Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

sobota, 27 lutego 2016

Wendy Holden – „Urodzeni, by żyć”













Wydawnictwo: SONIA DRAGA
Katowice 2015
Tytuł oryginału: Born Survivors: Three Young Mothers and Their Extraordinary Story of Courage, Defiance, and Hope
Przekład: Przemysław Hejmej & Jerzy Rosuł








Holokaust – najstraszniejsza zbrodnia w dziejach ludzkości


Holokaust był procesem zaplanowanym, instytucjonalnie zorganizowanym oraz przeprowadzanym regularnie przez nazistowskie Niemcy. W czasie drugiej wojny światowej wymordowano prawie sześć milionów europejskich Żydów. W latach 1939-1945, czyli między niemiecką inwazją na Polskę a zakończeniem wojny w Europie, naziści dążyli do całkowitego wymordowania europejskich Żydów. Opierając się na greckim znaczeniu słowa holocaustikós, które oznacza ofiarę całopalną, czyli innymi słowy spalaną w całości, zagładę ludności pochodzenia żydowskiego określono właśnie terminem Holokaust.

Prześladowanie Żydów rozpoczęło się praktycznie natychmiast po dojściu Adolfa Hitlera (1889-1945) do władzy, a było to w styczniu 1933 roku. Wielu historyków twierdzi, że ta data stanowi wyznacznik początku epoki Holokaustu. W listopadzie 1938 roku, podczas tak zwanej Nocy Kryształowej (z niem. Kristallnacht), która miała miejsce w nazistowskich Niemczech, zaczęto niszczyć żydowskie mienie. Rozpoczęły się także masowe aresztowania Żydów z powodów rasowych. Więziono ich również w nazistowskich obozach. Trzeba jednak pamiętać, że nie tylko oni stali się ofiarami reżimu, jaki zafundował Europie Hitler. Zgodnie z rasistowską ideologią, nazistowskie Niemcy uważały samych siebie za przedstawicieli rasy wyższej (nordycko-aryjskiej), zaś Żydzi traktowani byli przez nich jako tak zwana anty-rasa. Zarówno rasistowska, jak i antysemicka ideologia Hitlera zmierzała do zachowania „czystości rasowej” oraz wykreowania grupy „nadludzi”.

W dziejach ludzkości Holokaust był najbardziej zbrodniczym okresem, który określany jest mianem ludobójstwa. Faszyści dokonywali niewyobrażalnych zbrodni nie tylko na narodzie żydowskim, ale również na tych, którzy cierpieli z powodu choroby psychicznej, byli homoseksualistami, członkami partii komunistycznej w tamtym okresie zdelegalizowanej w Trzeciej Rzeszy, a także na wyznawcach, na przykład Kościoła Świadków Jehowy. Niemniej żadnej z wymienionych grup Holokaust nie dotyczył w takim rozmiarze i na tak wielką skalę, jak było to w przypadku ludności pochodzenia żydowskiego, której zagłada była precyzyjnie zaplanowana i przygotowana. Słowianie – Polacy, Rosjanie, Ukraińcy, Jugosłowianie i Czechosłowacy – uważani byli przez nazistów za niższą rasę. Polaków naziści również traktowali jako tak zwanych „podludzi”. Z kolei polskie dzieci o „wyglądzie aryjskim” poddawane były germanizacji, zaś polscy przedstawiciele inteligencji i przywódcy mordowani, natomiast pozostałych czekało życie w niewoli. 


Tory kolejowe, wartownia i brama główna Auschwitz II-Birkenau.
Widok z rampy znajdującej się wewnątrz obozu (1945). 


W czasie drugiej wojny światowej Żydzi zmuszani byli do życia w gettach oraz niewolniczej pracy ponad siły. Największe z gett znajdowało się w Warszawie, gdzie uwięzionych zostało ponad czterysta osiemdziesiąt tysięcy Żydów. Getto warszawskie zlikwidowano w maju w 1943 roku, a stało się to po dokonaniu przez nazistów masowych deportacji do Treblinki latem 1942 roku, oraz po wybuchu powstania w getcie w kwietniu 1943 roku. Z kolei w getcie łódzkim, które było drugim pod względem wielkości, w czasie największego zagęszczenia przebywało dwieście dwadzieścia tysięcy Żydów. Dość duże getta znajdowały się także we Lwowie, w Mińsku, Wilnie oraz Terezínie. To ostatnie zostało utworzone na terenie Protektoratu Czech i Moraw. Niektóre getta otoczone były murem bądź ogrodzeniem celem odizolowania mieszkańców i odseparowania ich od ludzi żyjących na zewnątrz. Żydzi żyli w gettach w nieludzkich warunkach. Konfiskowano ich majątki i pozbawiano podstawowych życiowych potrzeb. Ogromne zagęszczenie ludności, brak higieny, głód oraz nieobecność podstawowej opieki medycznej sprawiały, że w gettach rozprzestrzeniały się bardzo groźne choroby. W warszawskim getcie z powodu niehumanitarnych warunków życia zmarło około dwadzieścia procent ludności. Stało się to jeszcze zanim naziści rozpoczęli akcje deportacyjne do obozów zagłady.

Jeszcze zanim naziści doszli do władzy, zaczęli planować utworzenie obozów koncentracyjnych z zamiarem więzienia w nich przeciwników faszystowskiej ideologii i reżimu. Pierwszy obóz koncentracyjny powstał w Dachau w dniu 23 marca 1933 roku, czyli dwa miesiące po powołaniu Adolfa Hitlera na stanowisko kanclerza Trzeciej Rzeszy. Na terenie nazistowskich Niemiec największymi obozami były: Buchenwald, Mauthausen, Neuengamme, Ravensbrück oraz Sachsenhausen. Po wybuchu drugiej wojny światowej Niemcy zakładali obozy również na terytoriach państw okupowanych. Największy masowy mord w historii ludzkości miał miejsce w obozie Auschwitz-Birkenau. Obóz powstał w 1942 roku i znajdował się na terenie okupowanej Polski. Bestialsko zamordowano w nim ponad milion Żydów, a także setki tysięcy Polaków, Sinti, Romów, jak również ludzi innych narodowości. Ostateczne rozprawienie się z problemem żydowskim miało miejsce wtedy, gdy hitlerowcy zaczęli masową likwidację gett, co w konsekwencji doprowadziło do eksterminacji tych Żydów, którzy jeszcze jakimś cudem pozostali przy życiu.


Przyjazd nowego transportu więźniów do Terezína. 
Zanim Anka Nathanová została deportowana do Auschwitz II-Birkenau, 
przebywała w obozie koncentracyjnym w Teresienstadt. 


Polityka eksterminacji Żydów prowadzona przez Niemców szczególnie dotkliwie i brutalnie skierowana była wobec dzieci, ponieważ one najbardziej narażone były na konsekwencje głodu i chorób. Najpierw do obozów koncentracyjnych kierowano te dzieci, które naziści uważali za „nienadające się” do zrealizowania faszystowskich planów. W bardzo wielu krajach Żydów ratowali zwykli ludzie, których miesiącami lub nawet latami ukrywali w specjalnych schronach. Znane są także przypadki, kiedy to sami Niemcy zajmujący wysokie stanowiska w nazistowskiej hierarchii nieśli pomoc ludności żydowskiej. Stąd właśnie wywodzi się oficjalny tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, który nadawany jest wszystkim tym, którzy w jakiś sposób ochronili Żydów przed pewną śmiercią, choć sami nie byli Żydami. Order ten – jak dotąd – przyznano także ponad sześciu tysiącom Polaków, co stanowi zdecydowaną większość na tle obywateli innych państw. Nie oznacza to jednak, że ludności żydowskiej nie pomagało jeszcze więcej Polaków. Tych nazwisk po prostu nie znamy. Niemniej należy też pamiętać, że większość ludzi była tylko biernymi obserwatorami Holokaustu.

Pozwólcie, że w tym miejscu wspomnę o pewnej rodzinie z Markowej – miejscowości leżącej na Podkarpaciu niedaleko Łańcuta (południowo-wschodnia Polska). Była to rodzina Ulmów, która oddała życie za tych i wraz z tymi, których ukrywała w swoim domu. W dniu 24 marca 1944 roku we wsi rozegrała się potworna tragedia. Tego dnia z samego rana niemiecka żandarmeria bestialsko zamordowała siedemnaście osób. Zginęli Józef i Wiktoria Ulmowie wraz z szóstką swoich dzieci, jak również ośmiu Żydów pochodzących z rodzin Szallów i Goldmanów, w tym maleńka córeczka tych ostatnich. Potworność tej zbrodni jest po prostu niewyobrażalna. Otóż, w momencie wykonywania egzekucji, Wiktoria Ulma, która była wówczas w ciąży, zaczęła rodzić kolejne, siódme dziecko…

Josef Mengele zwany
Aniołem Śmierci
A teraz skupmy się na wyjątkowej książce Wendy Holden, która w sposób niezwykle przejmujący opisała historię trzech niewiarygodnie odważnych kobiet. Priska, Rachela i Anka były młodymi zamężnymi Żydówkami, które nie wahały się przeciwstawić okrutnej polityce nazistów, aby tylko móc uchronić od śmierci swoje nienarodzone dzieci. Każda z nich została wywieziona do obozu koncentracyjnego Auschwitz II-Birkenau w 1944 roku. Zanim cały koszmar zaczął się na dobre, wszystkie musiały poddać się oględzinom faszystowskiego lekarza Josefa Mengele (1911-1979), który Prisce, Racheli i Ance zadał to samo pytanie: „Czy jest pani w ciąży?” Jego świdrujące oczy przewiercały kobiety na wskroś. Niemniej wszystkie zgodnie odpowiedziały „Nie”, choć miały już świadomość swojego odmiennego stanu.

Trzeba dodać, że Josef Mengele został po wojnie uznany za zbrodniarza wojennego. Na swoich ofiarach przeprowadzał eksperymenty pseudomedyczne, których zasadniczym celem było znalezienie sposobu na genetyczne uwarunkowanie aryjskich cech u dzieci oraz zwiększenie ilości ciąż mnogich. W związku z tym podstawowym obiektem jego zainteresowań stały się bliźnięta. To właśnie na nich przeprowadzał swoje makabryczne badania medyczne. Potem bliźnięta te często były zabijane, a „Anioł Śmierci” porównywał ich narządy wewnętrzne. Mengele do swoich eksperymentów wybierał ofiary przede wszystkim spośród żydowskich i romskich więźniów. Swoje okrutne badania przeprowadzał bez znieczulenia. Dokonywał amputacji, wstrzykiwał bakterie wywołujące choroby, celowo zakażał rany, jak również wykonywał punkcje lędźwiowe. Wielokrotnie żądał przeprowadzenia wymiany krwi pomiędzy bliźniętami. W obozie miał do swojej dyspozycji dwie pracownie eksperymentalne i salę, gdzie przeprowadzał sekcje zwłok. Sala znajdowała się w jednym z krematoriów. Poza tym, to od Josefa Mengele zależało kto z nowego transportu będzie przeznaczony na śmierć, a kto jeszcze przez jakiś czas będzie nadawał się do pracy, aż w końcu tak osłabnie z sił, że któregoś dnia albo sam umrze, albo zostanie skazany na śmierć, ponieważ przestanie być przydatny.

Priska Löwenbeinová (Słowaczka), Rachela Friedman (Polka) i Anka Nathanová (Czeszka) nie wiedziały zatem, co czeka ich dzieci, jeśli powiedzą prawdę. Nie wiedziały, że Josef Mengele będzie robił wszystko, aby tylko zabrać im maleństwa, żeby potem przeprowadzać na nich swoje bestialskie eksperymenty medyczne. Niemniej praktycznie bez wahania kobiety zaprzeczyły, a potem robiły co mogły, żeby ukryć swój stan nie tylko przed nazistami, ale także przed współwięźniarkami. Oczywiście przez cały ten czas ciężko pracowały i głodowały, zaś w głębi duszy wierzyły, że któregoś dnia wrócą do domu do swoich rodzin i ukochanych mężów, którzy również zostali wywiezieni do obozów koncentracyjnych. Kobiety miały wielką nadzieję, że pewnego dnia będzie im dane prowadzić życie sprzed wojny, które w bestialski sposób im przerwano. Tak więc przy życiu w obozach koncentracyjnych utrzymywały ich bardzo głęboka wiara i nadzieja w lepsze jutro, jak również ogromna miłość do dzieci, które miały się wkrótce narodzić.


Ulice łódzkiego getta, gdzie Rachela Friedman przebywała zanim została deportowana 
do Auschwitz II-Birkenau. W tle widać żydowską synagogę przy ulicy Wolborskiej 
(marzec 1940). 


Przebywając przez siedem miesięcy w obozach koncentracyjnych Priska, Rachela i Anka każdego dnia były świadkami licznych egzekucji. Widziały, jak w komorach gazowych mordowani są ludzie, którym naziści wmawiali, że idą tam tylko po to, aby wziąć prysznic. Wśród tych osób byli także członkowie ich rodzin. Kobiety widziały dym unoszący się z krematoryjnych kominów i były przerażone, ponieważ gdzieś w podświadomości czuły, że może któregoś dnia to właśnie im będą kazać udać się „pod prysznic”. Po jakimś czasie wszystkie trzy kobiety zostały przetransportowane do obozu pracy we Freibergu (Niemcy), gdzie zmuszone były wykonywać katorżniczą pracę przy produkcji samolotów bojowych. Po jakimś czasie wywieziono je do kolejnego obozu koncentracyjnego. Tym razem był to obóz w Mauthausen (Austria). To właśnie w tych dniach na świat przyszły dzieci Priski, Racheli i Anki. Najpierw urodziła się Hana (córka Priski), potem Mark (syn Racheli), a na końcu Eva (córka Anki). Trzeba dodać, że kobiety przez cały czas nie wiedziały o swoim wzajemnym istnieniu, pomimo że przebywały w tych samych obozach. Dopiero ich dorosłym dzieciom dane było odnaleźć się w 2010 roku i ostatecznie spotkać w miejscu, w którym przyszły na świat i gdzie cudem ocalały ich matki.

Książka Wendy Holden jest niezwykle poruszająca. Czytelnikowi nie jest tutaj nic oszczędzone. Autorka z niezwykłą dokładnością opisuje koszmar obozów koncentracyjnych. Pokazuje też, jak wyglądało życie bohaterek przed wybuchem drugiej wojny światowej i deportacją oraz po wyzwoleniu i powrocie do domu, którego już tak naprawdę nie było. Ich majątek został rozkradziony. Priska, Rachela i Anka musiały zaczynać wszystko od nowa. Nie było praktycznie nikogo, kto mógłby im pomóc. W którymś momencie zdały sobie wreszcie sprawę z tego, że ich ukochani mężowie już nigdy nie wrócą. Musiały zatem same zająć się dziećmi, które tylko cudem przeżyły. Musiały walczyć o każdy następny dzień. Najpierw robiły to w obozach koncentracyjnych, a potem w normalnym życiu. Kobiety były niezwykle silne nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Żadna z nich się nie załamała. Żadna nie poddała. Wszystko to zasługuje na ogromny podziw.


Ocaleni z obozu Mauthausen pozdrawiają amerykańskich żolnierzy, którzy przekraczają główną bramę obozu.
Zdjęcie zostało zrobione kilka dni po wyzwoleniu obozu (maj 1945). 


Moim zdaniem Urodzeni, by żyć to swoisty dokument dla obecnego pokolenia, jak i dla tych, którzy będą żyć po nas. To hołd złożony ofiarom Holokaustu. Choć z jednej strony wiele w tej publikacji okrucieństwa, to jednak z drugiej pojawia się także niemało scen, które sprawiają, że człowiek w całym tym nazistowskim bestialstwie dostrzega człowieczeństwo. Takim symbolem człowieczeństwa był bez wątpienia Antonín Pavliček – naczelnik stacji Horní Bříza (miasto w Czechach). Mężczyzna wykazał się wielką odwagą i nie bacząc na grożące mu niebezpieczeństwo, pomógł zagłodzonym i przerażonym żydowskim kobietom, które naziści akurat przewozili do kolejnego obozu zagłady. Wiele dobrego dla wyzwolonych więźniów obozu w Mauthausen zrobił także sierżant amerykańskiej armii Albert J. Kosiek, którego przodkowie pochodzili z Polski.

Książka jest przepełniona ogromnym bólem i ludzką tragedią, która tak naprawdę nigdy nie miała prawa się wydarzyć. Niemniej czasu nie cofniemy. Możemy jedynie pamiętać o tych wszystkich ludziach, którzy byli bestialsko mordowani w imię chorych idei, których nie można niczym usprawiedliwić. Nie możemy też zapominać o tych, którzy przeżyli, a którzy doświadczyli niewyobrażalnej gehenny. Dlatego też Urodzeni, by żyć to nie tylko hołd złożony zamordowanym podczas drugiej wojny światowej, ale także pomnik wystawiony ofiarom Holokaustu i ich rodzinom.



Jeśli chcesz przeczytać recenzję po angielsku, kliknij tutaj.
If you want to read this review in English, please click here.
Jeśli chcesz przeczytać wywiad z Wendy Holden i Haną Berger Moran, kliknij tutaj i tutaj








niedziela, 21 lutego 2016

Wierzę, że doświadczenie Holokaustu było dla mojej rodziny ostrzeżeniem...







ROZMOWA Z HANĄ BERGER MORAN



Hana Berger Moran jest córką Priski Löwenbeinovej, która z pochodzenia była Słowaczką. Jej matka była jedną z trzech niezwykle odważnych kobiet, które spodziewały się dziecka w momencie, gdy zostały przywiezione do nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz II-Birkenau. Priska, Rachela i Anka utrzymywały swoją ciążę w wielkiej tajemnicy przed nazistami. Hana urodziła się dzień przed tym, jak jej matka została przewieziona do obozu pracy w Mauthausen w Austrii. Hana i jej matka to – między innymi – bohaterki książki „Urodzeni, by żyć” autorstwa Wendy Holden. W Polsce książkę wydano w 2015 roku. Obecnie Hana mieszka w Kalifornii (USA).




Agnes A. Rose: Bardzo dziękuję, że zgodziła się Pani opowiedzieć moim Czytelnikom swoją historię. Na początek chciałabym poprosić Panią, aby powiedziała nam Pani coś więcej o swojej odważnej matce, Prisce. Jaka ona była?

Hana Berger Moran: Priska była wówczas dwudziestoośmioletnią młodą kobietą, która w chwili deportacji była nauczycielką w szkole podstawowej, aczkolwiek zdobywała wykształcenie, aby zostać profesorem języków obcych. Kiedy została zmuszona do przerwania nauczania w szkole, udzielała prywatnych lekcji z angielskiego, francuskiego i niemieckiego. Była bardzo żywiołowa, uwielbiała grać w tenisa, a przede wszystkim kochała swojego męża, mojego zmarłego ojca Tibora Löwenbeina, oraz swoją rodzinę.

Agnes A. Rose: Urodziła się Pani w obozie koncentracyjnym. Czy pamięta Pani, kiedy po raz pierwszy poznała Pani historię związaną z Pani narodzinami? Jakie uczucia Pani wtedy towarzyszyły? 

Hana Berger Moran: Słowa „obóz koncentracyjny” oraz fakt, że rzeczywiście urodziłam się w takim miejscu dotarły do mnie, gdy miałam sześć lat (było to w pierwszej klasie). A stało się to tak: po szkole bawiłam się na podwórku i wówczas dzieci zaczęły wołać „židka” (Żydówka). Nie wiedziałam, co to znaczy, więc pobiegłam do domu i zapytałam matkę. Wzięła mnie za rękę i pokazała mi fotografie swoich zmarłych rodziców, mojego nieżyjącego ojca i swojej zmarłej siostry – i powiedziała mi, że oni wszyscy byli „židia” (Żydami), i z tego powodu zginęli w obozach, które zwano obozami koncentracyjnymi. Co więcej, ona także była židka, również była w takim obozie i tam mnie urodziła. To, co wtedy naprawdę poczułam jako sześciolatka, pamiętam do dziś. Powiedziałam: „Ja też chcę być taka, jak ty i oni; a teraz czy mogę iść i bawić się na podwórku?”

Agnes A. Rose: Jak Pani matka emocjonalnie radziła sobie z doświadczeniami Holokaustu? Co trzymało ją przy życiu każdego dnia w obozie? W jaki sposób podtrzymywała swoją nadzieję?

Hana Berger Moran: Ponieważ była to czwarta ciąża mojej matki, usilnie koncentrowała się na tym, aby mieć to dziecko (czyli mnie)*. Dlatego też jej jedynym celem było, aby przetrwać i wrócić do domu, żeby tam czekać na ukochanego Tibora. Była absolutnie przekonana o tym, że przeżyje, gdyż zamierzała mieć tę maleńką dziewczynkę, której nadała już imię – Hana. Owszem, nadała też imię chłopcu, który powinien nazywać się… Miško, lecz w swoim sercu była przekonana, że to będzie dziewczynka. Modliła się każdego dnia – kilka razy dziennie, i ufała Wszechmogącemu, że się nią zaopiekuje.

Agnes A. Rose: Jakiego rodzaju pracę wykonywała Pani matka, będąc w obozie koncentracyjnym? W jakich warunkach pracowała? Czy mogłaby Pani opisać jej powszedni dzień?

Hana Berger Moran: Pracowała w słynnej dziś fabryce we Freibergu, w fabryce porcelany, która na potrzeby wojny została przekształcona w fabrykę Arado-Flugzeugwerke produkującą samoloty bojowe. Siedziała lub stała przy wysokim roboczym stole i była odpowiedzialna za umieszczanie zabezpieczających blokujących nakrętek na skrzydłach samolotów przy użyciu bardzo ciężkiego sprzętu. Gdyby choć na chwilę przerwała swoją pracę, zostałaby czymś uderzona – czasami był to młotek, a czasami szmata… Więźniowie szli do fabryki ulicami Freibergu po apelu około godziny szóstej rano. Tak samo było w drodze powrotnej pod koniec dnia.

Agnes A. Rose: Jak Holokaust wpłynął na życie Pani rodziny? Mogłaby nam Pani powiedzieć czy ją wzmocnił, czy osłabił?

Hana Berger Moran: Wierzę, że doświadczenie Holokaustu było dla mojej rodziny ostrzeżeniem – pokazało nam, jak ludzie, którzy kiedyś byli mili, mogą zmienić się w bardzo krótkim czasie; jak mogą zatopić się w nienawistnej propagandzie. To nauczyło mnie również cenić wartość życia, które otrzymujemy jako dar i trzeba starać się nim cieszyć. Nauczyłam się być silną, ale mimo to życzliwą, bo nigdy nie wiemy, kto doświadczył tego samego – zarówno wtedy, jak i teraz.

Hana & Wendy Holden, która jest autorką
książki Urodzeni, by żyć
Agnes A. Rose: W jaki sposób Pani matka rozpoczęła nowe życie po Holokauście?

Hana Berger Moran: Według słów mojej matki, gdy zrozumiała, że jej ukochany Tibor nie wróci, a mając mnie – bardzo słabe i chorowite dziecko, które musiała wychować sama – natychmiast zaczęła działać, a ujęła to tak: „zapracuj na swój kawałek chleba”. Podczas gdy uczyła w szkole podstawowej w Bratysławie podjęła również studia (1946) na uniwersytecie, aby uzupełnić swoje wykształcenie i uzyskać tytuł magistra z języka angielskiego, niemieckiego i francuskiego, żeby móc uczyć w ówczesnych szkołach, które wtedy nazywano „gimnazjami” (dziś są one odpowiednikami gimnazjów i liceów).

Agnes A. Rose: Przeczytałam, że nigdy nie spotkała Pani swojego ojca, ponieważ najprawdopodobniej w styczniu 1945 roku zmarł podczas morderczego marszu, który wyruszył z nazistowskiego niewolniczego obozu pracy w Gliwicach. Jestem pewna, że Pani matka opowiadała Pani o nim wiele razy. Czy mogłaby nam Pani trochę o nim opowiedzieć?

Hana Berger Moran: Rzeczywiście, mój ojciec zginął lub zmarł z osłabienia w czasie marszu śmierci, który wyruszył z Gliwic w styczniu 1945 roku. Moja matka powiedziała mi jak bardzo był troskliwy, kochający, cierpliwy, a także silny… Był analitykiem i intelektualistą, jak również pisarzem z bardzo silnie rozwiniętym poczuciem dobra i zła. Był słowackim patriotą, który wierzył, że każdy powinien mieć prawo do praktykowania swojej religii, nie będąc zmuszonym cierpieć w imię swojego wyznania. Nigdy nie opuściłby Czechosłowacji, gdyby nie deportacja, o czym jest mowa w niewielkich rozmiarów książeczce, którą napisał w Bratysławie.

Agnes A. Rose: Jak wyglądało życie Pani rodziny przed drugą wojną światową?

Hana Berger Moran: Pytasz o całą rodzinę? Moi dziadkowie Paula i Emanuel Ronowie mieli małą skromną koszerną kawiarnię w Złotych Morawcach w Czechosłowacji. Kiedy pod koniec 1940 roku zostali zmuszeni do jej zamknięcia, przenieśli się do Bratysławy, aby być blisko swoich dwóch córek Elżbiety (Alžbeta), na którą wołano także Boežka, i mojej matki. Boežka była bardzo utalentowaną krawcową, matka – nauczycielką. Mój zmarły ojciec pracował jako dziennikarz lokalnej gazety żydowskiej. 

Agnes A. Rose: Czy członkowie Pani rodziny próbowali wyemigrować w 1939 roku, kiedy naziści zaatakowali ich ojczyznę?

Hana Berger Moran: Tylko jeden członek naszej rodziny wyemigrował do Palestyny (pod angielskim mandatem), a było to w 1938 roku. Reszta naszej rodziny nigdy o tym nie myślała. Mój ojciec tak naprawdę nie wierzył, że muszą wyjeżdżać.

Agnes A. Rose: Jakie okoliczności doprowadziły do tego, że teraz mieszka Pani w Stanach Zjednoczonych zamiast w Słowacji?

Hana Berger Moran: W dniu 21 sierpnia 1968 roku byłam młodą kobietą, około roku mężatką, miałam tytuł magistra z Inżynierii Chemicznej i byłam w szóstym miesiącu ciąży. Czułam się szczęśliwa, ponieważ nasz kraj przechodził cudowną przemianę – uczono się pokazywać ludzką twarz socjalizmu pod rządami ówczesnego prezydenta Alexandra Dubčeka. I wtedy zobaczyłam czołgi, usłyszałam strzały i dowiedziałam się, że nasi „bracia” przyszli „wyzwolić” nas z naszej wolności, i to był impuls! W ciągu dziesięciu dni dostałam paszport, którego do tej pory nie miałam, i z naszymi dokumentami udałam się do austriackiej ambasady, aby otrzymać wizę do Austrii. Wyjechaliśmy, ja prowadziłam samochód, a za naszym autem jechał czołg; to było 31 sierpnia 1968 roku. Ponieważ jedyna rodzina – bracia mojej matki – mieszkała w Izraelu, postanowiłam się tam udać, aby zaopiekować się naszym długo oczekiwanym dzieckiem. Syn urodził się w Aszkelon w Izraelu w grudniu 1968 roku. Po kilku latach pracy i studiach w Instytucie Naukowym Weizmanna ukończyłam swój doktorat z Chemii Organicznej Produktów Naturalnych i przeniosłam się do Stanów Zjednoczonych, aby rozpocząć staż podoktorancki. I wtedy zdecydowaliśmy się zostać w Stanach Zjednoczonych. Moja matka odwiedzała nas, ale nigdy nie chciała opuścić Słowacji. Po siedemnastu latach nieobecności pozwolono mi odwiedzać ją tam osobiście, co robiłam kilka razy w roku.

Wydawnictwo: SONIA DRAGA
Katowice 2015
Przekład: Przemysław Hejmej 
& Jerzy Rosuł
Agnes A. Rose: Jak ważna jest dla Pani książka „Urodzeni, by żyć” autorstwa Wendy Holden? Dlaczego zdecydowała się Pani opowiedzieć Autorce o swojej matce i rodzinie?

Hana Berger Moran: To było ważne z punktu widzenia historii mojej matki – moja matka nie mówiła wiele o swoich przeżyciach w obozie – najczęściej mawiała: „Byłam tam i wróciłam razem z moją córką.” Nawet kiedy przeprowadzano z nią wywiad, to zdanie było istotą jej wypowiedzi. Tak więc, kiedy dowiedziałam się od Wendy o jej planach względem książki, nie miałam cienia wątpliwości, że jest to właściwa droga ku temu, aby ta historia ujrzała światło dzienne.

Agnes A. Rose: Jakie dzisiaj są Pani uczucia wobec Niemców i Niemiec?

Hana Berger Moran: Mam mieszane uczucia – są dobrzy i źli ludzie, tak jak wszędzie. To samo, co wydarzyło się w Niemczech w latach 30. XX wieku, w różnym stopniu może dziać się i dzisiaj. Służbowo odwiedziłam Niemcy i byłam także we Freibergu.

Agnes A. Rose: Wiem, że wróciła Pani do miejsca, gdzie się Pani urodziła. Spotkała się Pani również z ocalałymi dziećmi Racheli i Anki. Czy to było dla Pani bardzo traumatyczne przeżycie?

Hana Berger Moran: Wspaniale było spotkać doktora Marka Olsky’ego i Evę Nathan Clarke; dokładnie wtedy i w tamtym miejscu zaczęliśmy nazywać siebie „rodzeństwem”; ponieważ żadne z nas nie ma ani siostry, ani brata, to określenie doskonale do nas pasuje. Ta miłość przejęła kontrolę nad wszystkim. To miejsce jest szokujące i powiem Ci, że nigdy nie rozumiałam, a teraz jeszcze bardziej nie pojmuję, jak moja matka przeżyła tamte siedem miesięcy! Jak ona tego dokonała? Jak oni wszyscy to zrobili? To było, jest i zawsze będzie dla mnie trauma, chociaż mogę powiedzieć z dumą: „Przeżyliśmy!”

Agnes A. Rose: A co z Auschwitz? Czy to miejsce również Pani odwiedziła? Jeśli tak, to jakie uczucia towarzyszyły Pani wizycie w Polsce?

Hana Berger Moran: Nie odwiedziłam Auschwitz. Moi dziadkowie ze strony matki i ojca oraz ciocia zginęli tam w komorach gazowych (odpowiednio w 1942 i 1944 roku). Moje uczucia wobec Polski nie różnią się zbytnio od tych, jakie zawsze miałam – jest to kraj na północ od Słowacji. Jestem tylko trochę zaniepokojona obecnym rozwojem Polski, ale to jest polityka i nie będę się do niej teraz odnosić. Myślę, że ta sama uwaga dotyczy tego, o czym wspomniałam powyżej – Żydzi byli kozłami ofiarnymi – nawet bardzo biedni Żydzi. Tak było wszędzie. Szkoda.

Agnes A. Rose: Jaką wiadomość chciałaby Pani przekazać ludziom obecnie żyjącym? Co chciałaby Pani, aby zapamiętali z doświadczeń Pani matki? Jak ludzie powinni odpowiadać dzisiaj na ludobójstwo i łamanie praw człowieka?

Hana Berger Moran: Nigdy nie wolno nam zapominać zła, które wtedy się wydarzyło. Musimy zrozumieć, co wypełniło tamtą nienawiść. Bez tego zrozumienia ludzie nadal będą mogli być kontrolowani przez histerię i nienawiść bez zastanowienia się nad tym, co one przyniosły.

Musimy nauczyć się cieszyć życiem, kochać każdy wschód i zachód słońca oraz nauczyć się kochać siebie nawzajem poprzez poznawanie naszych różnic.

Agnes A. Rose: Bardzo Pani dziękuję za tę rozmowę. Jest ona dla mnie niezwykle ważna. Jestem niezmiernie szczęśliwa, że mogłam z Panią porozmawiać. Czy jest coś, co chciałaby Pani dodać?

Hana Berger Moran: Agnieszko, dziękuję, że się ze mną skontaktowałaś – jestem zaszczycona. Przez wiele lat miałam korespondencyjną przyjaciółkę w Warszawie. Teraz już do siebie nie pisujemy, ale pisałyśmy każdego miesiąca – ona po polsku, a ja po słowacku. To było coś wspaniałego.



Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose



Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj.
If you want to read this interview in English, please click here






* Poprzednie trzy ciąże zakończyły się dla Priski poronieniem [przyp. tłum.]. 





czwartek, 18 lutego 2016

Lubię pisać historie, które inspirują mnie i innych ludzi...







ROZMOWA Z WENDY HOLDEN


Wendy Holden, znana również jako Taylor Holden, urodziła się w 1961 roku w Pinner (Londyn Północny). Jest uznaną powieściopisarką, dziennikarką oraz autorką scenariuszy filmowych. Wydała ponad trzydzieści książek, w tym dwie powieści. Wiele jej prac zostało adaptowanych na potrzeby radia i telewizji. Przez osiemnaście lat pracowała jako dziennikarka, w tym dziesięć lat spędziła w redakcji „The Daily Telegraph” w Londynie. Pracowała również jako redaktorka w literackiej firmie konsultingowej – „The Writer’s Workshop”. W 2006 roku Wendy opublikowała swoją pierwszą powieść „The Sense of Paper”, która zdobyła powszechne uznanie krytyków. Jej książki z gatunku literatury faktu stanowią przede wszystkim zapis życia wyjątkowych ludzi. Najnowsza książka Autorki „Urodzeni, by żyć” została wydana w Polsce w 2015 roku. Jest to niezwykła historia trzech matek, które rzuciły wyzwanie śmierci z rąk nazistów, aby dać życie swoim dzieciom. Wendy Holden napisała również kilka znaczących bestsellerów jako tak zwany ghostwriter. Są to między innymi takie pozycje, jak: „Behind Enemy Lines” – o niemieckiej Żydówce, która jest szpiegiem, „Till the Sun Grows Cold” – o młodej Angielce wciągniętej w wojnę w Sudanie oraz „Tomorrow to be Brave” – o jedynej kobiecie we francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Autorka ma na swoim koncie także kilka biografii gwiazd światowego formatu, jak aktorki Goldie Hawn pod tytułem „A Lotus Grows in the Mud” i – wydaną w Polsce – „Jesteś moją muzyką. Moje życie z Frankiem Sinatrą”, która jest zbiorem wspomnień Barbary Sinatry, żony piosenkarza. Obecnie Wendy Holden mieszka w Suffolk (Anglia).  




Agnes A. Rose: Wendy, to dla mnie wielki zaszczyt, że mogę gościć Cię na swoim blogu i porozmawiać z Tobą. Zacznijmy więc naszą rozmowę od Twojej najnowszej książki, która jest naprawdę szczególna i poruszająca. W „Urodzeni, by żyć” opowiadasz historię Priski, Racheli i Anki. One wszystkie były w ciąży, kiedy zostały przywiezione do Auschwitz II-Birkenau. Co zainspirowało Cię do sięgnięcia po tak trudny temat?

Wendy Holden: Stało się to po przeczytaniu nekrologu kobiety, która została uwięziona w Auschwitz i miała tam dziecko, które zmarło. Chociaż czytałam wiele książek o Holokauście, nigdy wcześniej nie czytałam nic o dzieciach, które urodziły się w obozach koncentracyjnych i właśnie to stało się moją misją. Byłam oszołomiona, kiedy odkryłam, że nie napisano wcześniej niczego na ten temat. Dalsze badania doprowadziły mnie do jednej matki, a potem do dwóch innych oraz do ich niezwykłych cudownych dzieci. Generalnie jest to pierwsza książka, która dokumentuje tego rodzaju historię.

Agnes A. Rose: Czy trudno było odnaleźć ocalałe dzieci Priski, Racheli i Anki? Jaka była ich reakcja, kiedy poinformowałaś ich, że zamierzasz opisać dramatyczną historię ich rodziny?

Wendy Holden: Najpierw natknęłam się na dziecko Anki – Evę – i tak się składa, że mieszka ona w Anglii godzinę drogi ode mnie. Spędziłam z nią jeden dzień, śmiałyśmy się i płakały, aż w końcu zapytałam, czy uczyniłaby mi ten zaszczyt i pozwoliła opisać historię swojej matki. Wyciągnęła rękę, dotknęła mojego ramienia i powiedziała: „Czekałam na ciebie przez prawie siedemdziesiąt lat.” Powiedziałam jej, iż wierzę, że jej opowieść będzie wyjątkowa, a ona odrzekła, że przez sześćdziesiąt pięć lat swojego życia myślała tak samo, ale potem odkryła dwoje innych dzieci, których matki były dokładnie w takiej samej sytuacji, jak jej mama. Wiedziałam wtedy, że muszę się z nimi skontaktować, jak również zapytać ich, czy mogę zamieścić ich historie w tej książce. Na szczęście dla mnie, Hana i Mark byli równie zachwyceni, a teraz są zadowoleni, że odwaga ich matek wreszcie została publicznie uhonorowana.

Agnes A. Rose: Znając realia obozu koncentracyjnego nie potrafię wyobrazić sobie jak Priska, Rachela i Anka były w stanie ukryć swoją ciążę. Dlaczego naziści nie zamordowali tych odważnych kobiet? Co zrobiły, że udało im się ocalić nie tylko swoje własne życie, ale też życie swoich dzieci?

Wendy Holden: Były w stanie ukryć ciążę, ponieważ dano im luźne ubranie, a każda matka była praktycznie zagłodzona i zaharowywała się na śmierć przez cały okres trwania ciąży. Do czasu narodzin dzieci każda z nich ważyła mniej niż siedemdziesiąt funtów (około trzydziestu dwóch kilogramów – przyp. tłum.), a waga niemowląt wynosiła poniżej trzech funtów (niewiele ponad kilogram – przyp. tłum.).

Agnes A. Rose: Priska, Rachela i Anka musiały być niezwykle silnymi kobietami nie tylko pod względem psychicznym, ale także fizycznym. Żyły w bardzo surowych obozowych warunkach, więc mogły przecież stracić swoje dzieci. Jak zdołały zadbać o swoje zdrowie? Czy to w ogóle było możliwe?

Wendy Holden: Każda matka po prostu powiedziałaby, że przeżyła, ponieważ to był łut szczęścia. Miały szczęście, że nie poddały się różnym chorobom, które szalały w obozie. Miały szczęście, że nie były chore i nie wysłano ich z powrotem do Auschwitz. Miały szczęście, że przed wojną były młode, sprawne i zdrowe i były w stanie przeżyć tę dramatyczną utratę masy ciała, plagę myszy, jak również zimne gorzkie i nie do zniesienia życie oraz warunki pracy.

Agnes A. Rose: Wszystkie dzieci urodziły się przed, podczas albo po tym, jak ich matki zostały przetransportowane do obozu pracy w Mauthausen w Austrii. To była siedemnastodniowa piekielna podróż pociągiem. Czy możesz powiedzieć nam coś więcej na temat okoliczności narodzin dzieci?

Wendy Holden & Hana Berger Moran
Hana jest córką Priski.
Wendy Holden: Priska urodziła Hanę na desce w niemieckiej fabryce w noc poprzedzającą ich ewakuację. Naziści przyglądali się temu, znacząco mrugali oczami i robili zakłady czy będzie to chłopiec, czy dziewczynka. Nie zamordowali ani jej, ani jej dziecka, ponieważ wiedzieli, że tak czy inaczej następnego dnia kobieta i jej córeczka zostaną zagazowane. Rachela urodziła Marka tydzień później w samym środku ulewy w otwartym wagonie węglowym w pociągu pełnym martwych i umierających kobiet. Była bliska śmierci i nigdy nie spodziewała się, że ona i jej mały noworodek przeżyją. Anka urodziła Evę z tyłu wozu pełnego zawszonych kobiet znajdujących się u bram obozu. Wrzucona do koszar razem z dzieckiem podczas, gdy naziści przygotowywali się do ucieczki, ona również nie spodziewała się, że przeżyje.

Agnes A. Rose: Co najbardziej przeraziło Cię podczas zbierania materiałów do książki? Jakie wydarzenie z obozowego życia Twoich bohaterek było najbardziej makabryczne?

Wendy Holden: Najprawdopodobniej najbardziej przerażające dla nich były doświadczenia w Auschwitz II-Birkenau. Każda z nich znalazła się pod kontrolą obdarzonego sokolim wzrokiem doktora Josefa Mengele, „Anioła Śmierci”. Każdą z nich pytał, czy jest w ciąży, a one wszystkie zaprzeczyły, zanim zostały wybrane do niewolniczej pracy. Gdyby ich stan został odkryty wtedy, gdy obóz Auschwitz wciąż działał, a doktor Mengele nadal był u władzy, zostałyby odesłane i potraktowane znacznie okrutniej, tak jak pozostali.

Agnes A. Rose: Z jakimi wyzwaniami musiałaś się zmierzyć podczas pisania „Urodzeni, by żyć”?

Wendy Holden: Jedyną drogą, przez jaką musiałam przejść podczas pisania, było skupienie się na odnalezieniu człowieczeństwa w bestialstwie. Te uwięzione kobiety i ich dzieci przeżyły dzięki życzliwości obcych ludzi. Historie ludzi, którzy ryzykowali swoje życie, aby pomóc kobietom, przywróciły moją wiarę w ludzką naturę.

Agnes A. Rose: Podczas naszej rozmowy nie mogę przestać myśleć o mężach kobiet. Mogłabyś powiedzieć nam, czy udało im się przeżyć obozy koncentracyjne?  

Wendy Holden: Niestety, tak się nie stało. Każdy z nich został zabity przez hitlerowców kilka tygodni lub nawet dni przed tym, zanim ich obozy zostały wyzwolone.

Agnes A. Rose: Jak wyglądało życie kobiet i ich dzieci po wyzwoleniu?

Wendy Holden: Było wstrząsające i niezwykle ciężkie. Nie tylko straciły mężów, ale też wielu członków najbliższej rodziny. Wróciły do swoich domów, aby odkryć, że ich mieszkania są zajęte, a ich dobytek skradziony. Musiały stawić czoło dalszemu antysemityzmowi i wszystkie, oprócz Priski pochodzącej ze Słowacji, uciekły, aby zacząć nowe życie za granicą.

Agnes A. Rose: Jakie spostrzeżenia odnośnie żydowskiego życia nasunęły Ci się podczas pisania najnowszej książki?

Wendy Holden: Na tej liście jest ich zbyt wiele, aby odpowiedzieć jednym zdaniem. Nie jestem Żydówką, więc dowiedziałam się bardzo dużo o ich bogatej kulturze, włączając w to fakt, że zgodnie z tradycją kładą na grobach kamienie zamiast kwiatów. Podczas pisania i gromadzenia materiałów do książki zbierałam białe kamyki na mojej miejscowej plaży i kiedy odwiedziłam groby matek dzieci, a było to w Ameryce, w Czechach i na Słowacji, położyłam trzy białe kamyki na każdym grobie, aby reprezentowały każdą z nich. Miałam też dodatkową garść kamieni i kiedy rozpoczęłyśmy książkę w Ameryce Północnej, troje dzieci umieściło moje ostatnie trzy kamienie na grobie amerykańskiego wyzwoliciela obozu koncentracyjnego, gdzie kobiety oczekiwały na śmierć; jego synowie byli świadkami tego gestu. To była głęboko poruszająca chwila.

Agnes A. Rose: Czasami słyszę, że tworzenie sztuki o Holokauście nie jest etyczne. Niektórzy redaktorzy powiedzieli nawet: „Żadnych więcej historii o Holokauście.” Jakie jest Twoje zdanie na ten temat? Czy byłaś tym zaniepokojona, kiedy pisałaś „Urodzeni, by żyć”?

Wydawnictwo: SONIA DRAGA 
Katowice 2015
Przekład: Przemysław Hejmej 
& Jerzy Rosuł
Wendy Holden: Ani razu. Nigdy poprzez żywą pamięć nie może być dosyć przypominania o tym, co wydarzyło się w Europie, a zwłaszcza, jeśli chodzi o te trzy niemowlęta, które wciąż żyją. Hitler i jego naziści byli w pełni przekonani, że umrą one razem z resztą europejskich Żydów. Siedząc obok tych żywych oddychających przykładów odwagi, buntu oraz nadziei i wiedząc, że w czasie ich życia zdołaliśmy zatriumfować nad tak wielkim złem, takie okresowe przypominanie pokazuje, że dobro może dominować. 

Agnes A. Rose: W Twojej książce przeczytałam, że podczas gromadzenia materiałów odwiedziłaś Polskę. Chciałabym Cię zapytać o Twoje doświadczenia z pobytu w Polsce. Czy jest coś, co najbardziej utkwiło Ci w pamięci?

Wendy Holden: Bardzo podobała mi się moja wizyta w Polsce, choć chyba najbardziej wstrząsającą częścią mojej pracy było przejść śladami matek w Auschwitz II-Birkenau. Kraków stał się jednym z moich ulubionych miast na świecie, udałam się również do Łodzi i Warszawy tak pięknie odbudowanych po wojnie. Mogę szczerze powiedzieć, że kiedy rozpoczynaliśmy książkę w Warszawie, to praktycznie wszędzie, gdzie byłam, niektóre z pytań, jakie otrzymywałam od czytelników były naprawdę interesujące i inteligentne. W dużej mierze dzięki położeniu geograficznemu Polska zdobyła swoje miejsce w historii jako centralna scena tamtego straszliwego czasu; bardzo zachęcano mnie, abym zobaczyła festiwal żydowski w Warszawie, a młodzi ludzie byli niesamowicie ciekawi tematu mojej książki. Tylko poprzez edukowanie i informowanie kolejnego pokolenia możemy czerpać korzyści z przeszłości.

Agnes A. Rose: Jak do tej pory napisałaś wiele książek. Czy „Urodzeni, by żyć” jest dla Ciebie tą najważniejszą?

Wendy Holden: Bez wątpienia „Urodzeni, by żyć” to moja najważniejsza książka pod względem historycznym. Napisanie jej było największym przywilejem mojego życia i uważam, że ta praca jest moją spuścizną.

Agnes A. Rose: Czy mogłabyś nam powiedzieć jak wyglądają Twoje spotkania z czytelnikami? Na co zwracasz uwagę podczas rozmów z nimi? Jakie pytania zadają?

Wendy Holden: W ciągu ostatnich ośmiu miesięcy podróżowałam do jedenastu państw, i w muzeach, księgarniach, synagogach, kościołach oraz na festiwalach literackich rozmawiałam z setkami ludzi na temat tej książki. Jak zwykle towarzyszy mi jedno z dzieci – czasem troje – i mówimy przez około godzinę, a zanim przyjdzie pora na zadawanie pytań, opowiadamy historię każdej matki. Gdziekolwiek pojedziemy ludzie są wyraźnie wzruszeni i często ze łzami w oczach ściskają ręce tych niezwykłych ocalałych osób. Niektórzy ludzie pragną poznać przebaczenie lub naturę zła. Wielu chce się dowiedzieć jaki wpływ miały na nich ich narodziny. Wszystkie dzieci są tak bardzo pozytywnie nastawione do życia, radosne i optymistyczne – podobnie jak niegdyś ich matki – że zwykle mówią, iż mają jedynie nadzieję na to, aby przypominać ludziom o tym, co się wtedy zdarzyło, ażeby już nigdy tego nie powtórzyć.

Agnes A. Rose: Jaki jest Twój kolejny projekt? Czy mogłabyś powiedzieć nam coś więcej na ten temat?

Wendy Holden: Lubię pisać historie, które inspirują mnie i innych ludzi. Obecnie pracuję nad kolejnymi inspirującymi wspomnieniami kogoś, kto został bardzo źle potraktowany przez życie, ale kto przekształcił to w coś dobrego i postanowił spróbować pomóc innym, którzy mieli mniej szczęścia niż on sam. Pracuję też nad nową powieścią, której akcja, pomimo że nie rozgrywa się w czasie wojny, to jednak jej echa czają się w tle.

Agnes A. Rose: Jestem Ci niezmiernie wdzięczna za ten wartościowy wywiad. Czy jest coś, co chciałabyś powiedzieć swoim polskim czytelnikom?

Wendy Holden: (Mam nadzieję, że mój polski jest poprawny). Dziękuję za zainteresowanie tą ważną i inspirującą książką. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i że odmieni Wasze życie tak samo, jak odmieniła moje. Wendy Holden x*



Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose




Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj.
If you want to read this interview in English, please click here







*W oryginale Wendy Holden ostatnie zdania  napisała w języku polskim [przyp. tłum.]




wtorek, 16 lutego 2016

Nora Roberts – „Trylogia Kręgu. Dolina Ciszy” # 3












Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2007
Tytuł oryginału: Valley of Silence
Przekład: Xenia Wiśniewska





Walka Dobra ze Złem to motyw, który w literaturze pojawia się praktycznie od początku jej istnienia. Są to podstawowe pojęcia etyczne, które generalnie służą do oceny ludzkiej moralności oraz społecznych zjawisk. Te obydwie siły zawsze stają naprzeciwko siebie i symbolizują skrajnie różne wartości, postawy i zachowania, dlatego też stawiane są w opozycji do siebie nawzajem. Dobro i Zło toczą ze sobą odwieczną walkę, zmagając się na rozmaitych płaszczyznach oraz na szereg różnych sposobów. Ta batalia polega na pojedynku pomiędzy wzniosłymi i niezwykle szlachetnymi postaciami, jak również wartościami, ideałami i postawami a okrucieństwem, cynizmem, brakiem jakiejkolwiek moralności oraz wszystkimi zachowaniami, które doprowadzają do wyrządzenia szkody drugiemu człowiekowi. W tym miejscu można zadać sobie pytania: Która ze stron wygrywa tę walkę i jakim kosztem to robi? Jak rzeczona walka wygląda?

Dobro i Zło stacza ze sobą wzajemnie batalię nie tylko w dziełach wybitnych pisarzy klasycznych, ale także na kartach współczesnej beletrystyki popularnej. Przykładem takich książek jest trylogia Nory Roberts, którą właśnie skończyłam czytać. Autorka stawia naprzeciwko siebie dwa światy: ludzi i wampirów. Ci pierwsi muszą robić wszystko, aby nie dopuścić do zniszczenia ludzkości, zaś ci drudzy są żądni zemsty i pragną jednego: zmiecenia z powierzchni ziemi każdego, kto jest człowiekiem. Pierwszą grupą dowodzi celtycka bogini Morrigan, która pomimo że jest patronką wojen i śmierci nie chce zagłady ludzkości, lecz pragnie ją ocalić. Z kolei drugiej grupie przewodzi wampirzyca Lilith, która dąży jedynie do wyrównania rachunków i zapanowania nad światem. Chce, aby od tej pory po ziemi chodziły tylko te istoty, które ona sama stworzy. Niestety, wszystko wskazuje na to, że jej okrutne działania tak naprawdę obrócą się przeciwko niej.

Już jakiś czas temu bogini Morrigan wybrała sześcioro śmiałków, którzy muszą zebrać armię ludzi, aby stawić opór wojsku Lilith. Bogini nazwała ich Kręgiem Sześciu i dała im władzę nad zwykłymi ludźmi. Jej wybrańcy nie są zwyczajni. Są wśród nich czarnoksiężnicy, pogromczyni demonów, przyszła królowa średniowiecznego państwa o nazwie Geallia, jej kuzyn, który na zawołanie potrafi wcielać się w rozmaite postacie, a także nawrócony wampir. Ten ostatni dodatkowo ma do wyrównania osobiste rachunki z Lilith. Pomimo że wampirzyca zapewniła mu nieśmiertelność, on nie jest jej za to wdzięczny. Chociaż żyje na ziemi od prawie tysiąca lat, to jednak nie może pogodzić się z losem, jaki zafundowała mu Lilith. Wniosek zatem z tego jest taki, że Morrigan wybierając Ciana doskonale wiedziała, co robi. Nie ma bowiem dla Lilith niczego straszniejszego, niż zbuntowany wampir, który stanowi dla niej jeszcze większe zagrożenie, niż zwykły człowiek. Cian MacCionaoith zna doskonale słabe strony królowej wampirów i nie zawaha się w nie uderzyć.


Ludzie bawiący się w święto Samhain, czyli od zachodu słońca 31 października do zachodu słońca 1 listopada. To właśnie w noc Samhain ma odbyć się decydująca bitwa pomiędzy światem ludzi a światem wampirów. Jest to celtyckie święto obchodzone z okazji końca lata. 
Obraz został namalowany w 1883 roku.
autor: Daniel Maclise (1806-1870)


Już nie pierwszy raz przekonałam się, że nigdy nie należy oceniać powieściowej serii zanim nie doczyta się jej do końca. Pisząc o drugim tomie Trylogii Kręgu byłam przekonana, że Nora Roberts niczym mnie już nie zaskoczy. O ile Magia i miłość wciągnęła mnie w swoją fabułę, o tyle Taniec Bogów wydawał mi się nieco mdły i nudny, ponieważ nie było tam żadnej dynamiki. Bohaterowie przygotowywali się do stoczenia decydującej walki i oczywiście przeżywali swoje gorące romanse. Teraz natomiast jestem skłonna przyznać, że Dolina Ciszy to zdecydowanie najlepsza część trylogii. Zbliża się bowiem finał tego, nad czym przez kilka tygodni pracowali Hoyt, Glenna, Larkin, Blair, Moira i Cian. Nareszcie udaje im się wyszkolić niemalże do perfekcji armię legendarnej krainy o nazwie Geallia. Żołnierze są już gotowi do stoczenia walki życia z wampirzycą Lilith i jej mocami ciemności.

W Magii i miłości Hoyt i Glenna zakochali się w sobie i w konsekwencji tego uczucia połączyli się węzłem małżeńskim. Na kartach Tańca Bogów to Larkin i Blair wyznali sobie miłość aż po grób, co oczywiście zaowocowało zaręczynami i planami na wspólną przyszłość. Nie dziwi więc fakt, że w Dolinie Ciszy przyjdzie kolej na ostatnią parę z Kręgu Sześciu, czyli na Ciana i Moirę. Jak można już na wstępie przypuszczać, nie będzie to związek łatwy, ponieważ Cian jest wampirem, zaś Moira człowiekiem. Cian już zawsze będzie nieśmiertelny, jego wygląd nigdy się nie zmieni pomimo że żyje na świecie setki lat, natomiast władczyni Gealli kiedyś się zestarzeje i umrze. Oczywiście Cianowi także grozi śmierć w sytuacji, gdyby ktoś potraktował go ogniem, przebił mu klatkę piersiową drewnianym kołkiem albo po prostu obciął mu głowę ostrym narzędziem. Są jeszcze inne sposoby na pozbycie się wampira, ale zwykli ludzie nie mają nawet pojęcia, czym tak naprawdę jest Cian, więc z ich strony raczej nic mu nie grozi. To on może ich zaatakować, jeśli poczuje głód, a świńska krew już mu nie wystarczy do jego zaspokojenia.


Kobieta wampir
Obraz pochodzi z 1895 roku.
autor: Edvard Munch (1863-1944)


Praktycznie przez cały trzeci tom wampirzyca Lilith testuje wytrzymałość Kręgu Sześciu, zdając sobie sprawę ze swoich słabości. Ona tak naprawdę wcale nie jest taka doskonała, jak można byłoby przypuszczać. Niemniej robi wszystko, aby nasi dobrzy bohaterowie nie poczuli się zbyt pewnie. Przyznam, że Nora Roberts zaskoczyła mnie opisem decydującej bitwy, która odbyła się w pewną szczególną noc. Jest w tym sporo dynamizmu, magii, ognia i oczywiście ryzykownych sytuacji. Nie obywa się też bez strat w ludziach.

Z kolei Lilith pokazana jest nie tylko jako bezwzględna wampirzyca, ale też jako kochająca matka. Oczywiście nie można mówić w tym kontekście o matce jako takiej, bo przecież Lilith sama stworzyła sobie syna, zabierając dziecko jakimś przypadkowym ludziom, którzy akurat świetnie bawili się podczas wakacji. Chodzi głównie o jej uczucia. Okazuje się bowiem, że wampirzyca potrafi cierpieć i wylewać krwawe łzy spowodowane bólem i stratą.

Zaskakujące jest również samo zakończenie. Choć z jednej strony bardzo przewidywalne, jeśli chodzi o wynik bitwy, to jednak z drugiej pokazuje, ile tak naprawdę można poświęcić w imię prawdziwej miłości. Wiadomo, że Nora Roberts znana jest z tego, że zakończenia jej książek zawsze są szczęśliwe, to jednak nie do końca można przewidzieć, w jaki sposób do tego szczęścia dojdzie. Tak właśnie jest w tym przypadku. Nie martwiłam się zanadto o los głównych bohaterów – oczywiście tych pozytywnych – ale nie sądziłam też, że rozwiązanie problemu dotyczącego związku Ciana i Moiry będzie wyglądać tak, jak zaproponowała to Nora Roberts.

Prócz powyższego Autorka położyła także nacisk na uczucie prawdziwej przyjaźni. Wyraźnie widać, że cała szóstka naszych pozytywnych bohaterów jest ze sobą związana niezwykle silnym uczuciem przyjaźni i każdy z Kręgu Sześciu bardzo mocno przeżywa to, co akurat dzieje się z pozostałymi wybranymi. Choć niejednokrotnie dochodzi między nimi do sprzeczek, to jednak w efekcie stają za sobą murem i próbują zrozumieć postępowanie tej drugiej strony. Są przerażeni, jeśli dzieje się coś złego i używają całej swojej mocy, aby tylko nie dopuścić do katastrofy. Za nic w świecie nie chcą stracić siebie nawzajem. Już nawet planują, jak będą żyć, kiedy to wszystko się skończy. Pamiętajmy, że pochodzą z różnych światów i któregoś dnia będą musieli dojść do jakiegoś kompromisu, aby tylko móc nadal utrzymywać ze sobą kontakt.

Myślę, że cała trylogia zasługuje na uwagę. Książki są dobre dla tych czytelników, którzy preferują literaturę wampiryczną, lubią gorące romanse, a także chcą odpocząć od literatury bardziej wymagającej, przy której nie można przestać myśleć o tym, co się akurat czyta. Oczywiście zagorzałych fanów Nory Roberts nie muszę namawiać do sięgnięcia po tę trylogię. Jeśli bowiem pała się sympatią do twórczości jakiegoś autora, to już samo nazwisko wystarczy, aby sięgnąć po jego książki.







sobota, 13 lutego 2016

Kate Morton – „Zapomniany ogród”













Wydawnictwo: ALBATROS A. KURYŁOWICZ
Warszawa 2009
Tytuł oryginału: The Forgotten Garden
Przekład: Anna Dobrzańska




W 1911 roku po raz pierwszy opublikowana została bestsellerowa powieść zatytułowana Tajemniczy ogród. W miarę upływu lat sukcesywnie pojawiały się na rynku wydawniczym kolejne jej wydania. Autorką książki jest angielska powieściopisarka Frances Hodgson Burnett (1849-1924). Pomimo że książka generalnie skierowana jest do młodego czytelnika, to jednak zyskała sobie sympatyków również wśród tych dużo starszych odbiorców. Historia opowiedziana przez Frances Hodgson Burnett jest niezwykle pouczająca, a do tego napisana w wyjątkowo magicznym klimacie. Chociaż mijają lata, powieść nadal zachwyca. Na rynku wydawniczym ukazują się kolejne jej wydania, a krąg czytelników stale się powiększa. Czy taki sam los pisany jest powieści Kate Morton? Któż to może wiedzieć. Aczkolwiek jedno jest pewne. Książka wciąga już od pierwszej strony, natomiast niedociągnięcia redakcyjne polskiej wersji nie są aż tak straszne, kiedy książkę czytamy jednym tchem.

Możliwe, że zastanawiacie się, dlaczego wspomniałam powyżej o Tajemniczym ogrodzie autorstwa Frances Hodgson Burnett. Otóż zrobiłam to dlatego, że Zapomniany ogród jest hołdem złożonym pani Hodgson Burnett i jej powieści. Kate Morton nie tylko wykorzystała motyw tajemniczego ogrodu otoczonego wysokim murem, ale także wprowadziła do fabuły postać pisarki. Tak więc w pewnym momencie na kartach powieści czytelnik spotyka Frances Hodgson Burnett jak żywą. Oczywiście nie należy spodziewać się, że odgrywa ona jakąś szczególną rolę i wywiera znaczący wpływ na poszczególne wydarzenia. Jej obecność jest jedynie urozmaiceniem fabuły, natomiast w żadnym razie nie wnosi do niej niczego, co mogłoby oddziaływać na bieg zdarzeń. Niemniej sam pomysł zasługuje na pochwałę.

Frances Hodgson Burnett
fot. Herbert Rose Barraud (1845-896)
Przejdźmy jednak do Zapomnianego ogrodu. Każdy, kto czytał powieści Kate Morton wie, że Autorka tworzy je według tego samego schematu. Kreuje bohaterów, którzy żyją w teraźniejszości, przez zupełny przypadek odkrywają jakąś tajemnicę z przeszłości (zazwyczaj taką, która dotyczy członków ich rodziny), a potem robią wszystko, aby tylko móc tę mroczną zagadkę rozwikłać. Zawsze też czytelnik przenoszony jest w przeszłość, aby mógł poznać historię ludzi, którzy obecnie są już albo bardzo starzy, albo nie żyją. Zapomniany ogród to powieść, której fabuła stworzona jest na trzech płaszczyznach czasowych. I tak oto przykładowo jesteśmy w roku 2005, aby w kolejnym rozdziale przenieść się do połowy lat 70. XX wieku, a potem jeszcze dalej, bo aż do początku XX wieku. Później następuje powrót do teraźniejszości i cała zabawa zaczyna się od nowa.

Zacznijmy może od teraźniejszości. W szpitalu w australijskim Brisbane umiera prawie stuletnia Nell Andrews. Przy jej łożu śmierci czuwa oddana wnuczka Cassandra Ryan. Kobieta bardzo mocno przeżywa nieuniknioną śmierć babci, ponieważ jest z nią niezwykle silnie związana emocjonalnie. Kiedy nie mogła liczyć na miłość własnej matki, wtedy Nell przyjęła ją pod swój dach i obdarzyła uczuciem. Praktycznie była dla niej zarówno matką, jak i babcią w jednej osobie. Cassandra również nie miała łatwego życia. Los dramatycznie ją doświadczył i teraz kobieta nie potrafi już normalnie funkcjonować. Tragiczna przeszłość wciąż wyciska z jej oczu łzy bólu. Pomimo że Cassandra ma jeszcze dalszą rodzinę – no i oczywiście matkę i rodzeństwo – to jednak nie widzi szansy na bliższy kontakt z nimi. To babcia Nell była jej całym światem i to ona uczyła, jak żyć i jak być szczęśliwą.

W końcu Nell umiera. Po pogrzebie Cassandra poznaje tajemnicę, którą przez lata nosiła w sercu jej babcia. Poza tym okazuje się, że w testamencie Nell Andrews zapisała swojej wnuczce dom, a właściwie chatkę wybudowaną gdzieś na klifie w dalekiej Kornwalii. Jak to się stało, że Nell weszła w jej posiadanie? Kiedy i dlaczego kupiła dom tak daleko od miejsca, w którym mieszkała przez całe swoje życie? Jaka tajemnica łączy się z tamtym miejscem? Dlaczego nigdy się tam nie przeprowadziła? Cassandra musi zatem zdecydować, co powinna zrobić z takim niecodziennym podarunkiem. Najpierw musi więc polecieć do Anglii i na własne oczy zobaczyć, jak wygląda miejsce, którym obdarowała ją Nell. Od tej pory życie kobiety nie będzie już takie samo. Podróż do Kornwalii okaże się punktem zwrotnym w jej monotonnym życiu. W dodatku nie będzie mogła oprzeć się pragnieniu poznania do końca historii życia Nell Andrews.

Ogród w majątku Blackhurst, 
gdzie wszystko się zaczęło.
A teraz cofnijmy się do roku 1913. Czasy są bardzo niespokojne, ponieważ już niedługo wybuchnie wojna. Pewnego dnia na pokład statku płynącego z Londynu do Maryborough wchodzi czteroletnia dziewczynka, a towarzyszy jej młoda i piękna kobieta. Dziecko ma przy sobie jedynie maleńką białą walizkę. Dziewczynka jest bardzo grzeczna i posłusznie wykonuje polecenia swojej opiekunki. Kiedy ta każe jej zostać na pokładzie i czekać, dziecko robi to bez choćby jednego słowa sprzeciwu i zbędnych pytań. Ufa kobiecie, bo bardzo dobrze ją zna, a w myślach nazywa „Autorką”. Wie, że ta szybko wróci, aby potem móc już tylko popłynąć w nieznane i rozpocząć nowe życie. Niestety, statek w końcu odpływa, a kobieta, która zostawiła dziecko na jego pokładzie nie dociera do portu na czas. Tak więc nasza mała podróżniczka sama bez żadnej opieki zmierza do Australii. Nie obywa się oczywiście bez przykrych sytuacji.

Ostatecznie dziewczynka dociera na miejsce, ale nikt tam na nią nie czeka. Na szczęście zwraca na siebie uwagę mężczyzny, który pracuje na nabrzeżu. To Hugh O’Connor. Kiedy już jest pewien, że na czterolatkę nikt nie czeka, mężczyzna zabiera ją do swojego domu. Wraz z żoną od lat starają się o potomstwo, ale jakoś nic z tego nie wychodzi. Tak więc znaleziona dziewczynka spada im jak z nieba. Są niezwykle szczęśliwi, że mogą się nią zaopiekować. I tak mija dwadzieścia jeden lat. W międzyczasie umiera żona Hugh, a on sam wciąż bije się z myślami, czy powinien powiedzieć swojej córce prawdę o jej pochodzeniu. Jakoś tak się później szczęśliwie złożyło, że na świat przyszły również biologiczne dzieci Hugh i Lil. Niemniej, to mała podróżniczka jest tą, która zajmuje najwięcej miejsca w sercu Hugh. Ostatecznie mężczyzna decyduje się na wyznanie prawdy, czym sprawia, że poukładane dotychczas życie młodej kobiety rozsypuje się niczym domek z kart. Kim zatem jest przybrana córka O’Connorów? Dlaczego jakaś nieznajoma kobieta wprowadziła ją na pokład statku, a potem w tajemniczych okolicznościach zniknęła? Czy dziewczynie uda się kiedyś poznać prawdę o ludziach, z którymi spędziła pierwsze cztery lata swojego życia? Kim byli i dlaczego pozwolili jej zniknąć? Dlaczego nikt nigdy jej nie szukał?

Pomimo że Zapomniany ogród to powieść o kilku kobietach, które w mniejszym lub większym stopniu odgrywają swoje role, to jednak w samym centrum uwagi znajduje się Nell Andrews. To jej historia ma tutaj zasadnicze znaczenie. Tajemnice, którymi owiane jest jej życie mogą nigdy nie zostać odkryte. A jeśli nawet ujrzą światło dzienne, to czy Nell będzie mogła z nimi żyć? Czy poznane fakty nie sprawią jej zbyt wiele bólu? Może byłoby lepiej, gdyby pozostały tam, gdzie ich miejsce, czyli w grobach tych, którzy – może zupełnie nieświadomie – zaplanowali jej życie? I co wspólnego z tym wszystkim mają baśnie pisane przez niejaką Elizę Makepeace? Kim była pisarka, która wydając tylko jeden zbiór tekstów dla dzieci zdobyła niewiarygodną sławę?

Wydanie australijskie (II)
Wydawnictwo: ALLEN & UNWIN
październik 2012 
Ponieważ bardzo lubię, kiedy autor zabiera mnie w podróż po różnych płaszczyznach czasowych, nie przeszkadzało mi, że czasami musiałam wytężyć umysł, aby jakoś ogarnąć chronologicznie szereg wydarzeń pojawiających się na kartach książki. Przyznam, że były momenty, kiedy wydawało mi się, że jest tego stanowczo zbyt dużo, a tych wszystkich zakrętów losu nic już nie zdoła wyprostować. Pomyślałam sobie nawet, że Kate Morton gdzieś się wyłoży, mówiąc kolokwialnie. I w końcu trafiłam na jeden fragment, który logicznie nie pasował mi do całości. Nie wiem tylko czy jest to błąd Autorki, czy może zawiniła polska redakcja.

Na pewno tym, co dodatkowo dodaje uroku powieści jest wprowadzenie do tekstu takich elementów, jak: listy pisane przez niektórych bohaterów, fragmenty ich dzienników, czy też teksty kilku baśni, które stworzyła Eliza Makepeace. Czasami można odnieść wrażenie, że to, co dobre przytłaczane jest przez zło, które szczególnie dotyka małe i niewinne dzieci. Bardzo mnie to poruszyło. Jest bowiem jedna bohaterka, która wręcz przechodzi samą siebie, aby tylko jak najdotkliwiej skrzywdzić dzieci, które są pod jej opieką. Nie lepsza jest także właścicielka majątku Blackhurst, gdzie tak naprawdę rozgrywa się większa część akcji osadzonej w przeszłości. To miejsce wręcz kipi od negatywnych emocji. Mury Blackhurst są świadkiem rozmaitych wydarzeń, które po latach odbiją się negatywnie na życiu wielu osób. Gdyby więc potrafiły mówić, to z pewnością mogłyby opowiedzieć niejedną tragiczną historię.

Trochę żałuję, że Kate Morton nie zdecydowała się poświęcić więcej miejsca Cassandrze Ryan. Jej życie zaczyna się nagle odmieniać nie tylko za sprawą odkrywania tajemnicy swojej babki, ale także dlatego, że wkracza w nie przystojny Christian Blake. Oczywiście można domyślić się, że ich wzajemne relacje znacznie wykroczą poza te czysto przyjacielskie, ale jednak brakowało mi ich rozwinięcia. Zakładam, że koncepcją Autorki było skupienie uwagi na tym, co działo się w przeszłości. Moim zdaniem takie rozwiązanie wpłynęło niekorzystnie na wydarzenia mające miejsce w teraźniejszości, która w takim wydaniu jest – jak dla mnie – niekompletna.  

Najprawdopodobniej w maju tego roku ukaże się w Polsce najnowsza powieść Kate Morton zatytułowana Dom nad jeziorem. Jak już zdążyłam przeczytać, będzie to kolejna książka napisana do tego samego schematu. Czytelnik ponownie zostanie zabrany do tajemniczego opuszczonego domu z równie tajemniczym i zaniedbanym ogrodem. A potem pojawi się historia małego chłopca, który zniknął bez śladu. W końcu zostaniemy przeniesieni do 1933 roku, aby dowiedzieć się co też takiego się wtedy wydarzyło. Po raz kolejny będzie również o kobiecie z literackimi ambicjami. Chociaż powieści Kate Morton są bardzo dobre i naprawdę wciągają, to jednak drażni mnie to, że Autorka wciąż kręci się wokół tego samego schematu. To tak, jakby w ogóle nie chciała się rozwijać. Dlaczego nie zaskoczy czytelnika czymś oryginalnym? Nowym? Dlaczego nie napisze wreszcie powieści, która schematycznie znacząco odbiegałaby od tych, które już znamy?