Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

piątek, 29 stycznia 2016

Maciej Jastrzębski – „Klątwa gruzińskiego tortu”















Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. Dziękuję!




Wydawnictwo: HELION/EDITIO
Gliwice 2014




Gruzja to kraj o niezwykłej historii i kulturze. Szczególne położenie geograficzne uzasadnia tożsamość kulturową, która znacząco odróżnia Gruzję od innych państw. Z jednej strony leży na skrzyżowaniu Europy i Azji, a jednocześnie zajmuje centralne miejsce na Kaukazie pomiędzy Morzem Czarnym i Morzem Kaspijskim, gdzie zawsze odgrywała istotną rolę. Według badań archeologicznych na terytorium Gruzji prawie dwa miliony lat temu żyli pierwsi w Europie przedstawiciele rodziny człowiekowatych (hominidy). Naukowcy uważają, że byli oni pierwszymi Europejczykami, natomiast Gruzja jest krajem, z którego przemieścili się do innych części Europy. Studiując oryginalną historię Szulaweri można dowiedzieć się, że to właśnie Gruzja jest pionierem w uprawie winorośli i zakładaniu winiarni. Na podstawie tychże faktów Gruzja uważana jest za miejsce narodzin wina. Na jej terytorium wciąż spotyka się kilkadziesiąt odmian winogron, zaś gruzińskie wina cieszą się ogromną popularnością na całym świecie. Nie należy zapominać również o produkcji herbaty.

Z powodu specyficznego położenia geograficznego Gruzja już od czasów starożytnych jest obszarem niezwykle komfortowym, jeśli chodzi o turystykę i handel. Swego czasu na terytorium Gruzji przybywali Argonauci, czyli greccy żeglarze, a opowieść o ich podróżach przetrwała do dziś dzięki mitologii greckiej. Zasadniczym celem wyprawy Argonautów do Gruzji była przemożna chęć zdobycia Złotego Runa, czyli skóry wraz z sierścią należącej do mitycznego skrzydlatego złotego barana Chrysomallosa. Tak więc mit o Złotym Runie odzwierciedla historię pierwszych powiązań Gruzji ze starożytną Grecją. Według legendy złoto znajdujące się na zboczach Kaukazu ekstrahowano przez zanurzenie złotej owczej skóry w wodzie rzeki. Tego rodzaju metoda wydobywania kruszcu nadal występuje w gruzińskich górach w regionie Swanetii.

Średniowieczny fresk przedstawiający
króla Dawida IV Budowniczego. 
W czasach starożytnych po upadku Imperium Achemenidów, czyli innymi słowy dynastii panującej w Iranie w latach 550-330 przed naszą erą, która została ostatecznie pokonana przez Aleksandra Macedońskiego (356-323 p.n.e.), Jedwabny Szlak łączący Azję z Europą, został zagrożony. Fakt ten sprawił, że zaczęto omijać drogę prowadzącą do Syrii i Iranu, co oczywiście korzystnie przysłużyło się całej Gruzji. Wpływy z Zachodu – najpierw ze strony Rzymu – a następnie spadek po kulturze Bizancjum ze Wschodu oraz z Iranu i islamskiego kalifatu pomogły w rozprzestrzenianiu się innych orientalnych cywilizacji, co z kolei pozwoliło Gruzji wzbogacić się o niewiarygodne wartości kulturowe. To właśnie w Gruzji powstał unikatowy alfabet, który jest jednym z czternastu oryginalnych zapisów znanych do tej pory na całym świecie. W tym samym czasie gruzińska architektura osiągnęła bezprecedensowy sukces, który przejawia się przede wszystkim w budowie różnych kościołów i klasztorów, z których większość wciąż znajduje się na terenie Gruzji. Obok ortodoksyjnych gruzińskich kościołów prawosławnych znajdują się tam także kościoły katolickie, jak również żydowskie synagogi i muzułmańskie minarety.

W niektórych gruzińskich miastach można spotkać oddalone od siebie o mniej niż sto metrów kościoły różnych wyznań religijnych, które historycznie charakteryzują gruzińską kulturę oraz pokojowe współistnienie rozmaitych religii, co oczywiście podkreśla, jak wielka tolerancja kulturalna i wyznaniowa występuje w tym państwie. Apogeum gruzińskiej kultury i państwowości stanowi okres panowania króla Dawida IV Budowniczego (1073-1125; rządy: 1089-1125) oraz królowej Tamary (1160-1213; rządy: 1184-1213), kiedy to gruzińska sztuka, architektura i literatura osiągnęły swoje najwyższe uznanie. W historii Gruzji wiek XII nazywany jest Złotą Erą.

Pomimo dezintegracji politycznej i częściowej utraty niepodległości w XVII i XVIII wieku, kultura gruzińska nadal mogła wybierać ze swojej bogatej tradycji i ożywienia regionalnych centrów, co w różny sposób znajdowało swoje odzwierciedlenie we wszystkich historycznych częściach kraju. W latach 1801-1991, pomimo pierwszego podboju Gruzji przez Imperium Rosyjskie, a następnie w wyniku reżimu sowieckiego, kultura gruzińska zachowała swoje tradycje i chroniła je przed zniszczeniem. W 1991 roku Gruzja odzyskała niepodległość (po raz pierwszy stało się to w 1918 roku, ale wtedy jej niepodległość trwała jedynie trzy lata), natomiast po rewolucji róż w 2003 roku Gruzja okazała się ścieżką rozwoju gospodarczego. Poza tym nastąpiła jej przebudowa oraz zaczynała tworzyć się europejska kultura tradycji. Fakt ten doprowadził do znacznego ożywienia się turystyki Gruzji.

Bogata gruzińska kultura czyni kraj jeszcze bardziej interesującym pod względem różnorodności regionów historycznych. Kultura tych obszarów – pomimo że powstały w tym samym czasie historycznym – jest zróżnicowana pod względem stylu życia i tradycji. Z drugiej strony jednak różnorodność ta wzbogaca nawzajem poszczególne regiony, co z kolei sprawia, że gruzińska kultura posiada naprawdę wiele twarzy. Na przykład Kachetia już w starożytności znana była z tradycyjnej produkcji wina, natomiast w Kartlii znajduje się wiele starożytnych i średniowiecznych miast, jak: Uplisciche, Mccheta, Tbilisi, Samszwilde czy Delisi. Z kolei w Dżawachetii znajdują się wyjątkowe uzdrowiska i lecznicze wody mineralne, natomiast Abchazja i Adżaria to nadmorskie kurorty, a Samegrelo słynie z pysznego jedzenia. W Imeretii zobaczymy historyczne zabytki, zaś w Swanetii znajdziemy unikalne średniowieczne wieże, a w Racza-Leczchumi – niezapomniane góry.


Tbilisi z drugiej połowy XIX wieku
Obraz powstał około 1876 roku.
autor: John Buchan Telfer (?-1907)

Wszystkie powyższe regiony Gruzji łączy ze sobą bogata historia oraz niepowtarzalne kulturowe dziedzictwo, jak również różnorodność kulinarna i powszechnie znana kaukaska gościnność. To wszystko sprawia, że od wieków Gruzja jest podziwiana przez tych, którzy ją odwiedzają. Nie inaczej wynika też z książki Macieja Jastrzębskiego, który w niezwykle malowniczy sposób opowiada nam o tym niesamowitym kraju i jego mieszkańcach. Gruzja nie miała łatwej historii. Całkiem niedawno, bo w 2008 roku, przez państwo przetoczył się poważny konflikt zbrojny pomiędzy gruzińskimi siłami wojskowymi a armią separatystycznej Osetii Południowej, Abchazji i Rosji. Wojna wybuchła w nocy z 7 na 8 sierpnia 2008 roku, kiedy oczy całego świata zwrócone były na Igrzyska Olimpijskie w Pekinie. Na pewno wielu z nas pamięta tamto wydarzenie. Ówczesne polskie władze stanowczo opowiedziały się wtedy po stronie Gruzinów, co oczywiście nie sprzyjało poprawnym relacjom z Rosją. Trzeba wiedzieć, że mieszkańcy Gruzji chyba od zawsze niezwykle serdecznie wypowiadali i nadal wypowiadają się o Polsce i Polakach. W naszym narodzie widzą przyjaciół, a sympatia jest obustronna. Tak naprawdę nikt do końca nie potrafi stwierdzić jednoznacznie, skąd taka życzliwość. Ona po prostu jest i nie wiadomo co też musiałoby się stać, aby uczucia te uległy zmianie.

Gruzini twierdzą, że terytorium, na którym zamieszkują tak naprawdę pochodzi od samego Boga, który oddał im skrawek ziemi, na którym sam chciał zamieszkać. Dlatego też kraj ten jest tak piękny pod względem krajobrazowym. Do tego dochodzi jeszcze wielokulturowość. Z drugiej strony jednak trzeba pamiętać, że nawet najpiękniejszy kawałek ziemi nie budziłby sympatii innych, gdyby nie ludzie, którzy go zamieszkują. A Gruzinów naprawdę nie można nie polubić. Z książki Macieja Jastrzębskiego czytelnik dowiaduje się nie tylko szeregu ciekawostek na temat historii tego szczególnego kraju, ale także poznaje niesamowitych ludzi, którzy diametralnie różnią się od Polaków nie tylko pod względem kulturowym, ale także w kwestii sposobu bycia. Odkąd pamiętam, to zawsze o Polakach mówiono, że jesteśmy narodem niezwykle gościnnym i nikt nie będzie czuł się u nas obco. Czytając Klątwę gruzińskiego tortu odniosłam wrażenie, że nasza polska gościnność znacznie odbiega od tej, którą serwują innym Gruzini. Oni nie boją się zaprosić nieznajomego do domu. A wręcz przeciwnie. Robią wszystko, aby przybysz czuł się w ich progach, jak we własnych czterech ścianach. Jest śpiew, niezliczona ilość toastów i cała masa rozmaitych opowieści, których słucha się z zapartym tchem. Czy w Polsce taka sytuacja nadal ma miejsce? Czy Polacy żyją tak jak ich dziadowie, którzy spotykali się gdzieś pod strzechą i opowiadali historie, od których czasami wręcz włos jeżył się na głowie?


Cerkiew znajdująca się w centrum Uplisciche
fot. Kober
źródło

Maciej Jastrzębski w swojej książce nie skupia się jedynie na historii i trudnej sytuacji politycznej Gruzji. Autor pokazuje życie zwyczajnych ludzi, którzy każdego dnia muszą zmagać się z problemami, jakie przynosi im życie. Pomimo niełatwych czasów potrafią naprawdę cieszyć się tym, co mają i emanować na innych niezwykłym optymizmem. Można ich za to jedynie podziwiać, ponieważ w mniejszym bądź większym stopniu polityka i przepychanki na poszczególnych szczeblach władzy, a co za tym idzie również nadzór ze strony Unii Europejskiej, dotyka praktycznie każdego Gruzina. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj stosunek mieszkańców Gruzji do Rosjan. Na pewno nie są to relacje przyjazne, jak w przypadku Polski.

Niedawno czytałam inną książkę Macieja Jastrzębskiego – Krym. Miłość i nienawiść – którą byłam zachwycona. Nie inaczej jest i tym razem. Lekkie pióro Autora i barwne opowieści z kraju charakteryzującego się niezwykłą egzotyką sprawiają, że czytelnik nie potrafi oderwać się od lektury. Maciej Jastrzębski swoją podróż po Gruzji, która oczywiście ma związek z zawodem, jaki wykonuje, odbywa w towarzystwie sympatycznego i mądrego taksówkarza o imieniu Dżaba, który jednocześnie jest także jego przewodnikiem. Mężczyzna tak naprawdę staje się w pewnym momencie jednym z bohaterów tej gruzińskiej opowieści. Dżaba ma swoją własną historię, z którą zmaga się już od wielu lat. Czy wreszcie nadejdzie czas, kiedy będzie mógł stawić czoło przeszłości? Oprócz historii Dżaby czytelnik poznaje także losy Aleksandra. Mężczyzna jest ulicznym grajkiem, ale czy na pewno można uznać go jedynie za „flecistę z podziemnego przejścia”?


Katedra Bagrata w Kutaisi (prowincja Imertia)
fot. Kober
źródło

Myślę, że książka jest po prostu wyjątkowa, zaś każdy, kto chciałby zagłębić się w szczególnym gruzińskim klimacie, powinien po nią sięgnąć bez zastanowienia. Podobnie jak w przypadku książki Krym. Miłość i nienawiść, tym razem również miałam problem z jednoznacznym zakwalifikowaniem tej pozycji do konkretnego gatunku literatury. Z jednej strony jest to reportaż, lecz z drugiej czyta się, jak powieść obyczajową, której akcja osadzona jest w realiach współczesnej Gruzji. Może gdyby nie fakt, że czytelnik na każdym kroku spotyka ludzi, którzy są z krwi i kości prawdziwi i nie ma w tym żadnej fikcji, wówczas łatwiej byłoby przydzielić książkę do określonego gatunku. Na pewno jest to literatura faktu. W tej kwestii nie ma żadnych wątpliwości. Cieszy mnie bardzo, że Maciej Jastrzębski nie pisze swoich książek w stylu suchych relacji z podroży zawodowych. Przypuszczam, że wtedy nie byłyby one takie interesujące. Ludzie chcą bowiem poznawać życiowe historie innych i jednocześnie pragną się z tymi historiami identyfikować. A Gruzini choć tak różni od Polaków, to jednak mają z nami wiele wspólnego. Łączy nas przede wszystkim historia, o czym dość obszernie można przeczytać w Klątwie gruzińskiego tortu.  

Autor pisze o Gruzji wiele, lecz wydaje mi się, że ten kraj tak naprawdę nie został do końca odkryty na kartach Klątwy gruzińskiego tortu. W moim odczuciu jest jeszcze bardzo dużo do poznania i odkrycia, ale z drugiej strony nie można mieć też pewności, czy komukolwiek uda się tego dokonać. Odniosłam bowiem wrażenie, że jest to kraj niesamowicie zagadkowy i nigdy nie pozwoli na to, aby ktoś całkowicie odarł go z tej tajemniczości.
















wtorek, 26 stycznia 2016

Elizabeth Massie – „Dynastia Tudorów. Bądź wola Twoja” # 3










Na okładce: Jonathan
Rhys-Meyers jako
Henryk VIII Tudor 


Wydawnictwo: HARPERCOLLINS POLSKA
(kiedyś HARLEQUIN POLSKA)
Warszawa 2013
Tytuł oryginału: The Tudors: Thy Will Be Done
Przekład: Alina Patkowska





Pielgrzymka Łaski była najgorszą i najpoważniejszą rebelią, jaka miała miejsce za panowania Henryka VIII Tudora (1491-1547). Bunt był bezpośrednią konsekwencją polityki króla wobec klasztorów katolickich, które monarcha nakazał rozwiązać, czasami wręcz przy użyciu naprawdę brutalnych środków. Polityka ta zdezorientowała i rozgniewała większość Anglików. Powstanie wybuchło w Louth w hrabstwie Lincolnshire na początku października 1536 roku. Iskrą zapalną było przybycie tam komisji królewskiej, co miejscowe duchowieństwo wykorzystało do tego, aby zachęcić ludność do wzniecenia ognia. Bunt w Lincolnshire trwał dwa tygodnie, ale tuż obok znajdowało się Yorkshire, gdzie na czele rebelii stanął prawnik Robert Aske (1500-1537). Charyzmatyczny Aske – jako przywódca – sprawił, że bunt bardzo szybko się rozprzestrzenił, zaś niezadowolenie z polityki podatkowej oraz z religijnych nakazów króla było głębokie i powszechne. Licząca około trzydzieści tysięcy ludzi armia wyruszyła w kierunku północnym. Z kolei król Henryk VIII Tudor rozkazał Thomasowi Howardowi, 3. księciu Norfolk (1473-1554) oraz Charlesowi Brandonowi, 1. księciu Suffolk (1484-1545), jak również Jerzemu Talbotowi, 4. hrabiemu Shrewsbury i Waterford (1468-1538) wyruszyć zbrojnie na rebeliantów. W tym czasie jednak Anglia nie posiadała stabilnej armii, a w dodatku większość społeczeństwa sympatyzowała z buntownikami.

W związku z powyższym królewskie siły były bez szans wobec rebeliantów, szczególnie jeśli chodzi o liczebność. Co gorsza, w armii Henryka VIII brakowało sprzętu, a także chęci, aby podjąć działania wojenne wobec swoich rodaków. Poza tym buntownicy byli znacznie lepiej doświadczeni w boju, ponieważ za panowania Henryka VIII niemalże bezustannie walczyli ze Szkotami. Z powodu trudności monarcha podjął zatem działania dyplomatyczne. Trzeba wiedzieć, że powstańcy nie chcieli usunąć króla z tronu, pomimo że jego polityka była dla nich nie do przyjęcia. Ich jedynym pragnieniem było wyremontować rozwiązane i pozamykane klasztory. Rebelianci krytykowali również nisko urodzonych doradców Henryka VIII, a swoją niechęć okazywali głównie królewskiemu kanclerzowi Thomasowi Cromwellowi (ok. 1485-1540). Jego polityka dotycząca przede wszystkim wysokiego opodatkowania doprowadziła ludność do ubóstwa w całej północnej Anglii; nawet książę Norfolk powiedział Henrykowi, że „jest to najbardziej jałowa część królestwa.”

Negocjacje Henryka VIII Tudora z buntownikami w sprawie zawarcia pokoju odbywały się za pośrednictwem Thomasa Howarda, który obiecywał, że jeśli rebelianci wycofają swoje żądania, to wtedy monarcha okaże im swą łaskę, zaś duchowni odzyskają klasztory i majątki, natomiast nowy parlament rozwieje wszelkie ich obawy. Tak więc powstańcy zaczęli powoli odrzucać broń, lecz niestety Henryk VIII pod byle pretekstem złamał dane słowo, czego wynikiem było wprowadzenie stanu wojennego oraz aresztowanie i postawienie przed sądem przywódców rebelii (wielu musiało też odpowiadać przed swoimi panami). Ostatecznie kilkuset buntowników zostało straconych, w tym także Robert Aske.


Pielgrzymka Łaski (z ang. Pilgrimage of Grace)
Rycina pochodzi z XIX wieku. 


Kronikarz Henryka VIII Tudora – Edward Hall (1497–1547) – tak oto pisał o Pielgrzymce Łaski:

Król był naprawdę dobrze poinformowany o tym, że na północy kraju wybuchło powstanie, w którym udział bierze ogromna i świetnie wyszkolona armia wojowniczych mężczyzn. Mieli oni doskonałych dowódców, konie, zbroje i artylerię w liczbie czterdziestu tysięcy, która rozłożyła się obozem w Yorkshire. Ci ludzie związani byli ze sobą poprzez przysięgę wierności i posłuszeństwa wobec swojego dowódcy. 
W uroczystej przemowie zadeklarowali, że ich powstanie należy przedłużyć nie dalej, niż do chwili zachowania i obrony wiary w Chrystusa oraz wyzwolenia świętego Kościoła i uciskanych, aż uzyskają poparcie w sprawach prywatnych i publicznych w sferze dotyczącej stanu majątkowego wszystkich ubogich poddanych króla. Mówili na to, że jest to rebeliancka i zdradziecka podróż oraz pielgrzymka świętych i błogosławionych; mieli też jakieś chorągwie, na których z jednej strony namalowany był Chrystus wiszący na krzyżu, a z drugiej kielich z namalowanym w nim ciastkiem; były też inne sztandary o podobnej hipokryzji, które udawały świętość. Żołnierze posiadali także jakąś odznakę lub znaczek z haftem umieszczone na rękawach płaszczy, na których przedstawione było pięć ran Chrystusa, a pośród nich napisane było imię naszego Pana. Tak więc był to zbuntowany oddział Szatana idący naprzód i szczycący się fałszywymi i podrobionymi odznakami świętości, aby móc jedynie oszukiwać i łudzić nadzieją prosty i niedouczony lud. 
Po tym, jak Jego Wysokość został poinformowany o tym nowym powstaniu, on [król], aby nie dopuścić do opóźnienia w tak ważkich sprawach, jak najszybciej wysłał książęta Norfolk i Suffolk, markiza Exeter, hrabiego Shrewsbury oraz innych w towarzystwie swojej potężnej królewskiej armii, która była wielkiej mocy i siły, aby natychmiast zaprowadziła porządek wśród rebeliantów. Lecz kiedy ci szlachetni dowódcy i doradcy króla zbliżyli się do buntowników oraz ujrzeli ich liczbę i to, jak bardzo byli oni zdeterminowani walczyć, pracowali z wielką roztropnością, żeby ich wszystkich uspokoić bez rozlewu krwi.  
Ale ludzie z północy byli tak nieprzejednani, że w żaden sposób nie raczyli ich słuchać, ale dzielnie stanęli do walki i nadal prowadzili swe niegodziwe przedsięwzięcie. W związku z powyższym szlachcice nie widzieli innego sposobu, aby uspokoić tych nędznych buntowników, jak tylko zgodzić się na stoczenie bitwy… Lecz w nocy przed dniem wyznaczonym do walki spadł niewielki deszcz; nic na ten temat nie mówiono, ale mógł to być wielki cud od Boga, że woda znajdująca się w niewielkim brodzie, po którym jeszcze w dzień można było przejść suchą stopą, nagle podniosła się do takiej głębokości i szerokości, że nikt, kto żył nigdy wcześniej nic podobnego nie widział, dlatego też tamtego dnia, gdy wybiła godzina stoczenia bitwy, uznano, że jest to niemożliwe, aby jedna armia miała dosięgnąć drugiej. 
Po tym spotkaniu pomiędzy obydwiema rozczarowanymi armiami, pomyślano, że jedynie Bóg w swoim wielkim miłosierdziu wyciągnął swą dłoń i użalił się nad tak wielką liczbą niewinnych ludzi, którzy w tym śmiertelnym boju prawdopodobnie zostaliby zamordowani. Potem odbyła się konsultacja, a majestat królewski ułaskawił wszystkich dowódców rebeliantów i głównych pomysłodawców tego powstania, zaś oni przyznali, że dopuścili się tych wszystkich rzeczy, ponieważ uważali siebie za poszkodowanych, więc powinni zostać wyrozumiale wysłuchani, natomiast ich uzasadnione petycje powinny zostać wzięte pod uwagę, a ich racje powinno się zaprezentować królowi, aby dzięki władzy Jego Wysokości oraz mądrości jego doradców, wszystkie ich żądania mogły przysłużyć się dobremu porządkowi i zakończeniu sporu. I z tym żądaniem każdy człowiek odszedł w pokoju, a ci, którzy wcześniej byli zapaleni do walki niczym ogień, teraz zostali dotknięci przez Boga, udając się spokojnie do swych domów i byli tak zimni, jak woda.*

Sztandar buntowników, na którym widać pięć ran Chrystusa


Tym oto wydarzeniem rozpoczyna się trzeci tom opowieści o Henryku VIII Tudorze napisanej na podstawie scenariusza serialu, który wciąż cieszy się niezmienną popularnością, czego osobiście nie pojmuję, zważywszy że wszystkie trzy części zawierają rażące błędy historyczne. Widocznie ludziom to nie przeszkadza albo nie znają na tyle dobrze historii Tudorów, żeby wyłapać rzeczone przekłamania. Recenzje książek również w większości są bardzo pochlebne. Tego również nie rozumiem. Dla mnie historia to świętość i nie toleruję jakichkolwiek uchybień w tej kwestii czy to w książkach, czy na ekranie. Wróćmy jednak do fabuły trzeciego tomu Dynastii Tudorów. Otóż, w Anglii nie przebrzmiały jeszcze echa tragicznej śmierci Anny Boleyn (ok. 1507-1536), a jej małżonek zaczyna już rozglądać się za kolejną królową. Najlepiej, żeby była to kobieta zdolna dać mu upragnionego syna. Przecież kiedyś i na monarchę przyjdzie kolej, aby pożegnać się z tym światem, więc nie można zostawić tronu w obcych rękach. Konieczny jest dziedzic! Tylko jak tego dokonać, skoro Henryk nie ma szczęścia do płodzenia synów? Oczywiście to wszystko wina jego partnerek! Król jest stuprocentowym mężczyzną, czego dowiódł, dając życie nieślubnym synom. Wszak oni nie mogą objąć po nim tronu Anglii. To musi być potomek z prawego łoża.

Jane Seymour 
Portret powstał w latach 1536-1537.
autor: Hans Holbein Młodszy
(ok. 1498-1543)
Jeszcze za życia Anny Boleyn, Henryk zwrócił uwagę na nieśmiałą (?) Jane Seymour (ok. 1509-1537). W kwestii jej nieśmiałości polemizowałabym, ponieważ wydaje mi się, że kobieta, która z natury jest wstydliwa nie gramoli się na kolana mężczyzny i rzekomo nie doprowadza tym jego żony do poronienia. Tak przynajmniej twierdziła Anna Boleyn, która nakryła przyszłych kochanków na gorącym uczynku. Ile w tym prawdy? Nie wiadomo. Możliwe, że Anna była świadoma tego, że pali jej się grunt pod nogami i szukała wszędzie koła ratunkowego, które mogłoby ocalić jej głowę. Oczywiście dla rodu Seymourów zainteresowanie ze strony króla było niezwykłym wyróżnieniem, więc nie dziwi fakt, że kuli żelazo póki gorące. Tak więc tuż po śmierci Anny, Henryk i Jane stanęli na ślubnym kobiercu. Wydaje się, że okrutny monarcha naprawdę kochał swoją nową małżonkę i nie wyglądało na to, aby był w stanie zrobić jej jakąkolwiek krzywdę. Możliwe też, że na tym etapie było na to zbyt wcześnie. Nie wiadomo tak naprawdę, co stałoby się, gdyby Bóg pozwolił Jane jeszcze trochę pożyć. Przecież miała czelność wtrącać się w sprawy Henryka i stawać po stronie tych, którzy byli jego wrogami! Takich rzeczy Tudor na pewno nie wybaczał. On mógł robić, co tylko chciał, ale jego małżonki musiały być pokorne i nie sprzeciwiać się żadnym jego kaprysom, a już broń Boże nie wolno im było wypominać mu zdrady i wtrącać się w sprawy państwowe!

Chyba każdy, kto interesuje się choć odrobinę życiem Henryka VIII Tudora wie, że Jane w końcu obdarzyła go upragnionym synem, którego monarcha ochrzcił imieniem Edward (1537-1553). Niestety, szczęście królewskiej pary nie trwało zbyt długo, bo oto dwa tygodnie po narodzinach syna, Henryk stracił ukochaną Jane. Król miał już wtedy czterdzieści sześć lat. Jego rozpacz była niewyobrażalna. Wydawało się, że monarcha wręcz straci rozum. Zachowywał się irracjonalnie i sprawiał wrażenie typowego obłąkanego człowieka. Jego doradcy nie wiedzieli, co począć. Trzeba było nadal kierować państwem, a ich władca po prostu oszalał. I wtedy z pomocą przyszedł Thomas Cromwell. Królewski sekretarz postanowił bowiem, że jedynym sposobem na to, aby Henryk VIII wrócił do psychicznej równowagi będzie kolejny ożenek. Tak więc Cromwell zakasał rękawy i w pocie czoła rozpoczął poszukiwania następnej kandydatki na żonę dla angielskiego monarchy. Tylko jak tu ją znaleźć, skoro po Europie krążą plotki, że Henryk swoje żony skraca o głowę albo osadza w jakichś ponurych zamczyskach i skazuje na pewną śmierć? Może ostatnia małżonka króla też nie zeszła z tego świata śmiercią naturalną? Któż to może wiedzieć. Przecież Henryk jest nieobliczalny.

Thomas Cromwell 
Wydawało się, że pozycja kanclerza na dworze
Henryka VIII nigdy nie będzie zagrożona.
Okazało się jednak inaczej. Wystarczyło dokonać
złego wyboru królewskiej małżonki.
Portret powstał w latach 1532-1533.
autor: Hans Holbein Młodszy
W końcu jednak Thomasowi Cromwellowi udaje się znaleźć – jego zdaniem – odpowiednią kandydatkę. To Anna Kliwijska (1515-1557) – niemiecka księżniczka o urodzie pozostawiającej wiele do życzenia. Niestety, Cromwell nie wie jeszcze, że za tę „przysługę” Henryk każe skrócić go o głowę. W końcu jednak nadchodzi dzień, w którym Anna z Kleve przybywa do Anglii, ale mimo to monarcha jedynie jest w stanie bezustannie powtarzać: Nie podoba mi się! Nie podoba mi się! Nie podoba mi się! I tak aż do znudzenia. Przyznam, że nie chciałabym być w skórze Anny, bo wciąż obawiałabym się, że w tej sytuacji to już na pewno stracę głowę i pójdę na szafot razem z Cromwellem. Oby tylko kat okazał się łaskawy i nie pozwolił cierpieć. Na szczęście Annie nie stała się krzywda, a życie Henryka i jego dworzan toczyło się dalej.

Trzeci tom czy to trylogii, czy serii (na chwilę obecną jeszcze nie wiadomo, jak tę historię traktować, ponieważ sezonów serialu było cztery, a książek jak na razie zostało wydanych trzy) nie wywarł na mnie większego wrażenia. Podobnie jak w przypadku poprzednich części znalazłam kilka historycznych przekłamań. Widać wyraźnie, że twórcy serialu, a co za tym idzie również Elizabeth Massie, poszli na skróty i celowo wprowadzili błędy historyczne. Nie wiem tylko czemu miało to służyć. Przecież przestrzegając prawdy historycznej ani serial, ani tym bardziej książki w żaden sposób by na tym nie ucierpiały, a wręcz przeciwnie. Cała ta historia zyskałaby na wiarygodności. Natomiast forma, w jakiej została podana widzowi/czytelnikowi sprawia, że dla widza jest tylko i wyłącznie urzekająca dla oka, zaś nieświadomy niczego czytelnik nie dostrzeże poważnych błędów, a będzie zachwycał się jedynie przyjemnością czytania, bo trzeba uczciwie przyznać, że wszystkie trzy powieści czyta się całkiem dobrze, ale na tym koniec.

Edward Seymour 1. książę Somerset,
1 hrabia Hertford, 1. wicehrabia 
Beauchamp (ok. 1506-1552)
Edward był najstarszym bratem Jane Seymour,
który w małżeństwie siostry upatrywał
też zaspokojenia własnych interesów.
Portret powstał w latach 40. XVI wieku.
autor: Hans Holbein Młodszy 
Poprzednio pisałam, że nagle gdzieś zaginął Thomas Howard, który nie był nawet na procesie Anny Boleyn, a jak podają źródła historyczne, książę temu procesowi przewodniczył. Myślałam, że może jednak pojawi się w momencie, kiedy w życie Henryka VIII wkroczy głupiutka Katarzyna Howard (ok. 1525-1542). Niestety, nic takiego się nie stało, co oczywiście świadczy też o tym, że książę Norfolk w powieści nie brał udziału w tłumieniu powstania, o którym napisałam powyżej. Dlaczego tak się przy tym upieram? Ponieważ Thomas Howard, 3. książę Norfolk był stryjem Katarzyny i to on odegrał zasadniczą rolę w skojarzeniu jej małżeństwa z Henrykiem VIII, podobnie jak przyczynił się do związku Anny Boleyn z monarchą. To on wprowadził Howardównę na królewski dwór! Niestety, książka napisana na podstawie serialowego scenariusza pokazuje nam coś zupełnie innego. W dodatku odniosłam wrażenie, że Katarzyna została wyciągnięta z burdelu (!) i oddana w ręce króla. Owszem, przyszła królowa Anglii wychowywała się w czymś na kształt sierocińca, który prowadzony był przez jej przybraną babkę – Agnieszkę Howard (ok. 1477-1545), i w którym panowała dość luźna atmosfera z uwagi na to, że księżna wdowa często przebywała na dworze i nie było nikogo, kto mógłby w tym czasie przypilnować jej wychowanków. Ale to na pewno nie był zamtuz!

Przy opisywaniu drugiego tomu zwróciłam także uwagę na brak Małgorzaty Pole (1473-1541), która była przyjaciółką Katarzyny Aragońskiej (1485-1536) oraz guwernantką przyszłej Marii I Tudor (1516-1558). Tym razem Małgorzata Pole niby jest obecna, lecz wydaje mi się, że gdyby nie wątek jej syna – kardynała Reginalda Pole’a (1500-1558) – to zupełnie darowano by sobie wprowadzenie tej postaci do fabuły. A tak pojawia się praktycznie jedynie po to, aby Henryk VIII mógł ściąć jej głowę. Rola hrabiny Salisbury w życiu Tudorów była o wiele bardziej znacząca, aniżeli pokazuje to Dynastia Tudorów.

Przypuszczam, że kiedy pojawi się na rynku wydawniczym czwarty tom Dynastii Tudorów, to również po niego sięgnę, choćby tylko dlatego, aby uzupełnić całą serię. Nie będę jednak spodziewać się po nim jakichś rewelacji. Na pewno te trzy książki nie zachęciły mnie do obejrzenia serialu w całości. Pozostanę przy fragmentach, które już widziałam. Doskonała obsada i gra aktorska, jak również wspaniałe kostiumy to dla mnie stanowczo za mało. Potrzebuję prawdy historycznej, której w wielu przypadkach tutaj nie ma. Nie twierdzę, że całość mija się z faktami. Większość wątków rzeczywiście opartych jest na źródłach historycznych, ale jednocześnie wpadek jest zbyt wiele, abym mogła obejrzeć serial. Dodatkowo spory nacisk położono na brutalność, szczególnie jeśli chodzi o sceny egzekucji, a zrobiono tak zapewne dlatego, aby wywrzeć na widzu/czytelniku jak największe wrażenie. Na koniec mogę jedynie zacytować Henryka VIII Tudora: Nie podoba mi się!








* Przekład z języka angielskiego: Agnes A. Rose




niedziela, 24 stycznia 2016

Wiesława Bancarzewska – „Zapiski z Annopola” # 2














Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2014





Rok 1938 nie był dla Polski zbyt szczęśliwy, a to głównie dlatego, że wielkimi krokami zbliżała się druga wojna światowa. Choć ludzie nie zdawali sobie jeszcze sprawy z tego, co ich czeka już za kilka bądź kilkanaście miesięcy, to jednak czuło się pewne napięcie. Z faszystowskich Niemiec co chwilę dochodziły niepokojące informacje, a Adolf Hitler (1889-1945) wraz ze swoimi współpracownikami skutecznie przygotowywał inwazję na poszczególne kraje europejskie. Wielu jednak uważało, że wódz Trzeciej Rzeszy tylko sobie pokrzyczy i przestanie. W 1938 roku Polacy nie wiedzieli jeszcze jak bardzo nasz kraj zostanie zniszczony, a Warszawa zrównana z ziemią, zaś ludzie wypędzeni z własnych domów i bestialsko zamordowani. Gdyby ktoś wówczas powiedział im o tym, zapewne uznaliby, że opowiada wierutne bzdury. Zwykli ludzie tak naprawdę zaczęli interesować się polityką dopiero wtedy, gdy władze rozpoczęły nawoływanie do masowego wspomagania obrony kraju, szczególnie pod względem finansowym.

Wydawało się więc, że zarówno w Polsce, jak i na świecie życie generalnie toczy się identycznie, jak do tej pory. Ludzie zajęci byli własnymi sprawami, a tylko jedna Anna Duszkowska doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co przyniesie najbliższa przyszłość. Tylko ona znała dokładną liczbę ofiar wojny i wciąż ze strachem zastanawiała się, czy jej rodzina i przyjaciele, których odnalazła w przeszłości, przeżyją. Owszem, w przypadku niektórych osób była pewna, że wojna nie wyrządzi im większej krzywdy, bo przecież, kiedy urodziła się pod koniec lat 60. XX wieku, oni nadal żyli. Niemniej lękiem napawała ją myśl, czy jej nowa rodzina, którą zupełnie nieoczekiwanie założyła w przeszłości, również bez szwanku przejdzie przez masakrę, którą Europie i światu zgotował Adolf Hitler.

Anna Duszkowska to oczywiście postać, którą czytelnicy doskonale znają z poprzedniej części opowieści o niezwykłej podróży w przeszłość, której doświadczyła główna bohaterka wykreowana przez Wiesławę Bancarzewską. Jak pamiętamy, Anna to kobieta po czterdziestce, której życie w 2011 roku nie za dobrze się układało, natomiast niezwykle silna tęsknota za tymi, którzy już odeszli, sprawiła, że psotny los uśmiechnął się do niej i sprawił, iż pewnego dnia przeniosła się do Nałęczowa z 1932 roku. Tam oczywiście spotkała nie tylko swoich najbliższych, lecz także osoby, których nigdy wcześniej nie znała. Musiała także stawić czoło różnym nieprzewidzianym sytuacjom i niektóre sprawy doprowadzić do końca. Poza tym wygląda na to, że to właśnie w przeszłości Anna ułożyła sobie życie. Co ciekawe, nie potrafiła zrobić tego, żyjąc w XXI wieku. Dlaczego? Możliwe, że Anna Duszkowska tak naprawdę nie nadaje się do współczesnego życia, więc jedyne, co powinna zrobić, to zostać tam, gdzie jest. Z drugiej strony jednak realia panujące w latach 30. XX wieku sprawiają, że naszej bohaterce nie zawsze żyje się tam lepiej. Wiadomo przecież, że nie wszystkie urządzenia, których teraz używamy bez zastanowienia, były wówczas dostępne. Niemniej Anna doskonale sobie radzi. Wszak zawsze można wrócić „na chwilę” do swojego toruńskiego mieszkania i zabrać z XXI wieku to, co akurat jest potrzebne i bez czego nie da się żyć w latach 30. XX wieku.


Wycinek z tygodnika Płomyczek zaadresowanego do młodszych dzieci 
Te dwie strony pochodzą z numeru, który ukazał się w środę 29 października 1930 roku.
Redaktorką naczelną była wówczas Janina Porazińska (1888-1971), natomiast tygodnik wydawany
był przez Związek Nauczycielstwa Polskiego, a po wojnie przez Instytut Wydawniczy Nasza Księgarnia.
Zanim bajki powieściowej Anny Obryckiej trafiły do wydawnictwa Nasza Księgarnia, bohaterka współpracowała właśnie z Płomyczkiem


Od chwili, gdy Anna Duszkowska – obecnie Obrycka – pokonała po raz pierwszy granicę pomiędzy teraźniejszością a przeszłością minęło sześć lat. Tym razem wraz z główną bohaterką czytelnik przenosi się do 1938 roku. Jest lipiec, czyli miesiąc, kiedy w Baranowiczach (obecnie Białoruś) uruchomiono regionalną rozgłośnię radiową, który stała się jednocześnie dziewiątą tego typu rozgłośnią w kraju. Ponadto w dniu 9 lipca w krakowskim kościele dominikanów odkryto szczątki księcia z dynastii Piastów – Leszka Czarnego (ok. 1241-1288) oraz jego brata – króla Władysława I Łokietka (1260-1333). Z kolei 15 lipca sprowadzono do Polski z Petersburga prochy naszego ostatniego króla, czyli Stanisława Augusta Poniatowskiego (1732-1798). Króla pochowano w rodzinnym Wołczynie w krypcie kaplicy pod wezwaniem świętej Trójcy.

Anna Obrycka obecnie jest szczęśliwą mężatką i matką czteroletniej Walentynki. Na chwilę obecną nie wyobraża sobie innego życia, jak tylko to, które wiedzie w 1938 roku. Jej mąż Aleksander, który pracuje jako administrator pewnego majątku, jest dla Anny całym światem. Podobnie jak jej mała rezolutna córeczka. Anna wraz z rodziną mieszka w rzeczonym majątku, posiada służbę, którą szanuje i nie pokazuje, że to ona jest tutaj panią. Kiedy zajdzie taka potrzeba, nasza bohaterka spieszy z pomocą tym, którzy wywodzą się z niższej warstwy społecznej. Jej miłe usposobienie sprawia, że praktycznie nie ma wrogów, a każdy, z kim zetknie ją los, widzi w niej przyjaciółkę. Życie Obryckich na pierwszy rzut oka może przypominać sielankę, a nawet jeśli pojawiają się jakieś problemy, to daleko im do tych, którym każdy z nas stawia czoło w XXI wieku. W Annopolu życie płynie, jak gdyby wolniej, a ludzie mają znacznie więcej czasu na to, aby móc jedni drugim poświęcić swój czas. Wydaje się, że nikt się nigdzie nie spieszy i każdy jest życzliwy wobec swoich sąsiadów, znajomych, rodziny i przyjaciół. Czy na pewno tak jest? Może to tylko złudzenie? Trzeba bowiem pamiętać, że człowiek tak naprawdę wcale się nie zmienił pomimo upływu lat, a nawet wieków. Wtedy też ludzie potrafili wywyższać się nad innymi i doprowadzać ich do płaczu.

Toruń – Ratusz Staromiejski 
Tak wyglądał ratusz, kiedy
Anna Obrycka udawała się z wizytą do
swojej ciotki Marysi w roku 1938. 
Z uwagi na to, że Anna zna też inne życie, nie może przejść obojętnie obok niesprawiedliwości. A ponieważ pani Obrycka nie jest egoistką, posuwa się do działań, które pokrzywdzonym mogą jedynie pomóc albo otworzyć oczy na pewne sprawy. Przed mężem czasami też ma swoje tajemnice i nie we wszystkim się z nim zgadza. W ich związku jednak najważniejsza jest miłość, więc nie ma innej możliwości, jak tylko wybaczyć nawet, jeśli ta druga strona coś przeskrobała. Podobnie rzecz ma się w przypadku Walentynki. Wiadomo, że kilkuletnie dziecko nie zawsze bywa posłuszne i czasami robi to, na co ma w danym momencie ochotę, nie bacząc na przykazania dorosłych.

W całej tej historii najważniejsze jest jednak to, że Anna może spotykać się z rodziną swojego ojca. W Powrocie do Nałęczowa nasza bohaterka trafiła do domu swojej babci Zofii Leśniak i tam między innymi poznała matkę, która oczywiście nie miała i nadal nie ma pojęcia, że oto właśnie widzi przed sobą własną córkę. Tym razem Anna Obrycka spotyka się z rodziną ze strony ojca. Swojego rodziciela widzi jako bardzo młodego chłopaka, któremu nie żeniaczka w głowie. Na to przyjdzie jeszcze czas. Niemniej dla Anny niesamowitym przeżyciem jest to, że może w ogóle go zobaczyć, bo przecież w jej prawdziwym życiu, które wiedzie w XXI wieku, ojca już nie ma. Podobnie jak matki i całej reszty rodziny, której obecnością może się teraz cieszyć bez końca. Nie wszystko jednak układa się tak, jakby Anna sobie tego życzyła. Kobieta musi bowiem uwiarygodnić pewne sprawy, a to jest dość trudne. I tutaj należałoby wytężyć swoją wyobraźnię. Co zatem takiego Anna wymyśliła, żeby wkupić się w łaski swojej rodziny? Czy ci ludzie nie zauważą niczego niepokojącego?

Zapiski z Annopola to książka, którą czyta się bardzo przyjemnie. Życie biegnie swoim własnym torem. Nie dzieje się nic, co mogłoby zakłócić spokój bohaterów. Niemniej Anna wciąż się martwi. Czym? Oczywiście zbliżającą się wojną. Ona wie, że to już niedługo i obawia się, że ci, których kocha najbardziej na świecie mogą tej wojny nie przeżyć. Co stanie się zatem z jej ukochanym mężem Aleksandrem i uwielbianą córeczką Walentynką? Jak i gdzie sprawdzić czy przeżyli wojnę, czy może zostali zamordowani przez hitlerowców? Przecież nie znała tych ludzi wcześniej, więc nie ma pojęcia, jak skończył się dla nich koszmar faszystowskiej okupacji. A może oni tak naprawdę w ogóle nie istnieją? Może żyją jedynie w wyobraźni Anny? Przyznam, że te dwa ostatnie pytania bezustannie zadawałam sobie w trakcie czytania książki. Niby wiele rzeczy wskazuje na to, że jest inaczej, a jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Anna to wszystko sobie wymyśliła, tylko po to, żeby zabić w sobie tęsknotę za innym życiem i za ludźmi, których kochała, a którzy odeszli.


Toruńskie Bydgoskie Przedmieście z ulicą Mickiewicza na początku XX wieku
W willi pod numerem 15 mieszkała ukochana ciotka Anny Obryckiej 
Marysia Rawiczowa wraz z mężem


Muszę przyznać, że ta trylogia coraz bardziej mnie wciąga i pobudza moje szare komórki do rozwiązania zagadki tajemniczego przemieszczania się w czasie, którego doświadcza Anna Duszkowska-Obrycka. Jak to wszystko się skończy? Czy Anna kiedykolwiek wróci do życia w XXI wieku? A może zostanie już tam, gdzie jest i będzie szczęśliwa z tymi, którzy stanowili dla niej sens życia? Może Anna będzie obserwować gdzieś z boku ślub swoich rodziców, a potem narodziny starszego brata i swoje własne? Trudne to jest do zrozumienia i mam nadzieję, że w Nocy nad Samborzewem Autorka wyjaśniła tę sprawę oraz inne kwestie, które nie były dla mnie do końca jasne.

Co zatem podobało mi się w tej powieści? Przede wszystkim to, że Wiesława Bancarzewska wplotła do fabuły mnóstwo ciekawostek, które mają związek z latami 30. XX wieku. Ciekawym zabiegiem jest pokazanie, jak funkcjonowało wtedy wydawnictwo Nasza Księgarnia, z którym Anna Obrycka jest związana. Pojawiają się postacie znane z historii. Choć niektóre miejscowości – jak Wierzbiniec czy Samborzewo – są fikcyjne, to jednak czyta się o nich, jakby istniały naprawdę. Akcja powieści jest bardzo prosta, bo przecież Anna Obrycka wiedzie w Annopolu całkiem zwyczajne życie, lecz jest w tym jakaś magia. Możliwe, że właśnie w taki sposób odebrałam tę książkę, ponieważ od dziecka uwielbiam czytać nie tylko powieści, których akcja rozgrywa się w przeszłości, ale też takie, które mają w sobie coś z baśni i charakteryzują się brakiem realizmu. W Zapiskach z Annopola niektórym sytuacjom naprawdę daleko do realizmu i zapewne te czy inne wydarzenia nigdy nie miałyby miejsca w prawdziwym życiu. Niemniej mnie ta historia ujęła i czekam niecierpliwie, kiedy sięgnę po ostatni tom i w końcu dowiem się, co takiego działo się z bohaterami podczas drugiej wojny światowej oraz czy obawy Anny okazały się słuszne.










czwartek, 21 stycznia 2016

Kate Morton – „Strażnik tajemnic”
















Wydawnictwo: ALBATROS A. KURYŁOWICZ
Warszawa 2013
Tytuł oryginału: The Secret Keeper
Przekład: Magdalena Koziej





Ludzki los czasami naprawdę potrafi być bardzo przewrotny i zazwyczaj pisze swój własny scenariusz, z którym możemy zgadzać się bądź buntować przeciwko niemu. Wielokrotnie nie mamy jednak wpływu na to, co spotyka nas w życiu. Często są to zwyczajne zbiegi okoliczności – albo jak kto woli – przeznaczenie. Możliwe, iż tylko wydaje nam się, że wszystko, co robimy zależy jedynie od nas samych. Może faktycznie naszym życiem kieruje coś znacznie potężniejszego od nas i nigdy tak naprawdę nie działamy sami, a przysłowie, że człowiek jest kowalem własnego losu, to tylko oklepany slogan, który z prawdą nie ma nic wspólnego. Przecież wielokrotnie spotykamy się z sytuacją, gdy ktoś, kogo znamy, po latach uparcie powtarza, że gdyby dziś stawił czoło przeszłym okolicznościom, postąpiłby zupełnie inaczej niż wtedy. Czy takie rozumowanie ma związek z tym, iż po latach jesteśmy mądrzejsi, dojrzalsi, a na te same kwestie patrzymy inaczej? A może jest to jedynie nasze naiwne pojmowanie rzeczywistości, bo w gruncie rzeczy zachowalibyśmy się identycznie, ponieważ to nie my odpowiadamy za to, co dzieje się w naszym życiu, tylko robi to przeznaczenie czy jakaś inna niewytłumaczalna siła?  

Wydaje mi się, że bardzo trudno jest odpowiedzieć na powyższe pytania. Na pewno należy wyciągać wnioski z popełnionych błędów i – o ile to w ogóle możliwe – nie dopuszczać do ich powielenia. Przypuszczalnie nie ma na tym świecie człowieka, który nie żałowałby czegoś, co zrobił w przeszłości. Szczególnie kiedy dane mu jest dożyć sędziwego wieku zaczyna zastanawiać się nad źle podjętymi decyzjami, które nie dość, że niedobrze skończyły się dla niego samego, to jeszcze okrutnie skrzywdziły innych. Ludzie na łożu śmierci często analizują swoje życie, ale czasami jest już za późno na to, aby naprawić błędy z przeszłości, bo albo ludzie, których skrzywdziliśmy już dawno nie żyją, albo są gdzieś bardzo daleko i nie ma możliwości, żeby nawiązać z nimi kontakt. Wtedy pozostaje już tylko wybaczyć samemu sobie i próbować pogodzić się z losem. Na pewno nie jest to proste, zważywszy że wyrzuty sumienia ciążą niczym kamień uwiązany u szyi i wciąż ciągną człowieka w dół.

Wydanie australijskie
Wydawnictwo: ALLEN & UNWIN
(listopad 2012)
W angielskim hrabstwie Suffolk w Anglii Wschodniej w szpitalu leży staruszka, której dni są już policzone. Jej stan jest tak ciężki, że lekarze nie dają jej więcej, jak kilka dni życia. W związku z tym do domu zjeżdżają dzieci kobiety, aby móc pożegnać się z matką. Dorothy Nicolson, bo o niej mowa, tak naprawdę nie ma pojęcia, że jej dziewięćdziesiąte urodziny są jednocześnie pożegnaniem z dziećmi. Jej stan jest bardzo ciężki, co oczywiście objawia się między innymi tym, iż staruszka traci kontakt z rzeczywistością. W jednej chwili rozmawia z córkami, a już za moment przenosi się do zupełnie innego świata, w którym funkcjonowała jako bardzo młoda dziewczyna. Jest to świat jej dzieciństwa i młodości, który do najszczęśliwszych nie należy. W swojej wyobraźni Dolly na nowo przeżywa dramat drugiej wojny światowej i bombowe naloty na Londyn w latach 1940-1941. To wtedy straciła rodzinę i została całkiem sama, pomimo że miała obok siebie kochającego mężczyznę, który pragnął się z nią ożenić. Lecz Dorothy miała wówczas zupełnie inne plany. Pomimo że nie pochodziła z arystokratycznej rodziny, to jednak robiła co tylko w jej mocy, aby uchodzić za damę z wyższych sfer. Czasami nawet wstydziła się przed ludźmi swojego niskiego pochodzenia i przyjaciół, którzy wywodzili się z tej samej warstwy społecznej co ona.

Po stracie najbliższych do Dolly – wówczas jeszcze Smitham – los, jakby się nieco uśmiechnął, bo oto otrzymała pracę w domu niejakiej lady Gwendolyn. Była to starsza pani, która reprezentowała wyższe sfery, co naszej Dorothy bardzo odpowiadało. Teraz stała się jej damą do towarzystwa, a to oczywiście mogło sprawić, że dziewczyna kiedyś nie będzie głodować i wstydzić się swojego pochodzenia, lecz osiągnie naprawdę wiele. Musi zatem bardzo się starać, aby nie zniechęcić do sobie starszej pani, w tym znosić również jej dziwaczne humory i przestrzegać surowych zasad panujących w domu. Czy faktycznie takie poświęcenie się opłaci? Czy oprócz pracy i dachu nad głową Dolly uda się wyciągnąć coś więcej z opieki nad staruszką? Na pozór wydaje się, że tak. W dodatku po drugiej stronie ulicy mieszka małżeństwo wywodzące się ze sfery, o której panna Smitham może tylko pomarzyć. To Vivien i Henry Jenkinsowie. Ona jest wytworną modą kobietą pracującą charytatywnie na rzecz ofiar wojny, zaś on to starszy od Vivien poczytny pisarz. Tak więc nasza Dolly robi wszystko, aby tylko móc się zbliżyć do tych ludzi. Nad wszystko pragnie widzieć w Vivien swoją przyjaciółkę. Pytanie tylko, czy z drugiej strony chęć nawiązania jakichkolwiek relacji jest równie silna.

Wróćmy jednak do czasów współczesnych. Otóż najstarsza córka Dorothy Nicolson – Laurel – wciąż nie potrafi zapomnieć dramatycznego wydarzenia, którego była świadkiem. Miała wówczas szesnaście lat, było lato roku 1961, a ona siedziała ukryta w domku na drzewie, nie chcąc brać udziału w rodzinnym pikniku nad rzeką, który to piknik rodzice zorganizowali z okazji urodzin swojego najmłodszego dziecka – Gerry’ego. Laurel właśnie oddawała się rozmyślaniom o pewnym chłopaku, który całkiem niedawno skradł jej serce, kiedy usłyszała śpiew matki, gaworzenie dziecka i szczekanie psa. Zaciekawiona wyjrzała ze swojej kryjówki, a jej oczom ukazał się następujący widok: matka z małym Gerrym na rękach zmierza w kierunku domu, a obok niej wesoło szczeka pies. Z tamtego dnia Laurel zapamiętała każdy szczegół. W pamięci zachowała nawet hula-hoop swojej siostry, które stało oparte o ścianę domu, a potem zwyczajnie spadło. Wtedy też dziewczyna uświadomiła sobie, że matka przyszła po nóż do krojenia tortu, którego najzwyczajniej zapomniała ze sobą zabrać, gdy szykowała swoją rodzinę na urodzinowy piknik Gerry’ego.

Wydanie brytyjskie
Wydawnictwo: MANTLE
(październik 2012)
Tak więc zadowolona matka weszła do domu, a w tym samym momencie na posesję wkroczył tajemniczy mężczyzna, zaś pies przestał już szczekać tak wesoło, jak jeszcze kilka minut temu. Teraz po prostu złowrogo warczał, czego nie można było zrozumieć. Co tak nagle zdenerwowało Barnaby’ego? Czyżby obcy na posesji? Niemalże w tej samej chwili oczom Laurel ukazała się matka z małym Gerrym na rękach i nożem w dłoni. Zdezorientowana dziewczyna ukryta na drzewie nadal nie miała pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. Dostrzegła, że na widok nieznajomego jej matka niesamowicie się przeraziła i praktycznie w ułamku sekundy wbiła nóż w pierś mężczyzny. Ten zdążył coś jeszcze do niej powiedzieć, a już za chwilę leżał martwy na trawie przed domem Dorothy Nicolson. Oczywiście Gerry zaczął rozdzierająco płakać, a Laurel sparaliżowana strachem zemdlała. Kim był mężczyzna, który wtargnął na teren Greenacres? Jakie relacje łączyły go z Dorothy Nicolson? Dlaczego kobieta tak bardzo się przeraziła na jego widok, że aż posunęła się do ostateczności i wbiła mu nóż w serce? Czy tajemnica kiedykolwiek wyjdzie na światło dzienne? A jeśli tak, to czy jej skutki nie będą jeszcze bardziej przerażające niż samo morderstwo?

Po pięćdziesięciu latach Laurel Nicolson, która przez ten czas zdążyła już zrobić oszałamiającą karierę jako aktorka teatralna, pragnie dowiedzieć się, co stało się w Greenacres w dniu urodzin jej małego wówczas braciszka. Wydaje jej się, że ostatnie chwile jej matki na tym świecie mogą jej w tym pomóc. Kobieta widzi, że Dorothy wciąż zmaga się z przeszłością, ponieważ niejednokrotnie słyszy, jak matka wymawia imiona ludzi, o których jej córka nigdy nie słyszała. Kim zatem są bądź byli ci ludzie? Dlaczego Dorothy nie potrafi o nich zapomnieć? Czy ich skrzywdziła? A może to oni przysporzyli jej niewyobrażalnych cierpień? Tak więc Laurel podejmuje szereg działań, aby tylko rozwikłać tę zagadkę sprzed lat i pozwolić matce odejść w spokoju, a także sprawić, aby trauma, z jaką żyła przez te wszystkie lata przestała ją tak bardzo męczyć. W dodatku jest jeszcze jej rodzeństwo, które niby coś tam wie, ale nie do końca zdaje sobie sprawę, jak bardzo dramatyczne wydarzenie miało miejsce przed ich domem w 1961 roku. I tak oto krok po kroku wraz z Laurel i Dorothy cofamy się do czasów drugiej wojny światowej. Cofamy się do lat, kiedy oprócz makabrycznych wydarzeń na tle politycznym, ludzie przeżywali również swoje własne dramaty, których konsekwencje będą odczuwać już do końca swych dni.


W Anglii podczas drugiej wojny światowej wiele kobiet pracowało charytatywnie
z ramienia Women's Voluntary ServiceDorothy Smitham była jedną z nich. 
W kantynie pracowała w latach 1940-1941. 


Strażnik tajemnic to druga powieść Kate Morton, jaką przeczytałam. Choć Dom w Riverton nie do końca spełnił moje oczekiwania, to jednak postanowiłam, że tak łatwo nie ustąpię i za jakiś czas przeczytam kolejną książkę tej Autorki. Dziś mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że nie żałuję ani minuty, którą spędziłam przy lekturze Strażnika tajemnic. Ta powieść zaciekawiła mnie już od pierwszej strony i czytałam ją – jak to mówią – jednym tchem. Przyznam, że już dawno nie czytałam książki, która tak bardzo oderwałaby mnie od świata rzeczywistego i całkowicie pochłonęła swoją fabułą. Trzeba przyznać, że Kate Morton potrafi zaskakiwać. Nigdy nie spodziewałabym się, że tajemnica morderstwa mężczyzny, który nagle wdarł się do Greenacres może mieć takie konsekwencje, jak to zostało pokazane na kartach powieści. Zakończenie całej tej historii jest tak zaskakujące, że czytelnik jeszcze długo po zamknięciu książki nie potrafi zrozumieć, dlaczego stało się tak, a nie inaczej.

Wbrew pozorom Laurel Nicolson nie jest tutaj główną bohaterką. Tę rolę oddałabym Dorothy Smitham-Nicolson. Narracja prowadzona jest na dwóch płaszczyznach czasowych, czyli współcześnie i w latach 1940-1941. Na pewno jest to powieść o kobietach, a właściwie o niezwykle trudnych relacjach, które pomiędzy nimi panują. Sporo w tej historii również psychologii. Dolly to postać niesamowicie skomplikowana. Jej postępowanie może budzić wiele zastrzeżeń. Są bowiem sytuacje, w których nasza bohaterka za nic nie powinna postąpić tak, jak to zrobiła. Popełniła błąd, za który musiała srogo zapłacić. Na pewno nie jest to postać pozytywna, choć mogłoby się tak wydawać. Z jednej strony nie można jej niczego zarzucić, bo przecież ona pragnie jedynie lepszego życia, lecz z drugiej czy faktycznie cel uświęca środki?

Wydanie amerykańskie
Wydawnictwo: ATRIA
(październik 2012)
Kate Morton poruszyła w powieści kilka problemów społecznych, które są obecne również w dzisiejszym świecie. Jest więc przemoc domowa, która ma miejsce za zamkniętymi drzwiami, czyli tak, aby przypadkiem nikt z zewnątrz nie domyślił się, co tak naprawdę dzieje się w domu kogoś, kto powszechnie budzi ogromny szacunek i raczej nikt nie domyśliłby się, że w czterech ścianach własnego domu zdolny jest do największych okrucieństw wobec tych, których rzekomo ubóstwia nad życie. Jest tutaj również chęć polepszenia sobie warunków materialno-bytowych, która i dziś nie jest nam obca. Ludzie bowiem zdolni są posunąć się do największej podłości, aby tylko osiągnąć swój cel. Ale mamy także coś pozytywnego. Jest to oczywiście przyjaźń, choć zbudowana nie do końca na uczciwości. Niemniej w pewnym momencie przychodzi opamiętanie, lecz na naprawienie błędów jest już zbyt późno. Poza tym życie naszych bohaterów nie jest też wolne od miłości, która musi być przecież obecna w powieściach obyczajowych. Nie jest to jednak miłość wulgarna i nafaszerowana pod każdym względem erotyką.

Moim zdaniem Kate Morton stworzyła rewelacyjną historię, a jej pisarstwo może stanowić wzór dla innych autorów, jeśli chodzi o pisanie powieści obyczajowych z historią w tle, których fabuła owiana jest mrocznymi tajemnicami. Takich książek nie ma na rynku wydawniczym zbyt wiele, więc doceniajmy je, bo nie każdy pisarz potrafi tak bardzo wciągnąć czytelnika w swoją opowieść, jak robi to Kate Morton. Mam nadzieję, że inne książki tej Autorki są równie doskonałe i bez zarzutu. Historia opowiedziana przez australijską pisarkę jest także dramatem psychologicznym. Myślę, że te wszystkie cechy mogą jedynie przyciągnąć nas do powieści. I co najważniejsze: nie słuchajcie tych, którzy twierdzą, że powieść jest słaba! Wręcz przeciwnie. Napisana jest na bardzo wysokim poziomie. Dodatkowym atutem są nieoczekiwane zwroty akcji. Kiedy czytelnikowi wydaje się, że już wszystko wie, wówczas dzieje się coś zupełnie nieprzewidzianego, a my znów jesteśmy wyprowadzani przez Autorkę w pole. Tutaj nie ma spraw oczywistych. Do samego końca jest tajemnica, którą rozwikłać może jedynie Kate Morton, ponieważ czytelnik nie jest w stanie tego zrobić i niech nawet nie próbuje.










wtorek, 19 stycznia 2016

Elizabeth Massie – „Dynastia Tudorów. Królowa traci głowę” # 2












Na okładce: Jonathan
Rhys-Meyers jako 
Henryk VIII Tudor 
& Natalie Dormer w roli 
Anny Boleyn.


Wydawnictwo: HARPERCOLLINS POLSKA
(kiedyś HARLEQUIN POLSKA)
Warszawa 2013
Tytuł oryginału: The Tudors: King Takes Queen
Przekład: Alina Patkowska




Anna Boleyn (ok. 1507-1536) to jedna z najbardziej znanych królowych w historii Anglii, pomimo że na tronie zasiadała zaledwie przez trzy lata. Była córką Thomasa Boleyna, 1. księcia Wiltshire i Ormond oraz 1. wicehrabiego Rochford (ok. 1477-1539) i jego żony Elżbiety Howard (ok. 1480-1538), a także siostrzenicą Thomasa Howarda, 3. księcia Norfolk (1473-1554). Anna Boleyn swoją młodość spędziła na królewskim dworze we Francji. Po powrocie do Anglii błyszczała dowcipem oraz odznaczała się niecodziennym usposobieniem, czego oczywiście nauczyła się we Francji. Wokół niej zawsze kręcili się wielbiciele. Potajemnie zaręczono ją z Henrym Percym, 6. księciem Northumberland (1502-1537). Swoją dworską służbę rozpoczęła jako dama dworu królowej Katarzyny Aragońskiej (1485-1536). Niemniej już wkrótce uwagę zwrócił na nią sam król Henryk VIII Tudor (1491-1547), i w związku z tym wyrzucił z dworu Henry’ego Percy’ego, ponieważ pragnął uczynić Annę swoją kochanką.

Nieoczekiwanie dla króla, Boleynówna odmówiła dzielenia łoża z monarchą. Jakiś czas wcześniej kochanką Henryka VIII była siostra Anny – Maria (ok. 1499-1543), lecz jedyną rzeczą, jaką wyniosła z tego związku był skandal obyczajowy. Ponieważ nadzieje Anny na wyjście za mąż za Henry’ego Percy’ego zostały przez króla brutalnie unicestwione, Boleyówna robiła wszystko, aby tylko zmusić króla do małżeństwa. Na ślub z władcą Anglii, Francji i Irlandii czekała prawie siedem lat, gdyż Henryk musiał najpierw uzyskać stwierdzenie nieważności małżeństwa, które zawarł z Katarzyną Aragońską. Jak wiemy, fakt ten sprawił, że poważnie poróżnił się ze Stolicą Apostolską, ale ostatecznie stanął na ślubnym kobiercu z Anną, a było to w dniu 25 stycznia 1533 roku w Londynie. Ślub odbył się w tajemnicy. Anna była już wtedy w ciąży, jednak pomimo tego, iż była zdolna począć potomka, nie potrafiła dać królowi upragnionego syna. Ich małżeństwo zakończyło się tragicznie dla Anny, która została fałszywie oskarżona o praktykowanie czarów, kazirodztwo oraz cudzołóstwo. Jej egzekucja odbyła się 19 maja 1536 roku. W dniu śmierci Anna nie wiedziała jeszcze, że jej maleńka córeczka, nazywana wówczas bękartem, stanie się w przyszłości najpotężniejszą królową Anglii.

W 1532 roku wenecki ambasador tak oto pisał o Annie Boleyn:

Jest średniego wzrostu, posiada śniadą cerę i długą szyję, szerokie usta, nieznacznie uniesione piersi, i w rzeczywistości nie może poszczycić się niczym więcej, aniżeli tylko ogromnym zainteresowaniem ze strony króla oraz oczami, które są czarne i piękne; posiada ogromny wpływ na tych, którzy usługują jej niczym królowej, kiedy zasiada na tronie obok króla. Ona żyje jak królowa, a król towarzyszy jej na każdej Mszy świętej.

Thomas Boleyn 
autor: Hans Holbein Młodszy
(ok. 1498-1543)
Dokładna data urodzenia Anny Boleyn nie jest znana; prowadzone są szerokie dyskusje nawet odnośnie roku urodzenia. Pojawiają się opinie, że Anna przyszła na świat w 1501 lub 1502 roku, choć niektórzy historycy są przekonani, że był to 1507 rok. Prawdopodobnie urodziła się w Blickling Hall w Norfolk. Jej ojciec sir Thomas Boleyn początkowo był mało znaczącym dworzaninem i wyróżniał się nieprzeciętnym talentem do języków obcych; był również londyńskim kupcem, lecz niezwykle chętnym do tego, aby poznać szeroki świat. Jak większość mężczyzn tego typu, Thomas Boleyn za żonę nie wybrał sobie byle kogo. Jego narzeczoną została hrabina Wiltshire – Elżbieta Howard. Hrabina była córką Thomasa Howarda, 2. księcia Norfolk (1443-1524) oraz siostrą Thomasa Howarda, 3. księcia Norfolk. Spośród rodzeństwa Anny przeżyło tylko dwoje dzieci: wspomniana wyżej Maria i Jerzy Boleyn (ok. 1504-1536). Ich miejsca urodzenia również nie są dokładnie znane, podobnie jak kolejność narodzin. Wiadomo jedynie, że cała trójka rodzeństwa była w podobnym wieku, dlatego też rok ich urodzenia podaje się orientacyjnie.  

W 1514 roku Henryk VIII Tudor wydał za mąż swoją najmłodszą siostrę – księżniczkę Marię Tudor (1496-1533) – za sporo od niej starszego króla Francji – Ludwika XII (1462-1515). Wtedy też Anna Boleyn towarzyszyła księżniczce w drodze do Francji jako jej dama dworu. Po śmierci Ludwika XII, Anna pozostała na francuskim dworze, zaś księżniczka Maria Tudor wróciła do Anglii. We Francji Annę spotkał kolejny zaszczyt. Otóż rozpoczęła pobieranie nauk pod okiem samej królowej Klaudii pochodzącej z dynastii Walezjuszy (1499-1524), która wyszła za mąż za Franciszka I Walezjusza (1494-1547). Ta edukacja wyjątkowo kładła nacisk na francuską modę oraz zasady poprawnego flirtu z mężczyznami, choć nie zaniedbywano także zdobywania umiejętności intelektualnych. Tak więc Anna stała się znakomitym muzykiem, potrafiłam także pięknie śpiewać i tańczyć.

W 1521 lub na początku 1522 roku z powodu – wydawałoby się – nieuchronnego wybuchu wojny pomiędzy Francją a Anglią, Anna wróciła do Anglii. Nie wiadomo kiedy dokładnie Henryk VIII Tudor po raz pierwszy zwrócił uwagę na Boleynównę. Jak wspomniałam wyżej, najpierw dzielił łoże z jej siostrą Marią, która służyła na królewskim dworze przed Anną. Maria była kochanką króla od początku lat 20. XVI wieku, a w ramach okazania wdzięczności za jej usługi seksualne, król nadał jej ojcu tytuł wicehrabiego Rochfort. Było to w 1525 roku. Z kolei Maria – oprócz skandalu obyczajowego – wyniosła z romansu z królem jedynie nudne małżeństwo z dworzaninem Williamem Careyem (1500-1528) oraz nieślubne dzieci z monarchą. Anna natomiast wydawała się dużo mądrzejsza w tych sprawach, ale też można przypuszczać, że sporo nauczyła się na błędach siostry.

Thomas Howard 
znacząca postać w procesie Anny Boleyn
autor: Hans Holbein Młodszy
Pierwsze lata na królewskim dworze Anna spędziła, służąc pierwszej żonie Henryka VIII Tudora – Katarzynie Aragońskiej. Praktycznie natychmiast stała się bardzo popularna wśród młodych mężczyzn, którzy bezustannie wodzili za nią oczami. Nie była jednak uważana za szczególną piękność; to jej siostra zajmowała tę pozycję w rodzinie, lecz nawet Marię rzadko określano przymiotnikiem „piękna”. Nieprzychylni Annie kronikarze opisywali ją jako „zwyczajną niewiastę, o ziemistej cerze i posiadającą dwie poważne wady – duży pieprzyk z boku szyi oraz dodatkowy palec u lewej ręki.” Wszelkie pochwały dotyczyły natomiast jej stylu bycia, dowcipu i uroku osobistego. Była też porywcza, jak również pełna werwy. Najbardziej charakterystycznymi cechami fizycznymi Anny były jej duże i ciemne oczy oraz długie czarne włosy.

Henryk VIII Tudor zwrócił uwagę na Annę głównie dlatego, że posiadała niezwykle cięty język oraz wręcz irytujący sposób bycia, lecz tym, co w głównej mierze zaważyło na wyborze kolejnej kochanki, była jej niedostępność. Dlatego też monarcha często usychał z tęsknoty za Anną. Było to szczególnie trudne dla króla, który do tej pory przyzwyczajony był do tego, że z miejsca zaspokajano każdy jego kaprys. Anna była poważnie zaangażowana w związek ze wspomnianym już Henrym Percym, który był synem i spadkobiercą hrabiego Northumberland. Krążyły nawet plotki, że ci dwoje bardzo się kochają. Niemniej króla wcale to nie obeszło. Rozkazał więc swojemu najpoważniejszemu ministrowi kardynałowi Thomasowi Wolseyowi (ok. 1474-1530) natychmiast zakończyć ten związek. Oczywiście kardynał zrobił to, aranżując nieszczęśliwe małżeństwo Percy’ego z córką Jerzego Talbota, 4. hrabiego Shrewsbury i Waterford (1468-1538) – Marią (?-1572), która była wrogo nastawiona do Anny Boleyn. Bezpieczniej było więc winić za swoje nieszczęście kardynała, aniżeli samego króla. Ponadto ogromna zazdrość Henryka VIII odkrywała tylko głębię jego uczuć do Anny, zaś bezustanne myślenie o ukochanej było całkiem naturalne. Poza tym, skoro nie mogła już być żoną hrabiego, to dlaczego nie spróbować uczynić z niej królowej Anglii?

Kiedy Anna zaczęła unikać towarzystwa Henryka VIII oraz gdy była smutna i nieprzekonana do związku z nim, ten wysłał ją na jakiś czas na wieś. Monarcha miał bowiem nadzieję, że te kilka miesięcy na wsi sprawią, że dziewczyna w końcu przekona się do jego osoby. Niestety, tak się nie stało. Anna wciąż odgrywała swoją rolę jako niedostępnej i robiła to znacznie lepiej, aniżeli Henryk mógł przypuszczać. Potem, kiedy Annę aresztowano, król twierdził, że został przez Boleynównę „zaczarowany”, a trzeba pamiętać, że słowa tego nie traktowano lekko w XVI wieku. Możliwe jednak, że króla zauroczyło to, iż Anna znacznie różniła się od Katarzyny Aragońskiej. Ta pierwsza była niezwykle żywiołową osobą, zaś królową charakteryzowała dostojna powaga. Możliwe też, że monarcha pomylił niewytłumaczalne pożądanie z prawdziwą miłością, które nie osłabło jeszcze długo po śmierci Anny. 


Hever Castle – rodzinna posiadłość Boleynów w hrabstwie Kent
fot. Charles Drakew

Tak naprawdę nie da się w pełni wyjaśnić tajemnicy przyciągania istniejącego pomiędzy tymi dwojgiem ludzi. Wielu wciąż zadaje sobie pytanie, jak Anna była w stanie przez tak długi czas utrzymać na sobie uwagę króla, pomimo ogromu rozmaitych przeszkód i stałej obecności złośliwych plotek? Jedno jest pewne: Henryk był niezwykle uparty, ale też kłótliwy. Niemniej przez wiele lat był wierny Annie Boleyn, a poza tym wciąż pragnął legalnego męskiego potomka. Nie można jednak oddzielić pragnienia (a wręcz konieczności!) posiadania syna od osobistego zauroczenia króla Anną Boleyn. Te dwie kwestie doskonale zbiegły się ze sobą w 1527 roku, kiedy Henryk odkrył, że jego małżeństwo z Katarzyną Aragońską jest nieważne. Teraz mógł je unieważnić i w ten sposób spełnić swoje dwa najgłębsze pragnienia: ożenić się z Anną Boleyn i spłodzić długo oczekiwanego syna.

Kardynał Thomas Wolsey od dawna zalecał sojusz angielsko-francuski. Z tego też powodu nie lubił Katarzyny Aragońskiej, która była Hiszpanką. Dlatego też z ogromną werwą zabrał się do rozpoczęcia procesu, który miałby zakończyć się stwierdzeniem nieważności królewskiego małżeństwa. Lecz to nie Anna Boleyn miała być kolejną królową Anglii. Kardynał pragnął bowiem ożenić swojego monarchę z francuską księżniczką. A kto lepiej mógł nadawać się do władania Anglią, jak nie księżniczka z Francji? Thomas Wolsey nie przepadał za Anną Boleyn, a i ona sama też nim gardziła. Robiła więc wszystko, co tylko mogła, aby działania kardynała nie doszły do skutku. I tak oto protegowany Thomasa Wolseya i jego następca – Thomas Cromwell (1485-1540) – stał się jej bliskim sojusznikiem.

Thomas More –
Henryk VIII traktował filozofa 
niczym własnego ojca, a potem skazał go 
na śmierć za zdradę stanu.
autor: Hans Holbein Młodszy
Trzeba jednak wiedzieć, że nie tylko Anna doprowadziła do upadku kardynała Wolseya, choć potem faktycznie wzięła za to winę na siebie. W rzeczywistości „Nan Bullen”, jak mawiali o niej szyderczo zwykli ludzie, stała się kozłem ofiarnym za wszystkie złe decyzje podejmowane przez króla. Ważne, aby pamiętać, że nikt – ani Wolsey, ani Cromwell, a na pewno nie Anna Boleyn – nigdy nie sprawowali kontroli nad Henrykiem VIII, czy też zmuszali go do czegoś, czego nie chciał zrobić. To on był królem, który dokładnie wiedział, co robi i doskonale wykorzystywał do tego swoją pozycję. Sir Thomas More (1478-1535) trafnie zwrócił na to uwagę w rozmowie ze swoim zięciem Williamem Roperem (1496-1578): „Jeśli lew zna swoją siłę, to bardzo trudno jest komukolwiek go zatrzymać.” Potem, gdy William Roper odnosił się do sympatii króla dla Thomasa More’a, filozof odpowiedział, że jeśli jego głowa pomoże zdobyć królowi zamek we Francji, to wtedy Henryk nie zawaha się jej odciąć.

Większość ludzi jednak bardziej nienawidziło Annę Boleyn, aniżeli swojego monarchę. Plotki na temat pragnienia króla odnośnie unieważnienia małżeństwa z Katarzyną Aragońską rozeszły się bardzo szybko po całej Europie. To wcale nie król, lecz Anna była za to krytykowana i potępiana. Nie cieszyła się także popularnością na dworze angielskim. Zarówno jej wyjątkowa sytuacja, jak i szorstka osobowość stały się dla wielu obraźliwe. Z kolei powaga i wielka pobożność Katarzyny Aragońskiej przez trzy dekady robiły pozytywne wrażenie na wielu osobach. Królowa posiadała mnóstwo zwolenników, choć żaden z nich nie odważył się stawić czoło gniewowi króla. W rzeczywistości związek Anny z królem był trwały jedynie z powodu jego głębokich uczuć oraz żywiołowego temperamentu, a sama Boleynówna wiedziała, w jaki sposób to wykorzystać. Możliwe też, że wiernością monarchy była zaskoczona równie mocno, jak każdy inny człowiek, który był jej świadomy.

O życiu Anny Boleyn i jej związku z Henrykiem VIII Tudorem można byłoby pisać w nieskończoność. Ta królewska para zapisała się wielkimi literami na kartach historii Anglii i chyba już nigdy nie zostaną zapomniani.  Na przestrzeni lat napisano o nich mnóstwo książek i zrobiono niemało filmów historycznych, czego przykładem jest słynny serial Dynastia Tudorów, do którego scenariusz napisał Michael Hirst. Niedawno pisałam na blogu o pierwszym tomie serii powieściowej, która powstała w oparciu o scenariusz, a dziś opowiem o części drugiej. Tak naprawdę na chwilę obecną książki te należy traktować jako trylogię, ponieważ jak do tej pory żaden pisarz nie odważył się stworzyć powieści w oparciu o czwarty sezon serialu. Możliwe, że nikt z szanujących się autorów brytyjskich czy amerykańskich nie chce firmować swoim nazwiskiem tworu, który zawiera poważne błędy merytoryczne i szereg zmyślonych wydarzeń, które w rzeczywistości nigdy nie miały miejsca.

Arcybiskup Thomas Cranmer (1489-1556) 
– sojusznik w walce Henryka VIII 
z Kościołem Katolickim.
autor: Gerlach Flicke (?-1558)
Pierwszy tom bardzo mnie rozczarował. W przypadku drugiej części jest podobnie. O ile warsztatowo książka jest lepsza – co zapewne ma związek ze zmianą autorki – to błędy merytoryczne, a właściwie liczne nieścisłości i przekłamania są tak rażące, że dla czytelnika/widza, który choć odrobinę zna się na historii Anglii jest to niedopuszczalne. Co zatem nie podobało mi się tym razem? Zacznę może od tego, że drugi tom w całości poświęcony jest małżeństwu Anny Boleyn z Henrykiem VIII Tudorem. Katarzyna Aragońska jest już zupełnie odsunięta zarówno od władzy, jak i od swojej córki Marii. Przebywa w mrocznym zamczysku z dala od królewskiej siedziby, gdzie powoli zżerana jest przez chorobę. Oczywiście są tacy, którzy chętnie widzieliby królową na marach, ale ta jak na złość trzyma się dzielnie i jak na razie nie zamierza przenosić się na drugi świat. Jej śmierć na pewno rozwiązałaby szereg problemów.

Oczywiście Henryk VIII jest już poważnie poróżniony z Kościołem Katolickim i dlatego nie widzi innego rozwiązania, jak tylko ogłosić siebie głową angielskiego Kościoła. Każdy, kto tego nie zaakceptuje zostanie skazany na śmierć. Tak więc ludzie pod przymusem podpisują lojalki, a ci, którzy tego nie robią trafiają natychmiast do Tower, a stamtąd już tylko pod miecz kata. Henryk jest tak zawzięty w swoim postępowaniu, że nie waha się podpisać wyroku śmierci nawet na własnego przyjaciela, którym jest Thomas More. W tym przypadku widać, że w królu drzemią jednak ludzkie uczucia, ponieważ bardzo przeżywa tę egzekucję. Niestety, nie może się przed niczym cofnąć, bo jak by to niby wyglądało? Wszechwładny król nagle cofa się przed raz podjętą decyzją? Nie ma mowy!

O ile książkę czyta się bardzo dobrze (tym razem jest znacznie więcej opisów, aniżeli w pierwszym tomie), to jednak pojawiające się nieścisłości są dla mnie nie do przyjęcia. Nie ma bowiem choćby najmniejszej wzmianki o tym, że Anna Boleyn była zaręczona z Henrym Percym, o czym wspomniałam wyżej. Zamiast tego cielęcym wzrokiem wciąż wodzi za nią poeta Thomas Wyatt (1503-1542), co oczywiście nie jest niezgodne z prawdą, ale trzeba wiedzieć, że Thomas Wyatt był jedynie przyjacielem Anny i może faktycznie podkochiwał się w niej. Tutaj jednak zrobiono z niego jej kochanka, z którym rzekomo sypiała przed zawarciem znajomości z królem.

Zrozpaczona Anna Boleyn w Tower
of London 
Obraz został namalowany w 1835 roku.
autor: Éduard Cibot (1799-1877)
Kolejną kwestią, która rzuciła mi się w oczy jest nagłe zniknięcie Thomasa Howarda – wuja Anny Boleyn. Książę był i nieoczekiwanie gdzieś przepadł, pozostawiając na placu boju samego Thomasa Boleyna. Przecież Thomas Howard przewodniczył rozprawie przeciwko Annie Boleyn w maju 1536 roku! To praktycznie on skazał ją na śmierć, zaś jej ojciec nawet palcem nie kiwnął, aby bronić córki, gdyż tak bardzo bał się utracić wpływy na królewskim dworze. W powieści/serialu odpowiedzialność za upadek Anny Boleyn przypisuje się sekretarzowi króla – Thomasowi Cromwellowi, co do którego roli w tej sprawie wciąż trwają spory wśród historyków. Prawda jest taka, że Anna Boleyn nie stanowiła żadnego zagrożenia dla Thomasa Cromwella. Uważała go nawet za swojego sojusznika. Oczywiście można przypuszczać, że sekretarz został zmuszony do działań przeciwko królowej, a w razie niepowodzenia mógł stracić głowę. To tłumaczyłoby jego udział w fabrykowaniu dowodów przeciwko Annie.

Trzeba wiedzieć, że z powieści/serialu znika nie tylko Thomas Howard, który wciąż określany jest jako książę Norfolk, co nie powinno mieć miejsca, ponieważ dla kogoś, kto nie orientuje się w temacie będzie to bohater praktycznie anonimowy. Z książki/serialu znika także inna niezwykle znacząca postać, a jest nią Małgorzata Pole, hrabina Salisbury (1473-1541). W pierwszym tomie spotykamy ją tylko raz, kiedy przybywa do Katarzyny Aragońskiej, aby na polecenie króla odebrać jej córkę Marię. Wykreowana jest na osobę wyniosłą, która tak naprawdę jest zupełnie obca dla królowej. Oczywiście – podobnie jak w przypadku Thomasa Howarda – znamy ją jedynie jako hrabinę Salisbury. Nigdzie nie pada jej nazwisko, więc czytelnik/widz nie ma pojęcia kim w rzeczywistości jest ta kobieta. A Małgorzata Pole w historii dynastii Tudorów była niezwykle ważna. Kiedy młodziutka i zagubiona Katarzyna Aragońska przybyła do Anglii, aby poślubić Artura Tudora (1486-1502), Małgorzata była jedną z najważniejszych dam dworu, które oczekiwały na przybycie przyszłej królowej. Potem hrabina Salisbury stała się przyjaciółką Katarzyny Aragońskiej. Hrabina wspierała królową w trudnych chwilach i robiła wszystko, aby tylko móc zająć się małą Marią, co oczywiście nie było łatwe, zważywszy że Henryk VIII odsunął od swojej pierwszej żony każdą przyjazną dla niej duszę. Dodam jeszcze, że Małgorzata Pole była kuzynką matki Henryka VIII – Elżbiety York (1466-1503). Jak wiemy, zdesperowany Henryk nawet i ją – własną ciotkę – skazał na śmierć, a jej egzekucja była bardzo dramatyczna. 

Przypuszczam, że w trzecim tomie tej serialowo-powieściowej historii hrabiny Salisbury już nie spotkamy. Wprawdzie źródła historyczne podają, że Małgorzata Pole wróciła na dwór po śmierci Anny Boleyn, ale skoro wcześniej nie zaszczyciła czytelnika/widza swoją obecnością, to zapewne w kolejnym tomie też tego nie zrobi. Widocznie dla filmowców nie okazała się zbyt ważną postacią.

Do scenariusza drugiego sezonu serialu, a co za tym idzie również do drugiego tomu Dynastii Tudorów, wprowadzono także pewne fikcyjne wydarzenie. Wybaczcie, że je zdradzę, ale muszę to zrobić, żeby wskazać, jak bardzo jest ono absurdalne. Otóż, w dniu koronacji Anny Boleyn dochodzi do zamachu na jej życie. Kiedy zapytano Michaela Hirsta, dlaczego zdecydował się na taki zabieg, ten odpowiedział: „[…] aby pokazać jak bardzo Anglicy jej nienawidzili.” Problem w tym, że zgodnie ze scenariuszem pomysł dokonania rzeczonego zamachu wcale nie wychodzi od Anglików. Owszem, oni są narzędziem, którym ktoś posługuje się, aby zgładzić Boleynównę, ale mózgiem tego postępku nie jest rodak Anny Boleyn.

Przede mną jeszcze trzeci tom tej serialowo-powieściowej historii. Nie sądzę, aby kolejna część zaskoczyła mnie czymś pozytywnym. Zapewne znów znajdę przekłamania i nieścisłości historyczne. Natomiast na obronę tej książki mogę napisać jedynie tyle, że sceny tortur i egzekucji są przedstawione niezwykle realistycznie. Z kolei postać Anny Boleyn budzi sympatię i współczucie. Przeważnie królowa ukazywana jest jako wyrafinowana i bezwzględna kobieta, która za wszelką cenę pragnie pozbyć się swojej poprzedniczki i tym samym zaspokoić własne ambicje. Tym razem widzimy kobietę, która padła ofiarą makabrycznego spisku. Spotykamy kobietę, która z całej siły pragnie dać królowi następcę tronu i za każdym razem, kiedy jej się to nie udaje, bardzo cierpi. Anna Boleyn to postać na wskroś tragiczna i pokazana od zupełnie innej strony, aniżeli ukazują to niektóre źródła historyczne.