Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

sobota, 31 grudnia 2016

Bronisław Heyduk – „>>Janina<< znak Sobieskich”













Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 1983





Ród Sobieskich wywodził się ze wsi Sobieszczczyn leżącej w dawnym województwie sandomierskim. Założycielem rodu był Mikołaj Sobieski, który żył w XV wieku. Był on średniozamożnym szlachcicem sprawującym władzę nie tylko nad Sobieszczynem, ale także nad trzema innymi wsiami. Jego głównym spadkobiercą został pierworodny syn o imieniu Stanisław (ok. 1450-pomiędzy 1508 a 1516), którego najmłodszy syn – Sebastian (ok. 1486-1557) – był prapradziadkiem króla Jana III Sobieskiego (1629-1696). Kolejnym przodkiem przyszłego hetmana i króla był Jan Sobieski (ok. 1518-1564) ożeniony z Katarzyną Gdeszyńską (?).

W tamtym czasie nikt jeszcze z rodziny Sobieskich nie piastował choćby tylko urzędów powiatowych, nie mówiąc już o najwyższych stanowiskach w państwie. Sobiescy byli jedynie zwykłą średnią szlachtą skupiającą swoją uwagę na sprawach, które dotyczyły ich osobiście. Dopiero syn Sebastiana – Marek Sobieski (1550-1608) wyniósł swój ród do godności senatorskich. Szansę na ten awans stworzyła mu w 1569 roku unia lubelska. Włączono wtedy do Korony ogromne obszary ziem, jak Wołyń, Podlasie, Kijowszczyznę, Bracławszczyznę, co sprawiło, że utworzono latyfundia, z których potem korzystało wiele możnych rodów, jak Koniecpolscy, Zasławscy, Leszczyńscy czy Zebrzydowscy. Niemniej ta wielka kariera nie byłaby możliwa bez uzyskania protekcji. Marek Sobieski znalazł bowiem potężnych i wpływowych opiekunów w osobach kanclerza Jana Zamoyskiego (1542-1605) i króla Stefana Batorego (1533-1586). Ten drugi miał rzekomo powiedzieć, że: gdyby los królestwa od jednego harcu zależał, nikomu bym bezpieczniej nie ufał nad Marka Sobieskiego. Król nadał mu zatem pierwszą w rodzie poważną godność, czyli zrobił Marka Sobieskiego chorążym nadwornym królewskim.

Marek Sobieski 
Portret pochodzi z 1862 roku.
autor: Józef Tadeusz Polkowski
(1820-1895)
Marek Sobieski był w głównej mierze żołnierzem, który zaangażował się we wszystkie kampanie tamtych czasów. W 1588 roku zasłużył się w bitwie pod Byczyną jako najbliższy doradca Jana Zamoyskiego. Po zakończeniu bitwy na rozkaz kanclerza przez kilka miesięcy sprawował pieczę nad arcyksięciem Maksymilianem III Habsburgiem (1558-1618), który przebywał wówczas w więzieniu w Krasnymstawie. Za zasługi król Zygmunt III Waza (1566-1632) mianował go kasztelanem, a następnie wojewodą lubelskim. 

Marek Sobieski nie zapominał również o powiększeniu własnego majątku. Otrzymał bowiem w dożywocie szereg królewszczyzn. Nie pogardził także dzierżawami. Zmarł jako posiadacz ogromnej fortuny i rozlicznych koligacji, co pozwoliło jego dzieciom mieć otwartą drogę do zawarcia doskonałych małżeństw. Jego syn – Jakub (1591-1646) – ożenił się z wnuczką hetmana Stanisława Żółkiewskiego (1547-1620) – Zofią Teofilą z Daniłowiczów (1607-1661), która była jego drugą żoną. Potomkowie Marka Sobieskiego mieli również otwartą drogę do kariery politycznej na wysokim szczeblu. O ogromnym postępie w tej kwestii mogą świadczyć dwa małżeństwa Marka Sobieskiego. Jego pierwszą żoną była bowiem szlachcianka Jadwiga Snopkowska (1558-1606), natomiast drugą magnatka Katarzyna Tęczyńska (?).  

Skupmy się jednak na Janie III Sobieskim, który tak naprawdę jest chyba najbardziej znanym przedstawicielem rodu herbu Janina, a to z uwagi na fakt, że pewnego dnia tak się dla niego szczęśliwie złożyło, iż został królem Polski. Lecz zanim to się stało piastował urząd hetmana wielkiego koronnego. Kiedy wstępował na tron w 1674 roku – pomimo wspaniałej postury i z pozoru zdrowego wyglądu – nie był już mężczyzną, któremu dopisywałoby zdrowie. Swoim zdrowotnym problemom poświęcał wiele miejsca w listach skierowanych do ukochanej Marii Kazimiery d’Arquien (ok. 1641-1716), i dlatego też mamy dziś dość wyraźny obraz jego licznych dolegliwości.

Wielu mężczyzn tamtej epoki cierpiało na syfilis, który nie ominął także Jana III Sobieskiego. Swojej choroby nie ukrywał, lecz wspominał o niej, przyznając się do nacierania chorych miejsc maścią rtęciową. Mówił też o dokuczliwej wysypce: osypały mię wszystkiego pryszcze jakieś niesłychanie gęste i po ręku i po wszystkim ciele. Tymi słowami skarżył się pani Zamoyskiej w liście pochodzącym z 22 lipca 1665 roku. Rtęć zawarta w maści przenikała przez śluzówkę, dzięki czemu skuteczniej niszczyła krętki, ale z drugiej strony działała destrukcyjnie na cały organizm z uwagi na swoją silnie trującą właściwość. W związku z tym kuracja, która miała Sobieskiemu pomóc, doprowadziła po latach do poważnej choroby nerek, niewydolności krążenia z obrzękami całego ciała, a także do puchliny brzusznej i rozszerzenia serca. Przyszły król cierpiał też na ogólne schorzenia pochodzenia kiłowego.


Bitwa pod Wiedniem. Jan III Sobieski wysyła wiadomość
o zwycięstwie papieżowi Innocentemu XI (1611-1689)

Obraz pochodzi z lat 1882-1883.
autor: Jan Matejko (1838-1893)


Hetman cierpiał także na chroniczne bóle głowy i zębów, katary, gorączki oraz dyzenterie. W październiku 1667 roku spadł z konia. Upadek ten był dość poważny w skutkach. Z kolei w marcu 1668 roku w liście do Marysieńki pisał, że: teraz w jednej nodze niesłychanie mię reumatyzm, czy nie wiem co, turbować począł. Drętwieje mi bardzo i żadną miarą stać na niej długo nie mogę. W związku z tymi dolegliwościami prosił nawet ukochaną, aby ta przejeżdżając przez Amsterdam w sierpniu 1670 roku zasięgnęła porady u tamtejszego medyka odnośnie do jego bólu w nodze i bólu głowy. Pod koniec listopada 1671 roku we Lwowie Jana Sobieskiego trapił – jak można przypuszczać – wrzód gardła, który nad wszystkie spodziewanie, w radę sześciu doktorów i cyrulików […] rozpukł się i wyciekł. Wspomniane wrzody odnowiły się dwa tygodnie później i dołączyła do nich jeszcze sroga na oczy fluksja*. Były to tylko niektóre przykłady bezustannych cierpień Sobieskiego.

Trudno zatem uwierzyć, że ten stale chory i cierpiący człowiek mógł dokonać tak wielu wspaniałych dzieł jako wódz i monarcha; że odniósł tak dużo zwycięstw na bitewnych polach. Było to jednak możliwe dzięki ustawicznemu zmaganiu się z własnymi słabościami oraz pragnieniem pokonania choroby za wszelką cenę. Jan III Sobieski charakteryzował się nieprzeciętną siłą woli. Lecz mimo to w połowie lat 80. XVII wieku, tuż po bitwie pod Wiedniem, zdrowie króla wyraźnie uległo pogorszeniu. W związku z tym Sobieski zmuszony był zrezygnować z kampanii w księstwach naddunajskich. Z kolei od połowy 1694 roku kolejne opinie wychodzące z ust medyków wieszczyły rychłą śmierć monarchy. Ich zdaniem miał odejść z tego świata w każdej chwili. Dowodem na to jest lektura pamiętników królewskiego pokojowca – Kazimierza Sarneckiego (ok. 1670-1712) – która ukazuje niezwykle przygnębiający obraz słabego i poważnie schorowanego monarchy, który dodatkowo ulega huśtawce nastrojów i często pozostaje w łożu pogrążony we śnie. W dniu 17 czerwca 1696 roku po przebudzeniu, Jan III Sobieski zorientował się, że nie czuje już zapachu swoich ukochanych kwiatów, co go zupełnie załamało psychicznie. Tego samego dnia zmarł. Było to o godzinie ósmej wieczorem. Jak pisze Sarnecki: zemdlawszy, ponieważ się już była przybliżała puchlina do serca.  


Jan III Sobieski z rodziną
Obraz pochodzi z 1693 roku.
autor: Henri Gascar (1635-1701)


Opowieść Bronisława Heyduka (1909-1984) o Janie III Sobieskim obejmuje ostatnie lata panowania króla. Widzimy zatem monarchę zmagającego się z chorobą, który tak naprawdę nie ma już sił, aby podjąć starania zmierzające do kolejnej bitwy. Król doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jego koniec jest już bliski. Pragnie więc pozostawić po sobie spadkobiercę, lecz ręce wiąże mu prawo elekcyjne. Jan III Sobieski wraz ze swoją żoną Marią Kazimierą marzą o tym, aby w Polsce znów obowiązywało prawo dziedziczenia tronu. Wtedy schedę po nim mógłby objąć jego syn. Niemniej szlachta ma na ten temat zupełnie inne zdanie. Jej przedstawiciele zbierają się w karczmach i wciąż debatują nad przyszłością kraju. Żyją wspomnieniami o wielkim zwycięstwie Sobieskiego pod Wiedniem. Z kolei sam Jan wszystkie swoje decyzje konsultuje z małżonką. Maria Kazimiera jest obecna przy każdej rozmowie monarchy z doradcami czy posłańcami. Widać, że król liczy się z jej zdaniem. Prawdę powiedziawszy Marysieńka również ma swoje plany na przyszłość. Przecież nie jest głupia i widzi, co dzieje się z królem i jak bardzo słabnie z dnia na dzień. 

Jakub Ludwik Sobieski
Portret pochodzi z 1691 roku.
autor nieznany
Sporo miejsca Autor poświęca także najstarszemu synowi Jana i Marii – Jakubowi Ludwikowi (1667-1737), który w 1691 roku poślubił Jadwigę von Pfalz-Neuburg (1673-1722) – córkę elektora Palatynatu Reńskiego Filipa Wilhelma Wittelsbacha (1615-1690) i księżniczki Elżbiety Amalii Hessen-Darmstadt (1635-1709). Relacje Jana z Jakubem nie należą do najlepszych, ponieważ młody Sobieski ma swoje własne ambicje, które pragnie zaspokoić za wszelką cenę, co nie podoba się ojcu. Niemniej, to i tak szlachta rządzi, o czym Jan III Sobieski doskonale wie. Czasami można odnieść wrażenie, że czuje wyrzuty sumienia, iż nie może znów – jak niegdyś – wyruszyć na kolejną bitwę i dowieść, że stać go na nowe spektakularne zwycięstwo. Król zdaje sobie również sprawę z tego, że szlachta o nim mówi i że go krytykuje. I choć bardzo chciałby zmienić rzeczywistość, to jednak zdrowie mu na to nie pozwala.

Na prozę Bronisława Heyduka trafiłam zupełnym przypadkiem, a było to w sierpniu tego roku, kiedy w moje ręce wpadły Legendy i opowieści o Krakowie. Nie wiedziałam wtedy, że Autor tworzył również beletrystykę historyczną. Okazuje się, że w swoim dorobku miał około dziesięciu powieści historycznych. „Janina” znak Sobieskich po raz pierwszy ukazała się na rynku w 1964 roku, a potem już tylko książkę wznawiano. Niestety, obecnie Autor należy do grona tych zapomnianych, co bardzo mnie smuci. Niniejsza powieść napisana jest językiem, którego dziś żaden autor tworzący beletrystykę historyczną już nie używa. Fakt ten powoduje, że historia opowiedziana przez Bronisława Heyduka nie jest zbyt uwspółcześniona, a to sprawia, że wydaje się bardziej wiarygodna. Autor nie rozbudowuje na siłę wątków, ani też nie funduje czytelnikowi nazbyt dużo fikcji. Prawdę powiedziawszy fabuła oparta jest tylko na źródłach historycznych, których jest całkiem sporo, jeśli chodzi o życie i panowanie Jana III Sobieskiego.

Myślę, że czytelnicy, którzy cenią sobie stare książki z tak zwaną „duszą”, nie będą rozczarowani tą lekturą. Z drugiej strony jednak dostęp do powieści może być już poważnie ograniczony i należałoby jej szukać albo w bibliotekach, albo w antykwariatach, albo na internetowych aukcjach. Tego rodzaju prozy w Polsce już raczej się nie wznawia, więc tylko wytrwali i ci, którym naprawdę zależy na przeczytaniu powieści mogą odnieść sukces w poszukiwaniach. Jeśli o mnie chodzi, to muszę przyznać, że zawsze kiedy czytam tak starą książkę, a potem o niej piszę, odnoszę nieodparte wrażenie, że daję jej drugie życie i chronię przed zapomnieniem zarówno samą powieść, jak i jej autora/autorkę.



O Janie III Sobieskim pisałam również tutaj







* Fluksja – obrzęk twarzy powstały na skutek procesów zapalnych zębów.






czwartek, 29 grudnia 2016

Agnieszka Lingas-Łoniewska – „Zakład o miłość”














Wydawnictwo: NOVAE RES
Gdynia 2011





Miłość to temat uniwersalny i ponadczasowy. Wielu już o niej pisało i z pewnością jeszcze wielu napisze. Miłość to jedno z najpiękniejszych, a jednocześnie najtrudniejszych uczuć, jakie człowiek może przeżywać. Miłość może być głęboka i piękna. Może nieść szczęście. Ale może też przynosić śmierć. Pomimo takiego zagrożenia, człowiek od zarania dziejów marzył i wciąż marzy o miłości. Marzy o uczuciu prawdziwym, głębokim, które będzie mu towarzyszyć do końca życia. Lecz są też tacy, którzy nie wierzą w prawdziwą, gorącą miłość. Czy mają rację? Czy prawdziwej miłości już nie ma? Czy ona istnieje już tylko w książkach lub filmach? Trudno jest odnaleźć odpowiedzi na te pytania. Lecz cóż znaczyłby człowiek, gdyby nie kochał? Kim bylibyśmy bez miłości?

Dzisiaj chcę przypomnieć wyjątkową książkę, którą przeczytałam kilka lat temu, ale do której wciąż wracam, ponieważ jest ona dla mnie szczególna, jeśli wziąć pod uwagę listę powieści, które miałam przyjemność przeczytać przez lata. Twórczość Agnieszki Lingas-Łoniewskiej niezmiennie jest mi bliska. Jak wiadomo Autorka dzięki posiadaniu nieprzeciętnego talentu potrafi rozśmieszyć, wzruszyć, a niekiedy nawet zdenerwować i mocno przestraszyć. W taki właśnie sposób Agnieszka Lingas-Łoniewska buduje swoje powieści. Swoich bohaterów kreuje w taki sposób, że czytelnik chciałby nimi potrząsnąć, aby się opamiętali, albo razem z nimi zapłakać.

Aleks „Cichy” Cichocki nie wie, czym jest miłość. Nie wierzy, że ona w ogóle istnieje. Wychowywany przez ojca, nigdy nie zdołał wybaczyć matce, która opuściła go, gdy był jeszcze dzieckiem. Teraz mówi o niej: kobieta, która mnie urodziła. Ojciec przez cały ten czas wychowywał go na swoje podobieństwo. Uczył go nienawiści do kobiet i lekceważenia innych. Nic więc dziwnego, że Aleks wyrósł na przystojnego egoistę, który nie cofa się przed niczym i zawsze wygrywa. Obaj prowadzą dobrze prosperującą firmę i wydaje się, że nic więcej do szczęścia im nie potrzeba.

Sylwia Kujawczak to dziewczyna z tak zwanego dobrego domu. Jej rodzina nie tylko jest zamożna, ale także z rodowymi tradycjami. To arystokraci w pełnym tego słowa znaczeniu. Sylwia właśnie kończy studia na wydziale historii sztuki. Choć jej marzeniem od zawsze było uczyć w szkole, to jednak nigdy go nie spełniła i wygląda na to, że już nie spełni. To rodzice – a szczególnie ojciec – już dawno zaplanowali jej życie. Po obronie pracy magisterskiej będzie musiała wejść na dobre do rodzinnej firmy, która zgodnie z tradycją jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, niczym wartościowy rodowy klejnot. Życie prywatne również ma już zaplanowane. Jeszcze dwa tygodnie i zostanie żoną Marcela Brodnickiego. Jego także wybrali rodzice. Ich związek wygląda niczym wyjęty z jakiejś klasycznej dziewiętnastowiecznej powieści.

Sylwia otacza się przyjaciółkami, które nie są zbyt dobrze odbierane przez jej rodzinę, a szczególnie przez Marcela. Lecz ona nie chce urywać z nimi kontaktu i choć obawia się reakcji swoich bliskich, to jednak godzi się na wspólne wyjście do klubu. Ma to być jej wieczór panieński. Ale Sylwia nie wie, że życie z reguły pisze własny scenariusz…

W klubie. Wśród głośnej muzyki i wrzasków Aleks i Sylwia krzyżują swoje życiowe drogi. Od tej chwili już nic nie będzie takie samo. Ani w życiu Sylwii, ani też w życiu Aleksa. Dziewczyna nie wie jednak, że padła ofiarą pewnego zakładu…





Nie pamiętam, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się przeczytać piękniejszą i bardziej wzruszającą historię o miłości mężczyzny i kobiety. Czytając, miałam wrażenie, że studiuję pamiętnik. I chyba tak właśnie było, wnioskując po epilogu. Tak na marginesie dodam, że Autorka ma naprawdę szczególny talent do konstruowania zakończeń. Do takiego wniosku można dojść, analizując poszczególne powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Przykładem może być Szósty, który pozostawia czytelnika w swego rodzaju zawieszeniu i zdezorientowaniu. Jeśli natomiast chodzi o Zakład o miłość, to muszę przyznać, że przez całą powieść nie wzruszyłam się tak bardzo, jak podczas epilogu.

Jeżeli myślicie, że jest to kolejne tanie romansidło w polskim wydaniu, to nic bardziej mylnego. Tej powieści nie można nazwać romansem. To jest historia dwóch dusz, które przez głupi żart tracą niemalże wszystko, co w życiu najważniejsze. Ta powieść jest przykładem na to, jak wielką siłę ma w sobie prawdziwa miłość. Ta ogromna moc sprawia, że w nieczułym Aleksie zaczynają odzywać się wyrzuty sumienia, a zarazem strach, bo oto zaczyna czuć coś, przed czym bronił się przez całe lata. Wreszcie zaczyna pękać mur, który wokół siebie wybudował. I to go przeraża.

Jak skończony idiota jeździłem po mieście bez celu. I jak skończony idiota oszukiwałem sam siebie, gdy wjechałem na Most Zwierzyniecki prowadzący na Biskupin. W tejże dzielnicy mieszkała ona. Tłumaczyłem sobie, że przejadę tylko koło jej domu i zobaczę, czy w jej oknie jest zapalone światło. Jakby to mogło uspokoić mojego rozszalałego ducha. I zakończyć męczarnie, na które sam siebie skazałem, wchodząc w ten idiotyczny układ (…) 

(…) Gdybym mógł to przewidzieć, nigdy w życiu nie wchodziłbym w ten głupi układ z kumplami. To miało być dobrą zabawą, tymczasem przysporzyło mi tylko kłopotów, zmartwień, sprawiało, że nie czułem się sobą, że coś innego, a raczej ktoś inny zaczynał mną rządzić. Bo przecież zawsze byłem panem samego siebie i było mi z tym doskonale (…)*

A co w tym czasie robi Sylwia? Przecież ona też ma wiele do stracenia. Związana z rodziną, wie, że jeśli ulegnie swoim pragnieniom, oni się od niej odwrócą. I jest jeszcze Marcel. Czy może zostawić go tuż przed ślubem? Czy może być aż tak okrutna, żeby w ten sposób go skrzywdzić?

Leżałam w łóżku i wpatrywałam się w swój telefon komórkowy. Jakbym chciała go zaczarować i sprawić, że odezwie się do mnie jego głosem. Wysłałam Aleksowi wiadomość, ale nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Teraz wyrzucałam sobie, że niepotrzebnie to zrobiłam, że dałam się zwieść, porwać, nabrać, sama nie wiem co jeszcze. „Naiwna i głupia” – gdzieś tam kołatało mi się w myśli. Sama nie wiem, po co to zrobiłam i na co liczyłam. Szukałam czegoś? Wrażeń? Emocji? Chyba tak… Bo do tej pory moje życie było spokojne i nudne. Tak. Po prostu nudne. Może to zwykła przedślubna panika i chęć złapania ostatnich chwil wolności? (…)**

Jak widać, powieść nie jest nowością, ale to wcale nie przeszkadza w tym, aby po nią sięgnąć, bo naprawdę warto. Po jej przeczytaniu czytelnik zaczyna wierzyć, że prawdziwe uczucie naprawdę istnieje, że nie jest to jedynie wymysł pisarzy czy scenarzystów. Dlatego polecam tę książkę szczególnie tym czytelnikom, którzy tak jak powieściowy Aleks, przestali już wierzyć. Moim zdaniem jest to jedna z tych historii, które kiedyś chętnie zobaczyłabym na ekranie.

 






* A. Lingas-Łoniewska, Zakład o miłość, Wyd. Novae Res, Gdynia 2011, s. 60-61.
** Ibidem, s. 64.






wtorek, 27 grudnia 2016

Alafair Burke – „Dziewczyna, która zniknęła”














Wydawnictwo: REPLIKA
Zakrzewo 2012
Tytuł oryginału: Long Gone
Przekład: Maksymilian Tumidajewicz





Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy po wielu życiowych niepowodzeniach los nagle uśmiecha się do nas i oferuje nam to, o czym marzyliśmy od dawna. Chociaż praktycznie straciliśmy już wszelką nadzieję na lepsze jutro, to jednak wygląda na to, że jeszcze wiele możemy w życiu osiągnąć. Wystarczy jedynie pójść za ciosem i nie bać się podjąć wyzwania. To, czy osiągniemy sukces zależy także od ludzi, których spotkamy na swojej drodze. Czasami jest tak, że potrzebujemy czyjejś pomocy, aby nasze życie zmieniło się na lepsze. Niejednokrotnie taka dobra wróżka pojawia się w naszym życiu zupełnie nieoczekiwanie, stwarzając pozory szczęścia, jeśli tylko jej zaufamy i zaczniemy postępować według jej wskazówek. Lecz pytanie brzmi: Czy każdemu napotkanemu człowiekowi należy ufać bezwarunkowo tylko dlatego, że obiecuje nam spełnienie marzeń?

Twierdząco na powyższe pytanie odpowiedziała Alice Humphrey, kiedy pewnego dnia wybrała się na wystawę do jednej z nowojorskich galerii. Wydaje się, że zupełnie przypadkowo spotyka tam niejakiego Drew Campbella. Mężczyzna jest nie tylko przystojny, ale także budzi zaufanie i składa Alice propozycję nie do odrzucenia. Po licznych niepowodzeniach zawodowych, jak i osobistych, przed kobietą otwiera się nagle szansa na etat, o którym marzyła od lat. Drew Campbell proponuje jej zarządzanie nowo otwartą galerią sztuki, która mieści się na Manhattanie w tak zwanej Dzielnicy Mięsnej. Miejsce to swoją nazwę zyskało z uwagi na przemysł mięsny, który funkcjonował tam swego czasu.

Dla Alice Humphrey podjęcie pracy zaproponowanej przez tajemniczego mężczyznę jest doskonałą okazją do tego, aby wreszcie odciąć się od rodziny, a szczególnie od sławnego ojca i jego wszechobecnych wpływów. Frank Humphrey to światowej sławy reżyser niestroniący od pozamałżeńskich romansów i łatwego życia. Ta opinia ciągnie się za nim praktycznie od początku jego kariery. Nie pomaga nawet fakt, że jest żonaty. Matka Alice to aktorka, z którą Frank ożenił się, gdy okazało się, iż ta spodziewa się jego dziecka. Jest też starszy brat, Ben. Mężczyzna także ma swoje problemy, z którymi radzi sobie raz lepiej, raz gorzej. Oczywiście jest jeszcze prawnik traktowany praktycznie jak członek rodziny. To do niego należy tuszowanie wszelkich przewinień rodziny Humphreyów.


Widok z lotu ptaka na Dzielnicę Mięsną na Manhattanie (z ang. Meatpacking District)
fot. Gryffindor
źródło


Alice nie chce takiego życia dla siebie. Pragnie być samodzielna i samowystarczalna. Po nieudanym pierwszym małżeństwie, ostrożnie podchodzi do swojego kolejnego związku, który przechodzi zarówno wzloty, jak i upadki, ale generalnie Alice nie narzeka, choć mogłoby być lepiej. Kobieta ma także bliską przyjaciółkę, Lily. Do szczęścia potrzebna jest jej jedynie stała praca. Wygląda na to, że już niedługo tak właśnie się stanie. Jednak Alice nie wie jeszcze, że już wkrótce galeria jej marzeń zniknie bez śladu. Z dnia na dzień zapadnie się pod ziemię, jakby nigdy nie istniała, a jedyne, co po niej zostanie, to martwy Drew Campbell leżący w kałuży krwi. Dlaczego tak się stało? Kto stoi za brutalnym morderstwem przedstawiciela anonimowego właściciela galerii? I dlaczego to właśnie Alice ma ponieść tego konsekwencje?

(…) Mimo całej ostrożności, w pewnym momencie poczuła, jak podeszwa jej buta ślizga się po podłodze. Masa jej ciała pociągnęła ją do tyłu. Instynktownie wyrzuciła ręce do tyłu, zapominając o tych wszystkich dawnych lekcjach narciarstwa, gdzie uczono ją chronić nadgarstki podczas upadku. Usłyszała łoskot lecącej na podłogę komórki. 
Uderzyła o ziemię, tłumiąc upadek dłońmi. Poczuła, jak ślizgają się po kafelkach. Mokre. Ciepłe. Farba? 
Podniosła się i na czworakach podpełzła do kształtu na podłodze. Ostrożnie poklepała coś, co w dotyku sprawiało wrażenie tkaniny. Jakiś chodnik? Duża sztaluga? 
Macała po krawędziach leżącego kształtu i aż podskoczyła, kiedy wreszcie zidentyfikowała coś ponad wszelką wątpliwość. Włosy. Szorstkie, ludzkie włosy. 
Odpełzła w pośpiechu w tył, panicznie poszukując upuszczonej komórki. Skierowała promień światła na kształt, który, jak teraz podejrzewała, był ludzkim ciałem (…)*

Od tego momentu życie Alice Humphrey zamienia się w koszmar. Miało być tak pięknie, a jest dramatycznie i niebezpiecznie. Tymczasem w Dover w tajemniczych okolicznościach znika nastoletnia dziewczyna, Becca Stevenson. Czyżby jej nagłe zniknięcie miało jakiś związek z Galerią Highline na Manhattanie, którą jeszcze do niedawna zarządzała Alice? Przecież prace w niej prezentowane praktycznie ocierały się o dziecięcą pornografię!

Jedno z wydań amerykańskich.
Wyd. HARPER
Czerwiec 2011
Nazwisko autorki Dziewczyny, która zniknęła bardzo długo nie było mi znane. Wszystko zmieniło się w chwili, gdy kilka lat temu w moje ręce trafiła niniejsza książka, a potem miałam przyjemność przeprowadzić wywiad z Alafair Burke. W Stanach Zjednoczonych Autorka słynie z tworzenia fantastycznych thrillerów i kryminałów, podobnie jak jej ojciec – James Lee Burke. Powieść jest z gatunku tych, które wciągają już od pierwszej strony. Jej fabuła jest tak skonstruowana, że początkowo czytelnik może sądzić, iż ma do czynienia z dwiema odrębnymi historiami. Główna bohaterka znajduje się w stanie ciągłego zagrożenia. Drew Campbell miał być tym, który powinien był otworzyć jej drzwi do zawodowego spełnienia i satysfakcji, a doprowadził do tego, że w pewnym momencie Alice nie znajduje już innej możliwości, jak tylko ucieczkę. Ale jak długo można uciekać?

Moim zdaniem Dziewczyna, która zniknęła to jedna z tych książek, z których czytelnik może wyciągnąć wnioski dla siebie. Autorka pokazuje, że nie wszystko może być tak piękne za jakie uchodzi. Ludzie, z którymi żyjemy na co dzień, nie zawsze są tymi, za których się podają, a przyjaciele mogą okazać się największymi wrogami. Ponadto jest tutaj też pokazana rozpacz matki, która robi wszystko, aby jej jedyne dziecko wróciło do domu całe i zdrowe. Jednocześnie za zaistniałą sytuację próbuje obwiniać samą siebie.

Powieść stanowi doskonałą lekturę dla tych czytelników, którzy dobrze czują się w tej nieco mocniejszej literaturze, choć ja zaliczyłabym tę książkę do tak zwanych thrillerów kobiecych. Jest to nowe pojęcie, które do literatury weszło stosunkowo niedawno. Dlaczego akurat taka kategoria? Ponieważ nie od dziś wiemy, że styl pisania kobiet znacznie różni się od tego, jakim posługują się mężczyźni. Kobiety piszą delikatnie, mniej brutalnie, zaś mężczyźni większą uwagę skupiają na krwawych scenach grozy. W tym przypadku raczej trudno jest odnaleźć tego typu opisy, choć książka naprawdę trzyma w napięciu i czytelnik wciąż zastanawia się, jak to wszystko się skończy. Czy Alice przeżyje? A może zostanie wystawiona i resztę życia spędzi w więzieniu? Przecież wciąż pojawiają się osoby, które życzą jej jak najgorzej. Poza tym ciągle na światło dzienne wychodzą sprawy z przeszłości, które dotyczą jej najbliższych. To także stanowi zagrożenie dla życia głównej bohaterki. W dodatku ta kwestia poważnie nadszarpuje jej zaufanie do najbliższych.

Ważnym elementem jest również miłość Alice do jej brata. Choć mężczyźnie można wiele zarzucić, to jednak na pierwszy rzut oka widać, że Alice go kocha. Wciąż się o niego troszczy, pomimo że on raczej nie zwraca na to uwagi, żyjąc we własnym świecie i według własnych reguł. Myślę, że w tej książce każdy odnajdzie coś dla siebie. Są w niej emocje, niepewność, niebezpieczeństwo, zaskakujące zwroty akcji, a co najważniejsze Autorka stworzyła czytelnikowi możliwość rozwiązania zagadki wraz z główną bohaterką, trzymając go w napięciu do samego końca.






* A. Burke, Dziewczyna, która zniknęła, Wyd. Replika, Zakrzewo 2012, s. 88.





piątek, 23 grudnia 2016

Richard Paul Evans – „Stokrotki w śniegu”











Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
Kraków 2010
Tytuł oryginału: The Christmas List
Przekład: Ewa Bolińska-Gostkowska




Każdy z nas zna na pamięć Opowieść wigilijną Charlesa Dickensa (1812-1870), którą Autor napisał w 1843 roku. Historia Ebenezera Scrooge’a wciąż jest aktualna, dlatego można śmiało stwierdzić, że również ponadczasowa. Niektórzy wierzą, że Boże Narodzenie to taki czas, kiedy wszystko jest możliwe. Możliwa jest przede wszystkim wewnętrzna przemiana człowieka, a zło, które nagromadziło się w ludziach przez cały rok, odchodzi w zapomnienie. Spore znaczenie ma również świąteczna otoczka, natomiast Bożego Narodzenia bez śniegu niektórzy nie są w stanie sobie nawet wyobrazić. W związku z tym nie dziwi fakt, że wielu pisarzy na przestrzeni wieków i lat tworzyło książki, w których centrum znajduje się właśnie Boże Narodzenie. Opowieść wigilijna Charlesa Dickensa wielokrotnie stała się inspiracją dla różnych autorów, a jednym z nich jest właśnie Richard Paul Evans – pisarz tworzący poruszające powieści dla kobiet.

Kiedy Paul Richard Evans był w siódmej klasie, wówczas jego nauczycielka angielskiego, niejaka pani Johnson, postawiła przed jego klasą intrygujące, choć nieco makabryczne, zadanie. Chodziło bowiem o napisanie własnego nekrologu. Co dziwne, Autor do dziś nie pamięta, co też takiego napisał o swoim życiu, ale dokładnie pamięta, w jaki sposób umarł. Otóż „stracił życie”, zajmując pierwsze miejsce podczas ostatniego okrążenia w wyścigu samochodowym Daytona 500. Wtedy nie brał jeszcze pod uwagę pisania książek jako zawodu, który mógłby wykonywać. Poza tym pisarze bardzo rzadko tracą życie w swoim miejscu pracy. Wskaźnik ofiar jest w tym przypadku niezwykle niski, co tłumaczy pomysł przyszłego pisarza dotyczący przyczyny własnej śmierci wykorzystany w tamtym niecodziennym szkolnym zadaniu.

Wydanie z 2011 roku
Tym, co najbardziej zaintrygowało Evansa w odniesieniu do zadania powierzonego mu przez panią Johnson, była możliwość stanięcia w obliczu własnego dziedzictwa. Chodziło bowiem o to, jak chcemy zostać zapamiętani po śmierci. Autor twierdzi, że pytanie to nurtuje ludzkość od samego początku jej istnienia, czyli od czasu budowania piramid aż do nadawania naszych imion drapaczom chmur.

Gdy zatem Richard Paul Evans zaczął pisać Stokrotki w śniegu przyświecały mu dwa cele. Po pierwsze, pragnął dowiedzieć się, co takiego może wydarzyć się, jeśli ktoś przeczyta swój nekrolog zanim umrze i zobaczy na własne oczy, co tak naprawdę świat o nim myśli; co sądzi o jego spuściźnie. Po drugie, chciał napisać świąteczną opowieść o prawdziwym odkupieniu win. W rodzinie Autora jedną ze świątecznych tradycji jest oglądanie miejscowej inscenizacji Opowieści wigilijnej Charlesa Dickensa. Richard Paul Evans do dziś nie ma pojęcia, ile tak naprawdę razy ją widział. Być może kilkanaście, lecz dla niego wciąż bardzo ekscytujące jest obserwowanie zmian zachodzących w Ebenezerze Scrooge’u, gdy ten przemienia się z tępego sknery w pokutującego i „roztrzepanego niczym uczeń” człowieka z miłością w sercu. Autor twierdzi, że zawsze opuszcza przedstawienie z uśmiechem na twarzy i determinacją, aby być lepszym człowiekiem. Tym właśnie chciał zarazić swoich czytelników, pisząc książkę. Pragnął podzielić się z nimi Bożym Narodzeniem, które stanowiłoby opowieść obdarzającą ciepłem w zimowe dni, a także ogrzewającą domy i serca czytelników.

Tematyka Stokrotek w śniegu tak naprawdę jest uniwersalna i ponadczasowa. Dotyczy nie tylko Bożego Narodzenia, lecz to właśnie w te szczególne święta problem „nawrócenia” najbardziej do ludzi przemawia. Nie ma też znaczenia, jaką mamy porę roku. Dopóki człowiek żyje, zawsze ma szansę na dokonywanie zmian w swoim życiu. Tylko pytanie: czy naprawdę chce je zmienić? Może czuje się dobrze ze swoimi wadami i zupełnie nie dostrzega sygnałów, które wysyła mu życie. Mówią, że nic tak naprawdę nie dzieje się przypadkiem i bez powodu, tylko trzeba umieć to zauważyć. Możliwe, że sygnały, które odbieramy z tej czy tamtej strony są właśnie po to, aby w końcu zdobyć się na odwagę i zacząć naprawiać krzywdy, które przez lata wyrządziło się innym ludziom, czując przy tym niesamowitą przyjemność i satysfakcję. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele odwagi potrzeba, aby powiedzieć zwykłe słowo przepraszam. Tylko tchórz nie potrafi tego zrobić i żyje w ciągłym przekonaniu, że przecież nic takiego się nie stało. To wszak nic wielkiego, że ktoś przez nas płakał albo nawet usiłował targnąć się na własne życie.

Wydanie z 2012 roku
Trzeba przyznać, że na pewno takim tchórzem nie okazał się główny bohater powieści – James Kier. Zanim jednak nastąpił w jego życiu gwałtowny zwrot, nie był on dobrym człowiekiem. Mało tego. Niektórzy uważali go nawet za potwora w ludzkiej skórze. Mężczyzna krzywdził nie tylko obcych mu ludzi, ale także własną rodzinę. 

James Kier jest wpływowym biznesmenem, więc pewne rzeczy przychodzą mu znacznie łatwiej niż innym ze względu na częsty kontakt z różnymi osobami. Niemniej pewnego dnia dowiaduje się z prasy, że oto właśnie stracił życie w wypadku samochodowym. Początkowo pojawia się u niego spore niedowierzanie, lecz to uczucie dość szybko mija zastąpione przez złość i gniew na gazetę oraz dziennikarzy, którzy odważyli się tak bardzo go zniesławić. Kiedy już w myślach przygotowuje plan zemsty, wówczas na stronach internetowych ukazują się komentarze na jego temat. James Kier czyta je z ogromnym zainteresowaniem. Ponieważ jest osobą znaną, wieść o jego tragicznej śmierci rozchodzi się lotem błyskawicy.

Podczas lektury komentarzy internetowych, których autorami są osoby, z którymi los w jakiś sposób zetknął Jamesa Kiera, do świadomości mężczyzny dociera wreszcie, jak bardzo ludzie go nienawidzili za to, w jaki sposób traktował ich przez lata i jak poważnych krzywd dopuszczał się wobec nich. Nawet najlepszy przyjaciel nie oszczędza w słowach. Niemniej wśród tych komentarzy jest jeden, który zupełnie nie pasuje do reszty. Okazuje się bowiem, że jego żona – Sara – wyraża się o nim nie tylko pochlebnie, ale też z wielką miłością. James nie ukrywa zdziwienia, ponieważ doskonale pamięta, że zostawił żonę w chwili, kiedy ta najbardziej go potrzebowała. W tym momencie rozpoczyna się stopniowa i powolna wewnętrzna przemiana mężczyzny. Jej początkiem jest prośba skierowana do sekretarki, aby ta sporządziła mu listę osób, które skrzywdził. Lista jest bardzo krótka, ponieważ tak naprawdę biznesmenowi nie starczyłoby życia, aby moc wynagrodzić krzywdy wszystkim, wobec których zawinił. W związku z tym Linda wybrała jedynie te osoby, które jej szef skrzywdził najdotkliwiej. Okazuje się, że już na samym początku przychodzi rozczarowanie. Otóż przeproszenie kogoś wcale nie jest taką łatwą sprawą. 

Wydanie amerykańskie
Wyd. SIMON & SCHUSTER
USA, październik 2009
Moim zdaniem Stokrotki w śniegu to powieść niezwykle pouczająca, z której naprawdę można się wiele dowiedzieć i dzięki tej wiedzy spróbować odnieść wewnętrzną przemianę Jamesa Kiera również do siebie samego i własnego postępowania. Przecież na świecie nie ma człowieka, który nie miałby czegoś złego na sumieniu. Trzeba sobie uświadomić, że nie ma ludzi idealnych i na pewno kiedyś w życiu my także kogoś skrzywdziliśmy. Być może było to nieświadomie, ale jednak stało się. 

Jak już wspomniałam wyżej, powieść jest kalką znanej wszystkim Opowieści wigilijnej Charlesa Dickensa, którą Richard Paul Evans odniósł do czasów nam współczesnych. Stało się tak zapewne dlatego, abyśmy mogli głębiej pojąć wymowę tej historii. James Kier to nikt inny, jak Ebenezer Scrooge, który z posępnego skąpca pod wpływem magii Bożego Narodzenia staje się skruszonym i świadomym własnych win człowiekiem, odnajdującym w swoim sercu miłość do innych ludzi. Główny bohater Stokrotek w śniegu jest zatem przykładem człowieka, który potrafi w pełni wykorzystać szansę, jaką dostał od losu. Niestety, wielu ludzi nie umie tego zrobić i nadal tkwi w swoim złym postępowaniu. Czasami może być już jednak za późno na podejmowanie jakichkolwiek decyzji o zmianie swojego życia. Dlatego nie warto z tym zwlekać zbyt długo.

Stokrotki w śniegu to opowieść o poszukiwaniu nowej życiowej drogi i zrozumieniu tego, co jest naprawdę ważne. Jest to historia o odkupieniu win i nauczeniu się współczucia wobec innych. W tej powieści nie ma ani jednego aspektu, który w pełni nie wchłonąłby czytelnika. Moim zdaniem książka to prawdziwy skarb literatury, który pozwala cieszyć się nią od pierwszej do ostatniej strony. Autor wykonał doskonałą robotę przy skonstruowaniu kolei życia swoich bohaterów. Umieścił ich w niezwykle realnym świecie i dostarczył im prawdziwych problemów związanych z rzeczywistością, w jakiej egzystują. To wszystko dostarcza czytelnikowi niemało emocji, a niekiedy nawet doprowadza do uronienia łzy.










środa, 21 grudnia 2016

William Wharton – „Wieści”













Wydawnictwo: DOM WYDAWNICZY REBIS
Poznań 2009
Tytuł oryginału: Tidings
Przekład: Krzysztof Fordoński





Za kilka dni Boże Narodzenie. W związku z tym dobrze jest w tym szczególnym czasie przypominać powieści, których akcja rozgrywa się właśnie podczas świąt. Jedną z takich książek – dość dobrze znanych – jest powieść Wieści Williama Whartona. Już na wstępie chcę zaznaczyć, że nie jest to historia, dzięki której czytelnik poczuje tak zwaną magię Bożego Narodzenia. Wręcz przeciwnie. Może bowiem zdarzyć się tak, że po zakończeniu lektury jedynym uczuciem, jakiego doświadczy będzie smutek. Przynajmniej tak stało się w moim przypadku.

William Wharton, a właściwie Albert William du Aime (1925-2008) znany przede wszystkim z bestsellerowego Ptaśka, ukazał w Wieściach klasyczną, amerykańską rodzinę lat 80. XX wieku, przeżywającą wzloty i upadki. Pokazał rodzinę, która pomimo problemów stara się być razem przynajmniej w Boże Narodzenie. Głową owej rodziny jest Will Kelly, pięćdziesięciodwuletni filozof, wykładający w American College of Paris. Wszyscy określają go mianem „niewidzialnego człowieka”, gdyż żyje on własnym życiem, wciąż się czymś martwi, stale rozmyśla nad sensem istnienia, a czasami nawet zastanawia się czy naprawdę żyje. Nigdy też nie dotrzymuje złożonych obietnic i o wszystkim trzeba mu stale przypominać. Z kolei jego żona Loretta jest nauczycielką w Szkole Międzynarodowej w Paryżu. Mają czwórkę dzieci, z których troje mieszka w Stanach Zjednoczonych, zaś z nimi w Paryżu przebywa najmłodszy syn, Ben. Chłopak praktycznie w stu procentach przypomina ojca. Jego całym życiem są książki.

We Francji w dolinie Morvandeau znajduje się stary młyn, w którym rodzina Kelly pragnie spędzić Boże Narodzenie. Chociaż nie są oni zbyt religijni, to jednak ten magiczny czas ma dla nich ogromne znaczenie. Jest to czas, w którym wszyscy mogą być razem. Jako pierwszy w młynie zjawia się Will, którego zadaniem jest przygotowanie domu na przyjazd żony i dzieci. Po niewielkich perypetiach związanych z podróżą, do młyna dociera w końcu reszta rodziny. Pomimo że wszystko przebiega bez większych zakłóceń, to jednak Will czuje, że coś jest nie w porządku. Odczuwa niepokój, ponieważ jest przekonany, że są to ostatnie wspólne święta. Nie wie, jak będzie żył bez rodziny, a szczególnie bez żony. Cały ten lęk próbuje zrzucić na karb swojego dziwacznego usposobienia. Kiedy dzieli się swoimi przemyśleniami z dziećmi, one zwyczajnie go wyśmiewają.

Pierwsze amerykańskie
wydanie powieści.
Wyd. Henry Holt & Co.
USA, listopad 1987
Z emocjonalnego punktu widzenia w tej książce praktycznie nic się nie dzieje. Czytelnik ma do czynienia z typową amerykańską rodziną, przygotowującą się do świąt. Ewentualne emocje może budzić scena, kiedy Will jedzie do lasu ukraść sosnę, bo ta, którą otrzymał od sąsiada do niczego się nie nadaje. Adrenalinę może jeszcze podnieść czytelnikowi opis cięcia drewna. Jest to scena, w której Will uczy Bena, jak prawidłowo mężczyzna powinien trzymać piłę, aby nie zrobić sobie krzywdy. Kiedy dołącza do nich młodsza córka – Nicole –opis ten nabiera wręcz dramatyzmu. 

Można jednak zastanawiać się, czy Wieści nie należałoby odnieść nie tylko do klasycznej amerykańskiej rodziny, lecz generalnie do współczesnych rodzin żyjących na całym świecie. Ci Amerykanie stanowią jedynie przykład wielu rodzin, których członkowie tak naprawdę tylko z pozoru żyją ze sobą, lecz w rzeczywistości każdy zajęty jest własnymi sprawami i nie interesuje go, co takiego dzieje się z ojcem, matką, siostrą, bratem, córką czy synem.

Na początku wspomniałam, że książka na pewno nie przywraca wiary w magię Bożego Narodzenia. Być może ktoś, kto przeczyta powieść powierzchownie i nie będzie zastanawiał się nad jej wymową, poczuje, że Boże Narodzenie to czas naprawdę magiczny. Zresztą tak właśnie twierdzi wydawca, pisząc na okładce: Magiczne Boże Narodzenie wyczarowane piórem Whartona. Ale jak Boże Narodzenie może być magiczne i wyjątkowe, kiedy praktycznie wszyscy członkowie rodziny mają coś do ukrycia? Choć boją się o tym mówić głośno, to jednak nie kryją tego sami przed sobą. Tak naprawdę wydaje się, że jedynie Will jest w porządku. Wszyscy zgodnie w swoich sumieniach przyznają, że cała ta bożonarodzeniowa atmosfera jest zwyczajnie wykreowana na potrzeby świąt, a wszyscy udają i kłamią, że jest dobrze. Na przykład Loretta już od jakiegoś czasu zdradza męża i zastanawia się, jak mu o tym powiedzieć. Czy takie zachowanie może pomóc w stworzeniu niezapomnianej bożonarodzeniowej atmosfery? Czy to będzie kiedykolwiek szczere?

Najstarsza córka – Maggie – też czuje się źle w swoim małżeństwie i wszystkiego, czego pragnie, to wyswobodzić się z jego więzów. Chociaż z mężem ma syna, to jednak ten fakt nie powstrzymuje jej przed wystąpieniem o rozwód. Z kolei wspomniana już Nicole związana jest z pewnym rzeźbiarzem, z którym pragnie spędzić resztę życia, tylko jemu jakoś nie jest z nią po drodze. Ostatecznie postanawia za wszelką cenę urodzić jego dziecko i wychowywać je samotnie, nawet kosztem korzystania z pomocy opieki społecznej. Jest to jej tajemnica, którą ukrywa przed rodzicami i za nic nie wie, jak im o tym powiedzieć. Natomiast starszy syn – Mike – żyje w związku z miejscową, rozhisteryzowaną dziewczyną, dla której jest gotowy poświęcić studia i zrobienie doktoratu. Choć nie jest gotowy do małżeństwa, to jednak chce się z nią ożenić, aby w ten sposób uwolnić ją od rodziców, którzy są w trakcie rozwodu. Z kolei Ben nie cierpi swojego dorastania i również udaje, że wszystko jest w porządku. I tak oto każdy coś udaje i nikt nie jest szczery ani ze sobą samym, ani tym bardziej z bliskimi.

Polskie wydanie z 1995 roku.
Wyd. ZYSK i S-KA
tłum. Marek Obarski
Wieści nie przemówiły do mnie w taki sposób, jak tego oczekiwałam przed przystąpieniem do lektury. Niemniej nie oznacza to, że powieść jest zła. Historia, którą zaproponował nam William Wharton jest do bólu prawdziwa i uderza w sumienie czytelnika z ogromną siłą. Tak sobie myślę, że Autorowi właśnie o to chodziło. Pragnął odkryć przed ludźmi ich zakłamanie i robienie wszystkiego, aby tylko zatuszować własne postępowanie, znudzenie życiem i oszustwa, jakich dopuszczamy się wobec tych, którzy są – a przynajmniej powinni – być dla nas najważniejsi. Moim zdaniem Autor chciał, aby czytelnicy zatrzymali się na chwilę i zastanowili nad własnym życiem. Może my również coś „udajemy”? Może nasze coroczne Boże Narodzenia wcale nie są takie, za jakie je uważamy? Może my także nie jesteśmy szczerzy z naszymi bliskimi i ukrywamy przed nimi wiele spraw, próbując wmówić im i sobie, że tak naprawdę nic złego się nie dzieje? I wreszcie, czy nasze święta nie są czasami festiwalem pozorów i hipokryzji? 

Choć fabuła powieści jest tak skonstruowana, że czytelnik nie odczuje magii Bożego Narodzenia, którą wmawiają nam media, to jednak zawiera w sobie wielką mądrość. Do książki nie należy podchodzić w kategoriach zwyczajnej i cukierkowej opowiastki o Bożym Narodzeniu, gdzie wszyscy są dla siebie do przesady mili, dobrzy i wybaczają każde przewinienie. Wieści to historia z wyraźnym drugim dnem i przesłaniem, które może sprawić, że poczujemy się poniekąd urażeni, ponieważ William Wharton wytyka ludzkie błędy i niedoskonałości, niczego przy tym nie ukrywając, nie zatajając i nie usprawiedliwiając. Nie ma w tym żadnej magii, lecz realne życie, które wypełnione jest codziennymi problemami. Zwróćmy uwagę na okładkę. Przecież ta roztrzaskana choinkowa bombka ma w sobie tak wielką wymowę, że trudno tego nie zauważyć. Przecież to jest symbol rozpadającej się rodziny. Sądzę, że zakończenie tej książki również zostało doskonale przemyślane. Moim zdaniem Autor pragnął pokazać, że to tylko nam oszukującym wydaje się, iż osoba okłamywana jest naiwna i nie zdaje sobie z niczego sprawy. Prawda może być jednak zupełnie inna.

William Wharton mówił o sobie, że jest piszącym malarzem. Kiedyś jakiś recenzent zasugerował, że po napisaniu kilku powieści, w tym nagrodzonego Ptaśka (1978) oraz książki Stado (1985) mógłby być traktowany jako pisarz, który maluje. Autor nie zgodził się z owym recenzentem, ponieważ uważał, że są na świecie rzeczy, które można jedynie namalować, zaś inne tylko opisać. W jego powieściach generalnie można znaleźć elementy filozofii. Myślę, że William Wharton był jednym z tych pisarzy, których należy dziś określić mianem klasyka.









poniedziałek, 19 grudnia 2016

Lucy Maud Montgomery – „Święta z Anią i inne opowiadania na Boże Narodzenie”













Wydawnictwo: GALAKTYKA
Łódź 1996
Tytuł oryginału: Christmas with Anne and Other Holiday Stories
Przekład: Rozalia Bernsteinowa, Jolanta Mach 
& Maria Mach




Czas Bożego Narodzenia to najbardziej magiczny okres w ciągu całego roku. Chyba na żadne święta nie czekamy z tak wielkim utęsknieniem. Choć ten wyjątkowy świąteczny klimat może nieco psuć otaczająca nas niemal z każdej strony komercja i chęć zysku, to jednak musimy pamiętać, że Boże Narodzenie jest przede wszystkim w nas samych, a nie w świecidełkach, które widzimy w sklepach. Kiedy byłam małą dziewczynką i nie było jeszcze tych wszystkich gadżetów, które mamy teraz, święta odbierałam zupełnie inaczej. Ktoś powie, że przecież to normalne, bo sposób postrzegania pewnych spraw przez dorosłych diametralnie różni się od tego, jaki charakteryzuje dzieci. I zapewne ta osoba będzie mieć rację. Ale uwierzcie mi, że niegdyś jedna, praktycznie cudem „dorwana” w okresie świątecznym pomarańcza, przynosiła ludziom więcej radości, niż całe tony smakołyków, które bez najmniejszych przeszkód możemy dostać dziś. Wtedy czuło się, że Boże Narodzenie to naprawdę święta rodzinne, a dzisiaj? No cóż, różnie z tym bywa, szczególnie teraz, kiedy wokół tak dużo konfliktów i przemocy.

Dlatego w dzisiejszym wpisie chcę wrócić do czasów, kiedy Boże Narodzenie świętowała sama Lucy Maud Montgomery (1874-1942). Czytając opowiadania, które Autorka poświęciła Bożemu Narodzeniu, czytelnik odnosi wrażenie, że znajduje się w jakimś innym świecie. Jest to rzeczywistość pozbawiona przemocy, a ludzie, choć niekiedy skłóceni ze sobą nawzajem, są w stanie wybaczyć i zacząć wszystko od początku. Nawet najbardziej zatwardziali, potrafią odnaleźć w sobie siłę, aby móc wyciągnąć rękę do sąsiada czy któregoś z członków swojej rodziny, z którym jeszcze do niedawna byli na wojennej drodze. Lucy Maud Montgomery próbuje przede wszystkim pokazać czytelnikowi, czym tak naprawdę jest egoizm i jakie spustoszenie może wywołać w życiu każdego człowieka, jeśli ów człowiek nie będzie potrafił z nim walczyć i ostatecznie wyeliminować go ze swojego życia.

Może właśnie tak wyglądało Boże Narodzenie,
kiedy powstawały świąteczne opowiadania
Lucy Maud Montgomery.
Książeczka jest naprawdę niewielkich rozmiarów, a jednak przedstawia sobą ogromną wartość. Jest po prostu magiczna. Na jej kartach spotykamy rozmaitych bohaterów, wśród których oczywiście nie może zabraknąć Ani Shirley. Czytelnik spotyka ją jako małą dziewczynkę, która wciąż marzy o bufiastych rękawach w sukience i tylko jej bratnia dusza – Mateusz Cuthbert – jest w stanie spełnić to marzenie. Lecz wśród tych samych opowiadań czytelnik widzi także dorosłą już Anię, która pełni funkcję kierownika wyższej szkoły w Summerside. Ten kontrast jest uderzający, ale w obydwu przypadkach chodzi o to samo. O sprawienie radości osobie, na której naprawdę bardzo zależy.

Te szczególne opowiadania zostały na nowo odkryte w roku 1977 w miejscowości, gdzie urodziła się Lucy Maud Montgomery. Osoba, która jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności dokonała tego wyjątkowego odkrycia poczuła, jak gdyby w środku lata nastało Boże Narodzenie. Bardzo pomocny w publikacji tych utworów okazał się syn Autorki – dr Stuart Macdonald – który sporządził spis wszystkich publikowanych przez matkę tytułów. Opowiadania zawarte w tej książeczce powstały dla czasopism, których właściciele prosili Autorkę o napisanie czegoś klasycznego, co zarazem pasowałoby do atmosfery Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Uważano też, że dobrze by było, gdyby te utwory zawierały w sobie jakieś przesłanie. I tak też się stało. Każde opowiadanie charakteryzuje bowiem pewien szczególny pouczający przekaz. A oto tytuły wszystkich utworów:

Mateusz rzecznikiem bufiastych rękawów
Boże Narodzenie na Czerwonym Wzgórzu
Koniec kłótni w rodzinie Youngów
Świąteczny koszyk ciotki Cyryli
Boże Narodzenie u Osborne’ów
Niezapomniana
Podarki Clorindy
Julianna Brooke przybywa na Zielone Wzgórze
Świąteczna pomyłka
Wigilijna niespodzianka w Enderly Road
Boże Narodzenie u Falsomów
Duch Bożego Narodzenia
Boże Narodzenie w domku na prerii
Noworoczny obiad stryja Ryszarda
Noworoczne ciasto Idy
Nowy Rok Bertiego


Jedno z wydań amerykańskich.
Wyd. Wilder Publications
USA 2015
W każdym z powyższych opowiadań czytelnik spotyka szereg indywidualności. Wśród nich są mądre i dojrzałe kobiety, które w taktowny sposób wprowadzają młodych w świąteczny klimat. Są też osobliwe stare damy, młodzież znudzona zbyt dużą ilością prezentów bądź pogrążona w rozpaczy z powodu braku pieniędzy na chociażby drobne upominki dla najbliższych. Czytelnik obserwuje także dzieci, które z niecierpliwością wyczekują pojawienia się Świętego Mikołaja, choć wokół tyle przeciwności losu. Jednak one mimo to są przekonane, że Święty Mikołaj na pewno o nich nie zapomni i w końcu do nich dotrze. I są również bohaterowie, którzy za wszelką cenę pragną podzielić się z innymi tym, co posiadają, chociażby była to jedynie niewielka cząstka ich dóbr.

Wygląda na to, że Lucy Maud Montgomery nie miała zamiaru łamać czytelnikowi serca smutnymi opowieściami, dlatego też każde z tych opowiadań kończy się szczęśliwie. Jednak zanim do tego dojdzie, niejedna łezka może popłynąć nam po policzku. Myślę, że tym, na czym najbardziej zależało Autorce, było splecenie ze sobą jasnej i ciemnej strony życia. W tych tekstach bez wątpienia drzemie duch dzielenia się z innymi, czyli wyeliminowania ze swojego życia egoizmu, który niestety we współczesnym świecie jest tak często obecny. Trzeba też pamiętać, że to przesłanie nie obejmuje jedynie okresu Bożego Narodzenia. Ono jest uniwersalne i ponadczasowe, a to oznacza, że powinniśmy się nim kierować przez cały rok. Ta książeczka jest doskonałym prezentem na Gwiazdkę zarówno dla najmłodszych czytelników, jak również dla tych dużo starszych. Może kiedy przeczytamy te opowiadania, inaczej spojrzymy nie tylko na Boże Narodzenie, ale także na każdy inny dzień naszego życia, a przede wszystkim na drugiego człowieka. Bo chyba głównie chodzi o to, abyśmy w innych dostrzegali to, o co sami wstydzą się nas poprosić, kierując się własną dumą.

Nie będę pisać które z tych opowiadań podobało mi się najbardziej, ponieważ uważam, że każde z nich jest wyjątkowe i wszystkie zasługują na wyróżnienie. Tak więc najlepiej sami przekonajcie się, jak Boże Narodzenie może wypełnić miłością nawet najbardziej zatwardziałe serce. Czasami stanie się to na drodze serii pomyłek, a czasami będzie to działanie już z góry zaplanowane.








piątek, 16 grudnia 2016

Jane Austen – „Mansfield Park”












Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 1996
Tytuł oryginału: Mansfield Park
Przekład: Anna Przedpełska-Trzeciakowska





Długo zastanawiałam się, w jaki sposób mogłabym rozpocząć pisanie tego tekstu. Generalnie nie mam problemu z dobrem słów, jednak w tym przypadku okazało się inaczej. Może zacznę od tego, że jestem niesamowicie zachwycona tą powieścią! Zapewne wielu czytelników będzie się temu dziwić, ponieważ Mansfield Park nie cieszy się tak wielką popularnością, jak chociażby Emma, Rozważna i romantyczna czy Duma i uprzedzenie. Ba! Wielu twierdzi nawet, że Mansfield Park to najgorsza powieść, jaka wyszła spod pióra Jane Austen (1775-1817), a to przede wszystkim dlatego, że główna bohaterka jest nieciekawa, niemrawa i ciapowata. Taka argumentacja zupełnie do mnie nie przemawia i wydaje mi się absurdalna. W tym wypadku wiele wskazuje na to, że znów zadziałała moja wrodzona przekora. Po przeczytaniu wszystkich książek autorstwa Jane Austen mogę śmiało rzec, że Mansfield Park urzekła mnie najbardziej. Żadna inna nie wciągnęła mnie tak bardzo, jak właśnie historia Fanny Price i Edmunda Bertrama. Znalazłam w niej to COŚ, czego nie da się wyrazić słowami. To trzeba poczuć. Bohaterów polubiłam już od pierwszej strony. Owszem, pani Norris działała mi na nerwy dość mocno, jednak jej specyficzna osobowość wywołałaby negatywne emocje chyba w każdym czytelniku. Lecz z drugiej strony, cóż warta byłaby ta historia, gdyby wszystkie postacie były słodkie i bez skazy?

Scena, która dała początek miłości
Fanny Price & Edmunda Bertrama.

Drzeworyt autorstwa Joan Hassall
(1906-1988)
Generalnie książka uważana jest za powieść społeczną, natomiast praktycznie w ogóle nie podchodzi się do niej jak do romansu. Uważam, że to błąd. Przecież uczucie pomiędzy główną bohaterką – Fanny Price – a Edmundem Bertramem wisi w powietrzu od samego początku. Możliwe, że ich miłość nie jest zbyt mocno wyeksponowana, ale wyraźnie można ją odczytać pomiędzy wierszami i uważny czytelnik na pewno to dostrzeże.

Polscy czytelnicy mogą zastanawiać się, dlaczego Jane Austen poszła tutaj w kierunku miłości kazirodczej. Zauważmy, że Edmund Bertram to bliski kuzyn Fanny Price. Ich matki są siostrami. Chcę zatem wyjaśnić, że Autorka nie popełniła żadnego błędu logicznego, ani też nie usiłowała choćby w najmniejszym stopniu wywołać skandalu obyczajowego na kartach swojej książki, ponieważ w Wielkiej Brytanii małżeństwa pomiędzy kuzynami (nawet tymi bliskimi) nie były i nie są czymś zakazanym i nikogo nie szokują. W tym kontekście można byłoby dopatrywać się ewentualnie jakichś zakazów moralnych, a nie prawnych.

Aby dokładnie przeanalizować charakter społeczeństwa współczesnego Autorce oraz zachodzące w nim zmiany, a także rozwój twórczości Jane Austen, jak również nabieranie przez nią doświadczenia pisarskiego, należałoby czytać poszczególne jej powieści w kolejności chronologicznej. Jak wiadomo, Jane Austen pisała o rzeczywistości aktualnie ją otaczającej, w związku z czym dałoby nam to dokładniejszy obraz zmian obyczajowych w Anglii końca XVIII i początku XIX wieku. Myślę, że jest to doskonały temat na odrębny artykuł. Tak więc powinniśmy czytać w następującej kolejności:

  1. Lady Susan (powieść powstała najprawdopodobniej około roku 1795)
  2. Rozważna i romantyczna (pierwsza wersja powieści powstała w 1795 roku jako zbiór listów)
  3. Duma i uprzedzenie (powieść pisana była od października 1796 roku do sierpnia roku 1797)
  4. Opactwo Northanger (powieść została napisana w latach 1798-1799)
  5. Mansfield Park (powieść została napisana w latach 1811-1813)
  6. Emma (powieść powstała między 21 stycznia 1814 roku a 29 marca 1815 roku)
  7. Perswazje (powieść powstała w okresie od 8 sierpnia 1815 roku do roku 1816)

Edmund zafascynowany grą na harfie,
którą piękna i światowa Mary Crowford
oczarowuje towarzystwo. 

autor: Charles Edmund Brock
(1870-1938)
Powyższa chronologia zawiera daty powstawania poszczególnych książek, zaś nie ich wydania drukiem. Oczywiście trzeba jeszcze wziąć pod uwagę powieści, których niestety, ale Jane Austen nie było dane dokończyć (przyp. Watsonowie oraz Sanditon). Pierwsza z nich nie została ukończona najprawdopodobniej ze względu na śmierć ojca Autorki w roku 1805, natomiast pracę nad drugą książką przerwała jej własna śmierć.

A zatem skupmy się na Mansfield Park. Historia praktycznie banalna. Uboga krewna przyjeżdża do rodziny znajdującej się znacznie wyżej w hierarchii społecznej. Dziesięcioletnia dziewczynka o imieniu Fanny początkowo czuje się zagubiona w domu swojego wuja – sir Thomasa Bertrama – zważywszy, że jej owdowiała ciotka, pani Norris (druga siostra jej matki), robi wszystko, aby dziecko miało poczucie wyobcowania. Wciąż akcentuje jej niższość społeczną, jednocześnie uwielbiając kuzynki Fanny – Marię i Julię. Niemalże natychmiast z pomocą przychodzi Edmund Bertram, młodszy syn sir Thomasa.

Pomiędzy kuzynostwem od razu zawiązuje się nić sympatii, która stopniowo przeradza się w miłość, przynajmniej ze strony Fanny. Edmund, aby sobie to uświadomić, będzie potrzebował znacznie więcej czasu, w którym to przeżyje głębokie miłosne rozczarowanie i zawód. W miarę upływu czasu Fanny wtapia się w nową rodzinę i już nie wyobraża sobie życia nigdzie indziej, jak tylko w Mansfield Park. Dochodzi nawet do tego, że już jako dorosła panna wstydzi się przed innymi swoich ubogich rodziców i licznego rodzeństwa. Za swój dom uznaje dwór należący do wuja.

Życie rodziny Bertramów to obraz typowego społeczeństwa początku XIX wieku. Bale, gra w karty, składanie wizyt, zakochiwanie się i odkochiwanie, a nawet amatorskie wystawianie sztuk teatralnych. Kobiety jak zwykle zajmują się robótkami ręcznymi, a mężczyźni od czasu do czasu wyjeżdżają gdzieś w interesach. Każdy z bohaterów jest inny. Jane Austen jak zwykle zastosowała szeroki wachlarz portretów psychologicznych. Jednych bohaterów czytelnik lubi mniej, a innych bardziej. Można też odnieść wrażenie, że ta powieść jest nieco odważniejsza, aniżeli na przykład Emma czy Rozważna i romantyczna


Blake Ritson jako Edmund Bertram & Billie Piper w roli Fanny Price
w ekranizacji Mansfield Park (2007)

reż. Ian B. MacDonald

Poza tym mamy też problem skandalu obyczajowego. Starsza z córek sir Thomasa, będąc już mężatką opuszcza męża i ucieka z niejakim Henrym Crawfordem, mając nadzieję na wielkie uczucie z jego strony. A co w tym czasie robi jej upokorzony małżonek? Bierze z nią rozwód! Myślę, że w tamtych specyficznych czasach takie postępowanie było nie do pomyślenia i piętnowało na całe życie głównych bohaterów tychże scen. Pamiętajmy, że w towarzystwie należało bywać, ponieważ jeśli się nie bywało, to praktycznie się nie istniało. Ale jak tu bywać, skoro nosi się znamię hańby? Na temat wspomnianego bywania dość dosadnie mówi Mary Crawford – siostra pastorowej Grant. Jej słowa dotyczą oczywiście Fanny Price.

(…) – Zaczynam się teraz orientować co do wszystkich z wyjątkiem panny Price – powiedziała panna Crawford, przechadzając się z Tomem i Edmundem. – Proszę mi powiedzieć czy ona bywa, czy nie bywa… nie mogę się w tym połapać. Była na kolacji u pastorostwa razem z wami wszystkimi, więc wydaje się, że bywa, a przecież tak rzadko zabiera głos, że trudno temu dać wiarę.
Edmund, do którego przede wszystkim to pytanie było zwrócone, odparł: – Chyba rozumiem, o co pani chodzi, ale nie podejmuję się na to odpowiedzieć. Moja kuzynka jest dorosła. Ma wiek i rozsądek kobiety, ale czy bywa, czy nie bywa, to ponad moje rozumienie.
(…)
– Ale teraz chciałabym się jeszcze czegoś dowiedzieć o pannie Price. Czy wyjeżdża na bale? Czy przyjmuje zaproszenia na kolacje do innych domów, nie tylko do mojej siostry?
– Nie – odpowiedział Edmund. – Nie sądzę, aby kiedykolwiek była na balu. Moja matka rzadko się udziela towarzysko, a zaproszenia na kolacje przyjmuje jedynie od pastorowej, Fanny zaś towarzyszy mojej matce w domu.
– Och, wobec tego sprawa jest jasna. Panna Price n i e  b y w a.*

Na kartach swoich książek Jane Austen poruszała problemy, które pomimo upływu czasu wciąż są aktualne. Spójrzmy chociażby na Henry’ego Crawforda. Młody mężczyzna lekkich obyczajów gustujący w pięknych kobietach, wręcz zabawiający się ich kosztem. Za najwyższy cel stawia sobie zdobycie serca skromnej i niedoświadczonej Fanny Price. Czy to nie jest okrutne? Taka zabawa kosztem niewinnej dziewczyny? Owszem, z pewnością jest. Jednak los zwykle pisze własne scenariusze i tak oto zadufany w sobie Henry wpada w sieci prawdziwej miłości. Dzisiaj również możemy spotkać wielu takich mężczyzn, a nierzadko i kobiet, którzy traktują uczucia innych zbyt lekko, bawiąc się nimi. Lecz z drugiej strony, analizując zachowanie młodego Crawforda, możemy mieć pewne wątpliwości czy jego uczucie było faktycznie szczere. Jeżeli człowiek naprawdę kocha, to raczej nie wdaje się w związki z innymi osobami. Tak więc nasuwa się pytanie: Czyżby Henry Crawford wreszcie znudził się tym ciągłym zdobywaniem Fanny Price? Być może tak właśnie było, dlatego ostatecznie dał sobie z nią spokój. Podobnie postępuje też starszy syn sir Thomasa. Jedyną różnicą jest to, że Tom nikogo w sobie nie rozkochuje. On znacznie bardziej od miłosnych uniesień woli prowadzić życie rozrywkowe, bez problemów, nie martwiąc się o jutro.


Jonny Lee Miller w roli Edmunda Bertrama & Frances O'Connor jako Fanny Price
w ekranizacji Mansfield Park (1999)

reż. Patricia Rozema


Tak jak w innych powieściach Jane Austen, tak i tutaj poruszona zostaje kwestia majątku, a właściwie jego rozmiaru. Przyjrzyjmy się samej Mary Crawford. Może i byłaby w stanie pogodzić się ostatecznie z faktem, że jej wybranek jest duchownym, jednak niemożliwe jest, aby mogła zaakceptować życie na umiarkowanym poziomie, a nie daj Bóg w biedzie. Z kolei lady Maria Bertram nieco przypomina ojca Emmy Woodhause. Czy pamiętacie, że on również nie chciał, aby jego córka kiedykolwiek wychodziła za mąż, ponieważ nie tylko był przeciwny samej instytucji małżeństwa, ale bał się też, że zostanie sam? Lady Bertram zachowuje się bardzo podobnie. Nie wyobraża sobie, aby mogło zabraknąć przy niej Fanny. Końcowy wniosek, jaki można sformułować na podstawie tej powieści, to przede wszystkim przekonanie, że dobroć, skromność, przyjazne nastawienie do innych ludzi, a czasami nawet cierpienie w samotności, to cechy, dzięki którym można naprawdę wiele osiągnąć. Fanny Price właśnie w ten sposób osiągnęła upragnione szczęście i podbiła moje czytelnicze serce.






* J. Austen, Mansfield Park, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1996, s. 54, 57.