Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

sobota, 29 października 2016

Barbara Taylor Bradford – „Akt woli”












Wydawnictwo: GRAF
Gdańsk 1991
Tytuł oryginału: Act of Will
Przekład: Joanna Kazimierczyk





Konflikt pokoleń to temat stary jak świat. Nie dziwi więc fakt, że pisarze tworzący literaturę obyczajową bardzo często wplatają ten wątek w fabułę swoich książek. Motyw nieporozumień rodzinnych nierzadko obecny jest szczególnie na kartach powieści adresowanych do kobiet. W centrum uwagi znajdują się przeważnie kobiety, które nie potrafią dojść ze sobą wzajemnie do porozumienia, ponieważ każda z nich preferuje inny rodzaj wartości, co oczywiście ma związek z czasami, w jakich przyszło im się urodzić i dorastać. Każda epoka posiada bowiem swoje własne zasady obyczajowe i moralne, natomiast w miarę upływu lat, u człowieka także zaczyna zmieniać się sposób postrzegania niektórych kwestii, co oczywiście niekoniecznie musi być akceptowane przez młodsze pokolenie. I tak, kiedy na przykład mamy do czynienia z trzema kobietami reprezentującymi różne – wręcz skrajnie odmienne – poglądy, które wynikają nie tylko z innego bagażu doświadczeń życiowych, ale głównie z różnych realiów ich egzystencji, wówczas może dojść do naprawdę poważnych konfliktów, które na pierwszy rzut oka wydają się wręcz niemożliwe do pokonania.

Mamy zatem rok 1978. Siedemdziesięciojednoletnia Audra Crowther zostaje nagle wezwana przez swojego zięcia do Nowego Jorku, aby zaradzić poważnemu konfliktowi, jaki narodził się pomiędzy jej córką Christiną i wnuczką o imieniu Kyle. Oczywiście sprawa dotyczy dziedziczenia potężnej firmy, którą w chwili obecnej zarządza właśnie Christina Newman. Kobieta nie może pogodzić się z tym, że jej dwudziestokilkuletnia córka nie chce pójść w jej ślady. Nie dopuszcza do sobie myśli, że Dom Mody Christina mógłby przejść w jakieś obce ręce, bo Kyle wymyśliła sobie, że zostanie wielką i sławną malarką, której obrazy będą rozchwytywane na całym świecie przez fanatycznych wielbicieli malarstwa. Przecież ze sztuki tak trudno jest wyżyć! Czy ona tego nie pojmuje?! Dlaczego uparta Kyle nie rozumie, że matka oferuje jej coś, z czego będzie mogła czerpać ogromne zyski i na pewno bieda nigdy nie zapuka do jej drzwi?

W całym tym konflikcie Christina Newman jakby zapomina, że kiedy ona była w wieku swojej córki, zachowywała się całkiem podobnie. Ona również nie chciała iść drogą, którą wytyczyła jej matka, co oczywiście spowodowało, że przez pewien czas Audra czuła do córki ogromny żal. Ba! Ona wręcz była rozczarowana swoją ukochaną Christie! Żyły sobie wypruwała, aby jej jedyne dziecko zostało wielką artystką, a dziewczyna tak po prostu wybrała sobie zupełnie inną drogę kariery. Niemniej różnica pomiędzy tym, jak niegdyś postąpiła Christina a tym, jak zachowuje się obecnie Kyle jest kolosalna. Christie poprzez zmianę planów odnośnie do swojej przyszłości pragnęła jedynie odciążyć matkę i sprawić, żeby ta nie zapracowywała się aż tak bardzo kosztem swojego zdrowia. Natomiast w przypadku Kyle jest to zwykła fanaberia i nic więcej. Tak przynajmniej twierdzi Christina Newman. Jak zatem rozwikłać ten problem? Czy Audra będzie w stanie wymyślić coś naprawdę rozsądnego, aby tylko zapanowała zgoda w rodzinie? Starsza kobieta ponad życie kocha swoją córkę i wnuczkę, więc za nic nie chce dopuścić, aby ten konflikt trwał wiecznie.

Wydawnictwo: BIS
Warszawa 1995
tłum. Joanna Kazimierczyk
I tak oto Audra Crowther cofa się myślami do roku 1926, kiedy ona i jej dwaj bracia zostali osieroceni przez matkę. Ojciec nie żył już od jakiegoś czasu. Śmierć Edith Kenton spowodowała również, że jej dzieci straciły dach nad głową. Odebrano im dom znajdujący się w malowniczej okolicy w hrabstwie Yorkshire, w którym się urodziły i wychowały. Co prawda, młodych Kentonów przyjęła pod swój dach kuzynka matki, lecz nie czuły się tam zbyt dobrze. Ciotka każdego dnia swoim zachowaniem dawała im do zrozumienia, że nie są mile widziani w jej domu. W dodatku wciąż żywiła jakieś nieuzasadnione urazy do Edith i w związku z tym sugerowała nawet, że Audra jest bękartem. Czy faktycznie tak było? Czy piękna Edith zdradzała męża? Nie wiadomo. Pewnego dnia dochodzi jednak do tego, że rodzeństwo zostaje rozdzielone. William i Frederick wyjeżdżają do Australii, zaś Audra musi podjąć pracę w miejscowym szpitalu. Dziewczyna ma dopiero czternaście lat i już zmuszona jest zostać pielęgniarką i opiekować się naprawdę chorymi pacjentami. Czy to przypadkiem nie za wcześnie na taką odpowiedzialność?

W szpitalu zaprzyjaźnia się z Gwen Thornton. Wydaje się, że ta znajomość jest tak silna, iż nic ani nikt jej nie zaszkodzi. Czyżby? O tym jednak obydwie dziewczyny przekonają się dopiero za wiele lat. Audra bardzo tęskni za swoimi braćmi, z którymi może mieć jedynie listowny kontakt. Niemniej panna Kenton jest niezwykle przyjaźnie nastawiona do świata i ludzi, co sprawia, że przełożona pielęgniarek pragnie jej pomóc. I tak oto Audra dostaje pracę w domu pewnego małżeństwa z wyższych sfer. Zostaje tam nianią ich kilkuletniego syna. Wydaje się, że od tej pory nic już nie stanie Audrze na przeszkodzie, aby osiągnąć szczęście. Z kolei kiedy poznaje nieziemsko przystojnego Vincenta Crowthera, dziewczyna tylko jeszcze bardziej utwierdza się w przekonaniu, że szczęście jest jej po prostu pisane. Czy na pewno? Czy Vincent pochodzący z klasy robotniczej naprawdę będzie w stanie zapewnić jej taki poziom życia, na jaki Audra zasługuje? Czy młody mężczyzna, dla którego liczą się zupełnie inne wartości niż dla panny Kenton będzie dla niej dobrym małżonkiem? Czy w tym wypadku miłość wystarczy? Czy głębokie uczucie będzie w stanie pokonać problemy wynikające z różnicy klasowej?

Akt woli nie jest pierwszą powieścią Barbary Taylor Bradford, lecz w polskim tłumaczeniu był to debiut, jeśli chodzi o książki Autorki. Fabuła opowiada o trzech pięknych i dzielnych kobietach, które pomimo że darzą siebie nawzajem głębokim uczuciem, w pewnym momencie życia nie potrafią się wzajemnie porozumieć. Każda z nich dąży do czegoś innego. Każda ma swoją własną wizję przyszłości, która nie ma nic wspólnego z tą, jaką już dla nich zaplanowano. Audra próbuje za wszelką cenę układać życie swojej córce. Po latach to Christina będzie popełniać błędy Audry względem Kyle. Takie postępowanie na pewno żadnej z nich nie wyjdzie na dobre. Trzeba będzie zatem zatrzymać się i zastanowić nad rozwiązaniem konfliktu. Trzeba będzie też zrobić to tak, aby nie wygenerować kolejnych problemów. Gdyby tak przyjrzeć się postępowaniu Audry, Christie i Kyle można dojść do wniosku, że każda z nich idzie swoją własną drogą i choć cierpi z powodu tego, że musi zranić tę drugą – w tym wypadku matkę – nie chce cofnąć się przed raz obranym celem. Wydaje się też, że matka – czy to Audra, czy Christina – rozumie postępowanie córki, lecz mimo to cierpi, ponieważ nie tak wyobrażała sobie przyszłość swego dziecka. Mamy tutaj zatem do czynienia z kształtowaniem przyszłości młodszego pokolenia za wszelką cenę według własnych upodobań, co nie zawsze zapewni szczęście dziecku.

Jedno z wydań
amerykańsko-brytyjskich
Wyd. HarperCollins (2011)
Tak naprawdę najmniej Barbara Taylor Bradford mówi nam o Kyle Newman. Choć poznajemy ją nie tylko jako dwudziestokilkuletnią zbuntowaną dziewczynę, lecz także jako kilkuletnie dziecko, to jednak niewiele można o niej powiedzieć ponad to, że nie chce iść w ślady matki, ale woli podążać własną drogą zawodową, O Christinie dowiadujemy się natomiast znacznie więcej, ponieważ znamy ją od chwili urodzenia i wraz z nią wkraczamy w jej dorosłe życie, w którym dziewczyna zdecyduje się na niezwykle odważny krok, aby pomóc swojej zmęczonej matce. Oczywiście zrobi to z powodu ogromnej miłości, jaką darzy Audrę, lecz będzie też musiała liczyć się z tym, że matka nie okaże zachwytu, kiedy cała prawda wyjdzie na jaw. Oprócz powyższego poznajemy również miłosne rozterki Christiny i będziemy świadkami jej burzliwego romansu ze sporo starszym mężczyzną. Ten romans – choć oparty na prawdziwej miłości – niekoniecznie wyjdzie jej na dobre.

Najwięcej informacji Autorka dostarcza nam o Audrze. Tej bohaterce towarzyszymy bowiem od najmłodszych lat. Oczami wyobraźni widzimy ją jako młodą dziewczynę, która musi stawić czoło niesympatycznej ciotce. Musi też zmagać się z ogromną tęsknotą za braćmi. Jak gdyby tego wszystkiego było mało, los zmusza Audrę do podejmowania naprawdę trudnych decyzji małżeńskich. Vincent nie zawsze postępuje tak, jak powinien postępować kochający mąż. Lecz z drugiej strony, czy za wszelkie niepowodzenia i konflikty należy winić jedynie Vincenta? Może Audra również nie jest dla mężczyzny taką żoną, jaką być powinna? Może miłość do córki przesłania jej wszystko inne i doprowadza do tego, że mąż czuje się zaniedbywany, a czasami wręcz niekochany? Co musi się stać, aby Audra zrozumiała, że nie tylko Christina jest ważna?

Akt woli to na pewno powieść dla tych, którzy lubią spokojne historie obyczajowe. Odkąd pamiętam, Barbara Taylor Bradford zawsze potrafiła wprowadzić mnie w pewien specyficzny klimat, dlatego tak często sięgam po jej książki. Obecnie praktycznie już tylko sobie je przypominam, ponieważ wiele z nich czytałam jeszcze w czasach liceum. Czuję swego rodzaju sentyment do prozy Autorki, zaś ją samą traktuję z ogromnym szacunkiem. Nie każdy pisarz jest w stanie cieszyć się tak wielkim poważaniem i osiągnąć tak wysoką pozycję w świecie literatury, jak ma to miejsce w przypadku Barbary Taylor Bradford. Nie każdy pisarz może również pochwalić się na przykład tym, że jego rękopisy leżą obok rękopisów sióstr Brontë w bibliotece uniwersytetu w Leeds. Na podstawie Aktu woli powstał w 1989 roku miniserial o tym samym tytule. W rolach głównych wystąpili między innymi tacy aktorzy, jak: Victoria Tennant (Audra Crowther), Kevin McNally (Vincent Crowther), Elizabeth Hurley (Christina Crowther-Newman) czy Sarah Winman (Kyle Newman), która jest nie tylko aktorką, ale także pisarką. Jej powieściowy debiut Kiedy Bóg był królikiem bardzo szybko stał się międzynarodowym bestsellerem.









środa, 26 października 2016

Hans Christian Andersen – „Baśnie”










Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 1974
Tytuł oryginału: Eventyr Og Historier
Przekład: Stefania Beylin (ok. 1906-1989),
Stanisław Sawicki (1907-1944) & Jarosław Iwaszkiewicz (1894-1980)
Ilustracje: Jan Marcin Szancer (1902-1973)




Chyba nikt nie zakwestionuje faktu, że najpotężniejszym twórcą nieśmiertelnych baśni, który zarazem stał się najpopularniejszym Duńczykiem i jednym z najsławniejszych pisarzy świata, jest Hans Christian Andersen (1805-1875). Myślę, że nie ma na świecie osoby, której twórczość Andersena nie przywoływałaby najdroższych i niezapomnianych wspomnień z lat dzieciństwa. Tę szczególną książkę wielu z nas poznało jako pierwszą w swoim życiu, i to właśnie ona obudziła w nas pierwsze literackie wzruszenia.

Trzeba wiedzieć, że Baśnie Hansa Christiana Andersena zostały przetłumaczone na niemalże wszystkie języki świata i zdobyły serca czytelników spośród różnych narodowości i ras. To one rozsławiły imię Pisarza na całym świecie. Do tej pory czytają je dzieci, młodzież, a także osoby dorosłe, które lata dzieciństwa już dawno mają za sobą. Czym te szczególne utwory tak bardzo zachwycają? Przede wszystkim prostotą i pięknem języka, jak również miłością do świata i ludzi, szczerym i gorącym współczuciem dla słabych i pokrzywdzonych, a także siłą wyobraźni, która potrafi ożywić wszystko, co nas otacza. To właśnie ten oryginalny sposób pisania nadał opowieściom pana Andersena magii i tajemniczości.

Baśnie Andersena oparte są na tradycji baśni ludowej, łącząc się z jej cudownością, a zarazem naiwnością, czyli z jej klasycznymi motywami i postaciami, lecz jednocześnie jest w nich zawarty również pierwiastek osobisty. Z kart Baśni bardzo często przemawia do czytelników sam Pisarz, czyli człowiek, który bardzo dobrze zna biedę i niedostatek, nieobce są mu także bóle i radości dnia codziennego. Autor nie spogląda na nie z dobrodusznym uśmiechem na ustach, lecz bardzo często robi to z łezką w oku. Przez jego opowieści przewija się niezwykle głęboka życiowa mądrość, a także ogromne doświadczenie oraz znajomość niedoli człowieka.

Hans Christian Andersen 
Portret został namalowany około 1845 roku.
autor: Karl Hartmann (1818-1857)
W Baśniach obecni są biedacy cierpiący nędzę, ubogie i głodne dzieci, ciężko pracujące kobiety oraz zatroskane matki. Niemniej, z drugiej strony czytelnik dostrzega również bogaczy oraz możnych tego świata, którzy nie mają za grosz zrozumienia dla biednych i głodnych. Andersen ukazuje ludzi chciwych, bezlitosnych i egoistycznie nastawionych do świata i innych ludzi. To właśnie ten element sprawia, że Baśnie pana Andersena są tak bliskie współczesnemu człowiekowi, gdyż jest on w stanie dostrzec w nich odbicie otaczającej go rzeczywistości. I znów można pokusić się o stwierdzenie, że wymiar Baśni jest uniwersalny i ponadczasowy.

Niemniej niektóre z opowieści Andersena pozbawione są pierwiastka cudowności, czego przykładem jest Dziewczynka z zapałkami, czy też Nowe szaty cesarza. Utwory te stanowią pewną oddzielną grupę pośród tekstów stworzonych przez Pisarza. Lecz mimo to, w większości baśni znaczącą rolę odgrywa jednak owa cudowność, ponieważ czytelnik spotyka w nich istoty nadprzyrodzone, na przykład, elfy, krasnoludki czy czarownice. W wielu utworach bohaterami są także zwierzęta (przyp. Brzydkie kaczątko, Słowik).

Baśnie Andersena charakteryzują się tym, że czytelnik zawsze może odnaleźć w nich jakąś głębszą myśl przewodnią, czyli innymi słowy, wskazówkę moralną. Fenomenem w tym przypadku jest to, że dzieła te w żadnej mierze nie stanowią typowych utworów dydaktycznych, lecz są one oddzielną pozycją w światowej literaturze baśniowej. Takie elementy jak ogromna poetyczność i niezwykle wzruszająca treść, a zarazem niesamowicie głębokie humanistyczne wyczucie problemów społecznych, a także ogromna wrażliwość na ludzką krzywdę zapewniły tym baśniom wielką popularność zarówno wśród najmłodszych czytelników, jak i tych starszych.

Jak wspomniałam powyżej, bohaterami tych szczególnych utworów są bardzo często wyjątkowe istoty bądź zjawiska. Przykładem może być baśń pod tytułem Dzielny ołowiany żołnierzyk. Tytułowy bohater ma tylko jedną nogę, jednak pomimo to stoi na niej tak samo pewnie, jak inni na dwóch, co sprawia, że wyróżnia się najbardziej spośród wszystkich. Tak więc, jaki morał płynie z tej baśni? Otóż taki, że niepełnosprawność czy jakikolwiek inny defekt fizyczny nie mogą uczynić z człowieka osoby biernej, której życie nie przedstawia niczego wartościowego. A wręcz przeciwnie. Człowiek taki jest w równiej mierze zdolny do podejmowania życiowych wyzwań, jak osoba w pełni sprawna fizycznie. To właśnie ten fakt jest dowodem na to, jak bardzo wyjątkowi są ludzie niepełnosprawni.

Ilustracja pochodzi z baśni
Dzielny ołowiany żołnierzyk.

autor: Jan Marcin Szancer
Jednak powyższa baśń ma też drugie dno. Być może niewiele osób je dostrzega. Wiadomo przecież, że obiektem westchnień ołowianego żołnierzyka jest niewinna i delikatna papierowa tancerka z nogą uniesioną ku górze. Możliwe, że to właśnie ten fakt zadecydował o tym, że żołnierzyk zakochał się w niej bez pamięci. Nie widział jej nogi, a przecież wielu twierdzi, że poszukujemy partnerów podobnych do nas samych pod względem fizycznym. 

Kiedy inne zabawki bawiły się radośnie, żołnierzyk i tancerka stali nieruchomo i spoglądali na siebie nawzajem w miłosnym uniesieniu. Praktycznie ten moment mógłby już zakończyć baśń, jednak Andersen do tego nie dopuszcza. Tworzy dramatyczne losy ołowianego żołnierzyka, chcąc w ten sposób pokazać, że ludzie wyjątkowi, z reguły cierpią, ale mimo to potrafią żyć z podniesioną głową. Baśń kończy się tragicznie, lecz z drugiej strony można odnieść wrażenie, że w tym dramacie dwóch zakochanych istot jest też ogromne szczęście, ponieważ ginąc w płomieniach ognia, wreszcie odnaleźli spokój i miłość, która zostanie z nimi już na zawsze.

Z kolei moją ulubioną baśnią jest Królowa Śniegu, gdzie występują postacie fantastyczne, natomiast te nieprawdopodobne wydarzenia są bardzo mocno powiązane z rzeczywistymi. Bardzo trudno jest je od siebie oddzielić. A zatem miejscem akcji jest Laponia. Miasto rodzinne Kaya i Gerdy jest również prawdopodobne, lecz kraina Królowej Śniegu już nie. Rośliny i zwierzęta posiadają własne charaktery, potrafią też mówić, natomiast diabelskie lustro to wytwór wyobraźni Andersena. Tutaj też mamy do czynienia z odwiecznym przesłaniem dotyczącym Dobra i Zła. Wyraźnie widać, że pod wpływem miłości potęga Zła ulega zniszczeniu.

Ilustracja pochodzi z baśni
Królowa Śniegu.

autor: Jan Marcin Szancer
W Królowej Śniegu pojawiają się dwa symbole Zła. Są nimi diabelskie lustro i sama Królowa Śniegu. Szatańskie zwierciadło sprawia, że ludzie widzą dookoła siebie jedynie to, co złe, przez co sami również stają się źli. Z kolei Królowa Śniegu wyposażona jest w potężną moc odbierania życia, gdyż może zasypać śniegiem czy skuć lodem. Jest także w stanie odebrać człowiekowi uczucie miłości, co przemieni go w egoistę. 

Choć mała Gerda wydaje się bardzo słaba i bezbronna wobec takiej potęgi Królowej Śniegu, to jednak dziewczynka posiada coś, czego Królowa nie zna. To miłość tkwiąca w jej gorącym serduszku. Gerda reprezentuje tutaj potęgę Dobra, czyli przyjaźni, oddania, ciepła i wierności. Dziewczynka pokonuje Zło, ponieważ w poszukiwaniach Kaya towarzyszą jej wiara, nadzieja i miłość. Tak więc skoro lód musi roztopić się w gorących promieniach słońca, wówczas siły Zła zmuszone są ustąpić przed Dobrem.

Baśń o Królowej Śniegu zawiera w sobie trzy przesłania. Pierwszym z nich jest wielka siła miłości, która jest w stanie przezwyciężyć wszystko, lecz może to zrobić tylko wtedy, kiedy pozbawiona jest egoizmu. Kolejne przesłanie mówi o tym, że nie wolno nam patrzeć na świat tak, jak gdyby w naszym oku tkwił odłamek szatańskiego zwierciadła. Trzeba widzieć wszystko to, co jest piękne w drugim człowieku, a także w otaczającej nas przyrodzie, ponieważ dopiero wówczas będziemy naprawdę szczęśliwi. I na koniec musimy pamiętać, że prawdziwy i szczery przyjaciel nigdy nas nie opuści w potrzebie, lecz my również nie możemy zostawić ludzi, którzy nam zaufali i obdarzyli nas swoją przyjaźnią.


Oto tytuły baśni, które ukazały się 
w wydaniu z 1974 roku:


Świniopas
Dzielny ołowiany żołnierz
Pasterka i kominiarczyk
Pewna wiadomość
Pięć ziarnek grochu
Księżniczka na ziarnku grochu
Ogrodnik i jego chlebodawcy
Stokrotka
Bzowa babuleńka
Słowik
Igła do cerowania
Latający kufer
Calineczka
Len
Nowe szaty cesarza
Dzikie łabędzie
Stara latarnia
Dziewczynka z zapałkami
Kogut podwórzowy i kogucik na dachu
Ole Zmruż-oczko
Brzydkie kaczątko
Królowa Śniegu
Imbryk
Bałwan ze śniegu

Do treści Baśni dołączono również Dzieje życia Hansa Christiana Andersena.







niedziela, 23 października 2016

Wiesław (Wesley) Adamczyk – „Kiedy Bóg odwrócił wzrok”











Wydawnictwo: DOM WYDAWNICZY REBIS
Poznań 2011
Tytuł oryginału: When God Looked the Other Way
Przekład: Ewa Ledóchowicz
Przedmowa: Norman Davies
                  


Znam wiele opisów syberyjskiej odysei 
oraz innych zapomnianych wojennych dziejów.
Ale żaden nie jest bardziej pouczający, 
bardziej wzruszający
i piękniej napisany aniżeli 
„Kiedy Bóg odwrócił wzrok”

 Norman Davies



Bardzo często druga wojna światowa postrzegana jest jako walka aliantów z faszystowskimi Niemcami. Niemniej, w świadomości Polaków sprawa ta przedstawia się zupełnie inaczej. Pamiętajmy, że już na samym początku wojny Polska musiała stawić czoło nie tylko Trzeciej Rzeszy, ale także Związkowi Sowieckiemu, który pod wodzą Józefa Stalina (1878-1953) najechał na nasz kraj od wschodu w dniu 17 września 1939 roku. Wiesław Adamczyk, zbierając materiały do swojej autobiografii, wielokrotnie przekonał się, że w Stanach Zjednoczonych ludzie mają niezwykle ograniczoną wiedzę na ten temat. Niejednokrotnie Amerykanie nie mają bowiem pojęcia, kto tak naprawdę wywołał wojnę i jakie wydarzenia miały miejsce w jej pierwszych miesiącach. Autor bardzo wnikliwie podszedł do tematu, dlatego apeluje, aby nie zapominać o sojuszu, jaki przez pierwsze dwa lata okupacji łączył Józefa Stalina i Adolfa Hitlera (1889-1945), czyli sprzymierzeńców, którzy natarli na Polskę z dwóch stron – ze wschodu i z zachodu.

Głównym celem napisania tej przejmującej autobiografii było oddanie przez Autora hołdu swojemu zamordowanemu ojcu. Kapitan Jan Adamczyk był jednym z polskich oficerów, którzy stali się ofiarami masakry, jakiej dokonano wiosną 1940 roku w Lesie Katyńskim, a do której tak długo nie przyznawali się Rosjanie, notorycznie zrzucając winę na hitlerowskie Niemcy. Przełomowym dniem w tej sprawie okazał się 13 kwietnia 1990 roku, kiedy prezydent ówczesnego Związku Radzieckiego – Michaił Gorbaczow – spotkał się na Kremlu z prezydentem Polski – Wojciechem Jaruzelskim (1923-2014). Była to historyczna chwila, bo oto świat dowiedział się z ust radzieckiego prezydenta, że odpowiedzialność za mord katyński ponosi sowieckie NKWD. Dokładnie osiem lat po tym pamiętnym wydarzeniu, Wiesław Adamczyk mieszkający na stałe w Stanach Zjednoczonych, wsiadał wraz ze swoim synem na pokład samolotu startującego z międzynarodowego lotniska O’Hare’a w Chicago i tym samym rozpoczął pielgrzymkę do Charkowa na Ukrainie. Tam – na zaproszenie polskiego rządu – miał wziąć udział w nabożeństwie żałobnym w intencji pomordowanych polskich oficerów, w tym także swojego ojca.


Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu
Na zdjęciu widać zarys masowych mogił.
fot. Janusz Dorożyński (Ency)
źródło

Swoją autobiograficzną opowieść Wiesław Adamczyk rozpoczyna tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej. Autor ma wtedy sześć lat i żyje w otoczeniu kochających rodziców i starszego rodzeństwa. Mieszka we wschodniej części Polski, a dokładnie w Sarnach (obecnie Ukraina), w drewnianym domu, który otaczają brzozy, sosny i dęby. Posiadłość okala drewniany płot, postawiony przede wszystkim po to, aby przed płową zwierzyną chronić znajdujące się na tyłach domu ogród i sad. Jest tam także stara brama, która od frontu chętnie otwiera się dla gości. Mały Wiesio nie tylko lubi huśtać się na niej, ale też słuchać jak skrzypi. Za domem znajduje się duży dziedziniec ze stajnią i ogrodem, jak również niewielkim stawem. Jest to plac zabaw przeznaczony dla dzieci i miejsce letnich ogrodowych przyjęć, a także punkt zbiórki przed polowaniami oraz wyprawami na jagody i grzyby. To również miejsce, gdzie dla rozrywki i słuchania wróżb przyjmowani są Cyganie. Matka Autora zawsze pozwalała Cyganom, aby ci jej wróżyli, a potem nigdy nie chciała zdradzić synowi, co też takiego jej powiedzieli.

Szczęśliwe dzieciństwo małego Wiesia brutalnie przerywa wybuch drugiej wojny światowej. Ostatnią rzeczą, jaką zapamięta z dzieciństwa, będzie wyprawa na polowanie z uwielbianym ojcem, który choć niekiedy surowy, zawsze był przez niego kochany. Będzie też pamiętał jak w dniu aresztowania ojciec zobowiąże go do opiekowania się mamą. Ta poważna rozmowa będzie ostatnią, jaką Wiesław Adamczyk odbył ze swoim ukochanym tatą. Potem Sowieci przyjdą także po niego i wraz z matką oraz rodzeństwem zostanie zesłany na Syberię. Ta podróż już zawsze będzie najgorszym wspomnieniem jego życia. W nieludzkich warunkach Pociągiem Donikąd będzie zmierzał w nieznane.

Wydanie amerykańskie (2006)
Wyd. University Of Chicago Press
Mały Wiesio będzie widział, jak niektórzy ludzie będą próbowali uciekać tuż po przekroczeniu polskiej granicy. Ludzie ci będą ryzykować życie w momentach, kiedy z tego czy innego powodu żołnierze będą wypuszczać ich z pociągu na zewnątrz. Niestety, większość z nich zginie natychmiast od kuli strażnika albo enkawudzisty. Im bardziej będą oddalać się od Polski, tym tego rodzaju prób będzie mniej. Wreszcie jedyne, co będą mogli zrobić, to pożegnać się z ojczyzną, która z każdą kolejną łąką czy samotnym drzewem mijanym po drodze coraz bardziej będzie oddalać się od nich. Nad nimi będą latać ptaki, którym zawsze wolno przekraczać granice wedle ich woli, lecz oni wciąż będą tkwić uwiezieni w pociągu towarowym niczym bydło transportowane na rzeź. Będą przeklinać Sowietów i modlić się, aby Bóg nie opuścił ich w nieszczęściu.

Mimo to wydaje się, że Bóg tych ludzi jednak opuścił. Zapomniał o nich, a ich los powierzył barbarzyńskim Sowietom. Wraz z rodziną Wiesław trafia w końcu do Kazachstanu, gdzie jego warunki materialno-bytowe są gorzej niż złe. Jak gdyby to nie wystarczyło, cierpi głód, a jedyną potrawą jest garść mąki rzucana na gorącą wodę. W dodatku trzeba uważać na to, co się mówi, aby nie ściągnąć na rodzinę niebezpieczeństwa śmierci lub kolejnej zsyłki. Jedyne, co trzyma Adamczyków przy życiu, to wiara w to, że ojciec jednak żyje. Wszyscy z niecierpliwością wyczekują dnia, kiedy znów będą mogli być razem. W tej całej gehennie dzieci mogą zawsze liczyć na matkę. Jurek, jako najstarszy syn, zastępuje ojca i robi wszystko, aby poprawić choć odrobinę jakość życia rodziny. Robi to nawet kosztem własnego bezpieczeństwa. Kiedy wreszcie przychodzi dzień, w którym mogą opuścić Syberię, Adamczykom wydaje się, że teraz już może być tylko lepiej. Niemniej już wkrótce przekonują się, że na normalne życie będą musieli jeszcze bardzo długo poczekać.

Uważam, że ta autobiografia jest czymś na kształt dokumentu. Na przestrzeni lat wydano już wiele podobnych książek, lecz akurat ta w szczególny sposób chwyta czytelnika za serce. Dzieje się tak dlatego, iż w tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z małym niewinnym chłopcem, któremu okrutny los odebrał rodzinę i dzieciństwo i skazał na wiele lat tułaczki po świecie w warunkach, w których wielu z nas nie byłoby w stanie przeżyć ani jednego dnia. Nie omijają go też choroby i utrata tych, których kocha najbardziej na świecie. Dlatego nie można się dziwić, że Wiesio w pewnym momencie buntuje się przeciwko Bogu. Ten bunt będzie trwał wiele lat, zanim do świadomości Autora dotrze, że tak naprawdę Bóg przez cały ten czas nie robił nic innego, jak tylko otaczał go opieką.

Bunt Wiesława Adamczyka polegał na wątpieniu w Boże Miłosierdzie. Musiał bowiem tłumaczyć siostrze, że gdyby Bóg faktycznie był miłosierny, wówczas nie dopuściłby do tych wszystkich okropności, które wydarzyły się przez ostatnie lata życia rodziny Adamczyków. Na te zarzuty dziewczyna odpowiedziała, że to wszystko, co się wokół dzieje nie jest winą Boga, lecz ludzi. To ich należy winić, bo to oni doprowadzili do takiego bestialstwa. Lecz Wiesław miał już dosyć tego typu argumentów, które stale słyszał z ust dorosłych. Teraz postanowił głośno powiedzieć, co sam o tym myśli. Uważał bowiem, że kiedy ludziom dobrze się dzieje, wtedy padają na kolana i wznoszą z wdzięcznością ręce do Boga, dziękując Mu za dobroć i łaskę. Ale gdy mają miejsce rzeczy naprawdę straszne, okrutne i nieludzkie, wówczas to ludzie ponoszą winę, a nie Bóg?! Wtedy Zosia przypomniała bratu, że przecież ludzie obdarzeni są wolną wolą i w związku z tym wcale nie muszą czynić zła.


Tak wyglądały masowe deportacje Polaków zamieszkujących Kresy Wschodnie

W swoim buncie Wiesław Adamczyk zauważył również, że w stosunku do Boga można powiedzieć dokładnie to samo. Przecież On także już na samym początku mógł dokonać wyboru: czy stworzyć samych dobrych ludzi, czy samych złych, czy może jednych i drugich, a także takich obdarzonych wolną wolą lub jej pozbawionych. Mógł też zezwolić na nędzę i na nieszczęście na świecie albo nie. Co zatem Bóg zrobił? Otóż stworzył złych ludzi i zgodził się na nieszczęście oraz cierpienie. Dlaczego? W jakim celu? Wiesław doskonale pamiętał, że w domu zawsze uczono go, że Bóg stworzył ludzi na swoje podobieństwo. Fakt ten dotyczy wszystkich bez wyjątku. A więc także i tych złych. Jeśli więc mamy w to wierzyć, to należy też uwierzyć i w to, że jeżeli Bóg naprawdę istnieje, nie jest wyłącznie samym Dobrem. Czy naprawdę tak jest? Czy Wiesław miał rację, kłócąc się i z Bogiem, i z siostrą? 

W moim odczuciu tej książki nie można oceniać, ponieważ ludzkiego cierpienia i ludzkiej krzywdy ocenić się po prostu nie da. Nie da się tego zmierzyć ani zważyć. Nie można przecież oszacować bestialstwa, jakie potrafi zgotować drugi człowiek w imię jakichś chorych idei czy ambicji. Ta autobiografia jest naprawdę warta przeczytania, choćby ze względu na to, że im dalej od wojny, tym mniej o niej myślimy. Tym mniej interesują nas ludzie, którzy musieli ją przeżyć, jak i ci, którym nie było dane rozpocząć nowego życia po jej zakończeniu. Być może ktoś powie, że tego typu literatura jest niepotrzebna, bo przecież wyzwala w ludziach odruch zemsty, a teraz mamy przecież inne czasy? Możliwe, że w pewnym stopniu tak właśnie jest, ale z drugiej strony pamiętajmy, że ani od historii, ani od zła nie da się uciec. Nie zapominajmy też, że żyjemy w coraz bardziej niebezpiecznych czasach, a nieodpowiedzialne decyzje polityków mogą kosztować życie tysiące, a nawet miliony istnień ludzkich. Natomiast historia i minione wojny są po to, aby się na nich uczyć nie popełniać tych samych błędów, co nasi poprzednicy. Nie wolno natomiast ich gloryfikować. 








czwartek, 20 października 2016

Renata Kosin – „Kołysanka dla Rosalie” # 2













Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2015




Na początku XVII wieku pojawiła się seria tekstów znanych jako Manifesty Bractwa Różokrzyżowców, które przekonały wielu ludzi w Europie do wiary w istnienie tajnego stowarzyszenia, którego działanie skupiało się na uzdrawianiu, mistycyzmie oraz wiedzy tajemnej. Różokrzyżowcy opisywani w rzeczonych manifestach tak naprawdę mogli nigdy nie istnieć, lecz coraz bardziej popularna fascynacja owym bractwem zaczęła stymulować zainteresowanie ze strony wolnomularzy, którzy przez wielu ludzi uważani są za przykrywkę dla Bractwa Różokrzyżowców. Niemniej istnieje kilka różnic pomiędzy tymi dwoma stowarzyszeniami.

Manifesty różokrzyżowców wydawane w latach 1614-1616 mówiły, że człowiek o nazwisku Christian Rosencreutz (1378-1484) udał się swego czasu do Damaszku i przed powrotem do Niemiec zgłębił tam tajniki nauki i magii, aby w konsekwencji założyć tajne Bractwo Różanego Krzyża zwane także różokrzyżowcami. Mówiło się też, że członkowie tego stowarzyszenia musieli składać przysięgę dotyczącą darmowego leczenia chorych, wykorzystując do tego swoją tajemną wiedzę. Chociaż społeczeństwo różokrzyżowców opisane na kartach manifestów prawdopodobnie w ogóle nie istniało, to jednak zgodnie z poglądem Henrika Bogdana – profesora szwedzkiego uniwersytetu w Göteborgu, który specjalizuje się w historii religii – fascynacja bractwem przyczyniła się do powołania do życia masonerii. Pierwotnie masoni czerpali wiedzę od średniowiecznych zawodowych cechów kamieniarzy, lecz prawdą jest, że współczesna masoneria powstała dopiero w 1717 roku wraz z powołaniem do życia Wielkiej Loży w Anglii. 

Oryginalne manifesty różokrzyżowców nie stanowią jednak zestawu materiałów naukowych. Niemniej badacze twierdzą, że bractwo zapoczątkowało posiadaną obecnie wiedzę z zakresu matematyki czy uzdrawiania, natomiast w połączeniu z „medycyną powszechną”, wiedza ta może być wykorzystywana przy leczeniu niektórych chorób. Manifesty informowały również o tym, że celem każdego społeczeństwa jest osiągnięcie konkretnej wiedzy odnoszącej się do Boga i przyrody, czyli innymi słowy zarówno do religii, jak i nauki. Masoneria wykorzystuje też serie alegorycznych rytuałów w kwestii nauczania etyki w społeczeństwie, w tym samodoskonalenia, wolności religijnej oraz zasad demokracji.

Christian Rosencreutz
Tak naprawdę nie wiadomo, jak wyglądał
założyciel Bractwa Różanego Krzyża,
ponieważ żadnemu artyście nigdy nie
udało się uwiecznić wizerunku
Christiana Rosencreutza.
Portrety, którymi dziś dysponujemy
są jedynie wytworem wyobraźni
poszczególnych malarzy.
Różokrzyżowcy i masoni posługują się także rozmaitymi symbolami. Dla tych pierwszych najbardziej rozpoznawalnym symbolem jest różowy krzyż, który może być interpretowany na więcej niż jeden sposób. Tak więc z jednej strony krzyż może wskazywać na osobę Jezusa Chrystusa i różaniec Maryi Dziewicy. Z drugiej strony krzyż może być także symbolem zmartwychwstania lub śmierci, a róża może oznaczać przyrodę i jej moc tworzenia. Z kolei kwadrat i kompas z literą G umieszczoną w samym środku jest najbardziej rozpoznawalnym symbolem masonerii. Te symbole również mogą być interpretowane na więcej niż jeden sposób. Na przykład litera G może oznaczać zarówno Boga (z ang. God), jak i geometrię. Podobnie jak kompas, który również może reprezentować geometrię, a także sztukę budowania oraz koncepcję przebywania w odpowiednich miejscach przy jednoczesnym kontakcie z innymi ludźmi. Z kolei kwadrat stanowi w tym odniesieniu symbol dokładności.

Siedemnastowieczne manifesty różokrzyżowców nadal inspirują do tworzenia nowych tajnych stowarzyszeń wykorzystujących nazwę tegoż bractwa. Na przykład Starożytny i Mistyczny Zakon Różo-Krzyża (z łac. Antiquus Mysticusque Ordo Rosae Crucis; z ang. The Ancient Mystical Order Rosae Crucis), który w skrócie znany jest jako AMORC, opisywany jest na swojej stronie internetowej jako kontynuacja tradycji mistycznej wracającej nie tylko do osoby Christiana Rosencreutza, lecz także do starożytnego Egiptu. Niemniej założony przez masona Harveya Spencera Lewisa (1883-1939) AMORC faktycznie uczy samodoskonalenia i rozwoju osobistego na podstawie starożytnej wiedzy ezoterycznej. W 1909 roku Harvey Spencer Lewis twierdził bowiem, że jego stowarzyszenie zostało zainspirowane właśnie działalnością tajnego Bractwa Różokrzyżowców. Prawdą jest jednak to, że masoni wciąż pozostają bardzo popularnym międzynarodowym stowarzyszeniem, które prowadzi zbiórki pieniędzy na dofinansowanie szpitali oraz angażuje się w inne akcje charytatywne. Według informacji zamieszczonych na stronie internetowej stowarzyszenia masonów w Ameryce Północnej, obecnie liczba wolnomularzy wynosi około czterech milionów.

Temat Bractwa Różokrzyżowców nie jest również obcy Renacie Kosin, która drugą część swojej dylogii o tajemnicach Luizy Bein oparła właśnie na działalności tego enigmatycznego stowarzyszenia. Przyznam, że pomysł naprawdę ciekawy, z którym w beletrystyce spotkałam się po raz pierwszy. Okazuje się bowiem, że nurtujące naszych bohaterów sekrety z życia hrabianki Luizy wcale nie zostały jeszcze do końca wyjaśnione. W Kołysance dla Rosalie Klara Figiel nadal zajmuje się rozwikłaniem pewnych istotnych kwestii, które pozwolą jej odnaleźć odpowiedzi na szereg pytań. Od zakończenia akcji pierwszej części dylogii mija kilka lat. Nasi bohaterowie są już starsi, a ich życie nieco się zmieniło. Praprawnuk Luizy Bein – Alexander – wyprowadził się ze szwajcarskiego Interlaken i teraz mieszka w rodzinnym domu w Brienz. Nie żyje tam jednak sam, ponieważ zdążył się już ożenić i teraz jest nie tylko kochającym mężem, ale także ojcem dwójki uroczych dzieci – Rosalie i Alberta, którego rodzina pieszczotliwie nazywa „Buś”.

Z kolei Klara Figiel ukończyła studia i obecnie pracuje w jednej z warmińskich gazet. Żyje też w związku ze swoim byłym mężem, z którym tak naprawdę nigdy się nie rozstała, choć dokument rozwodowy mógłby świadczyć o czymś zupełnie innym. Klara jest również współwłaścicielką wartemborskiego pałacu, gdzie urządziła pensjonat. Generalnie prowadzi go wraz z byłym mężem, archeologiem Jakubem Wilskim, lecz można odnieść wrażenie, że udział w zarządzaniu pałacem mają tak naprawdę wszyscy członkowie rodziny Beinów. Prawdę powiedziawszy więcej czasu spędzają oni w Wartemborku, aniżeli u siebie w Szwajcarii. Klara jest też bardzo silnie związana z matką Alexandra oraz jego przyrodnią siostrą Anną. Choć remont pensjonatu nie jest jeszcze ukończony, to jednak nie przeszkadza to gościom, aby dokonywać rezerwacji i przyjeżdżać odpocząć w jego murach. Wśród odwiedzających są osoby reprezentujące różne profesje i pochodzący z różnych warstw społecznych. I tak oto do pałacu, w którym niegdyś mieszkała sama Luiza Bein, przyjeżdżają: emerytowany austriacki architekt o nienagannych manierach, sympatyczna para staruszków czy wciąż rozkojarzona dziewczyna, której samotność od pierwszej chwili rzuca się w oczy. Są też niezwykle enigmatyczni wielbiciele łowienia ryb, wścibska pani Róża wraz z mężem pantoflarzem, oraz pisarz, którego niesamowicie interesuje historia drugiej wojny światowej. Można więc przypuszczać, że pałac tętni życiem i naprawdę trudno jest się w nim nudzić.


Panorama Barczewa (Wartemborku)
Widok od strony Kolonii Zalesia.
źródło


Oprócz gości, w pensjonacie pracuje też personel, który dba o to, aby odwiedzający mieli co jeść albo mogli wyspać się w czystej pościeli. Praktycznie już od samego początku tej historii, w pałacu zaczynają dziać się dziwne rzeczy. A to ktoś przesunie jakieś szafki ze słoikami znajdujące się w piwnicy albo na lustrze namaluje szminką jakiś dziwny symbol czy sfabrykuje rzekomą egzekucję psa. Czemu takie zachowanie ma w ogóle służyć? Kogo trzymają się tego rodzaju żarty? A jeśli to wcale nie są żarty? Może ktoś w ten sposób wysyła mieszkańcom pensjonatu ostrzeżenie, zanim naprawdę zaatakuje? Możliwe, że ani Klara, ani też pozostałe osoby pracujące czy mieszkające w pałacu nie zawracałyby sobie głowy tymi dziwacznymi sygnałami, gdyby nie fakt, że któregoś dnia w niezwykle tajemniczych okolicznościach znika kilkuletnia córeczka Sary i Alexandra Beinów. Oczywiście wszyscy są przerażeni. Mimo to, w tym całym nieszczęściu widzą jedną pozytywną rzecz. Otóż mała Rosalie nie zaginęła sama. Wraz z nią znika także jej niania. To miejscowa staruszka o imieniu Liska. Kobieta posiada bardzo dobrą opinię, więc raczej mało kto mógłby przypuszczać, że to ona maczała palce w tajemniczym zniknięciu dziewczynki. A jeśli wszyscy się mylą? Być może to staruszka od samego początku planowała uprowadzenie dziecka w jakimś tylko jej znanym celu? Może fakt, że została nianią dzieci Beinów wcale nie był przypadkiem? Czy ktoś jeszcze jest zamieszany w całą tę sprawę?

Oczywiście od tej pory rozpoczynają się intensywne poszukiwania Rosalie Bein i praktycznie każdy jest tutaj podejrzany. Wszystkie osoby przebywające na terenie pensjonatu mogły przecież porwać dziecko! Gdyby tak uważniej przyjrzeć się gościom, wówczas można byłoby dojść do przekonania, że żadnemu z nich nie należy ufać. Czy zniknięcie Rosalie i jej niani ma jakiś związek z niedawno poznanymi tajemnicami Luizy Bein? Czy hrabianka nawet z zaświatów próbuje wywrzeć wpływ na naszych bohaterów? A jeśli tak, to co tak naprawdę się za tym kryje? Czy kiedyś to wszystko się skończy? Aby odnaleźć odpowiedzi na te i inne pytania Klara Figiel, tym razem już nie z Alexandrem Beinem, lecz z Jakubem Wilskim, próbują nie tylko wpaść na trop zaginionej Rosalie, ale także rozwikłać tajemnice z życia Luizy Bein, które – jak się okazuje – wcale nie znalazły jeszcze swojego finału.


Widok na szwajcarskie Brienz 
To tam obecnie mieszka powieściowy Alexander Bein.
fot. Andrew Bossi
źródło


Moim zdaniem Kołysanka dla Rosalie jest powieścią równie porywającą jak Tajemnice Luizy Bein. Podobnie jak w przypadku pierwszej części, Autorka tutaj również skupiła się nie tylko na wątku przygodowym czy historycznym, lecz także na życiu prywatnym poszczególnych bohaterów, z których na pierwszy plan wysuwają się oczywiście Klara i Jakub. Ich decyzje odnośnie do wspólnego życia wcale nie są takie łatwe do podjęcia. Muszą bowiem wypracować jakiś kompromis, a to nigdy nie jest proste. W dodatku po piętach wciąż depczą im jacyś dziwni ludzie, którzy za wszelką cenę usiłują zniszczyć ich spokój i przyprawić o lęk. Okazuje się też, że w całą tę historię zostaje zamieszanych coraz więcej osób i to nie tylko tych żyjących. Wychodzi na to, że niektórzy bohaterowie przez lata żyli w nieświadomości i dopiero teraz mogą poznać prawdę o swoich przodkach. Jednak to, co odkryją może już na zawsze zmienić sposób postrzegania przez nich tych, których uważali za bliskich i którym bezgranicznie ufali.

W moim odczuciu Renata Kosin stworzyła naprawdę doskonałą dylogię, gdzie historia – nawet jeśli ze sporą domieszką fikcji – miesza się z realiami współczesnego świata, zaś rodzinne tajemnice skrywane przez lata wreszcie wychodzą na światło dzienne. W dodatku na kartach obydwu książek znajduje się mnóstwo informacji dotyczących tematów, które dla osób interesujących się historią będą stanowić niemałe źródło wiedzy, jak na przykład kwestia Bractwa Różokrzyżowców i masonerii, o których wspomniałam wyżej. Ze swej strony podziwiam Autorkę nie tylko za nieprzeciętny talent pisarski, ale przede wszystkim za ogrom pracy, jaki włożyła w napisanie tej dylogii. Na pierwszy rzut oka widać, że dołożyła wszelkich starań, aby rzetelnie przeprowadzić barania merytoryczne. Dodatkowo kreacja bohaterów również budzi uznanie. Każda z postaci jest wykreowana w sposób nietuzinkowy. Są to bohaterowie, którzy wiele wnoszą do fabuły obydwu powieści. Oczywiście nie wszyscy pojawiają się zarówno w pierwszej, jak i drugiej części, co ma związek z innym charakterem linii fabularnej. Tak więc zachęcam do sięgnięcia zarówno po Tajemnice Luizy Bein, jak i po Kołysankę dla Rosalie, bo naprawdę warto!








wtorek, 18 października 2016

Nicky Pellegrino – „Włoskie wesele“












Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2009
Tytuł oryginału: The Italian Wedding
Przekład: Ewa Horodyska




Chyba większości z nas Włochy kojarzą się ze słońcem, doskonałą kuchnią, w której dominuje makaron, oraz ludźmi o ognistym temperamencie. Włochy to także kraj, w którym można podziwiać wiele wspaniałych antycznych budowli, jak również spacerować niezwykłymi uliczkami, a przy okazji wstąpić do klimatycznych kawiarni na przepyszne Tiramisu.

Beppi Martinelli jest rodowitym Włochem, który wiele lat temu wyemigrował ze swojego kraju w ślad za kobietą, którą poślubił. Jego żona, Catherine, to typowa angielska dziewczyna, która ulegając namowom swojej szalonej koleżanki, decyduje się na podróż autostopem do Rzymu. To właśnie tam poznaje Beppiego i jego najlepszego przyjaciela, Gianfranco DeMatteo. Beppi pochodzi z niewielkiej, ubogiej wioski, położonej gdzieś w górach. Mieszka tam wraz z chorą matką oraz młodszą siostrą, Isabellą. W wiosce Ravenna panuje tak ogromna bieda, że praktycznie wszyscy młodzi ludzie uciekają do miast w poszukiwaniu pracy. I tak młody Beppi wraz ze swoim przyjacielem, trafia do Rzymu, gdzie obaj znajdują zatrudnienie w jednym z ekskluzywnych hoteli.

Mija trzydzieści lat. Beppi Martinelli jest już poważnym i szanowanym właścicielem restauracji o nazwie Mała Italia. Jak sama nazwa wskazuje, Beppi w swoim londyńskim lokalu serwuje klientom jedynie włoskie potrawy, które przyrządza się według jego autorskich przepisów. W restauracji pomaga mu młodsza córka, Addolorata. Dziewczyna już niedługo ma wyjść za mąż, więc w rodzinie Martinellich panuje dość spore zamieszanie. Ale Beppi ma również starszą córkę, Pietę, która jest stylistką mody ślubnej i pracuje w salonie u Nikolasa Rose. Szef wciąż stara się ją ograniczać. Wszystkie jej pomysły przypisuje sobie, a w dodatku zmienia je według swojego własnego gustu ku niezadowoleniu nie tylko samej Piety, ale także klientek. W związku z tym, Pieta coraz częściej myśli o powołaniu do życia własnej pracowni. W tej kwestii dziewczyna może liczyć na wsparcie ojca, a ponadto wie, że doskonale dałaby sobie radę, otwierając swoją działalność. Potrafi projektować i szyć fantastyczne suknie ślubne, czego dowodem jest piękna kreacja, którą przygotowuje dla swojej siostry.

Wydanie brytyjskie
Wydawnictwo: ORION
Londyn 2009
Kiedy patrzymy na rodzinę Martinellich, wówczas odnosimy wrażenie, że jest to klasyczna włoska familia. Wszelkie decyzje podejmuje w niej Beppi, a Catherine, choć niejednokrotnie posiada swoje zdanie, to jednak ostatecznie zawsze posłusznie zgadza się z mężem. Ale jest jedna rzecz, która kładzie się cieniem na tej włosko-angielskiej sielance. Cieniem tym jest Gianfranco DeMatteo i wszyscy członkowie jego rodziny. 

Wspomniałam wyżej, że Gianfranco to najlepszy przyjaciel Beppiego z lat młodości. W takim razie, co takiego stało się, że Beppi Martinelli zionie tak wielką nienawiścią wobec swojego dawnego kolegi? Mało tego. W swojej rodzinie wprowadził nawet zakaz jakichkolwiek kontaktów z sąsiadem, który niedługo po przybyciu Beppiego do Londynu otworzył w tej samej włoskiej dzielnicy delikatesy, gdzie oferuje klientom specjały rodem ze słonecznej Italii.

Jak widać, od wielu lat rodzina Beppiego wypełnia ten rozkaz bez słowa skargi. Ową tajemnicę z przeszłości znają tylko seniorzy obydwu rodzin. Młodzi niestety nie rozumieją przyczyn konfliktu i uważają tę waśń za bezsensowną, zwłaszcza że Pieta coraz częściej zerka w stronę syna Gianfranco, dla którego narzeczonej właśnie projektuje suknię ślubną. Ta cała sytuacja jest niesamowicie skomplikowana i tylko utrudnia życie. Ale dopóki Beppi i Gianfranco nie odłożą na bok swojej urażonej dumy i zawiści, nie ma widoków na jakąkolwiek zmianę. Konfliktem najbardziej zmęczona jest Pieta. Dlatego też, kiedy Beppi dostaje ataku serca i leży w szpitalu, dziewczyna postanawia podpytać matkę, o co tak naprawdę chodzi w tej waśni rodów. I tak oto, przy wspólnym szyciu sukni ślubnej dla Addoloraty, Catherine rozpoczyna snucie opowieści o przeszłości i hańbie, którą została okryta rodzina Beppiego z winy Gianfranco DeMatteo.

Jak wiadomo Włosi to naród z jednej strony radosny i o gorącym temperamencie, zaś z drugiej niezwykle pamiętliwy. Czytając powieść, czytelnik bardzo wyraźnie czuje te charakterystyczne włoskie cechy narodowe. Być może jest tak dlatego, iż Autorka, podobnie jak Pieta i Addolorata, jest w połowie Włoszką. Jej ojciec również wyemigrował z Italii do Anglii w ślad za żoną. W związku z tym, Nicky Pellegrino doskonale zna włoską rzeczywistość, choć obecnie Autorka mieszka w Nowej Zelandii ze względu na swojego męża. Beppiego opisała jako mężczyznę, który nie potrafi spokojnie usiedzieć w jednym miejscu nawet minuty, a pobyt w szpitalu jest dla niego najgorszą karą, jaką mógł dostać od losu. I to wcale nie dlatego, że zachorował. Najgorsze jest to, że nic nie robi, tylko leży. W dodatku ta charakterystyczna dla Włochów gestykulacja. Ich ręce są niczym wiatraki, które wciąż muszą się kręcić. Czytając powieść naprawdę czujemy swoisty włoski klimat. A do tego dochodzi jeszcze zapach potraw codziennie przygotowywanych przez Beppiego. Właśnie z tego powodu książka jest rewelacyjna dla tych, którzy lubią gotować oraz dla tych, którzy preferują kuchnię włoską. Znajdziecie w niej kilka przepisów autorstwa Beppiego, które tak naprawdę wyszły spod ręki ojca Nicky Pellegrino. Oto jeden z nich:


Jak Beppi przyrządza sos do lasagne*

oliwa z oliwek
2 ząbki czosnku (nie mylić z dwiema główkami, bo w pracy będą Was unikać)
2 spore cebule pokrojone w drobną kostkę
2 łodygi i trochę liści selera naciowego
10-12 dkg młodych pieczarek
1 średnia marchewka
pomidory z puszki (koniecznie włoskie, bo Beppi twierdzi, że te „obce” w smaku przypominają papkę)
1 puszka przecieru z pomidorów
1,5 kg mielonej wołowiny
1 duży kieliszek czerwonego wina 
Wlać oliwę do dużego rondla (nie za dużo, bo mięso puści tłuszcz). Pokroić cebule jak najdrobniej i zeszklić na małym ogniu. Kiedy cebula jest prawie gotowa, posiekać drobno czosnek i smażyć przez kilka minut razem z cebulą (jeśli to konieczne, dolać odrobinę wody, żeby cebula się nie przypaliła). Dołożyć mięso i smażyć przez kilka minut, mieszając, aż się zarumieni. Dodać posiekany seler, marchew i pomidory. Na końcu przyprawić solą i pieprzem do smaku. Doprowadzić do wrzenia, a potem dusić na małym ogniu przez co najmniej półtorej godziny. Od czasu do czasu dolewać wina lub wody, żeby sos nie wysechł i mieszać, żeby nie przywierał do rondla. 
Addolorata dodaje jeszcze świeżą bazylię w dużych ilościach i trochę natki włoskiej pietruszki, by sos nabrał prawdziwie włoskiego aromatu. Jednak Beppi twierdzi, że córka zawsze dodaje za dużo składników i powinna się nieco powściągnąć w tej czynności.

Na koniec chciałabym jeszcze zaznaczyć, że tytuł powieści może być nieco mylący. W pierwszej chwili czytelnik pomyśli, że sięgając po książkę będzie mieć do czynienia z klasycznym włoskim romansem. Prawda jest jednak zupełnie inna i nie ma ona nic wspólnego z relacjami damsko-męskimi. Nie chodzi tutaj nawet o planowany ślub Addoloraty i Edena Donalda. Niemniej zależność pomiędzy tytułem a fabułą książki czytelnik musi już odkryć sam, sięgając po lekturę, której czytanie dostarczy naprawdę sporo przyjemności.






N. Pellegrino, Włoskie wesele, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, s. 67-68.







sobota, 15 października 2016

Renata Kosin – „Tajemnice Luizy Bein” # 1














Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2014





Barczewo, znane do 1946 roku jako Wartembork, to miasto i gmina położone w środkowej części województwa warmińsko-mazurskiego na Pojezierzu Olsztyńskim, na północ od Olsztyna. Miasto leży nad Pisą Warmińską, która uchodzi do jeziora Wadąg. Generalnie jest to ośrodek rolniczo-usługowy, ponieważ występuje tam przemysł metalowy, chemiczny, drzewny, włókienniczy, jak również spożywczy związany z produkcją piwa oraz fabryka mebli szkolnych. Z kolei nad pobliskimi jeziorami znajdują się liczne ośrodki wypoczynkowe. Jest też szlak kajakowy i oczywiście Muzeum Feliksa Nowowiejskiego (kompozytora, dyrygenta, pedagoga, organisty-wirtuoza, organizatora życia muzycznego, szambelana papieskiego żyjącego w latach 1877-1946; autora muzyki do Roty, do której słowa napisała Maria Konopnicka; 1842-1910). W związku z osobą Feliksa Nowowiejskiego, w Barczewie od 2002 roku odbywa się Międzynarodowy Festiwal Muzyki Chóralnej im. Feliksa Nowowiejskiego.

Historia Barczewa jest niezwykle bogata. Już w 1325 roku Krzyżacy zbudowali tam zamek Warteberge. Niestety, w 1354 roku został on zniszczony przez Litwinów i wtedy na jego miejscu zbudowano nowy zamek, przy którym w 1364 roku założono miasto Wartenburg. Pod koniec XIV wieku miasto zostało otoczone murami obronnymi. Od 1466 roku Barczewo wraz z Warmią należało do Polski. Natomiast jako Wartembork podlegało biskupom warmińskim. Od 1772 roku znajdowało się pod zaborem pruskim, natomiast w 1892 roku połączono je z Olsztynem dzięki linii kolejowej. W 1920 roku Barczewo zostało objęte plebiscytem na Mazurach i pozostało w granicach Niemiec. Podczas okupacji hitlerowskiej (1939-1945) na terenie miasta funkcjonowało więzienie (z niem. Zuchthaus), które zniszczono w 1945 roku w około sześćdziesięciu dziewięciu procentach. Niemniej po wojnie zostało odbudowane.

Co ważne, w Barczewie został zachowany średniowieczny układ urbanistyczny wraz z fragmentami murów obronnych pochodzących z XIV wieku. Miasto jest niezwykle bogate w zabytki. Odwiedzając Barczewo można zobaczyć – na przykład – zabytkowe kościoły, dawny budynek klasztoru Franciszkanów, gdzie w latach 1965-1986 przebywał i zmarł nazista Erich Koch (1896-1986), neorenesansową synagogę czy dawny zamek biskupów warmińskich. Barczewo to także miejsce akcji powieściowej dylogii Renaty Kosin. Autorka nie zmienia jednak nazwy miasta, które na kartach książki nadal funkcjonuje jako Wartembork. Z miasteczkiem łączy się zatem niezwykła historia, która sięga aż do pierwszej połowy XIX wieku, kiedy w miejscowym pałacu mieszkała niejaka Luiza Bein, która w historii miasta zapisała się jako filantropka spiesząca z pomocą potrzebującym i chorym. Pewnego dnia na starówce w Wartemborku archeolodzy natrafiają na szczątki kobiety. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że została ona pochowana razem z mnichami. W dodatku w ramionach owa kobieta ściska dziecko. Na jej czaszce znajduje się natomiast wianek ze srebrnych róż. Po przeprowadzeniu badań okazuje się, że szczątki odkopane przez archeologów należą do wspomnianej wyżej Luizy Bein, której miejsce pochówku do tej pory było nieznane. Podczas gdy znana jest tożsamość kobiety, nikt nie ma pojęcia, kim jest dziecko pochowane wraz z nią lata temu. Powszechnie wiadomo, że Luiza Bein miała tylko jednego syna, lecz ten dożył późnej starości, więc nie ma możliwości, aby to właśnie on leżał w grobie z matką przez tyle lat.


Widok na Stare Miasto w Barczewie (Wartemborku)
źródło


W Wartemborku mieszka przebojowa studentka dziennikarstwa – Klara Figiel. Dziewczyna pragnie napisać artykuł dotyczący tajemniczego znaleziska. Niestety, informacje, które posiada na tę chwilę nie są wystarczające, aby mogła stworzyć wartościowy tekst. Postanawia zatem zbadać głębiej losy Luizy Bein i dowiedzieć się o niej czegoś więcej, niż tylko tego, co podają ogólnie dostępne źródła historyczne. W związku z tym Klara wyrusza w podróż do Szwajcarii, gdzie odnajduje praprawnuka Luizy Bein. Jak można się łatwo domyślić, Alexander Bein nie jest zachwycony tym, że jakaś Polka zakłóca mu spokój i wywraca do góry nogami jego uporządkowane życie. Niemniej, cała ta historia coraz bardziej zaczyna go wciągać i ostatecznie mężczyzna decyduje się wraz z Klarą uczestniczyć w odkrywaniu tajemnicy Luizy Bein. W końcu jest to również historia dotycząca jego rodziny. I tak oto dzień po dniu, krok po kroku Klara i Alexander dokopują się do coraz to nowych faktów związanych z życiem praprababki Beina oraz tych, którzy dzielili z nią życie lata temu. A żeby nie było tak łatwo, okazuje się, że młodym detektywom-amatorom depczą po piętach jakieś podejrzane typy, które za wszelką cenę chcą przeszkodzić im w poznaniu prawdy. Dochodzi zatem do włamań, kradzieży, a nawet próby zabójstwa. Czy zatem Alexander i Klara zdołają poznać prawdę? A jeśli tak, to jaką cenę będą musieli za to zapłacić? Czy dziewczyna faktycznie mówi Alexandrowi prawdę o sobie, a jej przyjazd do Szwajcarii jest podyktowany jedynie chęcią zebrania dostatecznych informacji o Luizie Bein, dzięki którym mogłaby napisać świetny artykuł? Co tak naprawdę kryje się za przybyciem Klary Figiel do Szwajcarii? I wreszcie, co wspólnego z Luizą Bein mają święte Agata i Rozalia, niezwykły egzemplarz Biblii i pewien zabytkowy zegar?

Tajemnice Luizy Bein to pierwsza książka Renaty Kosin, jaką przeczytałam, i muszę przyznać, że już na tym etapie jestem zachwycona prozą Autorki. Jeśli pozostałe powieści napisane są na tak wysokim poziomie, to tylko pogratulować talentu. W pierwszej części dylogii czytelnik wraz z bohaterami przemieszcza się pomiędzy Polską a Szwajcarią, jednocześnie poznając naprawdę interesujące miejsca, co sprawia, że po skończeniu książki chce dowiedzieć się o nich czegoś więcej i wówczas sięga po literaturę, która takiej wiedzy mu dostarczy. Tak przynajmniej jest w moim przypadku. Trzeba jednak przyznać, że historia odnosząca się do losów Luizy Bein jest niezwykle pogmatwana i zanim nasi główni bohaterowie dotrą do jej końca, będą musieli nieźle się nagłowić nad połączeniem rozmaitych faktów w jedną całość. Autorka stopniowo odkrywa przed czytelnikiem poszczególne kwestie, lecz mimo to nie jesteśmy w stanie jeszcze przed zakończeniem książki domyślić się, kim tak naprawdę mogło być dziecko wykopane razem z Luizą Bein. Poza tym istnieje także szereg innych wątków, które nierozerwalnie łączą się ze sprawą, nad którą pracują Klara i Alexander. Co pewien czas pojawiają się też nowe postacie, które w miarę czytania stają się mniej lub bardziej związane z głównymi bohaterami. Okazuje się bowiem, że Luiza Bein jest jedynie ogniwem, które spaja w jedną całość losy tych, którzy żyli na długo przed Klarą i Alexandrem.


Szwajcarskie Interlaken widziane z góry Schynige Platte
To właśnie gdzieś tam mieszka powieściowy Alexander Bein.
fot. Andrew Bossi
źródło


Oprócz powyższego, Renata Kosin stworzyła też doskonałe biografie każdego z bohaterów. Nie jest tak, że fabuła książki dotyczy wyłącznie rozwiązania zagadki dotyczącej tajemnicy skrywanej przez Luizę Bein. Nasi bohaterowie posiadają również życie prywatne, nad którym nie zawsze potrafią zapanować. Czasami ich relacje z innymi osobami wymykają im się spod kontroli. Nie umieją także podejmować decyzji bez popełniania błędów. To wszystko okraszone jest niemałą dawką humoru, co sprawia, że bohaterowie są wiarygodni. Szczególne miejsce zajmują również kot o imieniu Pulicer i nietypowy pies Fido.

Zapewne większość czytelników ma już za sobą Tajemnice Luizy Bein, bo przecież książka nie jest nowością. Natomiast tych, którzy nie zetknęli się jeszcze z powieścią zachęcam do sięgnięcia po nią, ponieważ jest to historia, która wciąga już od pierwszej strony. Czytelnik pragnie jak najszybciej poznać rozwiązanie zagadki, zaś bohaterowie są wykreowani w taki sposób, że po prostu nie można ich nie polubić. Nawet w chorobliwej pedantyczności Alexandra Beina jest coś naprawdę uroczego, co sprawia, że obdarzamy go sympatią.