Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

piątek, 30 września 2016

Francine Rivers – „Szofar zabrzmiał”















Wydawnictwo: BOGULANDIA
Warszawa 2013
Tytuł oryginału: And the Shofar Blew
Przekład: Bożena Sand-Tasak





Ostatnio coraz częściej mówi się o hipokryzji w Kościele Katolickim. Ludzie zarzucają księżom wiele złego i wielokrotnie nie mają litości dla ich postępowania, obrzucając ich najgorszymi obelgami. Prawdą jest, że ksiądz powinien być wzorem dla ludzi wierzących w Boga i nie dawać im powodu do zgorszenia. Coraz częściej zdarza się jednak, że próżno szukać w Kościele wzorów do naśladowania. Duchowni mieszają się do polityki, wytykają ludziom z ambony grzechy, jakby zapominając o tym, że sami też nie są bez winy. Jak gdyby tego wszystkiego było mało, straszą wiecznym potępieniem, choć sami żyją tak, jakby piekła w ogóle nie było. Nie jest tajemnicą, że wielu księży wdaje się w romanse z kobietami, potajemnie żyją w związkach homoseksualnych, nie wspominając już o pedofilii. Są też tacy, którzy jawnie wyznają nacjonalizm, niekiedy ocierający się wręcz o faszyzm. Natomiast chęć wzbogacania się kosztem wiernych nie jest już dziś niczym niezwykłym. Czasami są wręcz w stanie wezwać policję, jeśli rozmowa z tym czy innym parafianinem nie idzie po ich myśli. W tym wszystkim nie należy jednak zapominać, że są także duchowni, którzy robią naprawdę wiele dobrego dla osób wierzących w Boga, a nawet dla tych, którzy przyznają, że z Bogiem jakoś nie jest im po drodze. Niestety, w dzisiejszych czasach prawdziwi księża z powołania giną gdzieś w tłumie i praktycznie nikt o nich nie pamięta ani ich nie wspomina, skupiając się tylko na tym, co jest złe w Kościele.

Ważne, aby pamiętać, że chrześcijaństwo to nie tylko wierni wyznania rzymskokatolickiego i grekokatolickiego, ale także protestanci, zielonoświątkowcy, wspólnoty ewangelikalne, anglikanie, ewangelicy reformowani, luteranie, metodyści, baptyści czy wyznawcy religii prawosławnej. Okazuje się, że problem, o którym napisałam powyżej może dotyczyć każdej z tych grup chrześcijan, a dokładnie każdego duchownego, który stoi na czele swojego kościoła. Przypomina nam o tym Francine Rivers, która tworzy literaturę o tematyce chrześcijańskiej. Za swoją prozę otrzymała do tej pory szereg nagród i można śmiało rzec, że wszystkie te wyróżnienia dostała w pełni zasłużenie. Jej książki nie charakteryzuje bynajmniej moralizatorstwo, ani też chęć wytykania czytelnikowi jego moralnych błędów i próbowania nawracania go za wszelką cenę. Autorka w swoich książkach ukazuje bowiem człowieka słabego – nawet jeśli stoi on na straży wiary – który popełnia szereg błędów i generalnie jest niedoskonały i nie może tak naprawdę być wzorem do naśladowania. Bohaterowie kreowani przez Francine Rivers przechodzą naprawdę długą i żmudną drogę, aż w końcu docierają do punktu, kiedy zderzają się z murem, i albo rozbijają sobie o niego głowę, albo zdają sobie sprawę z tego, co zrobili i próbują zawrócić, przyznając się do własnych błędów i słabości. Usiłują też naprawić to, co zniszczyli, brnąc coraz dalej w zło, jakie sami wygenerowani.

Wydanie amerykańskie
z 2003 roku
W amerykańskim miasteczku Centerville funkcjonuje Centerville Christian Church, którego członkowie skupiają się głównie na badaniu Biblii i wierze w Jezusa Chrystusa. Jest rok 1987, starsi rady zboru poszukują właśnie nowego pastora, ponieważ ten, który jeszcze do niedawna im przewodził, poważnie się rozchorował i raczej nie ma już nadziei na to, aby wrócił do pracy. Do zboru nie należy zbyt wielu wiernych. Trzeba zatem pomyśleć o nowym pastorze, który z jednej strony pociągnąłby dalej to, co rozpoczął jego poprzednik, zaś z drugiej sprawił, aby do kościoła zaczęło przychodzić więcej ludzi. Pomimo że w okolicy działa jeszcze kilka innych zgromadzeń, to Centerville Christian Church jest tym, które znajduje się w centrum zainteresowania. Kiedy starsi rady zboru zastanawiają się nad przyszłością ich wspólnoty, dostają telefon z informacją, że jest ktoś, kto doskonale nadawałby się na stanowisko nowego pastora. Facet jest młody, dobrze wykształcony, pełen zapału do pracy, a w dodatku jest synem pastora, którego nauki znane są w całych Stanach Zjednoczonych, ponieważ kazania tegoż człowieka pokazuje nawet telewizja. Czego zatem można chcieć więcej? Trzeba jedynie zatelefonować do chłopaka i modlić się, aby zechciał przyjechać do Centerville i objąć pieczę nad zborem.

Paul Hudson, bo o nim mowa, na chwilę obecną pracuje w kościele, który znajduje się gdzieś w stanie Illinois. Nie można powiedzieć, że od razu zgadza się przyjąć propozycję objęcia placówki w Centerville. Trochę się zastanawia, prosi Boga o pomoc w podjęciu dobrej decyzji, pyta też żonę o zdanie, bo przecież od jego decyzji będzie też zależeć życie jego rodziny. Ze swoją żoną – Eunice – Paul ma kilkuletniego synka, którego bardzo kocha. Bez żony również nie wyobraża sobie życia. Przychodzi w końcu moment, kiedy mężczyzna musi dać starszym rady Centerville Christian Church ostateczną odpowiedź. Czuje, że do nowego miejsca posyła go sam Bóg, a ponieważ uważa, że tak naprawdę nic nie dzieje się przypadkowo, przyjmuje wyzwanie i wraz z rodziną przeprowadza się do Centerville.

Ponieważ Paul Hudson jest bardzo ambitny, praktycznie od samego początku ostro zabiera się do pracy. Nowa społeczność jest niezwykle przyjaźnie do niego nastawiona, choć ludzie wciąż nie mogą zapomnieć o poprzednim pastorze. Rozumieją jednak, że tak musi być, więc akceptują nową rzeczywistość. W kościele Paulowi pomaga też żona, która posiada muzyczne wykształcenie, co pozwala jej przygotowywać oprawę muzyczną nabożeństw. Nie tylko Paul jest synem pastora. Eunice również wychowała się w rodzinie, której głową był przywódca zboru. Niemniej obydwie rodziny bardzo się od siebie różniły. Podczas gdy w domu Eunice czuło się kojącą obecność Boga, a jej ojciec nigdy nie podążał za pieniądzem i karierą, w rodzinnym domu jej męża sprawa ta wyglądała zupełnie inaczej.

Żyd ze Starego Testamentu
dmący w szofar

Instrument dęty pojawiający się
w Biblii, którego dźwięk zwiastuje
ważne wydarzenie.
autor: Alphonse Lévy
(1843-1918)

Bardzo szybko okazuje się bowiem, że Paul Hudson ma swoją wizję dalszych losów Centerville Christian Church. W tych planach nie już miejsca dla ludzi starych, którzy od wielu, wielu lat byli związani ze wspólnotą. Nowy pastor stawia na młodych i przede wszystkich na tych, którzy mają grube portfele. Mężczyzna pragnie bowiem podążać śladami swojego ojca, i tak samo jak David Hudson postępował niegdyś z własnym kościołem, Paul chce zrobić z Centerville Christian Church obiekt, o którym będzie głośno. W jego wyobraźni rysuje się obraz kościoła, który będzie ociekał bogactwem, zaś on jako pastor będzie podziwiany i szanowany. W tym celu musi zatem pozbyć się starych i niepotrzebnych już członków rady zboru. Ten cios jest niesamowicie bolesny nie tylko dla samych zainteresowanych, ale także dla członków wspólnoty, którzy byli bardzo zżyci z Samuelem, Hollisem i Otisem. W miarę upływu czasu Paul Hudson zraża do siebie coraz więcej osób, choć z drugiej strony fakt ten wcale nie wpływa negatywnie na funkcjonowanie zboru. Do kościoła nadal przybywają rzesze ludzi. Paul jednak wciąż pragnie czegoś więcej. Przede wszystkim pragnie dorównać swojemu wielkiemu ojcu i stać się jego wierną kopią. Czy takie postępowanie wyjdzie na dobre zarówno samemu Paulowi, jak i kościołowi, którym zarządza? Jak w tej sytuacji będzie funkcjonować jego rodzina, od której coraz bardziej się oddala? Gdzie podział się ten młody i życzliwy pastor, który w 1987 roku przybył do Centerville, aby przejąć schedę po poprzednim pastorze? Co musi się stać, aby Paul Hudson zrozumiał, że postępuje źle, a głosy, które słyszy w duszy wcale nie pochodzą od Boga?

Przyznam, że trudno jest pisać o tej książce, zważywszy na jej tematykę. Wiadomo jak w dzisiejszych czasach odbierana jest kwestia religii, jakiejkolwiek religii, nie tylko katolickiej. Dla mnie ta książka jest jedną z wielu, zaś jej akcja mogłaby rozgrywać się w zupełnie innym miejscu i czasie oraz dotyczyć przemiany człowieka, która wcale nie miałaby związku z Bogiem, a i tak potraktowałabym ją jako doskonałe studium przypadku człowieka zagubionego. Problem, który porusza Francine Rivers jest dobry, jak każdy inny, którego konsekwencje ostatecznie doprowadzą do tego, że człowiek zacznie zastanawiać się nad swoim życiem. Paul Hudson to przykład mężczyzny, który naprawdę pogubił się w życiu. Od chwili, gdy objął kościół w Centerville stał się całkiem innym człowiekiem. W jego umyśle wciąż tkwi obraz ojca, który stale był z niego niezadowolony. Paul przez cały czas pragnie mu dorównać, a może nawet przegonić go w sławie i bogactwie. W dodatku widzi, że ludzie potrafią być bardzo próżni. Wystarczy obiecać im tabliczkę z wygrawerowanym nazwiskiem, a już otwierają się ich portfele i finansują co tylko się da. Mężczyzna świetnie to wykorzystuje. Poza tym Paul Hudson pozbywa się tych, którzy albo wydają mu się niepotrzebni, albo zwyczajnie sprzeciwiają się jego decyzjom, widząc, że pastor podąża w naprawdę złym kierunku.

Wydanie amerykańskie
z 2013 roku
Dążąc do naśladowania swojego ojca pod każdym względem, Paul Hudson zaczyna popełniać te same błędy, które robił jego rodziciel. Zaniedbuje rodzinę, gdyż to członkowie zboru są ważniejsi. Potrafi wyjść z domu o każdej porze dnia i nocy i spędzić poza domem długie godziny, nie dbając o to, co w tym czasie dzieje się z jego własną rodziną. W ten sposób oddala się nie tylko od żony, ale przede wszystkim od syna, który dorastając, coraz bardziej go nienawidzi. Timothy przestaje go szanować, stając po stronie matki. W dodatku Paulowi spada kamień z serca w momencie, gdy jego jedyne dziecko wyprowadza się z domu, aby zamieszkać z babcią. W tej relacji to dorastający chłopak wykazuje się większym rozsądkiem, aniżeli jego ojciec. Timothy nie chce bowiem dopuścić do kłótni i niekomfortowych sytuacji. A jaka w tym wszystkim jest rola Eunice? I tutaj możemy się zastanowić nad postawą kobiety, która wydaje się wciąż żyć w cieniu męża. Pokornie znosi jego humory, nie reaguje na sytuacje, w których Paul ją ewidentnie upokarza. Czy tak musi postępować żona pastora? Czy nie wolno jej się zbuntować? Czy nie może wykrzyczeć mu prawdy prosto w oczy, ponieważ jest chrześcijanką i musi postępować zgodnie z zasadami swojej religii? Otóż nie. W którymś momencie Eunice nie wytrzymuje i robi coś, czego Paul zupełnie się po niej nie spodziewał. On uważał, że może z Eunice zrobić wszystko, a ona przyjmie to z pokorą i jeszcze mu za to podziękuje.

Szofar zabrzmiał nie jest książką, w której Autorka próbuje kogokolwiek pouczać. Ona nakreśla jedynie pewne wydarzenia, które w konsekwencji doprowadzają do osobistej i moralnej tragedii człowieka myślącego o sobie, że stoi nawet wyżej niż sam Bóg. Wydaje się, że fabuła oparta jest na faktach, co sprawia, że czytelnik zauważa, iż problem hipokryzji jest obecny wszędzie, nie tylko w środowisku katolickich duchownych, o czym dziś tak głośno. Gdyby pokusić się o spojrzenie na całą tę sprawę z innej strony i wziąć Paula Hudsona w obronę, to można byłoby tłumaczyć jego postępowanie nieudanym dzieciństwem, brakiem miłości ze strony ojca, który również poniżał jego matkę. Poza tym duchowny to również człowiek z całą masą rozmaitych słabości, które w każdej chwili mogą się ujawnić. Wystarczy, że będą mieć ku temu sprzyjające podłoże. Ważne jest natomiast, że w końcu przychodzi opamiętanie. Bo czy duchowny, bez względu na to jakie wyznanie reprezentuje, nie zasługuje na drugą szansę, jak każdy inny człowiek? Czy należy spisać go na straty, bo zbłądził i dał ponieść się zwykłym ludzkim słabościom? Bo za bardzo zawierzył pozorom, bogactwu czy źle rozumianej wolności? Ta książka pokazuje, że nie należy patrzeć na problem tylko z jednej strony, szczególnie jeśli w grę wchodzi ocenianie drugiego człowieka.

Jemenicki Żyd dmący w szofar
Fotografia pochodzi z końca lat 30. XX wieku.
autor nieznany
Nie chciałabym nikogo urazić czy dyskryminować jako czytelnika, ale uważam, że Szofar zabrzmiał to książka, która nie jest przeznaczona dla każdego. Nie powinni po nią sięgać przede wszystkim ci, dla których jakakolwiek wzmianka o Bogu i religii jest nie do przyjęcia i reagują agresywnie na tego typu tematy, nie widząc możliwości okazania szacunku tym, którzy wierzą w coś, czego ludzki umysł nie jest w stanie ogarnąć. Dla takich osób czytanie tej książki nie będzie mieć najmniejszego sensu. Na kartach powieści przewija się bowiem niemało fragmentów zaczerpniętych z Biblii, czy też odwołań do Boga, które wychodzą z ust poszczególnych bohaterów. Choć generalnie jest to historia o hipokryzji osób duchownych, to jednak fabuła dotyczy społeczności chrześcijańskiej, która jest głęboko wierząca i praktycznie każde wydarzenie przypisuje interwencji Najwyższego. Czy słusznie? Nie do końca, ponieważ wielokrotnie ludzie mylą się w interpretacji „znaków”. Czasami można odnieść wrażenie, że uważają samych siebie za wybranych, a to może ich doprowadzić jedynie do zguby. Myślę, że właśnie na ten problem Francine Rivers pragnęła zwrócić szczególną uwagę.

Z drugiej strony jednak czytelnik dostrzega też, ile dobrego może przynieść wiara w Boga. Szczera modlitwa może bowiem dodać sił do walki z nałogiem. Nawet najlepszy terapeuta nie jest w stanie powstrzymać pacjenta przed sięgnięciem po alkohol czy innego rodzaju używkę, natomiast modlitwa staje się czymś na kształt hamulca, który zostaje uruchomiony w momencie, gdy człowiek nie jest w stanie samodzielnie zapanować nad swoim życiem i tylko sekundy dzielą go od sięgnięcia do butelkę. Modlitwa pomaga również bohaterom w uporządkowaniu swoich spraw rodzinnych i ułożenia sobie życia na nowo. Wystarczy tylko wierzyć. Niekoniecznie w siły nadprzyrodzone. Można wierzyć na przykład w Dobro i za nim podążać. 

Niestety, polskie wydanie tej powieści jest źle przetłumaczone, a redakcja i korekta pozostawiają wiele do życzenia. Fakt ten sprawia, że książkę nie czyta się najlepiej, ponieważ czytelnik zmuszony jest zatrzymywać się przy niektórych fragmentach i czytać je od nowa, aby zrozumieć ich sens. Przykro, że naprawdę dobra powieść została zniszczona przez zaniedbanie ze strony wydawcy.








środa, 28 września 2016

Lucyna Olejniczak – „Kobiety z ulicy Grodzkiej. Matylda” # 3













Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2016

                                                                                                          


Krakowski Teatr im. Juliusza Słowackiego, zwany niegdyś Teatrem Miejskim im. Juliusza Słowackiego, budowany był z ogromnym pietyzmem. Uroczyste otwarcie miało miejsce dokładnie o godzinie 12:00 w południe 21 października 1893 roku. Podczas pierwszego spektaklu wystawiano fragmenty utworów Adama Mickiewicza (1798-1855), Juliusza Słowackiego (1809-1849) i Aleksandra Fredry (1793-1876). Z kolei przez kolejnych pięć tygodni publiczność mogła oglądać tylko polski repertuar. Bardzo wcześnie Teatr okrył się legendą, natomiast już w pierwszych latach swojej działalności zyskał status sceny narodowej. To właśnie Teatr Słowackiego wyznaczył kierunki rozwoju całego polskiego teatru współczesnego, zaś gmach znajdujący się przy placu Św. Ducha na stałe wpisał się w magiczną topografię Krakowa.

Pomimo że można funkcjonować w cieniu własnej legendy, robić wszystko, aby jej sprostać, czy też buntować się przeciwko niej, to jednak nie jest łatwo wznosić na jej fundamencie autentyczną i przenikającą na wskroś dzisiejszego widza sztukę. Nie można chyba w pełni pojąć polskiej kultury, jeśli nie posiada się wystarczającej wiedzy na temat Teatru Słowackiego. Nie można też mówić, że znamy Kraków, jeżeli nigdy nie odwiedziliśmy gmachu przy placu Św. Ducha. W czasie dwudziestolecia międzywojennego Teatr im. Juliusza Słowackiego zdołał utrzymać znaczące miejsce, jeśli wziąć pod uwagę teatralną mapę Polski, która w tamtym okresie była już krajem niepodległym. Nie było jednak łatwo sprostać konkurencji wspaniałych scen warszawskich, lwowskich czy wileńskich. Szczególnie trudny okazał się przełom lat 20. i 30. XX wieku. Istniejący wówczas kryzys ekonomiczny poważnie dotknął również instytucje kulturalne.

Teofil Trzciński
Przed pierwszą wojną światową (1914-1918) dominowało piękno modernizmu, natomiast w dwudziestoleciu międzywojennym każdy z dyrektorów zmuszony był szukać własnych, oryginalnych pomysłów. Trzeba bowiem było mieć na uwadze fakt, iż awangarda domaga się swoich praw, dlatego też wielce trudnym zadaniem okazało się znalezienie, w gąszczu nowatorskich kierunków i tak bardzo wówczas modnych eksperymentów, bezpiecznej drogi dla sceny o wielkiej, narodowej tradycji. Na szczęście na tym polu odniesiono sukces, a w historii Teatru Słowackiego zapisał się doskonały repertuar pierwszej powojennej dyrekcji Teofila Trzcińskiego (1878-1952), który swoją funkcję pełnił w latach 1918-1926 i 1929-1932. Pisząc „powojenna dyrekcja” mam oczywiście na myśli pierwszą wojnę światową. Z pewnością był to repertuar eklektyczny, ale też niezwykle śmiały. To właśnie Teofilowi Trzcińskiemu zawdzięczamy odkrycie takich autorów sztuk teatralnych, jak Nokołaj Jewreinow (1879-1953), Paul Claudel (1868-1955), Georg Kaiser (1878-1945) czy Luigi Pirandello (1867-1936).

Niemałej odwagi wymagało także zainteresowanie się nowymi kierunkami w sztuce. W 1921 roku Teofil Trzciński umożliwił więc debiut jednemu z największych polskich artystów XX wieku. Był nim oczywiście Stanisław Ignacy Witkiewicz, znany jako Witkacy (1885-1939). Prapremiera jego groteskowego i pełnego absurdu Tumora Mózgowicza sprawiła, że oprócz nielicznych głosów uznania, pojawiła się też fala ataków ze strony krytyków. Niemniej Teofil Trzciński wcale się tym nie przejął i nie zaprzestał poszukiwania nowości. Był jedynym w Polsce dyrektorem teatru, który konsekwentnie wystawiał na jego deskach ekspresjonistów oraz współpracował ze znakomitymi scenografami – konstruktywistami, kubistami i kolorystami. W nowatorski sposób realizował też klasykę. W 1923 roku po raz pierwszy w Krakowie wystawił monumentalną, plenerową inscenizację Odprawy posłów greckich Jana Kochanowskiego (1530-1584).  Sztuka została pokazana na dziedzińcu wawelskim.

W latach 1926-1929 dyrektorem Teatru był Zygmunt Nowakowski (1891-1963), który zdecydował się zmienić dotychczasowy program artystyczny. Do repertuaru wybrał sztuki powszechnie znane, widowiskowe i jednocześnie będące na najwyższym poziomie. Wśród nich znalazły się takie utwory, jak: Krakowiacy i górale Wojciecha Bogusławskiego (1757-1829), Turandot Carlo Gozziego (1720-1806) czy Balladyna Juliusza Słowackiego. Każda z nich biła rekordy kasowe i gromadziła na widowni komplet publiczności. W roku 1932 dyrektorem Teatru Słowackiego został Juliusz Osterwa (1885-1947), który bez wątpienia uchodził za artystę obdarzonego ogromną charyzmą. Podczas swojej trzyletniej dyrekcji stawiał na repertuar niezwykle ambitny, dzięki czemu przyczynił się do udoskonalenia zespołu. Co ważne, Juliusz Osterwa, będąc również aktorem, na deskach Teatru zaprezentował także swoje największe kreacje aktorskie. Organizował też regularne przedstawienia dla młodych widzów, tym samym przyczyniając się do wychowania całego pokolenia krakowskich teatromanów.

Juliusz Osterwa  
Fotografia pochodzi z około 1939 roku.
Rola niezidentyfikowana.
Ostatnim dyrektorem przed wybuchem drugiej wojny światowej był wybitny scenograf Karol Frycz (1877-1963), który na stanowisko wrócił dopiero po wojnie. Dyrektorem był jeszcze przez rok, a potem znów zastąpił go Juliusz Osterwa, który funkcję tę sprawował do śmierci. Podczas dyrekcji Karola Frycza potwierdziła się tylko mocna już pozycja Teatru Słowackiego. Na jego deskach występowały takie krakowskie gwiazdy, jak: Zofia Jaroszewska (1902-1985), Władysław Woźnik (1901-1959) czy Wacław Nowakowski (1888-1962). Wyjątkowym talentem odznaczali się także tacy ówcześni młodzi aktorzy, jak: Mieczysław Węgrzyn (1909-1942) oraz Stefan Czajkowski (1903-1942), którzy zostali potem zamordowani w nazistowskim obozie koncentracyjnym Auschwitz. 

Bez wątpienia największą zasługą Karola Frycza było nawiązanie współpracy z reżyserem Wacławem Radulskim (1904-1983) i scenografem Tadeuszem Orłowiczem (1907-1976). Byli oni jednymi z najbardziej twórczych artystów polskiego teatru przedwojennego. Posiadali swój własny styl, cenili groteskę, zabawę konwencjami oraz grę intelektualną. Ich przedstawienia charakteryzowały świeżość, bogactwo pomysłów, co sprawiało, że o krakowskiej scenie ponownie było głośno w całym kraju.

Niestety, po zakończeniu drugiej wojny światowej zarówno Wacław Radulski, jak i Tadeusz Orłowicz zostali wymazani przez komunistyczne władze ze zbiorowej pamięci. O Wacławie Radulskim zapomniano dlatego, iż spędził kilka lat w sowieckim łagrze, a potem dostał się do armii generała Władysława Andersa (1892-1970). Można więc rzec, że generalnie obydwaj artyści narazili się komunistom z powodu swojej powojennej londyńskiej emigracji. Niedługo przed wybuchem drugiej wojny światowej Teatr Słowackiego pożegnał się z publicznością i wolną Rzeczpospolitą widowiskiem plenerowym o charakterze patriotycznym zatytułowanym Hymn na cześć oręża polskiego, którego autorem był Ludwik Hieronim Morstin (1886-1966). Oczywiście widowisko zostało zrealizowane na dziedzińcu wawelskim.

Jesienią 1939 roku zespół Teatru Słowackiego pracował jeszcze przez kilka tygodni, lecz już wkrótce zmuszony został do opuszczenia gmachu. Przez pięć okupacyjnych lat funkcjonował w jego miejscu teatr niemiecki będący obiektem szczególnej troski ze strony hitlerowców, ponieważ spełniał rolę rozsiewania nazistowskiej propagandy. Nad Teatrem opiekę przejął również Hans Frank (1900-1946), który z wielkim upodobaniem zapraszał do cesarskiej loży przywódców Trzeciej Rzeszy odwiedzających Kraków. Natomiast nad majątkiem Teatru pieczę sprawowała jedynie nieliczna grupa polskich pracowników technicznych, którzy ryzykując życie, uratowali przed zniszczeniem między innymi freski znajdujące się w słynnej garderobie Ludwika Solskiego (1855-1954), a także teatralną bibliotekę.


Teatr Słowackiego około 1933 roku
autor: Stanisław Mucha (1895-1976)


Tak właśnie wygląda Teatr Słowackiego, kiedy w 1931 roku Matylda Borucka przygotowuje się do roli swojego życia. Matylda jest córką Wiktorii Bernat, którą czytelnik mógł spotkać na kartach pierwszego i drugiego tomu Kobiet z ulicy Grodzkiej. Matylda nie jest bynajmniej sławną krakowską aktorką. W listopadzie 1931 roku doszło jednak do szczęśliwego dla Matyldy zbiegu okoliczności i tak oto dziewczyna zagra w drugiej części Dziadów rolę Zosi. Nie dziwi więc fakt, że jest niesamowicie podekscytowana. To dla niej ogromna szansa i pierwszy krok ku temu, aby zostać znaną aktorką, o którą będą zabiegać reżyserzy i dyrektorzy teatrów, nie tylko krakowskich. Matylda marzyła o scenie od najmłodszych lat, pomimo że jej matka sądziła, iż córka z tego wyrośnie, a występy przed rodziną są tylko tymczasowe. Matylda jednak nie wyrosła ze swojego marzenia i teraz oto stoi na scenie Teatru Słowackiego, a z jej ust wypływa kwestia Zosi, czyli najpiękniejszej dziewczyny ze wsi, która miała to nieszczęście, że zmarła w wieku dziewiętnastu lat. Jak gdyby tego było mało, Matylda gra u boku samego Juliusza Osterwy! Czego zatem można chcieć więcej?

Cieniem na tym szczególnym wydarzeniu kładzie się fakt, że najprawdopodobniej matka panny Boruckiej znów zapomniała o występie córki. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy Wiktoria nie dotarłaby do teatru. Prawdę powiedziawszy Matylda nigdy nie miała dobrego kontaktu z matką. Pamięta, że od najmłodszych lat bardziej związana była z ojcem, a nawet z babcią Michalską i dziadkiem Michalskim oraz ich adoptowanym synem Julkiem, nie mówiąc już o babci Zuzannie Kasperkowej. Możliwe, że matka nie może wybaczyć Matyldzie, iż nie poszła w jej ślady i nie skończyła farmacji, aby potem stać się właścicielką apteki na Grodzkiej. Nie jest jednak tak, że apteka „Pod Złotym Moździerzem” poszła w obce ręce. Na chwilę obecną oprócz Wiktorii, pracuje w niej jeszcze Joasia, która jest córką babci Kasperkowej i współwłaścicielką apteki. Dziewczyna skończyła farmację i świetnie radzi sobie w pracy. Wróćmy jednak do Matyldy i jej występu na scenie Teatru Słowackiego. Okazuje się, że młoda i niedoświadczona aktorka bardzo dobrze poradziła sobie z rolą i po zakończeniu przedstawienia otrzymuje od wszystkich gratulacje. Niestety, gdzieś w głębi duszy Matylda czuje niepokój. Z tym, że matka mogła nie dotrzeć do teatru dziewczyna jest w stanie się pogodzić. Lecz za nic nie może zrozumieć, dlaczego zawiódł ukochany tatko, który – jak dotąd – był obecny na każdej sztuce z jej udziałem.


Wawel na pocztówkach z lat 30. XX wieku
Górny rząd od lewej: Wejście do krypty Marszałka Józefa Piłsudskiego (1867-1935);
Katedra na Wawelu od strony południowo-zachodniej; Zamek królewski na Wawelu;
Grobowiec św. Stanisława (1030-1079) na Wawelu.

Dolny rząd od lewej: Renesansowy dziedziniec Zamku królewskiego; Sala 'pod ptakami' w Zamku królewskim; Kaplice przy Katedrze na Wawelu; Wnętrze kaplicy Zygmuntowskiej.


Jak po każdym spektaklu, tak i tym razem, dyrektor organizuje uroczysty bankiet, na którym cały zespół ma świętować sukces Dziadów. Matylda nie chce brać w tym udziału, ponieważ ma złe przeczucia i pragnie szybko wracać do domu. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że swoją decyzją może zaprzepaścić szansę na dalszą karierę. Przecież na bankiecie będą obecne naprawdę wpływowe osoby, które mogłyby zapewnić jej angaż do innych sztuk teatralnych, a może nawet zaproponować rolę w jakimś filmie, pomimo że na razie film dźwiękowy jest jeszcze w powijakach. Matylda udaje się zatem do domu w towarzystwie przyjaciółki swojej matki i jej dzieci. Kiedy docierają na Grodzką okazuje się, że przed kamienicą miał miejsce jakiś poważny wypadek, który – jak mówią gapie – spowodowany był zamieszkami wywołanymi przez młodzież akademicką. Powodem zamieszek było zamordowanie 10 listopada 1931 roku przez bojówkę żydowską studenta prawa Uniwersytetu Wileńskiego – Stanisława Wacławskiego. Ponieważ protesty miały charakter antyżydowski, niszczono wszystko co tylko stanęło młodym na drodze, a było własnością Żydów.

Niestety, czasami tego rodzaju działania wymykają się spod kontroli i cierpi z ich powodu ktoś niewinny. Tak jest i tym razem. Wskutek nieszczęśliwego wypadku poważnie ranna została Wiktoria Bernat, a właściwie Borucka. Czy kobieta przeżyje? Czy lekarze będą w stanie ją uratować? A może to klątwa rzucona przez Hankę jeszcze w 1890 roku wciąż ma moc i teraz jej skutki dotkną właśnie Wiktorię, jak gdyby nieszczęść w jej życiu było mało? Matylda jest przerażona. W dodatku w szpitalu przy łóżku matki dowiaduje się także prawdy o swoim pochodzeniu. Ileż zatem może znieść jedna drobna kobieta? Dlaczego matka przez całe życie ją okłamywała? Albo inaczej: dlaczego do tej pory nie powiedziała jej prawdy? Czy Matylda powinna teraz rzucić wszystko i ruszyć w świat w poszukiwaniu swojej tożsamości?

Po dwóch doskonałych tomach sagi przyszła kolej na część trzecią. Mój zachwyt nad tą serią nadal utrzymuje się na tym samym poziomie, choć w przypadku Matyldy zdziwiła mnie jedna rzecz. Otóż dwudziestolecie międzywojenne to jeden z moich ulubionych okresów w historii Polski. Jeśli dochodzi jeszcze do tego wątek filmowy i teatralny, to naprawdę nie trzeba mi już niczego więcej. Czytając pierwsze sceny powieści pomyślałam sobie: no dobrze, ale dlaczego dyrektorem Teatru Słowackiego nie jest Teofil Trzciński, tylko jakiś śmieszny pan ze zsuwającym się tupecikiem noszący nazwisko Kwiatkowski? Przecież jest rok 1931, czyli czas, kiedy Teofil Trzciński kończył drugą kadencję swojego zarządzania Teatrem Słowackiego! Owszem, w sezonach 1928/1929 oraz 1930/1931 dzielił dyrektorski fotel z kolegą, lecz nie był to żaden Kwiatkowski, a Eugeniusz Bujański (1890-1952). Natomiast w sezonie 1931/1932 zarządzał Teatrem samodzielnie.

Wacław Nowakowski w roli
Konrada-Gustawa
31 pażdziernika 1931 roku
źródło
Z kolei w 1931 roku pierwszy spektakl Dziadów  na deskach Teatru miał miejsce dokładnie 31 października, a nie w listopadzie, jak wynika z fabuły powieści. To właśnie Teofil Trzciński osobiście odpowiadał za ten spektakl, nie tylko dlatego, że był dyrektorem, ale ponieważ go reżyserował. Natomiast scenografię przygotował Mieczysław Różański (1902-1969), zaś w rolę Konrada-Gustawa wcielił się Wacław Nowakowski. W dziejach Teatru było to czwarte wystawienie Dziadów. Prapremiera odbyła się bowiem 31 października 1901 roku. Wtedy za inscenizację i scenografię odpowiadał Stanisław Wyspiański (1869-1907), a spektakl reżyserował Adolf Walewski (1852-1911). W roli Gustawa-Konrada wystąpił Andrzej Mielewski (ok. 1867-1916). 

Skoro więc czytelnik spotyka Juliusza Osterwę, to dlaczego nie może spotkać również Teofila Trzcińskiego? Wolę, kiedy autor trzyma się faktów historycznych, a nie modyfikuje je według własnego uznania, zważywszy że te informacje są ogólnie dostępne i można je z powodzeniem wykorzystać, aby historia stała się jeszcze bardziej wiarygodna, zaś fikcyjna Matylda sprawiała wrażenie, jak gdyby była jedną z początkujących aktorek lat 30. XX wieku. O ile zmianę daty wystawienia Dziadów jestem skłonna tłumaczyć tym, iż była ona konieczna ze względu na wykorzystanie w powieści wątku wyżej wspomnianych ulicznych zamieszek, które w konsekwencji przyczyniły się do wypadku, jakiemu uległa Wiktoria Borucka, o tyle nie potrafię zrozumieć kwestii pominięcia osoby Teofila Trzcińskiego jako dyrektora ówczesnego Teatru Słowackiego.

Jak sam tytuł wskazuje, Autorka trzeci tom poświęca córce Wiktorii. Dziewczyna wciąż nie potrafi znaleźć swojego miejsca w życiu. Jedyne czego jest pewna, to tego, że pragnie zostać aktorką. W Krakowie nie widać zbyt wyraźnie rozwijającego się przemysłu filmowego. To Warszawa stanowi jego centrum, gdzie prym wiodą takie gwiazdy, jak Aleksander Żabczyński (1900-1958), Eugeniusz Bodo (1899-1943), Adam Brodzisz (1906-1986) czy Zula Pogorzelska (1898-1936). Matylda marzy zatem, aby pewnego dnia do nich dołączyć. Nie jest to jednak takie proste, jeśli nie ma się protektora, który rzeknie słówko tu czy tam, i w ten sposób załatwi angaż. W dodatku bardzo modna staje się pewna wytwórnia filmowa pod Berlinem. Jest ona miejscem, o którym marzą wszyscy aktorzy. Nie obraziliby się, gdyby ktoś zaproponował im choćby tylko statystowanie w jakiejś produkcji. Od czegoś przecież trzeba zacząć, prawda? Matylda nie jest wyjątkiem. Podobnie jak jej koleżanki po fachu. I oto pewnego dnia staje się cud. Panna Borucka poznaje przystojnego Michała Olbrychta, który jest bratankiem człowieka mającego naprawdę wielkie możliwości, jeśli chodzi o przemysł filmowy. Matylda nie może więc uwierzyć we własne szczęście. Teraz już na pewno wszystko ułoży się dobrze, zważywszy że Michał zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Ale czy można mu tak bezgranicznie ufać? Czy mężczyzna ma wobec Matyldy uczciwe zamiary?

W Matyldzie Lucyna Olejniczak nie tylko rozpoczyna nowe wątki, ale też powraca do tych, które nie zostały wyjaśnione w poprzednich tomach. Tak więc znów pojawia się historia braci bliźniaków Adama i Stefanka, natomiast osierocony w dzieciństwie Julek, którego adoptowali starzy Michalscy, staje się jednym z głównych bohaterów, i zapewne jego rola jeszcze się nie skończyła. Wyjaśnia się także sytuacja Filipa Michalskiego – pierwszej i wielkiej miłości Wiktorii Bernat. Poza tym są też bohaterowie, którzy odchodzą. Tak to już bywa w sagach rodzinnych, że jedni się pojawiają, zaś inni muszą im ustąpić miejsca i odejść. A nad tym wszystkim wciąż unosi się klątwa Hanki, pomimo że bohaterowie nie za często o niej wspominają.


Fragment ulicy Grodzkiej w Krakowie z około 1933 roku
Na zdjęciu widać witryny sklepowe i reklamowe. Gdzieś tam znajduje się powieściowa apteka
Pod Złotym Moździerzem i mieszkanie Matyldy Boruckiej.
Fotografia pochodzi z Ilustrowanego Kuriera Codziennego


Tym, co zwróciło moją szczególną uwagę jest fakt, iż Lucyna Olejniczak na kartach Matyldy porusza kilka ważnych kwestii. Jedną z nich są relacje na linii rodzice-dziecko. Jak już wyżej wspomniałam, główna bohaterka praktycznie nigdy nie czuła zbyt bliskich więzi z matką. Ważniejsi byli dla niej ludzie zupełnie z nią niespokrewnieni. I dopiero, kiedy Matylda staje w obliczu tragedii zdaje sobie sprawę z tego, że chciałaby cofnąć czas i naprawić to, co zepsuła albo przynajmniej wyjaśnić powody swojego postępowania. Drugą kwestią jest zaufanie. W tym kontekście nasuwa się pytanie, czy można ufać każdemu, kto stanie na naszej drodze i zasypie nas obietnicami, które przecież mogą za jakiś czas okazać się obietnicami bez pokrycia? I wreszcie, można latami żyć obok siebie i nie zdawać sobie sprawy z tego, jak bardzo ten drugi człowiek jest dla nas ważny. Czasami szukamy szczęścia gdzieś daleko, goniąc za marzeniami, a nie wiemy, że upragnione szczęście jest tuż obok.

Myślę, że pod względem fabularnym Matylda jest powieścią, która doskonale uzupełnia wydarzenia rozgrywające się na kartach poprzednich tomów. Pomimo że główna bohaterka wydaje się bardzo naiwna, niedoświadczona i żyjąca marzeniami, to jednak nie ma to wpływu na jakość książki. Trzeba bowiem pamiętać, że o tym czy dana powieść jest dobra, czy zła, nie decyduje charakter głównego bohatera. Powiedziałabym nawet, że im bohater bardziej irytujący i denerwujący czytelnika, tym opowiedziana historia staje się lepsza. Jako miłośniczka dwudziestolecia międzywojennego i wielbicielka przedowjennego kina i teatru, nie mogę jednak wybaczyć Autorce, że pominęła wspomnianego wyżej Teofila Trzcińskiego czy chociażby Wacława Nowakowskiego. Szkoda też, że w książce mamy tak mało informacji o teatrze i filmie tamtego okresu. Oczywiście rozumiem, że ma to związek z kreacją postaci Matyldy i miejscem akcji powieści. Na razie główna bohaterka nie ma szczęścia, jeśli chodzi o karierę aktorską i skupia się bardziej na swoim życiu prywatnym, niż na dążeniu do spełniania marzeń. Natomiast gdyby akcja książki rozgrywala się w Warszawie, wówczas tych informacji o kinie i teatrze, jak również o wybitnych aktorach przedwojennych, byłoby zapewne znacznie więcej. Niemniej, i tak czuję pewien niedosyt. 

Na koniec chciałabym jeszcze dodać, że opowiedziana przez Lucynę Olejniczak historia staje się bardziej wiarygodna dzięki cytatom zaczerpniętym z tytułów prasowych popularnych w latach 30. XX wieku, jak na przykład Ilustrowany Kuryer Codzienny (pisownia oryginalna). To oczywiście nie jest koniec Kobiet z ulicy Grodzkiej, ponieważ zapowiada jest jeszcze część czwarta zatytułowana Weronika, która ma stanowić zakończenie całej serii. Przyznam, że czekam na nią z niecierpliwością. Mam nadzieję, że tłem historycznym będzie druga wojna światowa. Już w Matyldzie wiadomo bowiem, że wojna zbliża się wielkimi krokami, natomiast Adolf Hitler (1889-1945) staje się coraz bardziej niebezpieczny, a jego krzyki słychać w całej Europie.












poniedziałek, 26 września 2016

Agnieszka Wojdowicz – „Strażnicy Nirgali. Serce Suriela # 1














Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2012




W literaturze motyw anielski pojawia się dość często i praktycznie zawsze jest on pozytywnie odbierany przez czytelników. Anioł jest bowiem takim stworzeniem, które z reguły kojarzy się z Dobrem. Owszem, są także anioły na wskroś zepsute, które niszczą wszystko, co stanie im na drodze. Wtedy zazwyczaj nazywamy je aniołami upadłymi. Anielski motyw pojawił się już w Pieśni o Rolandzie, kiedy w momencie śmierci Rolanda przybywają do niego wysłannicy Boga z archaniołem Gabrielem na czele. To właśnie Gabriel bierze od Rolanda rękawicę, którą rycerz składa w ofierze Bogu. Z kolei trzej aniołowie: Cherubin, Michał i Gabriel w uroczystej procesji zabierają Rolanda do nieba, a potem składają jego duszę przed obliczem Najwyższego. W utworze tym archanioł Gabriel troszczy się również o Karola Wielkiego (ok. 747-814), któremu zsyła sny mające związek z bitwą i wspomaga go w walkach.

Anioły pojawiają się także w Anhelli Juliusza Słowackiego (1809-1849) czy Nie-Boskiej komedii Zygmunta Krasińskiego (1812-1859). O aniołach pisali również Gabriel García Márquez (1927-2014) w Bardzo starym panu z olbrzymimi skrzydłami, Zbigniew Herbert (1924-1998) w Siódmym aniele, a także Dorota Terakowska (1938-2004) w książce Tam, gdzie spadają anioły. Tego rodzaju utworów można byłoby wymienić znacznie więcej. Wygląda bowiem na to, że pisanie o skrzydlatych wysłannikach Boga jest dość popularne. Niemniej Agnieszka Wojdowicz w swojej trylogii adresowanej do młodego czytelnika odeszła od schematu kreowania aniołów jako posłańców Boga. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie po przeczytaniu pierwszego tomu. Aniołowie stworzeni przez Autorkę są oryginalni, ale jednocześnie bardzo podobni do ludzi. Czują strach, złość, gniew oraz wiele innych emocji, które zwykłemu człowiekowi towarzyszą od zarania dziejów. Poza tym – podobnie jak ludzie – są śmiertelnikami. Tak przynajmniej wynika z pierwszej części omawianej trylogii. Możliwe, że potem coś się zmieni. 

Główną bohaterką jest siedemnastoletnia Bree Whelan, która pochodzi z rodu aniołów. Mieszka w Gaderze wraz ze swoją matką. Ojciec dziewczyny zmarł jakiś czas temu. Bree ma też wuja, który często opowiada jej o Nirgali, miejscowości sąsiadującej z Gaderą. Pewnego dnia dochodzi do tragedii. W Nirgali – mieście aniołów – mają miejsce krwawe rozruchy, w wyniku których życie traci tak zwana Wieka Trójka. Wydarzenie to prasa określa jako zamach stanu. Wśród Wielkiej Trójki znalazł się także ojciec osiemnastoletniego Mikaila. Chłopak – podobnie jak Bree – także jest aniołem. Najgorsze jest jednak to, że musi patrzeć, jak mnisi Hauruki bestialsko mordują jego ojca, zarzucając mu popełnienie najpoważniejszego przestępstwa wobec własnego miasta. Mikail nic nie może zrobić. Nie jest w stanie obronić Samaela Argylli, choć teraz to on będzie musiał go zastąpić w Nirgali. Te tragiczne wieści oczywiście docierają również do Gadery. Okazuje się bowiem, że wuj Bree – Colin Mandali – stoi na czele organizacji odpowiedzialnej za to, co stało się w mieście aniołów, czym zyskał sobie poparcie zmiennokształtnych mnichów Hauruki. Bree Whelan jest przerażona. Jak gdyby tego było mało, niedługo po zamieszkach zostaje aresztowana także matka dziewczyny. Czy ona również ma coś wspólnego z tym, co stało się w Nirgali? A może jest to zwykły przypadek i już wkrótce wszystko się wyjaśni? Czyżby Bree nie znała własnej rodziny? Czy to możliwe, aby najbliżsi tak bardzo ją zawiedli?


Mikail Argylla & Bree Whelan


Aby dostać się do miasta aniołów trzeba mieć przy sobie pewien magiczny kryształ o nazwie farin. Z owym kryształem zawieszonym na szyi można już śmiało udać się w kierunku mostu na rzece Rondane. Na północ od rzeki rozciąga się bowiem Nirgala, która tylko z pozoru wydaje się idealnym miastem. Okazuje się bowiem, że śladem Bree Whelan podążają żądni zemsty mnisi Hauruki, natomiast stare cmentarze pełne są krwiożerczych leszy, które żywią się ludzkim/anielskim mięsem. Tak naprawdę Nirgali wciąż grozi wielkie niebezpieczeństwo. Władzę w mieście chcą przejąć okrutni mnisi, którym przewodzi ojciec Symeon. Jak wspomniałam wyżej, mnisi są zmiennokształtni, więc potrafią przyjmować postać kruków, aby w ten sposób ułatwić sobie osiągnięcie zamierzonego celu. Czy zatem Bree i jej towarzysze zdołają uratować Nirgalę? Czy Mikail będzie w stanie ochronić dziewczynę, na której coraz bardziej mu zależy? Co stanie się z tymi, którzy wpadną w ręce okrutnych mnichów? Czy będą mogli jeszcze kiedykolwiek zaznać wolności?

Przyznam, że pisarzy tworzących fantastykę zawsze podziwiam za bezgraniczną wyobraźnię, która pozwala im wykreować zupełnie inny świat przy jednoczesnym zachowaniu zasad logiki. Rzeczywistość, którą możemy poznać na kartach Serca Suriela to tak naprawdę świat bardzo podobny do naszego. Choć mamy do czynienia z niezwykłymi istotami, to jednak oprócz skrzydeł i zdolności do przeobrażania się w kruki czy sokoły, wcale nie różnią się tak bardzo od ludzi. W codziennym życiu używają tych samych przedmiotów co my, jak na przykład komputerów czy telefonów komórkowych. Czytają też prasę. Choć muszą walczyć o własne bezpieczeństwo i pokój w mieście, to jednak zachowują się jak typowe nastolatki. Bree Whelan to dziewczyna, która stale wpada w kłopoty. Czasami można odnieść wrażenie, że jedynie przysparza zmartwień swoim towarzyszom, którzy zamiast podejmować działania mające na celu niedopuszczenie do zagłady Nirgali, muszą bezustannie oglądać się za siebie i pilnować Bree, żeby nie stała jej się żadna krzywda. Oczywiście nie zawsze im się to udaje i przychodzą takie momenty, kiedy białoskrzydła semani musi radzić sobie sama zdana na własne siły i rozsądek.

Przedstawicielami wszelkiego zła są tutaj mnisi Hauruki, którzy zioną nienawiścią do aniołów z Nirgali. Chęć przejęcia władzy nad miastem staje się priorytetem. Na czoło wysuwa się ojciec Symeon, który pod płaszczykiem dobroci jest pełen złych zamiarów. W tym wszystkim jednak jest też i dobra strona. Okazuje się bowiem, że nie wszyscy będący pod wpływem mnichów podzielają ich poglądy i dążenie do władzy za wszelką cenę. Pewnego dnia w ich szeregach pojawia się bowiem zdrajca, który będzie sprzyjał aniołom. Z kolei aniołowie wcale nie są przedstawieni w tej książce jako postacie na wskroś pozytywne. W pewnym momencie wychodzi bowiem na jaw, że w imię słusznych idei są w stanie posunąć się nawet do popełnienia przestępstwa, aby tylko dostać w swoje ręce przedmiot, który pomoże im położyć kres działaniu mnichów i tych, którzy im sprzyjają.


Medytujący mnich Hauruki


Muszę przyznać, że trochę obawiałam się tej książki. Choć lubię literaturę młodzieżową, to jednak z fantastyką nie zawsze jest mi po drodze. Jak do tej pory niewiele powieści z tego gatunku przypadło mi do gustu. Trochę czasu zajęło mi, zanim zrozumiałam o co tak naprawdę chodzi w Sercu Suriela. Niemniej, czytając kolejne rozdziały nawet się nie spostrzegłam, kiedy książka zaczęła mnie wciągać. Bree jest nieco komiczną bohaterką i kilka razy wywołała uśmiech na mojej twarzy. Z kolei Mikail to chłopak-anioł nad wiek dojrzały, któremu bynajmniej nie psoty w głowie. Zdaje sobie sprawę z tego, że po tragicznej śmierci ojca, to na nim spoczywa odpowiedzialność za miasto. Są także inne postacie, których postępowanie nie do końca jest zrozumiałe dla czytelnika. Ponieważ jest to dopiero pierwszy tom, Autorka pozostawiła niektóre wątki w zawieszeniu, aby zapewne wyjaśnić je w kolejnych częściach trylogii.

Nie pokuszę się o to, aby porównywać Serce Suriela do któregokolwiek z tomów trylogii Niepokorne, ponieważ są to książki skierowane do dwóch różnych grup czytelników, a co za tym idzie, napisane w inny sposób. Tworząc literaturę młodzieżową autor musi być jednocześnie dość dobrym psychologiem, aby wczuć się w problemy młodego człowieka, który właśnie wkracza w dorosły świat. Musi zatem znać jego codzienne dylematy i wiedzieć co go wzrusza, niepokoi i złości, a w czym odnajduje szczęście. Takimi uniwersalnymi uczuciami na pewno są miłość, przyjaźń i zaufanie, które bez względu na wiek dają człowiekowi siłę do walki z przeciwnościami losu. W przypadku bohaterów Serca Suriela właśnie te trzy kwestie są kluczowe. Bez zaufania nie można niczego trwałego zbudować, a już na pewno nie można odnieść zwycięstwa nad Złem. Z kolei rodzące się uczucie pomiędzy głównymi bohaterami nie tylko sprawia, że troszczą się o siebie nawzajem, ale także idą do przodu, nie oglądając się za siebie, choć wokół czai się ogromne niebezpieczeństwo.

Literatura młodzieżowa, oprócz dostarczania czytelnikowi rozrywki, musi też w pewnym stopniu edukować. Dobrze, aby bohaterowie byli tak skonstruowani, żeby młody człowiek mógł się z nimi identyfikować. Czy tak stało się w przypadku Serca Suriela? Myślę, że tak. Przemawia za tym chociażby fakt, iż Agnieszka Wojdowicz pokazała świat, który – jak wspomniałam wyżej – nie różni się zbyt od naszego. To daje młodemu czytelnikowi możliwość utożsamienia się z Bree czy z Mikailem, bądź też z pozostałymi postaciami. Jeśli nie będziemy czytać tej książki pobieżnie, wówczas zauważymy, że poszczególne postacie mają nam naprawdę sporo do powiedzenia. Przede wszystkim chcą zwrócić nam uwagę na to, czym tak naprawdę jest Zło i czym jest spowodowane. Ponieważ akcja powieści jest tak skonstruowana, że liczni bohaterowie stoją po dwóch przeciwnych stronach, czytelnik może sam zdecydować, po której stronie chce być. Czy pragnie dołączyć do drużyny Bree i Mikaila, czy może opowiedzieć się za mnichami, których zamiarem jest zniszczenie Nirgali i przejęcie w niej władzy?









piątek, 23 września 2016

Tadeusz Kraszewski – „Robin Hood & Marianna, żona Robin Hooda”














Wydawnictwo: WYDAWNICTWO POZNAŃSKIE
Poznań 1987
Ilustracje: Włodzimierz Bartoszewicz





Choć dzieje Robin Hooda są typową legendą, to jednak najprawdopodobniej oparte zostały na przygodach zaczerpniętych z życia prawdziwego banity, który żył w Anglii w XII wieku i wokół którego powstało wiele wyimaginowanych historii. Opowieści o Robin Hoodzie dotyczą czasu, kiedy Anglią władał król Ryszard I Lwie Serce (1157-1199) przebywający wówczas na Bliskim Wschodzie i biorący udział w III wyprawie krzyżowej (1189-1192). Z działalnością banity z lasu Sherwood łączą się także rządy księcia Jana bez Ziemi (1166-1216), który był bratem Ryszarda Lwie Serce. W tym czasie wraz z królem Anglią rządziła również niewielka grupa bogatych baronów, którzy byli też właścicielami większości ziem. Wielu poddanych było zbyt słabych, aby się bronić przed wyzyskiem, dlatego pracowali dla swoich panów, ciesząc się nieznaczną wolnością. Kiedy krajem rządził książę Jan, byli oni traktowani szczególnie źle oraz nadmiernie wykorzystywani. Robin Hood, który pochodził z zamożnej rodziny mieszkającej niedaleko Nottingham, jawnie sprzeciwiał się temu, co się działo. Opowiadał się przeciwko niesprawiedliwości systemu podatkowego i tym samym był wielkim orędownikiem ubogich. W szczególności stał się zagorzałym wrogiem Szeryfa z Nottingham – człowieka odpowiedzialnego za tereny, na których żył Robin Hood. Tak więc Robin ukrył się w pobliskim lesie Sherwood, aby nie rzucać się w oczy Szeryfowi. Okradał bogatych, a zrabowane pieniądze oddawał biednym. W miarę upływu czasu dołączało do niego wielu mężczyzn, którzy – tak jak on – sprzeciwiali się wszechobecnej niesprawiedliwości.

Ojciec Robin Hooda – Sir Robert z Locksley – został uwięziony przez Szeryfa z Nottingham, ponieważ nie był w stanie płacić podatków. Robin widział więc, że owa niesprawiedliwość może dotknąć każdego, bez względu na status społeczny i majątek. Chciał zatem, aby król Ryszard I Lwie Serce wrócił wreszcie do Anglii i przywrócił sprawiedliwe rządy w państwie. Z kolei książę Jan bez Ziemi, jak i sam Szeryf doskonale wiedzieli, że Robinowi nie podoba się polityka, którą obydwaj uprawiają. Szeryf wysłał zatem dwóch ludzi, aby ci aresztowali Robina w dniu jego ślubu z ukochaną Marian. Na szczęście Robinowi udało się uciec wraz z przyjacielem Willem Szkarłatnym. Udali się do lasu Sherwood i tam rozpoczęli nowe życie. Dołączyło do nich wielu innych ludzi, stając się wesołą kompanią Robin Hooda. Natomiast wkrótce Will Szkarłatny pojmał pewnego „chłopca”, który chodził sobie po lesie, i postawił „go” przed obliczem Robin Hooda. „Chłopcem” tym okazała się Marian, która podążyła w ślad za swoim ukochanym, chcąc również przyłączyć się do jego sherwoodzkiej bandy. Powiedziała Robinowi, że Szeryf rozkazał jednemu ze swoich ludzi – Guyowi z Gisborne – aby ten przeniósł się do starego domu Robina – Locksley Hall – i ożenił się z nią. Robin wysłał więc Willa Szkarłatnego i Mucha – syna młynarza – aby sprawdzili, co też takiego dzieje się w Locksley Hall. Niestety, Will został schwytany i następnego dnia miał zostać powieszony na rynku w Nottingham. Aby uratować przyjaciela, Robin przebrał się za kata, który miał wykonać wyrok, i tym sposobem uratował Willowi życie.

Will Szkarłatny (1912)
autor: Louis Rhead (1857-1926)
Pewnego dnia Robin ujrzał w lesie małą łódź, która płynęła po rzece znajdującej się na skraju Sherwood. W łodzi siedział tłusty zakonnik – święty człowiek – i wiosłował ile tylko miał sił. Mnich kierował się w stronę Robina i jego ludzi. Kiedy dobił do brzegu, powiedział, że zwą go Brat Tuck i że musiał opuścić swój klasztor, ponieważ wygłaszał mowy przeciwko Szeryfowi. W tej sytuacji Robin poprosił zakonnika, aby przyłączył się do jego sherwoodzkiej bandy i został ich kucharzem. Brat Tuck przydał się na coś jeszcze. Już wkrótce połączył węzłem małżeńskim Robina i jego ukochaną Marian, tym samym kończąc ceremonię, która niedawno została przerwana przez ludzi Szeryfa. Któregoś dnia Robin odkrył natomiast, że żołnierze Szeryfa okradli jednego z jego przyjaciół ze wszystkich pieniędzy, jakie ten posiadał. Cały zagrabiony majątek Szeryf zabrał do Nottingham. Tak więc Robin, nie namyślając się długo, postanowił zastawić na złodziei pułapkę i odebrać im pieniądze, które ukradli.  

Kilka dni później Robin spotkał na swojej drodze wysokiego mężczyznę, z którym zszedł się na dość wąskim drewnianym mostku. Było tam miejsce jedynie dla jednej osoby. Poprosił więc nieznajomego, aby ten go przepuścił. Niestety, tamten odmówił, więc zaczęła się walka. W ruch poszły drewniane długie drągi. Nieznajomy zwany Małym Johnem został wepchnięty przez Robina do wody. Natomiast po zakończonej walce zwycięzca zaproponował przegranemu przyłączenie się do jego wesołej bandy. Robin potrzebował bowiem silnych i dobrze wyszkolonych w walce mężczyzn, takich jak Mały John. Któregoś dnia Robin usłyszał natomiast, że Szeryf właśnie organizuje zawody łucznicze. Nagrodą ma być srebrna strzała. Tak więc z kapturem naciągniętym głęboko na oczy, aby nikt nie mógł go rozpoznać, Robin bez trudu wygrał konkurs, gdyż – jak wszem i wobec wiadomo – był najlepszym łucznikiem, jakiego znała Anglia. Z kolei Szeryf za wszelką cenę pragnął zobaczyć, kim jest zwycięzca, lecz Robin nie był przecież głupi i nie pozwolił się zdemaskować. Uciekł do lasu i tyle go widzieli.

Po jakimś czasie Robin Hood udał się do domu Szeryfa przebrany za rzeźnika. Wcześniej zaś oszukał Szeryfa, kiedy ten przejeżdżał przez Sherwood. Okradł go i wysłał do domu bez grosza przy duszy. Niestety, sprawy nie zawsze układają się według naszej myśli. Podobnie było też w przypadku Robina i jego towarzyszy. Pewnego dnia Will Szkarłatny i dwóch innych mężczyzn zostało zabitych przez ludzi z hrabstwa, zaś Mały John został pojmany. Robin zrobił jednak wszystko, co tylko mógł, aby go uratować. Tak więc w walce na śmierć i życie zabił w końcu Guya z Gisborne, wyprowadził w pole Szeryfa, a małego Johna uwolnił. Prawdą jest jednak, że Szeryf o mało nie pozbawił Robin Hooda życia, lecz kiedy miało już dojść do zadania ostatecznego ciosu, pojawił się tajemniczy rycerz cały ubrany na czarno i rozkazał Szeryfowi zaprzestać walki. Szeryf, choć niechętnie, odrzucił swój miecz, a wtedy Czarny Rycerz zdjął szyszak i okazało się, że stoi przed nimi sam król Ryszard I Lwie Serce! Niedługo po śmierci Guya z Gisborne, król oddał Robinowi Locksley Hall.

Robin Hood i Marian
w swoim buduarze (1912)

autor: Louis Rhead
Z kolei którejś nocy Szeryf usiłował wspiąć się po linie do domu Robin Hooda, lecz ten od razu go usłyszał. Odciął zatem linę, a Szeryf spadł i zginął. Robi wiedział, że kwestią czasu jest, iż ludzie Szeryfa najadą na jego posiadłość, aby go ukarać, więc wysłał Marian do jej siostry, aby tam przeczekała najgorszy i najbardziej niebezpieczny czas. Natomiast on sam opuścił majątek i jako marynarz przyłączył się do załogi pewnego statku. W ślad za statkiem podążyli piraci. Wtedy Robin zaczął wypuszczać z łuku kolejne strzały, które natychmiast trafiały do celu. I tak oto życie postradało wielu korsarzy. Za tak bohaterską obronę, kapitan statku ofiarował Robinowi połowę złota, które wiózł na pokładzie. Tymczasem chciwa siostra Marian powiedziała jej, że Robi nie żyje. Zrobiła to tylko po to, aby móc dostać część pieniędzy swojego szwagra. W końcu jednak nadszedł dzień, w którym Robin zjawił się w domu siostry swojej żony, aby zabrać Marian do Locksley Hall. Marian była wówczas na spacerze, więc nie miała pojęcia o jego przybyciu. Zawistna kobieta próbowała zatem wykorzystać sprzyjającą sytuację i pozbyć się szwagra. Jedynym sposobem było otrucie go. Na szczęście Robin szybko pojął, co też takiego knuje siostra jego żony. Gdy Marian wróciła do domu była niesamowicie zdziwiona, ale i szczęśliwa, widząc swojego męża całego i zdrowego. Obydwoje natychmiast opuścili dom chciwej niewiasty i wrócili do bezpiecznego lasu Sherwood, zaś tylko od czasu do czasu zaglądali do Locksley Hall, aby sprawdzić czy nikt nie próbuje ponownie zawłaszczyć ich posiadłości.

Tak przedstawia się jedna z brytyjskich legend o Robinie z Sherwood. Jak wiadomo, takich opowieści jest bez liku i wciąż powstają nowe, w zależności od tego, jaki autor za nimi stoi. Postać Robin Hooda jest tak bardzo elastyczna, że wydarzenia z nią związane można modyfikować do woli. Ale czy takie przeróbki wyjdą jej na dobre? Jak się okazuje nie tylko Brytyjczycy czy Amerykanie fascynują się przygodami sherwoodzkiego banity, ale robią to również pisarze polscy, a właściwie robili, zanim modna stała się współczesna fantastyka. W Wielkiej Brytanii legenda o Robin Hoodzie jest nadal żywa. Gdyby dobrze poszperać w naszych rodzimych legendach, zapewne też znaleźlibyśmy takich, którzy zabierali bogatym, aby dać biednym. Skoro zatem jesteśmy przy Robin Hoodzie chciałabym dziś przypomnieć książkę Tadeusza Kraszewskiego (1903-1973), który starszym czytelnikom chyba najbardziej znany jest właśnie jako autor powieści o Robinie z Sherwood i jego żonie Mariannie. Tadeusz Kraszewski jest autorem także innych powieści skierowanych do młodego czytelnika, niemniej to właśnie Robin Hood przyniósł mu największą popularność. Powieść swoją premierę miała w 1949 roku.

Robin Hood na uczcie u nowego
Szeryfa z Nottingham

Ilustracja pochodzi z książki.
Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej Tadeusz Kraszewski, jak gdyby przedstawia nam głównego bohatera, do którego wciąż dołączają nowi kompanii pragnący dzielić z nim leśny żywot. Mężczyźni widzą w nim swojego wodza, za którym poszliby w ogień. Spośród nich na pierwszy plan wysuwa się jednak nie Mały John, jak można byłoby się domyślać, lecz Ryszard Partridge, który jest spokrewniony z Robinem. To w jego dworze ma miejsce szereg powieściowych wydarzeń. Podczas gdy Brytyjczycy wymyślili Mucha – syna młynarza – Tadeusz Kraszewski wprowadził do powieści postać Bena Piekarza. Jeśli natomiast chodzi o małego Johna, to również nie jest on tym, którego znamy z angielskich legend. Można jedynie spodziewać się, że bohater o imieniu John poniekąd wzorowany jest na Małym Johnie, który przecież był najlepszym przyjacielem Robin Hooda, a według legendy to właśnie na jego rękach banita zakończył życie.

Podobnie powyższa kwestia przedstawia się także w przypadku Willa Szkarłatnego. Tadeusz Kraszewski w miejsce Willa wprowadził Willa Dostojnego. Jest też niejaki Til Chucherko, zwany również Mizerakiem. Will i Til to przyjaciele, którzy do Sherwood przybyli z bardzo daleka. Z kolei na miejscu Brata Tucka mamy śmiesznego mnicha o imieniu Hiacynt, zaś zamiast Guya z Gisborne – prawej ręki Szeryfa – rej wodzi hrabina Gisbourne, która bynajmniej w niczym nie przypomina rycerza pragnącego za wszelką cenę zaprowadzić Robina na szubienicę. Oczywiście każdy z tych bohaterów zanim został banitą wykonywał jakiś pożyteczny zawód, więc teraz ich umiejętności są na wagę złota. Tak więc nie tylko ograbiają bogatych, ale także wykorzystują swoje wyuczone zawody, aby ich sherwoodzka osada miała jako taki wygląd.

Robin ucieka przez okno
przed ludźmi Szeryfa

Ilustracja pochodzi z książki.
W pierwszej części powieści Autor skupia się na przygodach Robina jako kawalera. Oczywiście nasz bohater stale walczy z Szeryfem z Nottingham. I choć na drodze Robina staje Marianna, to jednak on praktycznie jej nie zauważa, ponieważ dziewczyna jest zbyt młoda i jak na razie nie błyszczy urodą. To wszystko zmieni się dopiero po jakimś czasie. Zbieg okoliczności sprawi, że banita nagle zda sobie sprawę z tego, że jest bez pamięci zakochany w dziewczynie. 

Ślub Robina i Marianny kończy zatem część pierwszą, lecz to radosne wydarzenie poprzedzone jest dramatycznym porwaniem oblubienicy przez nowego Szeryfa o imieniu Henryk. Marianna zdążyła już bowiem dorosnąć i wypięknieć, więc nie dziwi fakt, że młody Szeryf zapałał uczuciem do wybranki Robina z Sherwood. Dlatego też pierwszą część książki z powodzeniem możemy określić słowem rycerska, zważywszy że nasz bohater niczym rycerz na białym koniu spieszy na pomoc swojej ukochanej.

Część druga skupia się natomiast na małżeńskim życiu Robina i Marianny. Nowo poślubiona małżonka wcale nie chce być pokorną i uległą żoną. Ona nadal pragnie stać u boku Robina i wyruszać z nim na różnego rodzaju wyprawy, z których powrócą ze zrabowanymi pieniędzmi przeznaczonymi dla ubogich. Nie wszystko jednak układa się tak, jakby sobie tego życzyli nasi bohaterowie. W pewnym momencie dochodzi do poważnej bitwy, w której Robin zostaje ciężko ranny i tak naprawdę nie wiadomo, czy z tego wyjdzie. Na szczęście są przy nim oddani przyjaciele i kochająca żona. W drugiej części ojciec Hiacynt opowiada również bardzo ciekawą historię o „dzielnym Godfrydzie i miłej Klotyldzie”. Ta opowieść niesie ze sobą pewne przesłanie, które słuchający zrozumieją dopiero po wypowiedzeniu przez zakonnika ostatniego słowa.

Moim zdaniem książka Tadeusza Kraszewskiego nie jest zła, lecz została zbyt spolszczona, co w moim odczuciu stanowi jej zasadniczą wadę. Myślę, że lepiej byłoby, gdyby Autor pozostał przy oryginalnej legendzie zamiast modyfikować ją na potrzeby polskiego czytelnika. Zupełnie nie czuje się średniowiecznego klimatu tak charakterystycznego dla opowieści o Robin Hoodzie. Poza tym akcja powieści w przeważającej części rozgrywa się za panowania króla Henryka II Plantageneta (1133-1189). Podobnie dzieje się w książce amerykańskiego pisarza Howarda Pyle’a (1853-1911) zatytułowanej Wesołe przygody Robin Hooda wydanej po raz pierwszy w 1883 roku, a w Polsce w 1961 roku, i nadal cieszącej się sporą popularnością. Brakowało mi zatem Ryszarda I Lwie Serce, który jest praktycznie nieodłącznym elementem brytyjskiej legendy o Robin Hoodzie. Chociaż w książce widnieje informacja, że fabuła została oparta na autentycznych opowieściach o banicie z Sherwood, to jednak mnie wersja Tadeusza Kraszewskiego nie do końca przekonuje. Możliwe, że za bardzo przesiąkłam wersją brytyjską i jakiekolwiek inne wykonanie nie będzie już do mnie przemawiać.



          
              Wydanie z 2000 roku                                             Wydanie z 2006 roku
                                            



Zainteresowanym polecam artykuł Legenda o Robinie z Sherwood.







środa, 21 września 2016

Philippa Gregory – „Nobliwy proceder”














Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2016
Tytuł oryginału: A Respectable Trade
Przekład: Urszula Gardner




Przez ponad trzysta lat Europejczycy zmuszali Afrykańczyków do niewolniczych przepraw na pokładach statków przez wody Oceanu Atlantyckiego. Pierwszym krajem europejskim, który był silnie zaangażowany w transatlantycki handel niewolnikami, była Portugalia. Fakt ten miał miejsce w drugiej połowie XVI wieku. Admirał Sir John Hawkins (1532-1595) wyruszył w pierwszą morską podróż do Afryki. Było to w roku 1562 za panowania Elżbiety I Tudor (1533-1603). W ciągu sześciu kolejnych lat John Hawkins odbył trzy takie podróże, podczas których zniewolił ponad tysiąc dwustu Afrykańczyków i sprzedał ich w ramach handlu wymiennego na terenie hiszpańskich kolonii w Ameryce.

Początkowo brytyjscy handlarze niewolników dostarczali ich hiszpańskim i portugalskim kolonistom w Ameryce. Niemniej, kiedy znaczenia nabrały brytyjskie kolonie na Karaibach i w Ameryce Północnej, wówczas w wyniku prowadzenia wojen z takimi krajami europejskimi, jak Holandia, Hiszpania czy Francja, brytyjscy handlarze niewolników coraz częściej przerzucali ich na tereny własnych kolonii. Dokładna liczba brytyjskich okrętów, które brały udział w handlu niewolnikami prawdopodobnie nigdy nie będzie znana, lecz w ciągu dwustu czterdziestu pięciu lat pomiędzy pierwszym rejsem Johna Hawkinsa a zniesieniem handlu niewolnikami w 1807 roku, kupcy pochodzący z Wielkiej Brytanii odbyli około dziesięć tysięcy rejsów do Afryki, aby przywozić stamtąd niewolników i handlować nimi z innymi kupcami Imperium Brytyjskiego.

Historyk David Richardson obliczył, że brytyjskie okręty na swoich pokładach przewiozły do obydwu Ameryk prawie trzy i pół miliona (a może nawet więcej) zniewolonych Afrykańczyków. Tylko Portugalczycy, którzy trudnili się handlem niewolnikami jeszcze pięćdziesiąt lat po tym, jak proceder ten zniosła Wielka Brytania, mogli mieć na koncie znacznie większą liczbę sprzedanych niewolników. Najnowsze dane wskazują, że było ich nieco ponad pięć milionów! Szacunki sporządzone na podstawie rejestrów poszczególnych rejsów znajdujące się w archiwach portowych i celnych ewidencji ubezpieczeń morskich pokazują, że całkowita liczba afrykańskich niewolników przewożonych przez przedsiębiorców europejskich wynosiła co najmniej dwanaście milionów ludzi.


Handel niewolnikami
Obraz został namalowany w 1840 roku
autor: François-Auguste Biard (1799-1882)


Pierwsza wzmianka na temat zniewolonych Afrykańczyków, którzy przybyli na pokładach statków do kolonii brytyjskiej w Wirginii pochodzi z 1619 roku. Z kolei w 1625 roku Barbados stało się pierwszą brytyjską osadą na Karaibach, zaś w roku 1655 Brytyjczycy przejęli kontrolę nad Jamajką. W 1672 roku utworzono African Royal Company i tym samym sformalizowano handel niewolnikami pod królewskim patronatem, a także przyznano monopol na tego typu działanie portom w Londynie. Z kolei porty w Bristolu i Liverpoolu zaczęły wywierać nacisk na odpowiednie struktury władzy, domagając się zmian w tej kwestii. W związku z tym w 1698 roku londyńskie porty straciły wyłączność na przyjmowanie niewolników.

Brytyjskie zaangażowanie w handel niewolnikami bardzo szybko przybrało na znaczeniu w odpowiedzi na zapotrzebowanie na siłę roboczą niezbędną do pracy na plantacjach trzciny cukrowej na wyspie Barbados oraz w innych brytyjskich koloniach, jak na przykład w Indiach Zachodnich. W 1660 roku liczba niewolników z Afryki przybyłych na pokładach brytyjskich okrętów wynosiła rocznie średnio sześć tysięcy siedemset osób. W ciągu lat 60. XVIII wieku Wielka Brytania stała się krajem europejskim, który przede wszystkim zaangażowany był w handel niewolnikami. Spośród osiemdziesięciu tysięcy Afrykańczyków przykutych łańcuchami i przewożonych każdego roku do Ameryki, czterdzieści dwa tysiące transportowano na pokładach brytyjskich statków. Dochody uzyskane z niewolnictwa pomogły sfinansować Rewolucję Przemysłową, natomiast Karaiby stały się ośrodkiem Imperium Brytyjskiego. Kolonie, gdzie uprawiano trzcinę cukrową, były najcenniejszymi koloniami brytyjskimi. Pod koniec XVIII wieku Wielka Brytania zyskała aż cztery miliony funtów dochodu pochodzącego z plantacji znajdujących się w Indiach Zachodnich. Było to naprawdę sporo w porównaniu z milionem funtów pochodzących z innych części świata.


Kara chłosty wymierzana niewolnikowi 
Obraz pochodzi z 1822 roku.
autor: Augustus Earle (1793-1838)


W ciągu lat transatlantyckiego handlu niewolnikami statki nigdy nie płynęły puste, zaś niektórzy ludzie zbijali na tym procederze ogromny majątek. W XVIII wieku ta dziedzina handlu była najbardziej dochodową gałęzią brytyjskiego handlu. James Houston (ok. 1736-?), który pracował dla jednej z osiemnastowiecznych kupieckich firm handlujących niewolnikami pisał: „Cóż to za wspaniała i korzystna transakcja handlowa… Jest to zawias, który umożliwia poruszanie się całego światowego handlu.” W latach 1750-1780 około siedemdziesiąt procent całkowitego dochodu rządu pochodziło z podatków od towarów. Profity te oczywiście płynęły z terenów brytyjskich kolonii. Pieniądze zarobione na transatlantyckim handlu niewolnikami były ogromne i wpływały nie tylko do Wielkiej Brytanii, ale także do innych krajów europejskich biorących udział w zniewalaniu ludności afrykańskiej, co doprowadziło do całkowitej zmiany krajobrazu tych państw. W Wielkiej Brytanii, która dorobiła się olbrzymiego majątku na handlu niewolnikami, wznoszono drobne rezydencje, budowano banki, takie jak Bank of England, a także finansowano nowe gałęzie przemysłu.

Brytyjscy właściciele statków, na których przewozili niewolników często z tego rodzaju handlu czerpali od dwudziestu do pięćdziesięciu procent zysku. Spore sumy pieniędzy trafiały natomiast do armatorów, którzy tak naprawdę nigdy nie opuścili Anglii. Z kolei właściciele plantacji, na których pracowali afrykańscy niewolnicy odnotowywali znaczący wzrost upraw. Ogromne zyski, jakie z nich czerpali były wynikiem tego, iż robotnicy pracowali za darmo. Plantatorzy bardzo często udawali się do Wielkiej Brytanii, gdzie za pokaźne pieniądze kupowali wielkie domy, które wcześniej były specjalnie dla nich budowane. Niektórzy plantatorzy wykorzystywali swój majątek do tego, aby stać się członkami parlamentu. Pozostałe zyski inwestowali w nowe fabryki i wynalazki, przyczyniając się w ten sposób do finansowania Rewolucji Przemysłowej.


Niewolnicy pracują na plantacji tytoniu w Wirginii
Obraz pochodzi z 1670 roku.
autor nieznany


Przedsiębiorstwa tekstylne w Yorkshire i Lancashire były kupowane przez kapitanów statków niewolniczych, aby w ten sposób uprawiać handel wymienny. Połowa wyrobów tekstylnych produkowanych w Manchesterze eksportowana była do Afryki, zaś druga połowa do Indii Zachodnich. Co więcej, zakłady przemysłowe budowane były celem dopracowania sytemu importu cukru oraz wyrobu szkła potrzebnego do produkcji butelek na rum. Takie porty jak Bristol i Liverpool stały się głównymi portami handlowymi dzięki statkom z niewolnikami, którym nakazywano rozładowywanie przywiezionego towaru. W latach 1700-1800 liczba ludności w Liverpoolu wzrosła z pięciu tysięcy do siedemdziesięciu ośmiu tysięcy. Na handlu niewolnikami korzystały również banki i firmy finansowe, w których handlarze zaciągali kredyty, aby móc inwestować w niewolników i zarabiać na nich gigantyczne pieniądze. Środki te przeważnie przeznaczane były na pokrycie kosztów długich wypraw przez Atlantyk.

Transatlantycki handel niewolnikami zapewniał również wielu ludziom pracę w Wielkiej Brytanii. Sporo osób pracowało w przedsiębiorstwach, które sprzedawały swoje towary do Afryki Zachodniej. Towary te były następnie wymieniane na afrykańskich niewolników. Na przykład w Birmingham było ponad cztery tysiące zakładów produkujących broń. Z kolei sto tysięcy karabinów trafiało rocznie w ręce handlarzy niewolnikami. Inni pracowali w fabrykach, które powstały za pieniądze pochodzące z handlu niewolnikami. Wiele ludzi kupowało także udziały w spółkach trudniących się tym „nobliwym procederem”. Niewolnicza praca dostarczała również produktów, takich jak na przykład cukier, który był osiągalny dla osób mieszkających w Wielkiej Brytanii.

William Wilberforce (1759-1833)
Brytyjski polityk, filantrop
i lider ruchu abolicjonistycznego, którego
celem było zniesienie niewolnictwa.
Portret pochodzi z 1790 roku.
autor: John Rising (1753-1817)
Skoro powyżej tak szeroko nakreśliłam problem niewolnictwa w Wielkiej Brytanii, którego punkt kulminacyjny przypadł na XVIII wiek, oznacza to, że Philippa Gregory jako tło historyczne wybrała właśnie tamten tragiczny czas dla Afrykańczyków, zaś niechlubny dla Brytyjczyków. Nie można bowiem szczycić się tym, że w historii własnego kraju występuje taki okres, w którym masowo czerpano dochody z czyjegoś nieszczęścia, natomiast osoby czarnoskóre traktowano gorzej niż przedmioty codziennego użytku. Tak więc Autorka zabiera nas do Anglii, a dokładnie do Bristolu, gdzie spotykamy rodzeństwo Cole’ów. 

Zanim jednak tam trafimy, trochę czasu spędzamy w posiadłości Whiteleaze pod Bath – miasta położonego w angielskim hrabstwie Somerset. To tam mieszka trzydziestopięcioletnia Frances Scott, która za wszelką cenę pragnie uwolnić się od pewnej kobiety, u której pracuje jako guwernantka. Panna Scott uważa bowiem, że jej pracodawczyni traktuje ją niczym niewolnicę. Niestety, chyba sama nie wie, o czym mówi. Praca guwernantki – nawet w niedogodnych warunkach – jest istnym rajem w porównaniu z tym, czego doświadczają porywani z własnych domów Afrykańczycy.

Frances Scott to córka pastora. Po śmierci ojca opiekę nad nią przejął wuj, który szczyci się tytułem barona, więc w towarzystwie uchodzi za kogoś lepszego z kim wszyscy się liczą. Nasza bohaterka jest jednak ambitna i dumna, więc nie chce żyć na koszt swojego wuja i ciotki. W związku z tym pisze list do kupca Jozjasza Cole’a, który mieszka w Bristolu. Kobieta ma bowiem nadzieję, że będzie mogła podjąć u niego pracę. Jozjasz jest kawalerem i mieszka w obskurnym mieszkaniu wraz z siostrą Sarą, która jest typową zgorzkniałą starą panną. Sara jest starsza od Jozjasza i chyba nawet bardziej doświadczona w interesach niż on sam. To Sara czuwa nad rachunkami i strofuje brata za każdym razem, kiedy ten pragnie wydać więcej pieniędzy niż jest to konieczne. Niegdyś firmą Cole i Synowie zajmował się ojciec rodzeństwa, a po jego śmierci przedsiębiorstwo przeszło w ręce Sary i Jozjasza.

Bardzo szybko okazuje się, że Jozjasz nie jest zainteresowany zatrudnieniem Frances. On pragnie ją poślubić. Niemłoda już kobieta jest dla niego doskonałą partią. Pochodzi z wyższej sfery niż on sam, a do tego w posagu może wnieść całkiem pokaźny majątek, który bardzo by mu się przydał przy sfinansowaniu handlowych przedsięwzięć. Tak więc ostatecznie dochodzi do ślubu i Frances Scott staje się panią Cole. Praktycznie od samego początku jej relacje z Sarą nie układają się najlepiej. Stara panna jest zgorzkniała i wyniosła. Małżeństwu brata nie sprzeciwia się jedynie dlatego, że obydwoje mogą czerpać z niego korzyści. Dla Sary najważniejsze są interesy odziedziczone po ojcu i trzy statki, na których oprócz cukru czy rumu, w nieludzkich warunkach przewożeni są także niewolnicy brutalnie porywani ze swoich domów w Afryce. Jak widać, małżeństwo Frances i Jozjasza nawet w najmniejszym stopniu nie zostało zawarte z miłości. W grę wchodzi jedynie ubicie dobrego interesu.

Jednym z takich właśnie niewolników jest Mehuru, który w swoim kraju był naprawdę kimś ważnym. To kapłan mający wizje i potrafiący przewidywać przyszłość. Wraz z nim porwano jeszcze wielu innych czarnoskórych ludzi, których zmuszono do bycia niewolnikami. Mężczyzna nie potrafi pogodzić się z zaistniałą sytuacją, lecz nie może nic zrobić, aby się z niej uwolnić. Wchodząc na pokład statku przestał być człowiekiem. Od tego momentu jest rzeczą, z którą można zrobić dosłownie wszystko. Kiedy statek przybija do portu w Bristolu, Mehuru i kilkunastu innych niewolników dostaje się pod dach Jozjasza Cole’a i jego siostry. Od tej chwili stanowią oni również własność Frances Cole, która – jako osoba wykształcona – musi nauczyć ich angielskiego, aby potem niewolnicy mogli pracować jako służący w brytyjskich domach. Na ich sprzedaży Jozjasz i Sara mogą zarobić naprawdę ogromne pieniądze.


Ariyon Bakare jako Mehuru, Emma Fielding w roli Frances Cole
& Warren Clarke jako Jozjasz Cole

Kadr pochodzi z miniserialu A Respectable Trade
reż. Jane Shepherd & Steve Wright
źródło


Praktycznie od pierwszej chwili pomiędzy Mehuru i Frances nawiązuje się jakaś szczególna więź. Nie można powiedzieć, że jest to więź sympatii, ponieważ afrykański kapłan robi wszystko, aby tylko nie godzić się na swój los. On pragnie zachować godność za wszelką cenę, choć nie jest to takie proste. Cole’owie w każdej chwili mogą kazać go wychłostać albo zastosować jakąś inną wymyślną karę, żeby tylko przywołać go do porządku. Temu wszystkiemu przygląda się Frances i coraz bardziej jej się to nie podoba. Niestety, nie może nic zrobić. Z jednej strony jakakolwiek obrona niewolników zaszkodziłaby jej reputacji i przysporzyła wstydu Jozjaszowi, natomiast z drugiej kobieta nie podejmuje żadnych działań powodowana zwykłym strachem. Tak więc pomimo że czuje współczucie wobec niewolników, jednocześnie pozwala na ich upokarzające i nieludzkie traktowanie.

Frances spędza z czarnoskórymi niewolnikami coraz więcej czasu. Uczy ich angielskiego i jest pełna podziwu, że tak szybko zapamiętują nowe, obce słowa. Przychodzi w końcu moment, kiedy niewolnicy zostają jej służącymi, ale pracują za darmo. Jest to dość wygodne, zważywszy że Jozjaszowi wciąż brakuje pieniędzy. Poza tym mężczyzna robi wszystko, aby tylko móc dostać się w szeregi szanowanych bristolskich kupców należących do prestiżowego Stowarzyszenia Kupców Bristolu. Praktycznie to stowarzyszenie rządzi miastem i od jego członków zależy rozwój wielu spraw. Ci mężczyźni doskonale wiedzą, jak się ustawić, czasami wręcz kosztem innych, sięgając do oszustwa. Niemniej, dla Jozjasza przynależenie do Stowarzyszenia Kupców Bristolu jest czymś bezcennym i robi wszystko, aby tylko być jednym z jego członków.

Ponadto Cole podejmuje też wszelkie działania, które mają na celu przeniesienie się do lepszej dzielnicy mieszkalnej Bristolu. Życie tuż przy porcie nie tylko nie służy Frances, która jest kobietą słabego zdrowia, lecz przede wszystkim obniża prestiż Jozjasza jako kupca chcącego wznieść się na szczyt. Czy zatem Cole’owi uda się spełnić marzenia i zostać cieszącym się powszechnym szacunkiem kupcem? Czy pewnego dnia mężczyzna dopnie swego i będzie mógł powiedzieć o sobie, że osiągnął sukces? A może to wszystko, czego pragnie jest jedynie mrzonką i zwykłą ułudą, które pewnego dnia pękną niczym bańka mydlana? Czy Jozjasz naprawdę może zaufać kupcom ze stowarzyszenia? Czy ich zamiary wobec niego są szczere i uczciwe?


Jenny Agutter w roli lady Scott (ciotki Frances)
oraz Simon Williams jako lord Scott (wuj Frances)

Kadr pochodzi z miniserialu A Respectable Trade
reż. Jane Shepherd & Steve Wright
źródło

Nobliwy proceder to powieść składająca się z dwóch zagadnień. Z jednej strony mamy godny pogardy handel niewolnikami, zaś z drugiej obyczajową opowieść osadzoną w realiach końca XVIII wieku w Anglii. Jest to też historia zakazanego romansu, który tak naprawdę zupełnie nie ma szans na powodzenie. Płomienne uczucie pomiędzy afrykańskim niewolnikiem a białą kobietą z wyższych sfer nigdy nie znajdzie spełnienia. Ta miłość jest pod każdym względem dramatyczna, a jednak nasi bohaterowie brną w nią z każdym kolejnym dniem. Nad emocjami nie można zapanować, nawet jeśli rozsądek powtarza coś zupełnie innego. Philippa Gregory pokazuje też, ile złego może uczynić ludzka chciwość i bezustanna chęć pomnażania majątku kosztem czyjegoś nieszczęścia. Autorka zwraca również uwagę na fakt mówiący o tym, że nie można ufać każdemu, kto jest dla nas miły i rzekomo stara się nam pomóc. Czasami pod tego rodzaju zachowaniem może kryć się zwykła obłuda, zaś osoba chcąca nam pomóc może mieć w tym własny cel, którego osiągnięcie tylko jej wyjdzie na dobre, zaś nas całkowicie pogrąży.

Książka nie jest nowością. W Wielkiej Brytanii ukazała się jeszcze w 1995 roku, a potem – w 2007 roku – pojawiło się jej wznowienie. Z kolei w 1998 roku na podstawie powieści powstał miniserial pod tym samym tytułem. Do Polski Nobliwy proceder dotarł dopiero po ponad dwudziestu latach. Dlaczego trwało to tak długo? Trudno powiedzieć. W mojej opinii książka jest doskonała. Wzrusza pod każdym względem. Ukazuje ludzkie dramaty, emocje i chęć dążenia do celu po trupach. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Skąd w powieści wzmianka o amerykańskiej wojnie secesyjnej, która wybuchła dopiero w latach 60. XIX wieku? Owszem, kluczową rolę również odgrywał tam problem niewolnictwa, lecz mimo to nijak ten fakt ma się do okresu, w którym rozgrywa się akcja Nobliwego procederu. Nie sądzę jednak, aby to Philippa Gregory popełniła tak rażący błąd merytoryczny. Stawiam zatem na nieprecyzyjność polskiego przekładu.