysztofa i Katarzyny. Młodzi są ze sobą bardzo zżyci. Nie dziwi więc fakt, że ta zażyłość doprowadza w końcu do generowania poważniejszych uczuć, aniżeli tylko zwykłej przyjaźni czy relacji siostrzano-braterskich.

Borowscy nie zdają sobie jednak sprawy z tego, że tuż obok jest ktoś, kto tylko czeka sposobnej chwili, aby zaatakować. Przygotowywał się do tego od najmłodszych lat. Wpajano mu, że jedynym jego celem jest dokonanie zemsty i odpłacenie tym, którzy w okrutny sposób pozbawili go najbliższych. Takie pranie mózgu może zdziałać naprawdę cuda. Człowiek w końcu staje się maszyną, która nie potrafi już samodzielnie myśleć ani czuć. Nie wie co to takiego przyjaźń, a tym bardziej miłość. Tego rodzaju uczucia są mu obce i choćby nawet bardzo się starał, to i tak nie będzie w stanie wzbudzić ich w sobie. Wykonuje więc jedynie polecenia innych i dąży do upragnionego celu. Co zatem musi się stać, aby wreszcie przejrzał na oczy i uświadomił sobie, że przez lata był tylko narzędziem mającym posłużyć innym do dokonania zemsty? Czy istnieje możliwość, aby uciec przed takim życiem? Czy jakikolwiek bunt jest w ogóle możliwy?

Jak można wywnioskować z powyższego, motywem przewodnim Nowego pokolenia jest zemsta, która jednak w pewnym momencie natrafia na miłość. Jest to naprawdę bardzo nierówna walka. W tej powieści generalnie bohaterowie doświadczają szeregu zawirowań emocjonalnych. Tutaj nic nie jest czarno-białe. Młodzi muszą radzić sobie z uczuciami, które jeszcze do niedawna były dla niech zupełnie obce. Muszą też podejmować niezwykle trudne decyzje, które nie zawsze będą dla nich dobre w skutkach. Ich życie pokazuje, że praktycznie z dnia na dzień zmuszeni są stać się dorosłymi osobami, których jedynym celem jest walka o przetrwanie, ponieważ w innym razie mogą już nigdy nie zobaczyć bliskich i nie zaznać szczęścia u ich boku. Jest to dla nich swego rodzaju szok, zważywszy że tak naprawdę nie wiedzą co się wokół nich dzieje i dlaczego to właśnie oni muszą pokutować za grzechy rodziców.

Agnieszka Lingas-Łoniewska stawia też kilka pytań, na które czytelnik znajdzie odpowiedzi właśnie w fabule Nowego pokolenia. Czy zatem warto ukrywać prawdę przez lata? Czy trzymanie istotnych spraw w tajemnicy tylko dlatego, aby chronić tych, których się kocha naprawdę stanowi dobre rozwiązanie? Co stanie się, jeśli prawda wyjdzie na jaw w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy może być już za późno na podejmowanie jakichkolwiek działań? Ile tak naprawdę człowiek jest w stanie zrobić dla prawdziwej miłości? Czy prawdziwe i szczere uczucie zawsze może pokonać zło? Jak odróżnić to, co dobre od tego, co złe? To są naprawdę bardzo trudne pytania, lecz gdy już znajdziemy na nie odpowiedzi będzie nam łatwiej zrozumieć przesłanie Nowego pokolenia.

Czwarty tom Zakrętów losu nie jest bynajmniej sielankową opowieścią o licealistach i studentach, którzy z reguły prowadzą beztroskie i imprezowe życie. Jest to przede wszystkim historia o młodych ludziach, którzy w pewnym momencie swojego życia muszą stawić czoło ogromnemu złu, które tak naprawdę nie zostało wygenerowane przy ich udziale. Przecież nie było ich jeszcze na świecie, kiedy rozgrywały się wydarzenia, za które dziś to oni muszą ponieść odpowiedzialność. W imię czego mają więc cierpieć i czuć niewyobrażalny strach o własne życie? Oni nie rozumieją dlaczego tak się dzieje. Oni chcą żyć jak normalni nastolatkowie, którzy mają swoje plany i marzenia. Dlaczego zatem ktoś za wszelką cenę pragnie im to odebrać i to w tak brutalny sposób?

Moim zdaniem Nowe pokolenie to doskonałe zakończenie historii o rodzinie Borowskich. Świat mafii ukazany jest w sposób niezwykle obrazowy i autentyczny. Bardzo wyraźnie widać reguły kierujące funkcjonowaniem mafijnej rodziny. Myślę więc, że miłośnicy twórczości Agnieszki Lingas-Łoniewskiej nie mogą czuć się zawiedzeni. Autorka znów pokazała, że najlepiej czuje się w kreowaniu trudnych historii, które trzymają w napięciu i pozwalają czytelnikowi odczuwać cały wachlarz emocji. Poza tym ani czytelnik, ani też sami bohaterowie nie mogą być do końca pewni tego, co się z nimi stanie po zakończeniu powieści. Czytelnicy jeszcze długo po odłożeniu książki będą o niej pamiętać, natomiast bohaterowie mogą doświadczyć szczęścia tam, gdzie do tej pory były jedynie nienawiść oraz chęć zemsty.










środa, 22 marca 2017

Nora Roberts – „Zamek Calhounów. Rezydencja” # 1













Wydawnictwo: HARLEQUIN ENTERPRISES
Warszawa 2006
Tytuł oryginału: Courting Catherine & A Man For Amanda
Przekład: Alina Patkowska





Każda wiekowa posiadłość chowa w swoich murach jakieś tajemnice. Nie zawsze fakty, które się za nimi kryją są poparte rzetelnymi dowodami. Często bowiem dzieje się tak, że ludzie wiele rzeczy sobie dopowiadają, aby wzbudzić większe zainteresowanie u innych, bądź też chcą nadać danemu miejscu jakiś specyficzny klimat. Historie, które opowiadają przeważnie są mroczne i budzą strach w słuchaczach. Nierzadko chodzi o niewyjaśnioną zbrodnię sprzed lat albo samobójstwo podyktowane nieszczęśliwą miłością lub innymi problemami, z którymi osoba targająca się na swoje życie nie potrafiła już sobie dać rady. I tak oto po latach kolejne pokolenia pod wpływem jakichś dziwnych okoliczności nagle trafiają na ślad babki czy dziadka, którzy pewnego dnia odebrali sobie życie, zabierając jednocześnie tajemnicę do grobu. Wtedy zazwyczaj rozpoczynają się intensywne poszukiwania dowodów mogących dać odpowiedzi na szereg pytań.

W amerykańskim mieście Bar Harbour w stanie Maine (hrabstwo Hancock) znajduje się piękna stara posiadłość, którą wszyscy nazywają po prostu rezydencją Towers. Od pokoleń należała ona do rodziny Calhounów. Na początku XX wieku wybudował ją niejaki Fergus Calhoun z myślą o swojej pięknej i młodej żonie Biance. Okazało się jednak, że pomimo bogactwa i miłości męża kobieta wcale nie była szczęśliwa w tym małżeństwie. Dopiero, gdy pewnego dnia poznała przystojnego malarza, który tworzył na pobliskiej plaży, jej życie diametralnie się zmieniło. Niestety, była to nieszczęśliwa miłość, pomimo że to właśnie dzięki niej Bianka mogła poczuć się naprawdę wyjątkowo, wiedząc, że jest ktoś, komu naprawdę na niej zależy. I tak oto kobieta co pewien czas udawała się na potajemne schadzki ze swoim artystą. Obydwoje wiedzieli jednak, że ich uczucie nie ma przyszłości. Bianca obawiała się także reakcji zaborczego męża, gdyby ten dowiedział się o jej nikczemnym postępowaniu. Pamiętajmy, że był rok 1912, więc rzeczywistość wyglądała wówczas zupełnie inaczej, niż będzie to mieć miejsce kilkadziesiąt lat później, gdy potomkowie nestora rodu znów będą zagłębiać się w przeszłość swojej rodziny.

Wydanie z 2012 roku
Wyd. HarperCollins Polska
tłum. Alina Patkowska
Bianca Calhoun na swoje spotkania z malarzem często zabierała ze sobą syna. To ten kilkuletni chłopiec sprawiał, że kobieta nie była w stanie całkowicie poddać się emocjom, które towarzyszyły jej podczas tych zakazanych schadzek. Pisała też pamiętnik, w którym zdradzała bardzo wiele. Niestety, nadal była nieszczęśliwa. Z jednej strony zaborczy mąż, którego słowo było święte, a z drugiej platoniczny kochanek, dla którego Bianca mogła naprawdę wiele poświęcić. Trudno jest jednak egzystować w rzeczywistości, kiedy za jedyne towarzystwo człowiek ma wyłącznie strach. Prędzej czy później taka sytuacja może bowiem doprowadzić do tragedii. Tak też stało się w przypadku Bianki Calhoun. Pewnego dnia weszła bowiem na drogę, z której nie była już w stanie zawrócić.

Mijają lata. Jest rok 1991, zaś zamkiem Calhounów opiekują się cztery prawnuczki Bianki i Fergusa. Pomaga im ciotka Cordelia Calhoun McPike, która jest młodszą siostrą ojca dziewczyn. Kobieta jest dość specyficzna. Oprócz tego, że świetnie gotuje, posiada także szereg innych zdolności, w tym te związane z byciem medium. Tak więc ku utrapieniu swoich bratanic Coco co pewien czas urządza seanse spirytystyczne, podczas których łączy się duchowo ze swoimi przodkami, w tym także z Bianką Calhoun. To właśnie dzięki tym „spotkaniom” kobieta wie, a wręcz jest tego pewna, że z życiem jej babki związana jest jakaś makabryczna historia, którą należy jak najszybciej rozwiązać, bo inaczej nestorka rodu nigdy nie zazna spokoju na tamtym świecie. Czy w takim razie kobietom uda się odkryć prawdę o tragedii, jaka rozegrała się w posiadłości wiele lat temu? Co takiego stało się, że Bianca posunęła się do ostateczności?




Catherine vel Rodzinne gniazdo
(tytuł oryginału: Courting Catherine)



Wydanie z 2001 roku
Wyd. HARLEQUIN
tłum. Alina Patkowska
Catherine Colleen Calhoun, zwana po prostu C.C., to najmłodsza z czterech prawnuczek wspomnianej wyżej Bianki Calhoun. Dziewczyna ma dwadzieścia cztery lata, ostry język i wykonuje zawód, który w żadnym razie nie przystoi pannie z dobrego domu. Jest bowiem mechanikiem samochodowym i to w dodatku niezwykle dobrym. Nie ma bowiem usterki, której by nie naprawiła. W Bar Harbour jest doskonale znana ze swej skuteczności i tak naprawdę nikogo już nie dziwi fakt, że młoda i piękna dama wciąż chodzi w kombinezonie i do tego jeszcze umorusana po łokcie. Pewnego dnia próg jej warsztatu przekracza niejaki Trenton St. James III, który właśnie przyjechał z Bostonu pozałatwiać jakieś interesy. Mężczyzna jest nie tylko nieziemsko przystojny, lecz także niewyobrażalnie bogaty. Pech chciał, że praktycznie już na samym początku wizyty w miasteczku psuje mu się samochód i chcąc nie chcąc musi skorzystać z pomocy Catherine. Jak można się łatwo domyślić, ich pierwsze spotkanie nie należy do najprzyjemniejszych. Z jednej strony Trenton jest wkurzony z powodu awarii auta, a z drugiej zaskoczony, że jego samochodem będzie zajmować się baba!

Oczywiście C.C. nie pozostaje dłużna swojemu klientowi i bardzo szybko jej cięty język daje się we znaki Trentonowi. W dodatku dziewczyna nie cierpi bogatych facetów, którzy epatują wszem i wobec swoim majątkiem. Tak więc można śmiało rzec, że nasz arystokrata już na starcie jest stracony w oczach C.C. Jak gdyby tego było mało, za przybyciem Trentona do Bar Harbour stoi ciotka Coco, która poprosiła biznesmena, aby ten obejrzał rezydencję Towers celem jej ewentualnego nabycia. Posiadłość chyli się ku upadkowi, a jej mieszkanki nie mają pieniędzy, aby móc przeprowadzić gruntowny remont. Tak więc w pewnym memencie Cordelia nie widziała już innego wyjścia, jak tylko sprzedać rezydencję i wyprowadzić się z niej tam, gdzie mogłaby w spokoju dożyć swoich dni. Oczywiście niczego nie skonsultowała z bratanicami, więc można sobie tylko wyobrazić, jaka będzie ich reakcja na wieść o tym, co starsza pani zamierza zrobić z miejscem, w którym dziewczyny się urodziły i wychowały.

Ale to jeszcze nie wszystko. Coco założyła sobie bowiem, że wyswata swoje bratanice i tym samym zabezpieczy im byt. I tak oto jednym z kandydatów na męża dla którejś z prawnuczek Bianki Calhoun ma być właśnie Trenton St. James III, który prawdę mówiąc wcale nie spieszy się do tego, aby stanąć przed ołtarzem. Czy zatem któraś z młodych kobiet zawróci mu w głowie na tyle mocno, że mężczyzna zdecyduje się na ślub, zapominając o swoich przekonaniach odnośnie do instytucji małżeństwa? Czy kiedy zakocha się w którejś z Calhounówien nadal będzie chciał pozbawić je rodzinnej posiadłości? A może jedyne, czego będzie wtedy pragnął to zamieszkać w Towers razem z kobietami i tym samym pomóc im w ratowaniu rezydencji?




Amanda vel Rodzinny skarb
(tytuł oryginału: A Man For Amanda)



Wydanie z 2001 roku
Wyd. HARLEQUIN
tłum. Alina Patkowska
Amanda Calhoun pracuje w jednym z miejscowych hoteli, gdzie jest menedżerką. Kobieta uwielbia swoją pracę, pomimo że szef nie zawsze ją docenia. Amanda potrafi świetnie dogadywać się nie tylko z gośćmi, ale też ze współpracownikami i generalnie jest bardzo lubiana. Do tego jest także bardzo piękną kobietą, za którą oglądają się mężczyźni, lecz ona sama raczej ich nie dostrzega, czekając na swojego wyśnionego księcia z bajki. Ona ma własny typ kandydata na męża i tak naprawdę mało który facet jest w stanie sprostać temu schematowi. Pewnego dnia zupełnie przypadkowo, w pośpiechu Amanda wpada na ulicy – i to w dosłownym tego słowa znaczeniu – na Sloana O’Reily’ego, sprawiając, że ten ląduje na tyłku. Okazuje się, że Sloan to nikt inny, jak tylko architekt wynajęty przez Trentona St. Jamesa III, aby pomóc odremontować zamek Towers. Kiedy mija pierwsza złość, obydwoje zauważają, że coś ich ku sobie wzajemnie przyciąga. Oczywiście Amanda nie chce przyznać się do swoich uczuć, zaś Sloan nie odpuszcza. I tak oto rozpoczyna się swego rodzaju wojna podjazdowa, która nie wiadomo tak naprawdę jak się skończy. W bitwie uczestniczą bowiem dwa niesamowicie silne charaktery, z których żaden nie chce się wycofać. Jak skończy się ta historia? Co musi się stać, aby Amanda i Sloan zrozumieli, że wszak są dla siebie stworzeni?

Rezydencja to pierwsza z dwóch części opowiadających o losach sióstr Calhoun. Oprócz Catherine i Amandy w zamku Towers mieszkają jeszcze Lilah i Suzanna. Ich historię Nora Roberts opowiada w książce zatytułowanej Rodzinne szmaragdy. Każda z tych kobiet przeżywa własne problemy, z którymi nie musi jednak borykać się sama, ponieważ obok są pozostałe siostry i oczywiście specyficzna ciotka Coco. Fabuła niniejszych opowiadań, jak i tych zamieszczonych w Rodzinnych szmaragdach, opiera się na historii sprzed wielu lat. To właśnie teraz na skutek remontu rezydencji powraca tragiczna śmierć Bianki Calhoun, jak również sprawa szmaragdów, które zaginęły w tajemniczych okolicznościach. Odkrycie prawdy siostry stawiają sobie za punkt honoru. Nie zapominają jednak o tym, co dzieje się obecnie, czyli według fabuły w 1991 roku. A zatem całą swoją uwagę skupiają na ratowaniu rezydencji, nie przypuszczając nawet, że są ludzie, którzy za wszelką cenę pragną dopaść cennych szmaragdów.


Możliwe, że fikcyjna rezydencja Towers wyglądałaby podobnie, jak angielska posiadłość
Turton Tower, której budowę zaczęto na początku XV wieku,
natomiast ukończono w 1596 roku. 


Oczywiście zarówno Catherine, jak i Amanda to delikatne romanse, które nie przytłaczają czytelnika wulgarnością czy zbyt egzaltowanym słownictwem. Każdy, kto zna twórczość Nory Roberts wie, że Autorka nawet, jeśli tworzy klasyczny romans, to nie jest on ani śmieszny, ani sztuczny. W przypadku tych dwóch opowiadań mamy więc do czynienia z silnymi bohaterami, którzy pragną wciąż postawić na swoim, lecz tak naprawdę stale tęsknią za prawdziwą miłością. Oni bezustannie walczą nie tylko ze sobą nawzajem, ale też z własnymi uczuciami, aby w pewnym momencie poddać się i pozwolić losowi kierować ich życiem. Widać też ogromną miłość do posiadłości, która jest dla nich bezcenna. Nawet ci, którzy do tej pory jej nie znali, jak Trenton czy Sloan, teraz robią wszystko, aby nie pozwolić jej popaść w całkowitą ruinę. Zamek Calhounów ma w sobie jakąś magię, która sprawia, że każdy, kto choć raz na niego spojrzy natychmiast zakochuje się w nim bez pamięci.

Ogromne znaczenie ma tutaj również historia Bianki i jej szmaragdów. Można wręcz powiedzieć, że jest ona najważniejsza, ponieważ pociąga za sobą kolejne wydarzenia. Myślę, że miłośnikom twórczości Nory Roberts nie trzeba polecać tej książki, natomiast jeśli ktoś z czytelników szuka lekkiej i niezobowiązującej lektury na jeden wieczór, to śmiało może sięgnąć po Rezydencję, jak i po Rodzinne szmaragdy, które stanowią jej kontynuację. O tej drugiej książce opowiem za jakiś czas.







poniedziałek, 20 marca 2017

Edyta Świętek – „Spacer Aleją Róż. Cień burzowych chmur” # 1












Wydawnictwo: REPLIKA
Zakrzewo 2017






Po zakończeniu drugiej wojny światowej Polska znalazła się w naprawdę dramatycznym położeniu. Nie dość, że ponieśliśmy ogromne straty w ludziach, to jeszcze władzę w kraju przejęli komuniści funkcjonujący na smyczy Józefa Stalina (1878-1953). W dodatku trzeba było zająć się również odbudową miast zniszczonych przez hitlerowskie bomby. Ludzie pozbawieni dachu nad głową często uciekali na wieś, wierząc, że właśnie tam znajdą nowy dom. Częściowemu lub całkowitemu zniszczeniu uległa także większość zakładów przemysłowych. Zaczęto też bezwzględnie rozprawiać się z żołnierzami Armii Krajowej. Tak więc sytuacja polskiego społeczeństwa była naprawdę zła. Gospodarka praktycznie nie istniała, dlatego też w lipcu 1947 roku przyjęto trzyletni Plan Odbudowy Gospodarczej, który w swoim założeniu obejmował lata 1947-1949. Jego celem była przede wszystkim odbudowa polskiej gospodarki. Prócz tego chciano zlikwidować szkody spowodowane drugą wojną światową. Plan zakładał też podniesienie stopy życiowej ludności, jak również scalenie Ziem Odzyskanych oraz przekroczenie przedwojennej produkcji rolniczej i przemysłowej średnio o dziesięć procent.

Zgodnie z powyższym planem najszybciej odbudował się przemysł, ponieważ już pod koniec 1947 roku osiągnięto taki sam poziom produkcji, jaki obserwowano w 1938 roku. Niestety, w rolnictwie nie udało się uzyskać poziomu produkcji z lat przedwojennych. Zjawisko to spowodowane było stopniowym wprowadzaniem kolektywizacji, czyli przekształcaniem indywidualnych gospodarstw rolnych w spółdzielnie rolnicze zwane kołchozami, którymi charakteryzowała się gospodarka Związku Radzieckiego. Działania te podjęto już w 1948 roku. Jeśli wziąć pod uwagę handel, to trzeba pamiętać, że od 1947 roku zaczęto realizować tak zwaną bitwę o handel, w wyniku której państwo przejmowało zarówno sam handel, jak i całą spółdzielczość. Za tą reformą stał Hilary Minc (1905-1974), który w tamtym okresie był ministrem przemysłu i handlu, natomiast w 1949 roku został wiceprezesem Rady Ministrów. Funkcję tę pełnił do 1957 roku. 

Hilary Minc
Zdjęcie pochodzi z Trybuny Ludu 
z 1949 roku.
autor nieznany
W związku z podjętymi działaniami nastąpił dość szybki wzrost stopy życiowej ludności, co tak naprawdę nie było wielkim osiągnięciem, zważywszy że startowano z niezwykle niskiego poziomu. Wzrósł także dochód narodowy w porównaniu z okresem międzywojennym. Nastąpił znaczny wzrost udziału przemysłu w tworzeniu dochodu narodowego oraz zagospodarowano i scalono Ziemie Odzyskane. Z kolei w roku 1950 zaczęto wprowadzać nowy plan. Tym razem miał to być plan sześcioletni (1950-1955). Tak więc Kongres Zjednoczeniowy przyjął założenia, których celem było zwiększenie produkcji przemysłowej aż o dziewięćdziesiąt procent, zaś rolnej o czterdzieści. W 1950 roku znacznie zwiększyły się założenia ze względu na sytuację międzynarodową. Chodziło bowiem o wojnę w Korei. W związku z czym położono większy nacisk na budowę przemysłu ciężkiego, zwłaszcza zbrojeniowego.

W oparciu o plan sześcioletni wybudowano między innymi Nową Hutę (obecnie dzielnica Krakowa), hutę w Warszawie, fabryki samochodów na Żeraniu oraz w Lublinie, a także stocznie w Gdańsku i Szczecinie, odbudowano również Warszawę. Od 1951 roku w rolnictwie rozpoczęła się masowa kolektywizacja indywidualnych gospodarstw, natomiast w 1952 roku wznowiono dostawy obowiązkowe. W przypadku handlu zagranicznego miało miejsce ograniczenie wymiany międzynarodowej oraz dążenie do samowystarczalności, co z kolei związane było między innymi z „zimną wojną”. To właśnie w 1952 roku Stany Zjednoczone odebrały Polsce klauzulę najwyższego uprzywilejowania. Ponadto jeszcze w październiku 1950 roku została przeprowadzona bardzo niekorzystna dla ludności wymiana pieniędzy, w wyniku której w wielu przypadkach ludzie potracili dorobek całego życia. Było to działanie przeprowadzone z zaskoczenia i tak naprawdę nikt nie był na nie przygotowany. Z powodu kolektywizacji indywidualnych gospodarstw znacząco spadła produkcja rolna, co w efekcie wywołało sytuację, w której ludzie masowo zaczęli napływać do miast. Powstała też wadliwa struktura gospodarcza, w której przeważał przemysł ciężki i słaby przemysł lekki. Zaniedbano również handel, a także znacznie pogorszyła się stopa życiowa społeczeństwa.

W takiej właśnie rzeczywistości egzystują bohaterowie pierwszego tomu sagi rodzinnej autorstwa Edyty Świętek. Rodzina Szymczaków mieszka we wsi Pawlice, która leży gdzieś na terenie Małopolski. Szymczakowie to niezwykle bogaci gospodarze. Pomimo że podczas wojny swoje przeszli, a traumatyczne przeżycia nadal tkwią w ich sercach i umysłach, to jednak nie poddali się i wciąż chodzą z podniesionymi głowami. Ponieważ nie ma już na świecie nestora rodu, więc opiekę nad rodziną przejął jego najstarszy syn – Bronisław Szymczak. Chłopak ma dwadzieścia cztery lata, lecz mimo młodego wieku zachowuje się bardzo odpowiedzialnie i dojrzale. Dba o młodsze rodzeństwo i o matkę, która choć nie jest jeszcze starą kobietą, tak właśnie się czuje. Doskonale prosperujące gospodarstwo Szymczaków praktycznie od zawsze było solą w oku dla okolicznych właścicieli ziemskich. Ludzie zazdrościli im bogactwa i tego, że dzięki pieniądzom mogli sobie pozwolić na wiele rzeczy, podczas gdy inni klepali biedę. Zapewne wśród tych zazdrośników i zawistników znaleźli się i tacy, którzy gdzieś w kącie przeklinali Szymczaków i życzyli im jak najgorzej.

Po wojnie nie jest inaczej. Pomimo dramatycznych przeżyć, jakich rodzina doświadczyła, ich gospodarstwo nadal świetnie prosperuje, natomiast Bronek – choć z natury oszczędny – kupuje swoim siostrom coraz to modniejsze ubrania, bo przecież nie może pozwolić, aby we wsi wołali na nie „dziadówki”. Siostry Bronka to naprawdę piękne dziewczyny, więc nie dziwi fakt, że oglądają się za nimi miejscowi kandydaci na mężów. Niemniej są i tacy, którzy chcieliby je skrzywdzić. Nie chodzi im jednak tyle o same Szymczakówny, ile o zemstę na Bronku, którego bogactwo kole w oczy innych. Wśród wrogów Bronka jest niejaki Bartłomiej Marczyk. Niby pochodzeniem stoi znacznie niżej od Szymczaka, to jednak jego ogromna nienawiść do Bronka skutecznie popycha go do działania. Jak gdyby tego było mało, Bartek ma za sobą brata, który z kolei jest ważną szychą w strukturach Urzędu Bezpieczeństwa. Fakt ten sprawia, że wróg Szymczaka czuje się pewnie i bezkarnie. Marczyk jest przekonany, że może sobie na wszystko pozwolić, ponieważ ma po swojej stronie władzę i krzywda mu się nie stanie. Czy zatem chłopakowi uda się doprowadzić do końca swój plan zemsty na Szymczakach? Jak daleko posunie się Bartek, aby zranić swojego wroga tak mocno, żeby naprawdę zabolało? Gdzie uderzy, aby rana zaczęła solidnie krwawić? Czy wykorzysta fakt, że dla jednej z sióstr Bronka stanowi obiekt pożądania?


Budowa Nowej Huty 
fot. Muzeum Historyczne Miasta Krakowa

Pewnego dnia władze komunistyczne wprowadzają wspomniany już wyżej program kolektywizacji gospodarstw rolnych. Ten nieprzemyślany i będący powieleniem reformy wprowadzonej w Związku Radzieckim program sprawia, że jego negatywne skutki odczuwa również Bronek Szymczak. Jego świetnie prosperujące gospodarstwo praktycznie z dnia na dzień staje się bezwartościowe. Młody mężczyzna traci niemalże wszystko, na co pracowały pokolenia jego rodziny. Tak więc w zapomnienie odchodzi majątek, który był dla niego wszystkim. Od tej chwili nie będzie już mógł utrzymywać swojej rodziny na wysokim poziomie. Jego siostry będą musiały zapomnieć o najnowszych trendach w modzie i szukać pracy u obcych, żeby móc przeżyć każdy kolejny dzień. To niezwykle upokarzające. Teraz zamiast zazdrości, ludzie będą czuć dla niego tylko pogardę. Dlatego też nasz bohater nie chce i nie może zostać w rodzinnych Pawlicach. Kiedy więc nadarza się okazja, aby wyjechać do miasta, gdzie właśnie rozpoczyna się budowa Nowej Huty, Bronek pakuje manatki i rusza w drogę. Czy odnajdzie tam spokój? Czy zdoła uciec przed nienawiścią młodego Marczyka? Jaka przyszłość czeka Bronka w zupełnie obcym miejscu pomiędzy ludźmi, których nie zna? Co stanie się z jego rodziną, gdy nie będzie już mógł sprawować nad nią pieczy? Czy kobiety, które zostawił we wsi pod opieką małoletniego brata będą w stanie stawić czoło żądzy zemsty, jaką pała wobec nich nowy szef spółdzielni rolniczej?

Zacznę może od tego, że nie pamiętam już kiedy ostatni raz czytałam tak dobrze zapowiadającą się sagę rodziną w polskim wykonaniu. Jeśli kolejne tomy tej historii będą równie fascynujące, to wierzę, że czeka mnie naprawdę doskonała lektura. Autorka w sposób niezwykle dokładny nakreśla powojenne polskie realia, nie zapominając przy tym o postaciach historycznych, które w tamtym okresie odegrały naprawdę znaczącą rolę w tworzeniu nowej Polski. Wspomnę chociażby Piotra Ożańskiego (1925-1988), którego historia zapamiętała jako przodownika pracy i oddanego działacza Polskiej Zjednoczonej Patrii Robotniczej. Należał też do Związku Młodzieży Polskiej. Był murarzem, który stał na czele jednej z brygad budujących Nową Hutę. To właśnie jego osobę Andrzej Wajda (1926-2016) sportretował w nieśmiertelnym Człowieku z marmuru jako Mateusza Birkuta, w którego rolę wcielił się Jerzy Radziwiłłowicz.


Jerzy Radziwiłłowicz w roli Mateusza Birkuta & Michał Tarkowski jako Wincenty Witek. 
Robotnicy biją rekord murarski podczas budowy Nowej Huty.
Kadr pochodzi z filmu Człowiek z marmuru (1976).
reż. Andrzej Wajda


Oprócz pracy przy budowie Nowej Huty, Bronek Szymczak przeżywa również osobiste rozterki. Jego życie to pasmo nieporozumień, które doprowadza do tego, że w pewnym momencie mężczyzna podejmuje decyzję, której w przyszłości może solidnie żałować. Podczas gdy nasz bohater stara się ułożyć sobie życie w wielkim mieście, jego rodzina w Pawlicach musi zmagać się z naprawdę poważnymi problemami. Można odnieść wrażenie, że Szymczakowie to ludzie, którzy różnią się od siebie wzajemnie. Nie podążają oni tą samą drogą. Każdy z członków familii posiada swoją własną wizję świata i przyszłości. Oczywiście są sytuacje, w których to życie zmusza ich do podejmowania tych czy innych decyzji, lecz generalnie usiłują iść własną drogą, lecz w dramatycznych okolicznościach potrafią się zjednoczyć.

Pierwszy tom sagi Edyta Świętek poświęciła szczególnie Bronkowi. To on jest tutaj głównym bohaterem i to przede wszystkim jego losy śledzimy z zapartym tchem. Owszem, obok niego pojawia się wiele innych postaci, lecz mimo to w centrum wydarzeń wciąż znajduje się Bronek Szymczak. Czytelnik widzi go nie tylko jako młodego i odpowiedzialnego mężczyznę, który z jednej strony chce dostosować się do norm panujących w wiejskiej społeczności, natomiast z drugiej pragnie za wszelką cenę dbać o rodzinę, za którą czuje się odpowiedzialny. Bronek ukazuje się nam również jako ten, dla którego najważniejszą wartością jest honor, nie tylko jego, ale także tych, których bardzo kocha. W imię honoru jest w stanie zrobić naprawdę wiele. Widać też jak bardzo szanuje matkę, natomiast dla sióstr pragnie jak najlepszego życia. Mężczyzna nie jest z tych, którzy dla zysku czy jakichś osobistych korzyści wikłają się w szemrane interesy lub dopuszczają się krzywdy na innych.  

W moim odczuciu Cień burzowych chmur to powieść, która doskonale odzwierciedla klimat wczesnego PRL-u i stalinizmu. Bohaterowie pojawiający się na kartach książki to postacie niezwykle autentyczne. Czytelnik odnosi wrażenie, że są to ludzie, którzy żyją gdzieś obok, i tylko rzeczywistość, w której egzystują sprawia, że w końcu zdajemy sobie sprawę z tego, iż tak naprawdę ich realia znacznie odbiegają od współczesnych. Historia zaproponowana przez Edytę Świętek wciąga już od pierwszej strony, a dzieje się tak dzięki prologowi, który skonstruowany jest szalenie tajemniczo i tak naprawdę czytelnik może się jedynie domyślać, kim są postacie w nim przedstawione. Lecz te domysły można snuć dopiero wtedy, gdy przeczytamy ostatnią stronę książki. Choć z drugiej strony epilog także niczego nam nie ułatwia, co sprawia, że z niecierpliwością oczekujemy dalszego ciągu tej historii. Przyznam, że sięgając po Cień burzowych chmur nie sądziłam, iż opowieść o rodzinie Szymczaków tak bardzo mnie porwie i nie będę potrafiła oderwać się od lektury, dopóki nie przeczytam ostatniego zdania. Autorka niezwykle płynnie snuje swoją opowieść, a nieoczekiwane zwroty akcji sprawiają, że trudno jest rozstać się z bohaterami.









piątek, 17 marca 2017

O tym, jak święty Patryk został patronem Irlandii









Legenda o świętym Patryku (ok. 389-461) znana jest od ponad półtora tysiąca lat, czyli od chwili, gdy w Irlandii pojawili się pierwsi chrześcijańscy misjonarze. W miarę upływu lat jego historia stała się mieszanką prawdy, mitu oraz alegorii. Możliwe, że najbardziej znana opowieść o świętym Patryku wiąże się z Shamrock, czyli małą roślinką (koniczyną), która przez wieki zdążyła już zdobyć sławę na całym świecie jako symbol irlandzkiego dziedzictwa. Po tym, jak święty Patryk przygotował się już do pełnienia funkcji kapłana i biskupa, przybył do Irlandii, a było to dokładnie w 432 roku. Natychmiast podjął próbę nawracania na wiarę chrześcijańską pogańskich Celtów, którzy zamieszkiwali wyspę. Mieszkając i pracując już wcześniej na terenie dzisiejszej Wielkiej Brytanii (najprawdopodobniej urodził się w Walii), bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że cyfra „3” posiada szczególne znaczenie w tradycji celtyckiej, jak również w wielu innych pogańskich wierzeniach. Tak więc podjął decyzję, aby zastosować tę wiedzę także w nawracaniu ludności celtyckiej. W związku z powyższym święty Patryk użył Shamrock, czyli trójlistnej koniczyny, którą można było znaleźć na terenie całej wyspy. W ten sprytny sposób chciał bowiem wyjaśnić ludziom znaczenie Trójcy Świętej, czyli teorię dotyczącą Boga Ojca, Boga Syna i Boga Ducha Świętego. Chciał, aby Celtowie zrozumieli, iż każda z tych osób występuje oddzielnie, lecz mimo to stanowią jedność.

Święty Patryk z wężami 
Z osobą świętego Patryka łączy się także poemat noszący tytuł Krzyk jelenia (z ang. The Deer's Cry) lub Zbroja świętego Patryka (z ang. St Patrick's Breastplate), który opowiada o tym, jak święty Patryk użył mocy féth fíada*, aby siebie i swojego towarzysza zamienić w dzikie jelenie, co pozwoliłoby im uniknąć zasadzki podczas nauczania na wzgórzu Tara (z ang. Hill of Tara), znajdującego się w irlandzkim hrabstwie Meath. To królewskie wzgórze w dolinie rzeki Boyne było uznawane za stolicę starożytnej Irlandii, natomiast dla druidów stanowiło święte miejsce zamieszkiwane przez bóstwa. A zatem czekając na przybycie wroga, którego zamiarem było zaatakowanie i uwięzienie dwóch chrześcijan, święty Patryk i jego towarzysz przy pomocy magii mieli rzekomo doprowadzić do tego, że ich celtyccy przeciwnicy widzieli jedynie płowego jelenia biegającego po wzgórzu. I tak oto dwaj misjonarze z powodzeniem osiągnęli swój cel i opuścili Hill of Tara bez jakichkolwiek nieprzyjemnych incydentów.

Celtyckie święto Beltaine (święto ognia) było główną atrakcją celebrowania początku lata i tym samym triumfowania nad ciemnymi mocami. Według tradycji ogień zapalał wówczas irlandzki arcykról. Zgodnie z zasadami starszeństwa był to mężczyzna posiadający władzę nad pozostałymi królami, lecz niemający tytułu cesarza (z ang. High King). Arcykról zapalał ogień na wzgórzu Tara, a potem od tego ognia zapalano pozostałe pochodnie. Tak więc gdy święty Patryk zapalił ogień, wówczas zupełnie świadomie zwrócił na siebie uwagę pogańskich wodzów. Wtedy arcykról Laoghaire (dziś dzielnica Dublina) wysłał starszych druidów, aby ci zbadali i donieśli mu, czy przypadkiem ogień Patryka nie posiada magicznej mocy, ponieważ za nic nie można było go ugasić. W tej sytuacji druidzi ostrzegli arcykróla, iż grozi mu spalenie, jeśli nie zdoła ugasić ognia zapalonego przez Patryka. Niestety, arcykról Laoghaire nie był w stanie tego dokonać, więc uznał, iż magia Patryka jest silniejsza niż ta, której on sam używa. Pomimo że król nie zdecydował się nawrócić na chrześcijaństwo, to jednak wyraził zgodę, aby Patryk szerzył swoją misję w Irlandii i nawracał jej mieszkańców.

Inna legenda o świętym Patryku dotyczy dnia, w którym misjonarz nauczał nieopodal pogańskiego kamienia przeznaczenia, czyli innymi słowy w pobliżu menhiru. Kamień ten przez niektórych z grona potencjalnych konwertytów był uważany za święty, ponieważ został osadzony w okręgu. Ponadto poganie uważali go również za symbol słońca lub księżyca bogów. Z kolei o świętym Patryku mówi się, że narysował chrześcijański (lub łaciński) krzyż właśnie na tym okręgu, tym samym błogosławiąc kamień. Uważa się zatem, że stworzył on pierwszy irlandzki krzyż i pokazał, że jest gotów zaakceptować praktyki pogańskie i jednocześnie wprowadzić chrześcijańskie symbole celem ułatwienia ludziom procesu nawracania się na chrześcijaństwo. 


Święty Patryk wraz z towarzyszami zmierza na wzgórze Tara


Święty Patryk spędził czterdzieści dni Wielkiego Postu na górze w hrabstwie Mayo. Góra ta obecnie znana jest jako Croagh Patrick. W tym czasie nękany był przez demony wcielające się w postać kosów. Ptaki te tworzyły gęste skupiska, dzięki czemu były w stanie zasnuć niebo ciemnością. Lecz według legendy święty Patryk nie ustawał w modlitwie, aż w końcu zadzwonił dzwonkiem, który był symbolem głoszonej przez niego wiary. W odpowiedzi na jego modlitwy pojawił się anioł i powiedział mu, że wszystkie prośby Patryka zanoszone w imię narodu irlandzkiego zostaną wysłuchane, a oni zachowają swoją wiarę aż do dnia Sądu Ostatecznego.

Prawdopodobnie najbardziej znaną legendą o świętym Patryku jest jednak ta, w której posługuje się on trójlistną koniczyną. To właśnie dzięki roślinie Patryk miał utopić w morzu wszystkie węże żyjące na terenie Irlandii. W związku z tym na wielu obrazach przedstawiany jest wraz z wężami, co ma symbolizować zwycięstwo nad złem. Ponieważ obecnie w Irlandii nie ma innych węży oprócz tych, które żyją w ogrodach zoologicznych, ludzie przypisują ich brak właśnie świętemu Patrykowi. Z drugiej strony jednak naukowcy uważają, że mało prawdopodobne jest, aby w Irlandii kiedykolwiek występowały te łuskonośne gady. Dlatego też ludzie ich nieobecność tłumaczą legendą o świętym Patryku. Chodzi w niej bowiem o to, że węże stanowiły świętość dla druidów, natomiast wytępienie gadów odnosi się bezpośrednio do sukcesu Patryka, który w ten symboliczny sposób usunął pogańskie wpływy na wyspie.

Slemish w hrabstwie Antrim, czyli
miejsce, gdzie według tradycji
święty Patryk miał zajmować się
wypasem owiec i świń podczas
pobytu w niewoli.

źródło
Historia świętego Patryka jako patrona Irlandii, który urodził się w drugiej połowie IV wieku nie jest zbyt rzetelna. Tak naprawdę nawet rok jego urodzenia nie jest do końca znany. Niektórzy badacze podają, że był to 373 rok, podczas gdy inni mówią o roku 390. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku miejsca jego urodzenia. Wiadome jest, że wychowywał się w pobliżu miejscowości o nazwie Banna Venta Burniae, lecz nie można dokładnie określić jej położenia. Jedni mówią, że były to nizinne tereny Szkocji, zaś inni twierdzą, iż równie dobrze mogła być to Walia, która w tamtym okresie znajdowała się pod panowaniem Rzymian. Święty Patryk najprawdopodobniej naprawdę nazywał się Maewyn Succat. Jego ojciec – Calpornius – był rzymsko-brytyjskim oficerem i diakonem. Pomimo iż jego rodzina była bardzo mocno zaangażowana w wyznawanie wiary chrześcijańskiej, to jednak sam Patryk nie był osobą wierzącą. Jego życie nie wyróżniało się niczym szczególnym. Wiele zmieniło się w chwili, gdy ukończył szesnaście lat. To właśnie wtedy miały miejsce dramatyczne wydarzenia, które sprawiły, że przyszły święty zapisał się wielkimi literami w historii Irlandii. 

Jako młody chłopak, święty Patryk został porwany przez irlandzkich piratów i sprzedany Irlandczykom. Od tej pory on i jego towarzysze żyli w niewoli. Z jego autobiografii, którą podaje Kościół Katolicki, wiadomo, że Patryk przetrwał niewolę. Sześć lat spędził w więzieniu na północy wyspy i pracował tam jako pasterz owiec i świń na górze Slemish w hrabstwie Antrim. W tym czasie jego religijność coraz bardziej przybierała na sile. Swoje porwanie i uwięzienie traktował jako karę za brak wiary, dlatego też wiele czasu spędzał na modlitwie. Miał też wizję, w której nakazano mu ukryć się na statku płynącym do Brytanii. W ten sposób Patryk wrócił do swojej rodziny.

Będąc już w domu, Patryk miał sen, w którym przykazano mu, iż musi wrócić do Irlandii, aby nauczać tam o Bogu, ponieważ potrzebują tego jej mieszkańcy. Fakt ten zmotywował go do powrotu na zieloną wyspę, gdzie miał pełnić fukcję kapłana, lecz nie zrobił tego od razu. W tamtym momencie nie był jeszcze właściwie przygotowany do roli misjonarza. Oddał się zatem procesowi poszukiwania Boga. Badania, które prowadził zaprowadziły go do Francji, gdzie pobierał nauki w klasztorze znajdującym się najprawdopodobniej gdzieś w pobliżu Saint-Germain. Jego duchowym mentorem był biskup Peregryn z Auxerre (?). I tak oto dwanaście lat swojego życia Patryk przeznaczył na naukę i poznawanie Boga. Potem wrócił do Irlandii jako biskup wysłany tam przez samego papieża. Kolejne lata jego życia są już lepiej znane. Tak więc z Francji przybył do Strangford Loch w hrabstwie Down (obecnie Irlandia Północna). Pomimo że święty Patryk uważany jest za tego, który jako pierwszy przyniósł do Irlandii chrześcijaństwo, to jednak wcale nie był prekursorem w jego nauczaniu, lecz w rzeczywistości był nim biskup Palladiusz (?-ok. 457-461).

Shamrock, czyli trójlistna koniczyna
będąca symbolem Irlandii i służąca
świętemu Patrykowi do wytłumaczenia
poganom tajemnicy Trójcy Świętej.
Historia świętego Patryka to przede wszystkim czas, kiedy wielokrotnie był więziony z powodu głoszenia nauki chrześcijańskiej. Nie podobało się to bowiem lokalnym irlandzkim wodzom czy celtyckim druidom, lecz mimo to zawsze zdołał uciec z niewoli lub odzyskać wolność na skutek przekupywania oprawców jakimiś darami. Przez dwadzieścia lat podróżował po wyspie, gdzie chrzcił ludzi oraz zakładał klasztory, szkoły i kościoły. Zmarł w dniu 17 marca 461 roku lub – jak twierdzą niektórzy – w roku 493, pozostawiając po sobie kościół w Armagh, który dziś znamy jako anglikański kościół pod wezwaniem świętego Patryka. Jest to katedra w stylu gotyckim będąca przebudową trzynastowiecznego kościoła zbudowanego w miejscu, gdzie powstał ten wybudowany na polecenie świętego Patryka w 445 roku. W Armagh znajduje się także katedra katolicka pod wezwaniem świętego Patryka wzniesiona w stylu neogotyckim w latach 1838-1873. W chwili jego śmierci Irlandia była już wyspą z dobrze zakorzenionym chrześcijaństwem. Od tamtej pory Irlandczycy wspominają Patryka właśnie w dniu 17 marca. Święty został pochowany albo w Downpatrick (Irlandia Północna), albo gdzieś w hrabstwie Down lub w Armagh.

Dzień Świętego Patryka obchodzony jest zatem corocznie w dniu 17 marca od ponad tysiąca lat. Jest to święto religijne, które zostało ustanowione celem upamiętnienia jego śmierci mającej miejsce w V wieku. W Dzień Świętego Patryka, który zawsze przypada w czasie chrześcijańskiego Wielkiego Postu, Irlandczycy idą rano do kościoła, natomiast świętowaniu oddają się w godzinach popołudniowych. Wtedy też nie obowiązują wielkopostne zakazy dotyczące spożywania mięsa, a ludzie mogą tańczyć, pić mocniejsze trunki i spożywać tradycyjny irlandzki posiłek przygotowany na bazie boczku i kapusty. Z tej okazji odbywają się również świąteczne parady, lecz nie tylko w Irlandii, ale także w Stanach Zjednoczonych, na przykład w Nowym Jorku czy Bostonie. Co ciekawe, pierwsza taka parada nie odbyła się w Irlandii, lecz właśnie w Stanach Zjednoczonych. W dniu 17 marca 1762 roku irlandzcy żołnierze służący w angielskiej armii przemaszerowali ulicami Nowego Jorku. Towarzyszyła im tradycyjna irlandzka muzyka, dzięki której mogli poczuć się jak w domu, za którym przecież bardzo tęsknili.


Pocztówka zaprojektowana w Stanach Zjednoczonych w 1912 roku
specjalnie z okazji Dnia Świętego Patryka.


W ciągu kolejnych ponad trzydziestu lat irlandzki patriotyzm wśród amerykańskich imigrantów przeżywał swój rozkwit, powołując do życia ruch społeczny zwany Irish Aid, który zrzeszał w sobie sympatyków świętego Patryka. Każdego roku ludzie należący do Irish Aid organizowali parady, podczas których grali na dudach i bębnach. Dodam, że dudy tak naprawdę po raz pierwszy pojawiły się nie w Irlandii, lecz w Szkocji oraz w oddziałach brytyjskich żołnierzy. W 1848 roku kilka grup należących do Irish Aid zjednoczyło siły, aby stworzyć jedną oficjalną paradę w Nowym Jorku w Dzień Świętego Patryka. Dziś tamta parada oficjalnie uznawana jest za najstarszą na świecie oraz największą w Stanach Zjednoczonych. Wzięło w niej bowiem udział ponad sto pięćdziesiąt tysięcy osób. Z kolei każdego roku prawie trzy miliony ludzi przychodzi podziwiać paradę, której trasa mierzy półtorej mili (prawie dwa i pół kilometra) i trwa ponad pięć godzin. Natomiast w Bostonie, Chicago, Filadelfii czy Savannah parady liczą około dwudziestu tysięcy uczestników.

Aż do połowy XIX wieku większość irlandzkich imigrantów w Ameryce wywodziła się z protestanckiej klasy średniej. Podczas wielkiego nieurodzaju ziemniaków, jaki uderzył właśnie w Irlandię w 1845 roku, blisko milion ubogich i niewykształconych irlandzkich katolików zaczęło napływać do Stanów Zjednoczonych, aby w ten sposób uniknąć głodu. W Ameryce spotkali się z pogardą dla swoich obcych religijnych przekonań. Większość amerykańskich protestantów było wrogo nastawionych do przybyszów z Europy, dlatego też Irlandczycy mieli poważny problem ze znalezieniem pracy nawet w charakterze zwykłych służących. Gdy amerykańscy Irlandczycy po raz pierwszy wyszli na ulice w Dniu Świętego Patryka, wówczas tamtejsza prasa przedstawiała ich w sposób prześmiewczy, jak również jako zwykłych pijaków, a nawet agresywne małpy.


Parada w Dniu Świętego Patryka w Nowym Jorku w 1907 roku (Piąta Aleja)
fot. George Grantham Bain (1865-1944)


Wkrótce amerykańscy Irlandczycy zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że ich duża społeczność z dnia na dzień rosnąca w siłę może śmiało wejść również do życia politycznego. Zaczęli więc skupiać się w grupy o charakterze politycznym, natomiast ich pierwszą partią była tak zwana Green Machine, która ostatecznie stała się istotnym punktem zaczepienia dla kandydatów na stanowiska polityczne. Nagle coroczne parady organizowane w Dzień Świętego Patryka okazały się dla nich pokazem siły. W 1948 roku prezydent Harry S. Truman (1884-1972) wziął udział w paradzie zorganizowanej w Nowym Jorku, co napawało dumą irlandzkich Amerykanów, których przodkowie musieli przecież walczyć ze stereotypami i uprzedzeniami na tle rasowym, aby ostatecznie doświadczyć akceptacji w Nowym Świecie.

Kiedy irlandzcy imigranci na dobre zaaklimatyzowali się w Stanach Zjednoczonych, inne amerykańskie miasta zaczęły opracowywać własne tradycje. Jedną z nich było coroczne farbowanie na zielony kolor wody rzeki Chicago. Ta praktyka rozpoczęła się w 1962 roku, gdy pracownicy odpowiedzialni za ograniczenie zanieczyszczenia wód miejskich zastosowali zielony barwnik celem śledzenia nielegalnych zrzutów ścieków. Wtedy też zdano sobie sprawę z tego, że zielony barwnik może także stanowić wyjątkowy sposób uczczenia Dnia Świętego Patryka. W tym samym roku wlali więc do rzeki sto funtów (pięćdziesiąt kilogramów) zielonej farby pochodzenia roślinnego. Taka ilość barwnika pozwoliła na utrzymanie koloru przez tydzień! Obecnie w celu zminimalizowania szkód dla środowiska naturalnego używa się tylko czterdziestu funtów barwnika (dwadzieścia kilogramów), natomiast rzeka zabarwiona jest na zielono jedynie przez kilka godzin.


Rzeka Chicago zabarwiona na zielono w Dniu Świętego Patryka
fot. Knowledge Seeker
źródło


Chociaż historycy twierdzą, że pomysł z barwieniem rzeki Chicago był naprawdę oryginalny i pierwszy w historii, to jednak niektórzy mieszkańcy Savannah w stanie Georgia, gdzie pierwsza parada w Dniu Świętego Patryka odbyła się jeszcze w 1813 roku, uważają, że idea dotycząca barwienia wody powstała właśnie w ich mieście. Zwracają oni bowiem uwagę na to, że w 1961 roku kierownik hotelowej restauracji – Tom Woolley – przekonał urzędników miejskich do tego, aby zafarbowali na zielono rzekę Savannah. Eksperyment nie do końca się udał, ponieważ woda zabarwiła się jedynie nieznacznie, lecz mimo to Tom Woolley utrzymywał, że potem to właśnie on osobiście namówił burmistrza Chicago – Richarda Josepha Daleya (1902-1976) – do tego, aby ten sam pomysł wprowadził również w swoim mieście. Niestety, wielu ludzi zaprzeczało słowom kierownika restauracji.

Obecnie ludzie pochodzący z różnych środowisk obchodzą Dzień Świętego Patryka, nie tylko w Irlandii, lecz także w innych częściach świata, a szczególnie w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie czy Australii. Chociaż Ameryka Północna jest centrum największych parad, to jednak Dzień Świętego Patryka celebrowany jest również w wielu innych miejscach świata z dala od Irlandii, w tym w Japonii, Singapurze i Rosji. We współczesnej Irlandii Dzień Świętego Patryka jest przede wszystkim świętem religijnym. W rzeczywistości jednak aż do roku 1970 prawo irlandzkie zakazywało otwierania pubów w dniu 17 marca. Zmiany nastąpiły dopiero na początku 1995 roku, kiedy to rząd irlandzki rozpoczął szeroko zakrojoną kampanię, która miała na celu zachęcić ludzi do korzystania z atrakcji turystycznych Irlandii. W ten sposób reszta świata miała poznawać kulturę zielonej wyspy, a także odwiedzać ją szczególnie w Dzień Świętego Patryka. Dzisiaj około milion osób bierze udział w Irlandzkim Festiwalu Świętego Patryka organizowanym w Dublinie. W tym czasie mają miejsce kilkudniowe parady, koncerty, plenerowe spektakle teatralne oraz pokazy sztucznych ogni.









* Féth fíada – w mitologii irlandzkiej oznacza magiczną mgłę lub zasłonę dymną, której Tuatha Dé Danann, czyli lud z plemienia bogini o imieniu Dana, używał w celu ukrycia się przed wrogiem. Gęsta mgła powodowała, że człowiek, którego spowijała nie mógł być dostrzeżony ludzkim okiem.