Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

niedziela, 29 listopada 2015

Ildefonso Falcones – „Ręka Fatimy”












Wydawnictwo: ALBATROS
Warszawa 2010
Tytuł oryginału: La mano de Fátima
Przekład: Teresa Gruszecka-Loiselet & Anna Łochowska 




Zdaniem historyków przyczyną klęski Grenady w 1492 roku stała się wewnętrzna słabość tego regionu. Choć z drugiej strony do upadku Grenady mogło też w dużej mierze przyczynić się użycie przez chrześcijan artylerii. Z kolei za czasów panowania Filipa II Habsburga (1527-1598) ogromne znaczenie miał taktyczny manewr wojskowy zastosowany przez władcę Hiszpanii, który polegał na tym, iż hiszpańska armia otoczyła Grenadę i tym samym odcięła jej dostawy żywności. Niemniej polityczny kryzys islamskiej Grenady nie przyczynił się do ekonomicznego upadku tego terenu, gdyż był to kraj dość zamożny, pełen tropikalnych schronień oraz pól uprawnych. Wszystkie te bogate ziemie zostały jednak zajęte przez chrześcijańskich szlachciców, którzy najpierw muzułmanów, a potem morysków* zepchnęli na tereny górskie.

Chrześcijański kolonializm polegał generalnie na bezwzględnym wykorzystywaniu przewagi zwycięzców, a także na oszustwach i oskarżaniu morysków o rozmaite przewinienia celem ukrycia własnych. Ogólnie zapanowała wielka niesprawiedliwość. Nawet chrześcijańscy skrybowie, którzy dokumentowali ówczesne wydarzenia, zauważali te niegodziwe procedury. Z kolei moryskowie zamiast wszczynać bunt, zachowywali spokój, pomimo że od ponad dwudziestu lat nie doświadczyli choćby najmniejszej sprawiedliwości. Starzy chrześcijanie notorycznie powtarzali oskarżenia i twierdzili, że moryskowie są bardzo niebezpieczni, gromadzą żywność, zboże czy nawet broń z zamiarem rozpoczęcia buntu. I faktycznie mieli rację, ponieważ któregoś dnia rzeczywiście do buntu doszło. Co ciekawe, dwór Filipa II Habsburga w pewnym sensie rozumiał przyczyny rebelii.

Filip II Habsburg 
Portret powstał około 1551 roku.
autor: Tycjan (ok. 1490-1576)
Królewski ambasador – Francés de Álava Beamonte (?) – pisał w 1569 roku, że moryskowie de facto podnieśli bunt, ale tak naprawdę doprowadzili do niego „starzy” chrześcijanie poprzez swoją arogancję, złodziejstwo i, przede wszystkim, bezczelność. Opisywał też w jaki sposób chrześcijanie porywali oraz wykorzystywali kobiety morysków. Ambasador wskazywał na szereg nadużyć ze strony urzędników. Co dziwne, uważał, że moryskowie piastujący urzędnicze posady również dopuszczali się przewinień. Z kolei Kościół Katolicki zamiast skupiać się na dbaniu o kult religii chrześcijańskiej, zajmował się przede wszystkim sprawowaniem kontroli i poniżaniem morysków. Takim zapalnym punktem stało się rozporządzenie z 1566 roku, które oficjalnie ogłoszono w 1567 roku, i nad którym dyskutowano przez kolejne dwa lata. Dokument ten ostatecznie miał doprowadzić do wyrzucenia islamskiej kultury z terenu półwyspu. Chodziło bowiem o to, aby zarówno mężczyznom, jak i kobietom zabronić noszenia tradycyjnych strojów; kobiety nie mogły już zasłaniać twarzy. Zabroniono także zamykania domów, w kwestii których przypuszczano, że ma tam miejsce potajemne odprawianie muzułmańskich obrzędów. Wprowadzono również zakaz korzystania z publicznych łaźni. Chyba najgorsze w tym wszystkim było to, że nie pozwolono muzułmanom używać języka arabskiego.

I tak oto w nocy 1568 roku wyznawcy islamu wreszcie zaatakowali. Rebelianci wkroczyli do Grenady w noc Bożego Narodzenia, nawołując jednocześnie mieszkańców do przyłączenia się do ich oddziałów. Odzew nie był jednak zbyt wielki, co trochę rozczarowało buntowników. Niemniej po kilku dniach ogłoszono, że powstańców jest już tysiąc. Nie zdołali oni jednak zająć całego miasta, a więc schronili się w górach. Tak naprawdę większa część tej wojny miała miejsce na terenach górzystych, ponieważ tam moryskowie czuli się najlepiej i najpewniej. W końcu do buntowników dołączyli Turcy. Ich pierwotna liczba nie jest dokładnie znana. Mówiono, że wśród nich jest około trzystu tureckich wojowników oraz kilku rozbitków, którzy całkiem przypadkiem znaleźli się na półwyspie. Dołączali także przybysze z terenu Algieru.

Praktycznie od samego początku władze traktowały powstanie bardzo poważnie. Do Grenady ściągnięto bowiem wojska z Kordoby, Úbedy oraz Beazy. Na obronę przeznaczono niewyobrażalne środki finansowe. W stan najwyższej gotowości postawiono hiszpańskie galery, aby tym samym udaremnić potencjalną pomoc płynącą z Afryki. Powodów tak zdecydowanej i natychmiastowej reakcji należałoby dopatrywać się w przekonaniach ówczesnych Europejczyków, którzy bardzo obawiali się wpływów innej religii. Cała Europa bała się Turków, a po Hiszpanii krążyły wręcz plotki dotyczące tureckiej inwazji na półwysep. Pogłoski te traktowano bardzo poważnie. Zapowiedzią tureckiego najazdu miał być właśnie bunt morysków. Jeśli chodzi o samych rebeliantów, to oni również wyczekiwali pomocy ze Stambułu.

Bunt rozprzestrzenił się błyskawicznie w styczniu 1569 roku. Powstańcy oblegli Almerię. Natomiast w lutym liczba rebeliantów sięgała już około stu pięćdziesięciu tysięcy, w tym czterdziestu pięciu tysięcy tych, którzy byli zdolni nosić broń. W marcu bunt przeniósł się z terenów górskich na niziny, a wojna zaczynała stawać się bardzo chaotyczna, niejednolita i przede wszystkim pełna okrucieństwa. Z obydwu stron organizowano swoiste polowania na niewolników. Chrześcijanie sprzedawali morysków na targach, zaś moryskowie prowadzili handel chrześcijanami z Afryką w zamian za muszkiety.

Książę Juan de Austria 
Portret powstał 1567 roku.
autor: Alonso Sánchez Coello (ok. 1532-1588)
Początkowo dramatyczną sytuację w Grenadzie próbowano utrzymać w tajemnicy przed resztą Europy, lecz tak naprawdę nie było na to szans. Już w lutym informacja o powstaniu morysków krążyła po kontynencie i była przekazywana przez Genuę oraz Rzym. Turcja także dowiedziała się o buncie dość szybko. Hiszpanię i Turcję łączył bowiem permanentny łańcuch informacji przekazywanych przez zbiegów z Hiszpanii, jak również rozmaitych podróżników i specjalnie wysyłanych korespondentów. Na początku konflikt z rebeliantami nie przyniósł oczekiwanych efektów, czemu nie można się dziwić, ponieważ na zorganizowanie armii potrzeba trochę czasu, pomimo że w tym przypadku wojsko zebrało się dość szybko. Poza tym górzysty teren i asymetryczna linia brzegowa wypełniona niewielkimi zatoczkami także nie ułatwiły sprawy. Bunt stłumić miał dopiero książę Juan de Austria (1547-1578), który 13 kwietnia 1569 roku został mianowany na stanowisko generalnego dowódcy przez Filipa II Habsburga. Wydawało się, że ta nominacja niczego dobrego nie przyniesie, lecz w styczniu 1570 roku coś nagle zaczęło się zmieniać.

Król Filip II potrzebował tak naprawdę roku, aby ostatecznie uświadomić sobie co należy zrobić, żeby konflikt zakończyć. Pomimo że na królewskim dworze wiedziano, że sytuacja jest naprawdę bardzo poważna, to jednak monarcha publicznie stwarzał pozory normalności. Twierdził, że nad wszystkim panuje, a Turkami wcale się nie przejmuje i jest pewien, że posiada doskonałą obronę morską przed Algierią. Był także przekonany, że same gminy chrześcijańskie dadzą sobie świetnie radę z zaistniałym problemem. Niemniej wciąż przeciągająca się wojna pochłaniała mnóstwo pieniędzy, a także pociągała za sobą możliwość rozszerzenia się buntu na tereny Aragonii. Z kolei napięta sprawa Turków aż prosiła się o wojsko, które stacjonowało aktualnie w Grenadzie. I tak oto jesienią przyszła wiadomość, że moryscy posłańcy zostali przyjęci w Algierze. Obiecano im tysiąc rusznic, jak również to, że w 1570 roku przybędzie turecka armada. Pod koniec 1569 roku Filip II Habsburg wiedział już, że nie można bezustannie przeciągać wojny.

W związku z powyższym w grudniu zaczęto wyrzucać morysków z Grenady. Od stycznia 1570 roku książę Juan de Austria przebywał w Kordobie, gdzie zebrały się Kortezy Kastylii. Pobyt księcia w mieście poważnie usprawnił dalsze działania. Pierwszą potyczką stało się oblężenie Gelery, czyli miasteczka moryskiego, które położone było na trudno dostępnym terenie. Miasto poniosło klęskę kosztem rzezi, jaka się tam wydarzyła. Niemniej sukces nie trwał zbyt długo, ponieważ moryskowie z Sierra de Seron uderzyli i zmusili armię do ucieczki. Tak więc do marca pełna różnych zasadzek wojna zdemoralizowała wojsko; żołnierze nauczyli się jak być okrutnymi, ale też i tchórzami. Zaczęły się bowiem spontaniczne i indywidualne ataki, jak również kradzież mienia. Upadek morysków miał miejsce 20 maja, a trzeci z kolei król rebeliantów – Albaqui – zgiął kark przed Juanem de Austrią. Warunki pokoju nie były specjalnie wyszukane. Pozwolono bowiem Berberom** wrócić do Afryki, natomiast moryskowie mogli nosić swój tradycyjny strój.


Wysiedlanie morysków – wsiadanie na statki w porcie w Walencji 
Obraz został namalowany około 1616 roku.
autor: Pere Oromig (?)


Pomimo że 15 czerwca 1570 roku trzydzieści tysięcy morysków złożyło broń, to jednak niewielkie oddziały nadal ukrywały się w górach. Dwa dni później do głosu doszła inkwizycja. Dzielni moryskowie wciąż nie chcieli dać się ujarzmić. Jeszcze we wrześniu miały miejsce ataki na niedobitków. Wtedy też władze zdecydowały się na wszczęcie deportacji. I tak oto 28 października 1570 roku został wydany rozkaz dotyczący ogólnego wysiedlenia. Z uwagi na to, że nie wszyscy objęci dekretem opuścili Grenadę, wysiedlenia należało powtórzyć, co oczywiście uczyniono w 1584 i 1610 roku. Ostatnie ślady buntu wygasły samoczynnie, gdyż pozbawione zostały poparcia ze strony ludności Grenady. Własności moryskie rozdano szlachcie, a także Kościołowi.

Wydarzenia, które rozegrały się w Grenadzie pod koniec XVI i na początku XVII wieku pokazały, jak bardzo silny jest islam oraz jego tradycja. Moryskowie byli świadomi tego, jak wielki jest ich świat kulturowy, który rozciągał się aż na tereny odległej Persji. Sam ówczesny kardynał Toledo stwierdził, że moryskowie to: „prawdziwi mahometanie, jak ci z Algieru.” Dlatego też władze ówczesnej Hiszpanii uznały, że jedynym skutecznym sposobem pozbycia się morysków będzie ich wysiedlenie. Nikt nie chciał asymilować się z obcą religią i kulturą. Nie znaczy to jednak, że islam zupełnie zniknął.

Tak mniej więcej przedstawia się tło historyczne Ręki Fatimy – powieści, której autor zasłynął przede wszystkim z bestsellerowej Katedry w Barcelonie, przez niektórych porównywanej do Filarów Ziemi Kena Folletta. Głównym bohaterem Ręki Fatimy jest muzułmanin Hernando Ruíz poczęty w wyniku gwałtu, którego na jego matce dopuścił się pewien katolicki ksiądz. Chyba nie trzeba wyjaśniać, w jakiej sytuacji znalazła się młodziutka muzułmanka w chwili, gdy dowiedziała się, że spodziewa się dziecka. Znalezienie męża pochodzącego z jej środowiska praktycznie graniczyło z cudem. Z kolei poślubienie chrześcijanina zupełnie nie wchodziło w grę. Dla Aiszy lepiej było umrzeć, aniżeli zostać żoną mężczyzny obcej wiary. W końcu zdesperowany ojciec Aiszy znalazł niejakiego mulnika Brahima, który zgodził się poślubić zhańbioną Aiszę. Ale nie zrobił tego za darmo. Po pierwsze nie kochał dziewczyny, a po drugie wcale nie uśmiechało mu się wychowywać katolickiego bękarta i traktować go, jak swoje własne dziecko. Dlatego też ojciec Aiszy razem z córką oddał Brahimowi jeszcze dorodnego muła.

Przywódca morysków –
Abèn Humeya vel Fernando de Válor
 (1545-1569) 
Portret powstał w 1859 roku.
autor: Manuel Fernández y González 
(1821-1888)
Praktycznie od dnia narodzin Hernando traktowany jest przez ojczyma niczym trędowaty. Podobnie odnoszą się do chłopca mieszkańcy górzystej wioski Juviles leżącej w królestwie Grenady w Andaluzji. Aby podkreślić swoją niechęć do Hernanda ludzie jawnie nazywają go „nazarejczykiem”, co oczywiście ma swoją wymowę. Wszyscy bowiem wiedzą, w jaki sposób chłopiec znalazł się na tym świecie. Każdy ma świadomość tego, że jego biologicznym ojcem jest katolicki ksiądz. Aisza także wciąż pamięta dzień, w którym została pohańbiona przez tamtego duchownego i gdzieś na dnie jej duszy dojrzewa pragnienie zemsty. Czy uda jej się odpłacić za swoją krzywdę? Czy odnajdzie księdza, który ją skrzywdził i wymierzy mu karę? A może nadarzy się ku temu inna okazja?

W miarę upływu lat mały Hernando dorasta. Niestety, nadal nie potrafi pozbyć się piętna swojego poczęcia. Choć na świat przychodzą jego bracia i siostry, to jednak Brahim wciąż nie daje mu spokoju. Zaprzęga chłopaka do najcięższych prac, a kiedy ten z jakiegoś powodu nie wykona polecenia ojczyma tak, jak ten by sobie tego życzył, mulnik wymierza okrutną karę nie tylko Hernandowi, ale także jego matce. Aisza całe to upokorzenie znosi bez słowa skargi, jak przystało na prawdziwą muzułmańską kobietę. Hernando ma jednak przyjaciela. To fakih Hamid, który wzbudza wielki szacunek w społeczności muzułmańskiej. Hamid uczy zatem Hernanda zasad islamu, a także pokazuje mu na czym polega wiara chrześcijańska, co wcale nie oznacza, że nakłania chłopca do zmiany wyznania. Dzięki Hamidowi Hernando w przyszłości będzie potrafił też czytać i pisać. Pewnego dnia fakih daje chłopcu w prezencie szablę, która według legendy miała kiedyś należeć do samego Mahometa. Hernando nie wie, że ta szabla będzie mu towarzyszyć przez całe życie i pomagać w najtrudniejszych chwilach, które jeszcze przed nim.

Kiedy wybucha powstanie morysków, do których zalicza się także nasz bohater, Hernando ma czternaście lat. Pomimo że bunt skazany jest na porażkę, to jednak moryskowie walczą do ostatniej kropli krwi. Mają swojego króla, którego rozkazy są dla nich wiążące. Filip II Habsburg w ogóle się dla nich nie liczy, bo przecież walczą właśnie przeciwko niemu. Podczas rzezi w Juviles Hernando poznaje piękną trzynastoletnią Fatimę, której mąż przyłączył się do banitów i teraz walczy gdzieś w górach. Dziewczyna ma pod opieką kilkumiesięcznego synka i robi wszystko, aby tylko nie dopuścić do jego śmierci. Hernando Ruíz jest już na tyle dojrzałym młodym mężczyzną, że potrafi zająć się matką, rodzeństwem oraz Fatimą i jej dzieckiem. Mulnik Brahim też gdzieś walczy, więc na niego liczyć nie można. Z drugiej strony jednak, znając stosunek ojczyma do chłopaka, można dojść do przekonania, że starego najbardziej ucieszyłaby śmierć Hernanda. Przecież tego pragnął od wielu lat. Wzniecony przez morysków bunt jest doskonałym pretekstem ku temu, aby wręcz własnoręcznie zabić „chrześcijańskiego bękarta”.

Król morysków po śmierci Abèn Humeyi – 
Abèn Aboo vel Diego López (?-1571)
Portret powstał w 1859 roku.
autor: Manuel Fernández y González 
Prawdę powiedziawszy od tej pory życie Hernanda diametralnie się zmieni. Chłopak będzie przeżywał szereg niebezpiecznych przygód. Z Fatimą, która ostatecznie straci męża, połączy go potężne uczucie, którego nigdy nie będzie mógł się wyzbyć. Niestety, w tej kwestii stale będzie musiał rywalizować ze swoim ojczymem, któremu Fatima również wpadnie w oko. Brahim założył sobie bowiem, że zniszczy „nazarejczyka” i dlatego konsekwentnie będzie do tego zmierzał. Nie cofnie się nawet przed najgorszym okrucieństwem. Nienawiść Brahima do Hernanda jest tak wielka, że chyba tylko śmierć któregoś z nich może położyć jej kres. Jak gdyby tego było mało, na życie Hernanda czyhał będzie także niejaki Ubajd – mulnik z sąsiedniej wioski. Dlaczego ten mężczyzna również zapragnie śmierci Hernanda Ruíza? O co będzie go oskarżał? Czy Ubajdowi uda się w końcu spełnić swoją groźbę?

Ręka Fatimy to przede wszystkim powieść o tym, jak dwie społeczności nie potrafią dojść ze sobą do porozumienia z powodu wyznawanej religii. Z jednej strony mamy chrześcijan, którzy za nic w świecie nie chcą ustąpić i każdego, kto wyznaje inną wiarę niż katolicka nazywają heretykiem zasługującym tylko na stos. Z kolei z drugiej strony są muzułmanie-moryskowie, którzy uparcie bronią swojego wyznania, lecz aby zachować życie godzą się na fikcyjne nawracanie i przyjmowanie zasad wiary katolickiej. Oficjalnie uczęszczają do kościoła, słuchają nabożeństw i „modlą” się do Boga chrześcijan. Potajemnie jednak nadal praktykują islam i chodzą do meczetów, które teraz coraz częściej są zamieniane na kościoły. Z całych sił próbują także zachować i przekazać przyszłym pokoleniom Koran. W tym celu przepisują go i ukrywają w miejscach, gdzie chrześcijanom będzie trudno go odnaleźć. Ale czy na pewno? Czy inkwizycja naprawdę jest taka nieuświadomiona i nie wie, gdzie szukać?

Hernando Ruíz to postać niezwykle skomplikowana. Wciąż żyje w rozdarciu nie tylko pomiędzy dwiema religiami, ale też uczuciami do kobiet. W jego życiu pojawia się ich kilka i każda jest dla niego bardzo ważna w zależności od tego, jak akurat układa się jego życie. Niemniej nie chodzi jedynie o miłość do kobiety, której pożąda. Dla Hernanda bardzo ważna jest także miłość do matki. Możliwe, że to uczucie jest dla niego nawet najważniejsze. Niestety, na tej płaszczyźnie także nie dzieje się najlepiej. Zauważmy, że nasz bohater musi działać na dwa fronty, jeśli chodzi o wyznawaną religię. Z jednej strony głęboko wierzy w to, co podaje islam i za nic nie chce wyrzec się tej wiary, a z drugiej jest chrześcijaństwo, które pozwala mu przeżyć kolejny dzień. Czy zatem jest hipokrytą? Czy lepiej dla niego byłoby pozostać przy jednej wierze bez względu na konsekwencje? Możliwe. Jednak Hernando przyjął pewne założenie i uparcie dąży do celu, co oczywiście nie jest łatwe. W pewnym momencie dla jednych i drugich staje się wrogiem. Takie działanie na dwa fronty któregoś dnia doprowadzi do tego, że jego życie znajdzie się w ogromnym niebezpieczeństwie.

Okładka hiszpańskiego wydania
(2009)
Wyd. Vintage Español
Ręka Fatimy to powieść dopracowana w każdym calu. Autor zadbał o najdrobniejsze szczegóły. Doskonale przedstawił tło historyczne oraz ożywił postacie, które kiedyś brały czynny udział w wydarzeniach opisywanych na karatach książki. Sam Hernando Ruíz i jego rodzina są bohaterami fikcyjnymi, lecz mimo to fantastycznie wkomponowują się w całość. Dodatkowo Ildefonso Falcones zastosował pewną symbolikę, która ukryta jest w tytule książki i wcale nie dotyczy tego, co w pierwszej chwili nasuwa się czytelnikowi na myśl. Moim zdaniem fabuła tej powieści jest niezwykle trudna pod względem tematycznym. Choć mijają lata, a wręcz wieki, ludzie na świecie nadal prowadzą brutalne walki na tle religijnym. To jest naprawdę straszne i niepojęte!

Niniejsza powieść posiada w sobie szereg rozmaitych pierwiastków literackich i tematycznych. Jak już wspomniałam czytelnik obserwuje wojnę religijną w Hiszpanii z przełomu XVI i XVII wieku, co jest zasadniczym elementem fabuły. Oprócz tego sporo miejsca Autor poświęcił życiu prywatnemu głównego bohatera. Ten religijny konflikt już na zawsze naznaczył jego relacje nie tylko z obcymi ludźmi, ale także z członkami jego własnej rodziny. W mojej opinii Hernando Ruíz jest rodzajem bohatera, którego nie można jednoznacznie ocenić. Wydaje mi się, że Ildefonso Falcones chciał przedstawić go jako postać pozytywną, która wzbudziłaby w czytelniku sympatię. Czy tak faktycznie się stało? Jestem skłonna stwierdzić, że poniekąd tak, ponieważ ogrom cierpienia, jakie spadło na Hernanda i jego rodzinę budzi współczucie. Pomimo że nasz bohater nie waha się mordować w imię swojej wiary, to jednak po jakimś czasie będzie musiał za to srogo zapłacić. On tak naprawdę nie jest człowiekiem konfliktowym i wcale nie podoba mu się to, co dzieje się wokół niego. To mężczyzna, który z całych sił pragnie żyć normalnie w otoczeniu własnej rodziny i przyjaciół.

W tej powieści czytelnik znajdzie również niemało krwawych i brutalnych scen. Hernando Ruíz stale podróżuje; spotyka na swojej drodze rozmaitych ludzi, z których jedni są dobrzy, a inni na wskroś źli. Są sytuacje, z których główny bohater ledwo uchodzi z życiem. Następują też nieoczekiwane zwroty akcji. To wszystko sprawia, że od książki nie sposób się oderwać. Myślę, że Ręka Fatimy nie jest jedynie zwykłą powieścią historyczną, którą świetnie się czyta. W moim przekonaniu ta książka niesie ze sobą pewne przesłanie dla współczesnego człowieka pogrążonego w ciągłym konflikcie religijnym, zaś Hernando Ruíz jest kimś w rodzaju mediatora pomiędzy obydwoma wyznaniami. 







* Moryskowie – muzułmańska ludność zamieszkująca Półwysep Iberyjski, która po zwycięstwie Rekonkwisty w 1492 roku zdecydowała się, a właściwie poniekąd została zmuszona przyjąć chrześcijaństwo.
** Berberowie – rdzenna ludność północnej Afryki i Sahary pochodzenia chamito-semickiego.





czwartek, 26 listopada 2015

Magdalena Kordel – „Wymarzony czas” # 2











Wydawnictwo: ZNAK
Kraków 2014
Seria: Malownicze




Kiedy latem tego roku po raz pierwszy zawitałam do Malowniczego i poznałam Magdę zwaną Madeleine (albo jeśli ktoś woli: Madeleine zwaną Magdą) wiedziałam, że przyjdzie taki czas, gdy tam wrócę. Jestem przekonana, że każdy na moim miejscu zrobiłby dokładnie tak samo. Trudno bowiem „wyjeżdżać” z miejsca, gdzie wszyscy są do siebie bardzo przyjaźnie nastawieni, a zło jakoś omija tereny Malowniczego szerokim łukiem. Czyżby obawiało się, że nie znajdzie tam podatnego gruntu, aby zapuścić korzenie? Możliwe. Obserwując bohaterów książki faktycznie można dojść do takiego wniosku. Niemniej, w życiu już tak jest, że wszystko się kiedyś kończy i przychodzą zmiany. Czasami coś się odmienia na dobre, a niekiedy dochodzi do tragedii, na które nikt nie ma wpływu i nie potrafi im zapobiec. W Malowniczem chyba też zaczyna dziać się coś niedobrego. Miejmy jednak nadzieję, że wszystko dobrze się skończy, bo przecież nasi bohaterowie stanowią naprawdę zgraną paczkę, w której jeden nie da zginąć drugiemu.

Zacznijmy jednak od początku. W pierwszym tomie serii czytelnik poznał Magdę – tłumaczkę języka francuskiego, która w dość dziwnych okolicznościach weszła w posiadanie domu położonego gdzieś w Sudetach. Jak pamiętamy, dom praktycznie nie nadawał się do zamieszkania i nowa właścicielka musiała jak najszybciej zająć się jego gruntownym remontem. Tuż po przyjeździe do Malowniczego młoda kobieta zastała komitet powitalny w osobie niezawodnego pana Miecia, który z miejsca zapałał wielką miłością do miastowej panny. Potem stopniowo w życiu Magdy zaczęli pojawiać się inni ludzie, również mieszkańcy Malowniczego. Byli jednak też i tacy, którzy trafili do miasteczka przez przypadek i związali się z nim w mniejszym lub większym stopniu. To wszystko trwa nadal i nie ma widoków na to, żeby miało coś zmienić się w tej kwestii.

Drugi tom powieściowego cyklu autorstwa Magdaleny Kordel rozpoczyna dość tajemnicza scena, która na jakiś czas wybija czytelnika z rytmu, bo tak naprawdę nie wiadomo, jaki związek z główną bohaterką będzie mieć to, o czym właśnie czytamy. Z kolei w samym Malowniczem sytuacja przedstawia się całkiem dobrze. Otóż Magda ma obok siebie mężczyznę, który nie jest jej obojętny i sprawia, że nawet w pochmurny dzień świeci słońce. Poza tym wszystko wskazuje też na to, iż dwie dziewczynki jeszcze do niedawna wychowujące się w rodzinie patologicznej, już wkrótce trafią pod dach Magdaleny. Trzeba tylko skończyć remont domu i załatwić potrzebne formalności z urzędnikami, aby dzieci mogły wreszcie poczuć się bezpieczne i szczęśliwe. Niestety, już wkrótce okaże się, że ktoś skutecznie utrudnia sprawę, a otrzymanie przez Magdę statusu rodziny zastępczej wcale nie będzie takie proste, jak mogło wydawać się wcześniej. Kim zatem jest osoba, która kładzie kłody na drodze do szczęścia dziewczynek? Czy Ania i Marcysia zbyt mało się wycierpiały, aby jeszcze dodatkowo fundować im takie rozchwianie emocjonalne? Komu naraziła się Magda, że teraz ma kłopoty?

Tymczasem do Malowniczego przyjeżdża młoda i bardzo zagubiona kobieta z kilkuletnią córeczką i psem. Jakoś tak się złożyło, że pierwszą osobą, która ją dostrzega jest pani Leontyna – właścicielka sklepu z antykami. Ponieważ tajemnicza kobieta zwraca na siebie uwagę starszej pani i jednocześnie budzi jej ciekawość, ta natychmiast zamierza dowiedzieć się czegoś więcej. Niebawem okazuje się, że młoda kobieta przyjechała do miasteczka, aby odnaleźć w nim swoją dawną koleżankę… Madeleine. Oczywiście pani Leontyna nie ukrywa swojego zaskoczenia i robi wszystko, aby pomóc przybyłej. Z jednej strony jest to szczera chęć udzielenia pomocy, lecz z drugiej pragnienie zaspokojenia ciekawości. Kim zatem jest kobieta z dzieckiem i psem, która tak bardzo chce odnaleźć Magdę? Co takiego łączy ją z koleżanką sprzed lat? Jaki problem ukrywa i przed kim ucieka? A może chodzi tutaj o coś zupełnie innego i Magda oraz jej przyjaciele właśnie znaleźli się w ogromnym niebezpieczeństwie?

Przejdźmy teraz do kolejnego wątku. Otóż jakiś czas temu do Malowniczego z Warszawy przyjechała niejaka Julka, która w dość nieoczekiwany sposób poznała sekret swojego ojca. Kacper to jeden z tych mężczyzn, którzy chodzą własnymi drogami, nawet jeśli posiadają rodzinę, którą należałoby się zająć. To taki trochę lekkoduch, który wciąż potrzebuje pochwał i adoracji szczególnie ze strony kobiet. Przez jego łóżko przewinęło się ich wiele, a zmarła żona wcale nie budziła w nim uczuć, które powinna wzbudzać ukochana kobieta. No właśnie. Pytanie, czy Kacper kiedykolwiek kochał swoją żonę? Wróćmy jednak do Julki. Dziewczyna przyjechała do Malowniczego; zaprzyjaźniła się z jego mieszkańcami; dowiedziała się tego i owego, a nawet znalazła miłość. I co dalej? Kolejny ruch należy już bowiem do jej ojca. Czy w takim razie Kacper będzie w stanie naprawić przeszłość? Czy znajdzie wreszcie wspólny język z córką? Czy uda mu się odzyskać miłość, którą utracił wiele lat temu? W jaki sposób zostanie przyjęty w Malowniczem, gdzie żyją jeszcze ci, którzy znali Kacpra w latach jego beztroskiej młodości? Czy mężczyzna uzyska nareszcie przebaczenie od tych, których niegdyś skrzywdził?

Wymarzony czas to powieść, która nieznacznie różni się od Wymarzonego domu. Dlaczego? Otóż, w poprzednim tomie czytelnik czasami odnosił wrażenie, że zła praktycznie nie ma, a ludzie są chodzącymi ideałami zawsze skorymi do udzielania pomocy. Tym razem jest inaczej. Wygląda na to, że zło odnalazło w końcu jakąś furtkę, przez którą się prześlizgnęło i wkroczyło do życia mieszkańców miasteczka. Czy bohaterowie będą w stanie sobie poradzić z przeciwnościami losu? Czy nowa sytuacja nie przerośnie czasami ich możliwości? Czy kiedyś znów będą mogli być szczęśliwi i żyć bez zmartwień dnia codziennego?

Moim zdaniem Magdalena Kordel doskonale rozbudowała dalsze losy mieszkańców Malowniczego. Podoba mi się, że nie pozostała w tej nieco cukierkowej atmosferze, którą w pewnym stopniu czytelnik odczuwał w pierwszym tomie, przez co mógł się on wydawać za bardzo odrealniony. Tym razem wraz z bohaterami doświadczamy emocji, które nie są nam obce. Każdy z nas na co dzień styka się z tym czy innym problemem, jaki pojawia się także na kartach książki. To wszystko okraszone jest sporą dawką humoru, dzięki czemu nawet najbardziej drastyczne sceny nie są tak dramatyczne, jak można by się było spodziewać. Oczywiście rozumiem, że Autorka od początku przyjęła taki właśnie plan. Seria Malownicze to nie wstrząsający dramat, ale lekka proza kobieca, która pozwala się odprężyć po długim i męczącym dniu pracy. Dodatkowo mamy do czynienia z problemami społecznymi i rodzinnymi, które wcale nie są łatwe do rozwiązania.

Uważam, że Magdalena Kordel posiada bardzo lekkie pióro i doskonale czyta się teksty, które wychodzą spod jej ręki. Pomysł na Malownicze to strzał w dziesiątkę. Oczywiście mam zamiar sięgnąć wkrótce po tom trzeci Tajemnica bzów. Natomiast niniejszą książkę jak najbardziej polecam, ponieważ jest to jedna z tych powieści, które nie tylko potrafią czytelnika uspokoić, ale też przywrócić wiarę w drugiego człowieka. Wokół nas dzieje się naprawdę sporo złego, więc tego typu historie są niezwykle potrzebne współczesnemu czytelnikowi. Nie mam najmniejszego zamiaru rezygnować z twórczości Magdaleny Kordel, ponieważ jej książki sprawiają, że po ich przeczytaniu czuję się lepiej pod względem psychicznym i podobnie jak główna bohaterka książki, również chciałabym kiedyś odnaleźć swoje własne Malownicze.







poniedziałek, 23 listopada 2015

Rosamunde Pilcher – „Przesilenie zimowe”










Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
Katowice 2006
Tytuł oryginału: Winter Solstice
Przekład: Krystyna Chmiel





Nierzadko zdarza się, że kiedy człowiek przeżyje jakąś osobistą tragedię, wówczas znajomi albo nawet terapeuta doradzają, aby przynajmniej na pewien czas zmienił otoczenie, w którym do rzeczonej tragedii doszło. Znam kilka osób, które po śmierci kogoś bliskiego wyjechały z domu i spędziły parę tygodni w miejscu, gdzie nikt ani nic nie przypominało im o ostatnich wydarzeniach. Czy wracając potem do swojego mieszkania czuły się psychicznie lepiej? A może w ciągu tych kilku tygodni nabrały dystansu do niedawnych wydarzeń i swojego życia? Możliwe. Niekiedy ludzie, aby odciąć się od swoich dramatycznych przeżyć sprzedają nawet mieszkanie lub dom i przeprowadzają się na stałe tam, gdzie będą odczuwać choćby najmniejszy komfort psychiczny, zostawiając za sobą to, co przysporzyło im bólu i cierpienia. Czy takie działanie naprawdę sprawi, że człowiek poczuje się lepiej? A może to wszystko jest jedynie kwestią naszej psychiki, która potrafi naprawdę wiele zdziałać, jeśli tylko jej na to pozwolimy?

Emerytowana sześćdziesięciokilkuletnia aktorka Elfrida Phipps po stracie ukochanego doszła właśnie do takiego samego wniosku, jak opisany powyżej. Najpierw pozbyła się mieszkania w Londynie i adoptowała psa o imieniu Horacy, a potem przeprowadziła się do malowniczej angielskiej woski o nazwie Dibton. Bardzo szybko urządziła się w nowym miejscu i zaczęła wszystko od nowa, nie zapominając jednocześnie o ukochanym mężczyźnie, który odszedł od niej już zawsze. Choć był to w gruncie rzeczy udany związek, to jednak Elfrida nigdy nie wyszła za mąż, ponieważ mężczyzna, którego kochała był żonaty. Tak więc teraz nasza bohaterka może spokojnie zacząć wszystko od początku pomimo swojego wieku. Jako aktorka nigdy nie zrobiła jakiejś oszałamiającej kariery, więc nie jest celebrytką, która nie może opędzić się od fanów. Praktycznie mało kto wie, że Elfrida występowała niegdyś na deskach teatru.

Społeczność Dibton jest całkiem przyjaźnie nastawiona do nowej sąsiadki, która kupiła tutaj domek. Prawdę powiedziawszy ludzie są ciekawi kim tak naprawdę jest Elfrida Phipps, dlatego też odnoszą się do niej z sympatią, gdyż pragną ją lepiej poznać. Oprócz właścicielki miejscowego sklepu, Elfrida zaprzyjaźnia się także z rodziną Oskara Blundella, który jest organistą w lokalnym kościele. Oskar jest żonaty z młodszą od siebie kobietą o imieniu Gloria, z którą ma dwunastoletnią córkę. Kiedy żenił się z Glorią, ta była wdową z dwoma synami, którzy teraz są już dorośli i mają własne rodziny. Do Oskara jakoś nie pałają szczególną sympatią, ale on nic sobie z tego nie robi, ponieważ kocha żonę, natomiast córka jest dla niego całym światem. To taki nieoczekiwany prezent od losu na stare lata. Z kolei przyjaźń Oskara z Efridą jest tak wyraźna, że Gloria w pewnym momencie zaczyna czuć się zagrożona.

Pewnego dnia Elfrida Phipps wyjeżdża na kilka dni do swojego kuzyna, który mieszka gdzieś w Kornwalii. Sytuacja Jeffreya Sttutona jest bardzo podobna do tej, w której kiedyś znalazł się Oskar Blundell. Otóż kuzyn Elfridy również ożenił się z młodszą od siebie kobietą, z którą ma dwoje dzieci. Różnica polega jednak na tym, że Jeffrey rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną, ale to wcale nie znaczy, że zapomniał o dwóch dorosłych córkach będących owocem tego nieudanego małżeństwa. Elfrida Phipps czuje się w Kornwalii bardzo dobrze. Jest tam niesamowicie szczęśliwa i nawet przez myśl jej nie przejdzie, że już niedługo przeżyje kolejny życiowy dramat. Tuż po powrocie do Dibton kobieta dowiaduje się, że kilka dni wcześniej żona i córka Oskara Blundella zginęły w wypadku samochodowym. To bardzo bolesny cios od losu nie tylko dla samego Oskara, ale również dla całej lokalnej społeczności. Choć powszechnie wiedziano o „wyskokach” Glorii, to jednak generalnie była ona kobietą szanowaną przez sąsiadów. W dodatku jest jeszcze Francesca, która miała przed sobą całe życie. Przecież umierać w wieku dwunastu lat to zbrodnia!

Plakat promujący film, który powstał
na podstawie powieści. 
reż. Martyn Friend
produkcja: Niemcy & Wielka Brytania
data premiery: 25 grudnia 2003
Praktycznie od samego początku Elfrida stoi u boku Oskara i stara się go wspierać jak tylko może najlepiej. Okazuje się bowiem, że synowie Glorii chcą sprzedać dom, a swojego ojczyma wysłać do domu starców. Tak być nie może! Oskar nie jest jeszcze zniedołężniałym starcem, który nadawałby się do mieszkania w takim miejscu. I tak oto po licznych rozmowach obydwoje decydują się na wyjazd do północnej Szkocji, gdzie Oskar jest współwłaścicielem pewnego domu znajdującego się na terenie posiadłości, w której się wychował. 

Elfrida rzuca praktycznie wszystko. Zamyka swój dom w Dibton na cztery spusty i wraz z Oskarem oraz psem Horacym wyjeżdża do posiadłości Carrydale. Bardzo szybko okazuje się, że nie będzie im dane mieszkać tam tylko we dwoje w towarzystwie psa. Do naszych bohaterów najpierw dołącza córka Jeffreya Sttutona – Carrie, która przejeżdża do Szkocji razem ze swoją siostrzenicą Lucy, oraz niedawno mianowany na stanowisko dyrektora lokalnych zakładów produkcji tkanin wełnianych – Sam Howard. Każda z tych osób opuściła swoje dotychczasowe miejsce zamieszkania na skutek rozmaitych zbiegów okoliczności. Ponieważ wielkimi krokami zbliża się Boże Narodzenie, Oskar i Elfrida nie mają serca odmówić tym ludziom dachu nad głową. Mało tego. Wszyscy czują się w Carrydale bardzo szczęśliwi, choć jednocześnie są poranieni przez życie. Nikt z bohaterów nie wyobraża sobie, że mógłby spędzać święta gdzie indziej. Czy miasteczko Creagan to faktycznie miejsce, gdzie już zawsze będą czuć się szczęśliwi? Czy to właśnie tutaj odnajdą spokój i szczęście, których dotychczas każdemu z bohaterów tak bardzo brakowało? Jak dalej potoczy się ich życie? Czy zbliżające się Boże Narodzenie naprawdę będzie dla nich magicznym czasem, podczas którego rozwiązaniu ulegną ich problemy?

Przesilenie zimowe to jedna z tych powieści, po których przeczytaniu robi się czytelnikowi cieplej na sercu i wraca wiara w drugiego człowieka. Rosamunde Pilcher pokazuje, że najważniejszy jest drugi człowiek. Owszem, akcja powieści dzieje się tuż przed i w trakcie świąt Bożego Narodzenia, czyli w czasie, kiedy ludzie generalnie są do siebie przyjaźniej nastawieni, aniżeli w innych okresach roku, lecz to nie zmienia faktu, że postępowanie Elfridy, Oskara i pozostałych bohaterów może być dla nas wzorem do tego, jak żyć, aby nie wywoływać niepotrzebnych konfliktów, które tylko niszczą więzi międzyludzkie. Pomimo że gdzieś w tle pojawiają się postacie, których postępowanie pozostawia naprawdę wiele do życzenia, to jednak nie ma to istotnego znaczenia w porównaniu z tym, co robią bohaterowie pierwszego planu.

Na kartach swojej powieści Autorka porusza szereg istotnych życiowych dylematów. Tak więc pokazuje dramat po stracie najbliższych, kładąc jednocześnie nacisk na to, jak bardzo jest wtedy potrzebny ten drugi człowiek, aby pomógł i udzielił wsparcia, choćby tylko dobrym słowem. Jest także nastolatka, która boryka się z problemami typowymi dla tego wieku, czyli chodzi tutaj przede wszystkim o spory ze starszymi, którzy sprawują nad nią opiekę. Lecz z drugiej strony, czy opiekunowie naprawdę nie mają sobie niczego złego do zarzucenia? Może oni również potrzebują czasu na dokonanie pewnych przemyśleń i zmiany swojego zachowania wobec bliskich? Oczywiście są też dylematy o charakterze damsko-męskim. A zatem jest rodząca się miłość pomiędzy ludźmi po przejściach, jak również między tymi, którzy tak naprawdę jeszcze jej nie znają, a to, czego doświadczają jest dla nich zupełnie nowe i wciąż nie potrafią tego nazwać.

Rosamunde Pilcher pokazuje również jak łatwo dajemy zwieźć się pozorom i wyrabiamy sobie własne zdanie o drugim człowieku, które może być niesamowicie krzywdzące dla tej drugiej strony. Czasami musi upłynąć sporo czasu, abyśmy zdali sobie sprawę z tego, że pomyliliśmy się w naszej ocenie drugiego człowieka. Dobrze kiedy jest jeszcze czas na naprawienie tego błędu. Gorzej natomiast, gdy jest już za późno na jakiekolwiek poprawki, bo osoba, którą oceniliśmy niesprawiedliwie na zawsze odeszła z tego świata. W Creagan czytelnik spotyka naprawdę szereg ciekawych osób reprezentujących różne grupy społeczne, wiekowe i zawodowe. Te osoby świetnie uzupełniają się wzajemnie.


Rzeka Ness w Inverness (Szkocja)
Szkocka posiadłość Oskara Blundella znajduje się w pobliżu miasta Inverness


Tak sobie myślę, że wielu czytelników na pierwszy rzut oka oceniłoby tę powieść pobieżnie, uznając, że jest to książka z mało ambitną fabułą, przy której nie warto się zatrzymywać. Niektórzy pomyśleliby zapewne, że książka jest doskonała dla starszych pań, które preferują zupełnie inną literaturę, aniżeli młode pokolenie czytelników. Moim zdaniem nie do końca jest to prawda, ponieważ wartości, które proponuje nam Autorka wciąż są aktualne i potrzebne każdemu pokoleniu, ale w codziennym życiu często o nich zapominamy, gdyż niemalże z każdej strony zasypują nas informacje, które ukazują całkiem inny styl życia, niż ten przedstawiony w Przesileniu zimowym. Zapewne znalazłby się też ktoś, kto uznałby, że książka jest nudna, bo nikt nikogo nie zabił, a bohaterowie nie ukrywają w zanadrzu żadnych mrocznych tajemnic. Dziś powieści w rodzaju Przesilenia zimowego spychane są na margines, co mnie osobiście bardzo martwi.

Książka na pewno nie jest też klasycznym romansem, pomimo że pomiędzy niektórymi bohaterami rodzi się uczucie. Przesilenie zimowe to typowa angielska klimatyczna powieść obyczajowa. Jedyne, co można zarzucić Autorce, to stosowanie zbyt dużej ilości powtórzeń. Uważam, że Rosamunde Pilcher nazbyt często przypomina czytelnikowi o tym, co takiego robili poszczególni bohaterowie i jakiego rodzaju okoliczności doprowadziły ich do tego, że znaleźli się akurat w takiej, a nie innej sytuacji. Z uwagi na to, że fabuła jest bardzo prosta, takie powtórzenia nie są potrzebne.

Komu zatem mogłabym tę powieść polecić? Na pewno jest to doskonała książka na zimowe wieczory. Za miesiąc Boże Narodzenie, więc myślę, że sięgnięcie po Przesilenie zimowe niejednego czytelnika mogłoby wprowadzić w magiczną atmosferę świąt. Wokół mamy naprawdę zbyt dużo zła, aby jeszcze szukać go w książkach, dlatego od czasu do czasu warto zainteresować się historią, z której płynie tak wiele pozytywnych emocji i ciepła.








środa, 18 listopada 2015

Marcin Brzostowski – „Złote spinki Jeffreya Banksa”






PATRONAT MEDIALNY






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autora. Dziękuję!



Wydawca: E-BOOKOWO
Będzin 2015
E-BOOK/WYDANIE PAPIEROWE




Chyba nikomu nie trzeba specjalnie wyjaśniać, kim jest gangster. Warto jednak wiedzieć, że pierwszą udokumentowaną stolicą działalności gangsterów był Londyn. Po jakimś czasie w jego ślady poszły takie amerykańskie miasta, jak Nowy Jork, Chicago i Los Angeles. Wiele gangów funkcjonowało w XX wieku w londyńskich uboższych dzielnicach East Endu. Obecnie sporo londyńskich zorganizowanych grup przestępczych posiada bardzo silne poczucie przynależności do okolicy, na terenie której prowadzi swoją gangsterską działalność. W niektórych przypadkach to kod pocztowy określa granicę obszaru, poza którym panoszy się rywal. Zabrzmiało poważnie, prawda? Niemniej dalej już tak poważnie nie będzie.

Przenieśmy się zatem do współczesnego Londynu, gdzie w przestępczym podziemiu działa boss nazwiskiem Ezekiel Horn. Na swoich usługach ma paru osiłków, z których najwierniejszym jest niejaki Frankie Reed zwany też Frankiem Turbo. Tak już jest, że świat przestępczy niekiedy wykazuje niemałe powiązania z tymi, którzy nami rządzą. Polityka i gangsterka nie są sobie obce. W związku z tym nasz boss nie może być gorszy i w ministerstwie spraw wewnętrznych ma swojego człowieka. Ale to nie jest jakaś tam płotka. Nie myślcie sobie. To sam minister Jeffrey Banks! I tak oto pewnego pięknego czerwcowego dnia wszystkich tych mężczyzn znających się od paru ładnych lat połączy dodatkowo pokaźnych rozmiarów torba wypchana po brzegi dwudziestoma kilogramami białego proszku. Jak gdyby tego było mało, do akcji wkroczy również rosyjska mafia, a do tego dojdą jeszcze krówki ciągutki sprowadzone z jakiegoś dziwnego i tajemniczego kraju o nazwie Polska. No i oczywiście będą też tytułowe złote spinki należące do naszego ministra spraw wewnętrznych. Nie sądźcie jednak, że będą to byle jakie spinki. Otóż nie dość, że złote, to jeszcze w dodatku należące niegdyś do słynnego admirała Attyli Younga II, którego niezwykła odwaga miała ogromne znaczenie w momencie lądowania aliantów w Normandii w czasie drugiej wojny światowej. Jaką zatem rolę odegrają one w życiu Jeffreya Banksa? Dlaczego akurat minister spraw wewnętrznych wejdzie w ich posiadanie? O tym dowiecie się, czytając najnowszą mini powieść kryminalno-gangsterską Marcina Brzostowskiego.

Inne książki Autora
Generalnie Złote spinki Jeffreya Banksa można zaliczyć do książek traktujących o gangsterach przedstawionych w tak zwanym krzywym zwierciadle. Z jednej strony Autor zadbał o to, aby przestępczy świat współczesnego Londynu pokazany był na tyle wiarygodnie, żeby nie można było zarzucić braku wiedzy odnośnie tematu, lecz z drugiej strony mamy do czynienia z gangsterami, którzy tak naprawdę znacząco odbiegają od wizerunku, jaki znamy chociażby z powieści Mario Puzo zatytułowanej Ojciec Chrzestny.

Marcin Brzostowski wciąż pokazuje, że potrafi pisać nie tylko książki, w których czytelnik pomiędzy wierszami wyraźnie dostrzega drugie dno. Takimi minipowieściami są bez wątpienia Pozytywnie nieobliczalni czy Słodka bomba Silly wydana również w języku angielskim. W przypadku Złotych spinek Jeffreya Banksa można natomiast zastanawiać się, czy aby na pewno ta komedia rozgrywająca się w londyńskim półświatku i wywołująca uśmiech na twarzy czytelnika nie niesie ze sobą jakiegoś ważnego przesłania. Ponieważ Autor zdążył już przyzwyczaić mnie do literatury, w której pod płaszczykiem z pozoru lekkiej historii kryje się naprawdę poważny problem społeczny, podczas czytania niniejszej powieści zastanawiałam się, czy przypadkiem dana scena nie zawiera w sobie tego drugiego dna, o którym wspomniałam wyżej. Tym razem nic takiego nie zauważyłam, chociaż byłam bardzo czujna pod tym względem.

Moim zdaniem w swojej najnowszej książce Marcin Brzostowski doskonale połączył kilka motywów. Tak więc z jednej strony mamy tych nieco śmiesznych i niegrzecznych chłopców-gangsterów oraz rosyjską mafię, która de facto wcale taka straszna nie jest, jak mogłoby się z pozoru wydawać (przynajmniej ja odebrałam ją w taki sposób), a z drugiej strony obserwujemy prywatne życie praktycznie każdego z bohaterów. Z kolei w tle tego wszystkiego znajduje się angielska liga piłki nożnej i piękna prostytutka Sara Lou, która tak naprawdę nie jest głupiutką blondynką znaną z licznych kawałów. Dziewczyna ma głowę na karku i nie nosi jej od parady. Jeśli wziąć pod uwagę motyw piłki nożnej, to w pewnym momencie można zastanawiać się, czy faktycznie ten element jest tylko tłem fabuły powieści, czy może stanowi sedno całej akcji.

Na koniec dodam jeszcze – tak dla zachęty – że książka zaskakuje zakończeniem. Praktycznie aż do samego końca czytelnik nie ma pojęcia, ani też nie domyśla się, choćby nawet w najmniejszym stopniu, jaką tak naprawdę rolę odrywają w powieści tytułowe złote spinki ministra spraw wewnętrznych. Natomiast w momencie, gdy poznamy ostatni rozdział książki, zaczynamy zastanawiać się, czy aby słusznie wytypowaliśmy głównego bohatera. Ci, którzy znają twórczość Marcina Brzostowskiego wiedzą, że Autor do tej pory wydawał swoje książki głównie w formie elektronicznej. Tym razem jest inaczej, ponieważ powieść dostępna jest także w wersji papierowej.  


Książkę można kupić tutaj
Strona autorska Marcina Brzostowskiego [klik]






piątek, 13 listopada 2015

Andromeda Romano-Lax – „Hiszpański smyczek”












Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2010
Tytuł oryginału: The Spanish Bow
Przekład: Andrzej Wajs





Zanim przejdę do omówienia powieściowego debiutu amerykańskiej autorki Andromedy Romano-Lax, chciałabym opowiedzieć Wam o pewnym hiszpańskim wirtuozie żyjącym na przełomie XIX i XX wieku. Chodzi oczywiście o Pabla Casalsa (1876-1973), który do dziś uznawany jest za najwybitniejszego kompozytora utworów na wiolonczelę swoich czasów. Niemniej nie tylko muzyka odcisnęła na jego życiu swoje piętno. Otóż Pablo Casals był także aktywnym działaczem występującym przeciwko krwawym rządom hiszpańskiego tyrana Francisco Franco (1892-1975). Ten wojskowy dyktator poważnie naużywał swojej władzy, aby pastwić się nad obywatelami własnego kraju.

Pablo Casals urodził się 29 grudnia 1876 roku w Vendrell – miejscowości położonej na terenie hiszpańskiej Katalonii. Był drugim z jedenastu dzieci Carlosa Casalsa i Pilar Delfillo de Casals. Ojciec Pabla był miejscowym organistą kościelnym. Kiedy Carlos grał na pianinie, wówczas malutki Pablo, siedząc na kolanach ojca, opierał swoją główkę na jego piersi i śpiewał razem z nim. W wieku czterech lat przyszły wirtuoz wiolonczeli potrafił już grać na fortepianie, natomiast mając lat pięć przyłączył się do kościelnego chóru. Gdy skończył szósty rok życia wraz z ojcem komponował utwory, zaś przed ukończeniem dziewiątego roku życia potrafił już grać na skrzypcach i organach. Mając dziesięć lat, Pablo Casals każdy dzień rozpoczynał od spaceru, podczas którego czerpał inspiracje z otaczającej go przyrody. Wtedy też – po powrocie do domu – potrafił już zagrać na fortepianie dwa dzieła Johana Sebastiana Bacha (1685-1750).

Pablo Casals zainteresował się grą na wiolonczeli po tym, jak w wieku jedenastu lat zobaczył instrument podczas jednego z koncertów. Wkrótce po tym wydarzeniu ojciec zrobił mu podobną wiolonczelę. O przyszłości syna tak naprawdę decydowali jego rodzice. Carlos Casals bardzo chciał, aby Pablo zaczął uczyć się stolarki, lecz matka nawet nie chciała o tym słyszeć i zapisała syna do Miejskiej Szkoły Muzycznej, która mieściła się w Barcelonie. Pablo spotkał tam naprawdę surowych i wymagających nauczycieli. Niemniej praktycznie od samego początku wolał grać na wiolonczeli w taki sposób, jaki tylko jemu odpowiadał. Gra Pabla Casalsa sprawiła, że wiolonczela zaczęła stawać się coraz bardziej popularnym instrumentem muzycznym.

Pablo (Pau) Casals
Zdjęcie pochodzi z lat 1910-1920.
Wśród osób, które były pod ogromnym wrażeniem gry Pabla Casalsa znalazł się hiszpański kompozytor Isaac Albéniz (1860-1909). Po wysłuchaniu gry Pabla, Isaac Albéniz dał mu list polecający do hrabiego Guillermo de Morphy (1836-1899), który był osobistym sekretarzem regentki Hiszpanii – królowej Marii Krystyny Sycylijskiej (1806-1878). Tak więc w 1894 roku Pablo Casals udał się do Madrytu, gdzie koncertował na dworze królowej. Natomiast w ciągu kolejnych kilku lat zdobył ogromną sławę, grając w Madrycie z różnymi orkiestrami. Niemniej jego solowy debiut przypadł w Paryżu w 1899 roku. Od tamtego momentu wirtuoz stał się niewyobrażalnie sławny.

Gdy któregoś dnia 1890 roku Pablo Casals wraz ze swoim ojcem odwiedzał pewną księgarnię w Barcelonie, odnalazł tam sporej objętości wolumin zawierający sześć suit Bacha napisanych na solową wiolonczelę. Wcześniej utwory te zostały uznane jedynie za muzyczne ćwiczenia Johana Sebastiana Bacha, zaś Pablo Casals widział w nich coś znacznie głębszego. Od tej pory każdego dnia studiował i ćwiczył odnalezione dzieła. Praca nad tymi utworami zajęła mu kilkanaście lat, zanim zdecydował się wykonać je publicznie; przez resztę swojego życia grywał co najmniej jedną suitę dziennie.

Publiczność Pabla Casalsa, która wysłuchała tych suit była pod ogromnym wrażeniem. Wirtuoz wprowadził korektę w utworach, więc brzmiały nieco inaczej niż pierwowzory. Żywiono też przekonanie, że kompozycje Bacha nie nadają się do wykonywania na instrumentach smyczkowych. Za sprawą Pabla Casalsa stało się jednak inaczej. Fakt ten sprawił, że miłość Pabla do muzyki Bacha przetrwała do końca jego – Casalsa – życia. Muzyk powiedział kiedyś José Marii Corredorowi (1912-1981) – katalońskiemu pisarzowi – że: „Każdego dnia przekonuję się, iż główną sprężynę jakiegokolwiek ludzkiego przedsięwzięcia muszą stanowić moralność i dobroć.” Pablo Casals bardzo dobrze rozumiał bowiem cierpienia ubogich, kiedy obserwował ich, przemierzając ulice Barcelony. Przyrzekł więc, że będzie wykorzystywał swoją muzykę, aby nieść pomoc kolegom będącym w gorszej sytuacji życiowej niż on sam. 

Pablo Casals bardzo często pisał listy i organizował koncerty na rzecz uciskanych, natomiast odmówił występowania w takich krajach, jak Związek Radziecki, Niemcy i Włochy, gdzie poszczególne rządy bardzo źle traktowały swoich obywateli. Po hiszpańskiej wojnie domowej (1936-1939), kiedy władzę w państwie objął generał Francisco Franco, Pablo Casals ogłosił, że nie wróci do swojej ojczyzny dopóki będzie nią rządził właśnie Francisco Franco. Tak więc osiadł w Prades we Francji (Pireneje Wschodnie), natomiast do roku 1946 jedynie od czasu do czasu dawał koncerty. Stale też buntował się przeciwko tyranom takim, jak wspomniany Francisco Franco, dlatego też przysiągł sobie, że już nigdy nie będzie występował publicznie.

Niemniej zachęcony przez przyjaciół wznowił swoje koncerty w 1950 roku, uczestnicząc w festiwalu w Prades organizowanym na cześć Johana Sebastiana Bacha. Na zakończenie festiwalu, jak i każdego późniejszego koncertu, zagrał Song of the Birds (Pieśń ptaków), która była katalońską pieśnią ludową. Utwór ten wykonywał, aby zaprotestować przeciwko dalszemu uciskowi Hiszpanii. W 1956 roku Pablo Casals osiedlił się w Puerto Rico i powołał do życia swój autorski festiwal, który miał na celu zbudowanie na wyspie symfonicznej orkiestry i szkoły muzycznej. Pablo Casals nigdy nie wrócił do Hiszpanii.

Znienawidzony przez Pabla Casalsa
generał Francisco Franco.
Wirtuoz bezustannie odmawiał także koncertowania w krajach, które oficjalnie uznawały rząd Francisco Franco. Aż do dnia śmierci, która przyszła 22 października 1973 roku, Pablo Casals zrobił tylko jeden wyjątek, jeśli chodzi o publiczne występy. Otóż w 1961 roku wystąpił w Białym Domu specjalnie dla ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych – Johna F. Kennedy'ego (1917-1963) – człowieka, który był powszechnie podziwiany. W 1971 roku, mając dziewięćdziesiąt pięc lat, wykonał Hymn Narodów Zjednoczonych przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ. Pablo Casals przez niemal całe życie starał się wprowadzić między ludzi harmonię, zarówno poprzez swoją grę na wiolonczeli, jak i wymowne milczenie.

Dlaczego opowiedziałam Wam niezwykłą historię życia Pabla Casalsa? Otóż zrobiłam to dlatego, że fikcyjny Feliz Aníbal Delargo Domenech, zwany dalej po prostu „Feliu”, jest postacią wzorowaną właśnie na Pablu Casalsie. Oczywiście Pablo Casals był starszy od powieściowego Feliu, dlatego też niektóre z osób, które nasz bohater spotyka na swojej drodze nigdy nie pojawiły się w życiu prawdziwego wirtuoza. Skupmy się jednak na bohaterze wykreowanym przez Andromedę Romano-Lax. Otóż Feliu urodził się w Katalonii w miasteczku o nazwie Campo Seco. Już od chwili porodu jego życie nie było usłane płatkami róż. W momencie, gdy witał się z tym światem okazało się bowiem, że… nie żyje! Akuszerka zamiast ratować dziecko i matkę, po prostu uciekła. Obawiała się konsekwencji wynikających ze śmierci dziecka. Starsze rodzeństwo zabrało więc „martwego” braciszka i ukryło go w piwnicy, gdzie nagle „odżył”, lecz o tym zbiegła akuszerka jeszcze nie wiedziała. Już wtedy uważni obserwatorzy mogli dojść do przekonania, że życie tego chłopca będzie niezwykłe, choć nie wolne od cierpienia. Ponieważ w trakcie porodu jego nóżki wygięły się w taki sposób, że utworzyły coś na kształt smyczka, nasz bohater już na zawsze skazany jest na kalectwo, zaś jego nóżki tworzące smyczek stanowią symbolikę tego, co ma dopiero nadejść. 

Dzieciństwo Feliu to także wojna hiszpańsko-amerykańska z 1898 roku*. Ojciec chłopca dzielnie w niej walczy, lecz ostatecznie ginie na polu bitwy. W związku z tym Feliu i jego rodzeństwo zostają półsierotami. Niemniej, w chwili, gdy sześcioletni Feliu wraz z matką udaje się na dworzec, skąd obydwoje mają odebrać trumnę z ciałem, okazuje się, że ona wcale nie zawiera tego, czego się spodziewali. W trumnie znajdują się bowiem rozmaitego rodzaju przedmioty, w tym niezwykły smyczek, który przypada naszemu bohaterowi i który od tego momentu już zawsze będzie mu towarzyszył, bez względu na to, co będzie się działo w jego życiu. To taki pośmiertny prezent od zmarłego ojca.

Królowa Ena i król Alfons XIII
ze swoim pierwszym dzieckiem.
To na ich dwór w 1909 roku
trafia Feliu Delargo.
Dla małego Feliu muzyka była czymś wyjątkowym praktycznie od najmłodszych lat życia, co oczywiście doskonale potrafiła dostrzec jego matka. Dlatego też chłopiec pobiera prywatne lekcje gry na skrzypcach. Pewnego dnia jednak uczestniczy w koncercie, w którym jeden z muzyków gra na wiolonczeli. Podczas tegoż koncertu Feliu spotyka również niezwykłego pianistę, który – jak się potem okaże – odciśnie na jego życiu ogromne piętno. Niemniej, w tej chwili nie jest to ważne. Istotne jest natomiast to, że Feliu zachwycony koncertem, a szczególnie grą na wiolonczeli, w obecności pianisty zaczyna grać na skrzypcach w taki sposób, jakby była to właśnie wiolonczela. Zatraca się w muzyce bez reszty i nie ma pojęcia, że ludzie, którzy mu się przyglądają mają z niego niezły ubaw. Dla naszego bohatera sytuacja wcale nie jest śmieszna. Feliu właśnie w tym momencie zrozumiał, jaki instrument będzie dla niego tym, na którym pragnie grać już do końca życia. Wśród ogólnej zabawy, tylko jeden pianista jest pod wrażeniem chłopca. Niemniej ich drogi rozchodzą się i upłynie wiele lat zanim znów się spotkają. A spotkają się w zupełnie innym świecie i realiach.

Po pewnym czasie i pod wpływem dość dramatycznych okoliczności Feliu wyrusza z matką do Barcelony. Tam matka pragnie zapisać go do prestiżowej szkoły muzycznej. Niestety, nauczyciel, który przesłuchuje chłopca uznaje, że ten nie gra na tyle dobrze, aby stać się uczniem jego szkoły. Z drugiej strony jednak widzi w Feliu potencjał, dlatego też poleca pani Delargo udanie się do pewnego mężczyzny, który będzie w stanie podszlifować warsztat jej syna. I tak oto rozpoczyna się czas, w którym matka i syn muszą radzić sobie w realiach panujących w Barcelonie 1907 roku. Trzeba przyznać, że nie jest łatwo, bo przecież nasi bohaterowie muszą z czegoś żyć. Egzystencja w Barcelonie wywiera naprawdę poważny wpływ na Feliu. Chłopiec uczy się rzeczy, o których nigdy wcześniej nie słyszał. Oczywiście wciąż na pierwszym miejscu jest muzyka i jego ukochana wiolonczela, a przede wszystkim smyczek, z którym nigdy się nie rozstaje.

Mijają dwa lata. Nasz bohater udaje się na królewski dwór w Madrycie, gdzie na tronie zasiadają Alfons XIII Burbon (1886-1941) oraz jego żona Wiktoria Eugenia Battenberg, nazywana „Eną” (1887-1969). Na dworze Feliu zdobywa nie tylko pierwsze doświadczenia w sferze erotycznej, ale też jest bardzo mile widziany na salonach, gdzie urzęduje sama królowa. Praktycznie natychmiast zdobywa jej sympatię i staje się poniekąd jej powiernikiem. To od pobytu na królewskim dworze rozpoczyna się wielka kariera muzyczna Feliu Delargo, w trakcie której będzie przeżywał i wzloty, i upadki. Będzie też spotykał na swojej drodze rozmaite osoby, które nie zawsze będą mu przychylne. Podczas kolejnych lat życia nasz bohater nigdy nie straci godności, bo nawet jeśli zmieni na chwilę swoje przekonania, to zrobi tak dla dobra tych, którzy są dla niego ważni.

Wydanie z 2015 roku.
Feliu Delargo będzie żył w naprawdę trudnych czasach. Przyjdzie mu przeżywać śmierć najbliższych oraz patrzeć na to, jak jego ukochana Hiszpania coraz bardziej się pogrąża pod rządami krwawego Francisco Franco. Pierwsza wojna światowa nie wywrze na nim tak ogromnego wpływu, jak zrobi to faszyzm i ci, którzy będą tę ideologię wyznawać. Jak zatem poradzi sobie Feliu w tych dramatycznych okolicznościach? Czy muzyka stanie się dla niego jedyną ucieczką od rzeczywistości? A może to właśnie muzyka i ogromna światowa sława sprawią, że Feliu będzie żył niczym pod przysłowiowym kloszem? Jak bardzo trudne decyzje będzie musiał podejmować, aby zachować godność? Czy sprzeciwianie się systemowi naprawdę wyjdzie mu na dobre?

Hiszpański smyczek to powieść niezwykle piękna w swojej wymowie. Tak już się przyjęło, że książki, które pojawiają się na rynku wydawniczym jako nowości, porównywane są do swoich poprzedniczek. W tym wypadku Hiszpańskiego smyczka ustawiono w jednym rzędzie z Cieniem wiatru niezrównanego Carlosa Ruíza Zafóna. Czy słusznie? Na pewno dla samej Autorki takie porównanie jest ogromnym wyróżnieniem, szczególnie że jest to jej debiut. Z mojego punktu widzenia wygląda to tak, że powieść Andromedy Romano-Lax jest niezwykle klimatyczna. Autorka oddała wiernie realia panujące w Hiszpanii na przełomie XIX i XX wieku. Barcelona i Madryt są po prostu niesamowite, choć nie wszystko zasługuje w tych miastach na pochwałę. Wiadomo jakie wtedy były czasy i kto sprawował władzę.

Bohaterowie, których spotykamy na kartach powieści są nieprawdopodobnie wiarygodni. Oczywiście narracja prowadzona jest z punktu widzenia głównego bohatera, który niczego nie ukrywa. Jego życie z jednej strony jest pasmem nieszczęść, lecz z drugiej pełne rozmaitych zbiegów okoliczności, które sprawiły, że zdobył międzynarodową sławę, a o jego względy zabiegali najwyżsi prominenci ówczesnego świata. Ponieważ był sławny i generalnie liczono się z jego zdaniem, mógł bez przeszkód buntować się przeciwko systemowi władzy, którego – podobnie jak Pablo Casals – nie akceptował. W postaci głównego bohatera jest też coś tajemniczego, co sprawia, że jest on wyjątkowy. Obok Feliu Delargo pojawiają się także inni bohaterowie. Jest wspomniany już pianista, który z kolei stanowi trudny orzech do zgryzienia dla czytelnika. Z jednej strony bawi, ale z drugiej można dopatrzeć się w nim swego rodzaju tragizmu. Justo Al-Cerraz spędził u boku wiolonczelisty wiele lat, co pozwoliło obydwu mężczyznom poznać siebie wzajemnie na wskroś. Wiedzieli o sobie naprawdę wszystko. Czy był dla Feliu kimś w rodzaju ojca? Możliwe.

W życiu głównego bohatera oraz jego przyjaciela-pianisty pojawia się także pewna młodziutka skrzypaczka żydowskiego pochodzenia. Ta postać również jest nieco skomplikowana. Aviva skrywa bowiem tajemnicę, która nie pozwala jej normalnie funkcjonować w życiu. W powieści nie obywa się zatem bez wątków damsko-męskich. Jest trudna miłość, która tak naprawdę nie wiadomo, jak się skończy. Tak więc Hiszpański smyczek to powieść bez dwóch zdań rewelacyjna. Polecam wszystkim, którzy uwielbiają Hiszpanię nie tylko w literaturze, ale też lubią do niej podróżować. Na kartach książki obok bohaterów czysto fikcyjnych czytelnik spotka także postacie stricte historyczne; szczególnie chcę zwrócić uwagę na osoby związane z ówczesnym światem artystycznym, jak muzyka i malarstwo. Jestem nawet skłonna zagwarantować, że nie sposób rozczarować się tą powieścią. Oczywiście styl pisania może być dla niektórych nieco nużący, ale przecież o Hiszpanii nie można pisać inaczej, jak tylko „za mgłą”.

Na koniec posłuchajcie starej katalońskiej pieśni, którą Pablo Casals wykonywał na zakończenie każdego koncertu. Pieśń Song of Birds wirtuoz zaczął grać dopiero po powrocie do publicznych występów po wieloletniej przerwie. 













* O wojnie hiszpańsko-amerykańskiej obszernie pisałam przy okazji recenzji drugiego tomu dylogii Johna Jakesa pod tytułem Gdzie jest mój dom? [klik]. 





niedziela, 8 listopada 2015

Karol Bunsch – „O Zawiszy Czarnym opowieść & Warna 1444”














Wydawnictwo: WYDAWNICTWO LITERACKIE
Kraków 1980





Na przestrzeni wieków na kartach historii Polski zapisało się wielu dzielnych rycerzy, którzy przez stulecia byli i nadal są przykładem honorowego postępowania. Wśród nich można wymienić chociażby Albrechta z Kłecka żyjącego na przełomie XIII i XIV wieku, Stanisława Ciołka (?-1356), Gniewosza z Dalewic – ojca (?-1406) i Gniewosza z Dalewic – syna (?-1445), Hińczę z Rogowa herbu Działosza, który żył na przełomie XIV i XV wieku, Żelisława Złotorękiego (?-1123) i wielu innych, którzy swoją odwagą przynieśli chlubę swoim rodom i ojczyźnie. Niemniej do dziś najbardziej znanym polskim rycerzem jest bez wątpienia Zawisza Czarny z Garbowa (w Sandomierskiem) herbu Sulima (ok. 1370-1428) pochodzący ze średniozamożnego rodu szlacheckiego. Imię Zawiszy Czarnego weszło do polskiej tradycji narodowej jako symbol honoru i uczciwości. Podczas swojego życia rycerz zdobył wielkie uznanie całego ówczesnego świata chrześcijańskiego.  

Zanim jednak Zawisza Czarny doszedł do mistrzostwa w rycerskim kunszcie i zanim jeszcze zrozumiał czym tak naprawdę jest honor, musiał przejść standardowe szkolenie, którego celem było przygotowanie go do stanu rycerskiego. Szkolenie obejmowało naukę zasad walki pieszej i konnej, a także sztuki wojennej. Przyszły rycerz poznawał również reguły wiary katolickiej, której – już po pasowaniu na rycerza – miał bronić z narażeniem życia. Opanował też łacinę, język niemiecki, a potem węgierski. Żołnierska zręczność oraz liczne cnoty ducha sprawiły, że bardzo szybko sławę przyniosły mu zwycięstwa w wielu europejskich turniejach. Zawiszę Czarnego charakteryzowała również niezwykła mądrość, dzięki której stał się nieoficjalnym dyplomatą, monarszym doradcą i generalnie uznawano go za człowieka godnego zaufania i przyjaźni. Bliskie relacje łączyły go z możnowładcami, a nawet królami.

W czasie swojej służby na książęcych oraz królewskich dworach posiadł wiedzę i umiejętności, które potem stały się kluczowe w walce na bitewnym polu i które przyniosły mu sławę, a także sprawiły, że jego imię na wieki zapisało się w historii. Zawisza Czarny związany był z dworem władcy Niemiec i Węgier, czyli z Zygmuntem Luksemburskim (1368-1437). Niemniej po jakimś czasie rycerz porzucił służbę u Luksemburczyka, ponieważ zapragnął zasilić szeregi wojsk polsko-litewskich w wojnie z Zakonem Krzyżackim. W bitwie pod Grunwaldem Zawisza Czarny pełnił służbę przy chorągwi krakowskiej u boku niejakiego Marcina z Wrocimowic (?-1442). Był tam tak zwanym rycerzem przedchorągiewnym chorągwi krakowskiej.

W swoich Kronikach imię Zawiszy Czarnego wymienia Jan Długosz (1415-1480), uważając go za najznamienitszego polskiego rycerza. Już po śmierci rycerza kronikarz napisał o nim tak:

Nie tylko w tej bitwie, w której pojmany zginął, ale we wszystkich wyprawach okazywał się rycerzem dzielnym i znakomitym, słynął odwagą i wielkimi czynami, w których nikt mu nie dorównywał. Był zaś w mowie słodki i ujmujący, tak że nie tylko ludzi zacnych i szlachetnych, ale barbarzyńców nawet swoją uprzejmością zniewalał. Miał przede wszystkim ten rzadki w sobie przymiot, że jak w bitwie najśmielszy zapał, tak w radzie najumiarkowańszą okazywał rozwagę. Godzien za swe bohaterskie dzieła nie moich słabych, ale i Homera samego pochwał.”
 
Z kolei po zwycięskiej bitwie pod Grunwaldem (15 lipca 1410 roku), Zawisza Czarny wyruszył w drogę pod Koronowo, gdzie wziął udział w kolejnej bitwie, w której ponownie pokazał swoje męstwo i niezwykłą odwagę. Dziwić może fakt, iż pomimo tak znaczących osiągnięć, rycerz nigdy nie pełnił jakichś ważnych, oficjalnych funkcji państwowych. Chociaż jego sława wykraczała poza granice Polski i mówiono o nim na dworach ówczesnych europejskich władców, z których niektórzy wręcz zabiegali o to, aby Zawisza Czarny przeszedł do ich służby, to jednak żaden państwowy urząd nigdy nie przypadł mu w udziale. Europejscy monarchowie kusili Zawiszę Czarnego obietnicami wielkich nagród i przywilejów. Wygląda jednak na to, że nasz rycerz przekupny nie był i do końca pozostał wierny swojej ojczyźnie, za którą oddał życie.

Ostatnią walkę Zawisza Czarny stoczył w bitwie pod Gołąbcem. Jego śmierć była niezwykle okrutna, ale rycerz zapewne liczył się z taką ewentualnością, wyruszając w bój i walcząc z tureckimi wojskami. Po śmierci Wielkiego Rycerza król Zygmunt Luksemburski napisał:

Wojsko utraciło w nim najlepszego dowódcę. Zaiste całemu światu wiadomym jest, iż tenże Zawisza był rycerzem najdzielniejszym, w broni najbardziej doświadczonym, w działaniu najprzezorniejszym, zaś w wierności i poświęceniu najszczerszym.”

To właśnie powyższe słowa stanowią dowód na to, iż pamięć o Zawiszy Czarnym oraz jego niezwykłych czynach znana była w całym ówczesnym świecie. Z kolei jego odwaga i męstwo stanowiły przykład dla wielu młodych rycerzy, w tym także dla synów Zawiszy Czarnego, którzy potem przyłączyli się do wojsk Władysława III Warneńczyka (1424-1444) i wraz z młodym, polskim królem ruszyli na Warnę, aby pomścić śmierć ojca.

Zawisza Czarny 
(fragment obrazu Bitwa pod Grunwaldem)
autor: Jan Matejko (1838-1893)
Karol Bunsch tak naprawdę niewiele pisze o Zawiszy Czarnym, ponieważ wbrew pozorom nie ma zbyt wielu informacji na temat tego wyjątkowego rycerza. A przynajmniej nie było ich wtedy, gdy powstawała niniejsza książka, czyli w 1959 roku. Autor swoją opowieść rozpoczyna już po śmierci Zawiszy Czarnego. Polską rządzi Władysław II Jagiełło (ok. 1362-1434). Jest listopad 1428 roku i w krakowskim kościele franciszkanów ma odbyć się symboliczny pogrzeb rycerza. Kanonik katedralny i królewski sekretarz Adam Świnka z Zielonej (?-ok. 1434) proszony jest o wygłoszenie mowy pożegnalnej na cześć Zawiszy Czarnego. Niestety, biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki (1389-1455) podaje w wątpliwość nieskazitelność Wielkiego Rycerza. Co zatem powinien zrobić Adam Świnka? Czy na przekór wszystkiemu wygłosić peany na cześć Zawiszy, czy może zamilknąć, bo przecież o zmarłych można mówić tylko dobrze albo wcale? Jak się okazuje Adam Świnka nie poddaje się i zaczyna badać życie Zawiszy Czarnego. Dociera więc do ludzi, którzy go znali i mogą coś więcej o nim powiedzieć. W trakcie tych rozmów kanonik weryfikuje niektóre fakty, a niekiedy dowiaduje się rzeczy, o których nie miał pojęcia.

O Zawiszy Czarnym opowieść to historia bardzo krótka z uwagi na brak wystarczających materiałów źródłowych. Niemniej – jak każda gawęda, która wyszła spod pióra Karola Bunscha – warta jest przeczytania. Przynajmniej w moim przekonaniu. Ponieważ już kilkakrotnie rozwodziłam się nad niezwykłym talentem pisarskim Autora, nie będę w nieskończoność powielać swojej opinii. Dla mnie Karol Bunsch był wyjątkowym pisarzem i tak już pozostanie. Przejdźmy zatem do drugiej opowieści, którą znajdziemy w tej samej książce. Tym razem będzie to historia bitwy pod Warną, w której życie stracił młodziutki i niedoświadczony Władysław III Warneńczyk z dynastii Jagiellonów. Zanim jednak skupię się na samej bitwie, pozwolę sobie nakreślić portret władcy Polski, Węgier i Chorwacji. 

Władysław III Warneńczyk był synem Władysława II Jagiełły i jego żony Zofii Holszańskiej (ok. 1405-1461). W dniu 25 lipca 1434 roku dziesięcioletni Władysław został wybrany na króla Polski oraz Wielkiego Księcia Litwy i przybrał imię Władysława III. Z kolei dnia 8 marca 1438 roku został ogłoszony prawowitym władcą, natomiast królem Węgier i Chorwacji został 17 czerwca 1440 roku, przyjmując imię Władysława I. Późniejszy Warneńczyk (przydomek otrzymał pośmiertnie) przyszedł na świat w chwili, gdy praktycznie tracono już nadzieję na to, że stary Jagiełło doczeka się męskiego potomka. Zofia Holszańska urodziła syna, kiedy liczyła sobie ledwo osiemnaście wiosen. Można sobie jedynie wyobrazić jaka radość musiała zapanować nie tylko na królewskim dworze, ale przede wszystkim w sercu sędziwego Władysława II Jagiełły, który cały dzień po narodzinach syna spędził w kościele na dziękczynnych modlitwach. Bóg jednak był dla króla łaskawy, bo już trzy lata później obdarzył go kolejnym synem – Kazimierzem, którego znamy jako Kazimierza IV Jagiellończyka (1427-1492).

Władysław III Warneńczyk 
autor: Jan Matejko
Uroczysty chrzest małego królewicza odbył się oczywiście w Krakowie, zaś ojcem chrzestnym został sam papież Marcin V (1369-1431). Źródła historyczne raczej skąpe są w informacje dotyczące osobowości Warneńczyka, ponieważ żył zbyt krótko, aby móc pokazać swój prawdziwy charakter już jako w pełni dorosły mężczyzna. Najprawdopodobniej był podatny na wpływy, natomiast kiedy na horyzoncie pojawiła się możliwość objęcia samodzielnej władzy, wówczas jego brak doświadczenia spowodował, że źle oceniał zaistniałe sytuacje, co skończyło się dla niego tragicznie. Nie można jednak odmówić młodemu Władysławowi odwagi oraz duszy pełnej rycerskich ideałów. Z opowieści Karola Bunscha wynika, że był skromnym i miłym młodzieńcem, choć niezbyt urodziwym. Nigdy się nie ożenił, choć planowano dla niego małżeństwo z Elżbietą Luksemburską (1409-1442). Pojawiają się natomiast informacje o tym, że Władysław mógł być gejem, ponieważ znacznie bardziej wolał towarzystwo mężczyzn niż kobiet. W dodatku wspomniany już wyżej Jan Długosz, który znał Warneńczyka osobiście, jak również utrzymywał częsty kontakt z ludźmi z otoczenia króla, w swojej Kronice napisał:

„[…] Jagiellończyk skłonny do rozkoszy męskich, ani w czasie pierwszej wyprawy przeciw Turkom, ani w czasie tej drugiej, którą wtedy prowadził, gdy szalała wojna, gdy naokoło panował strach i było mnóstwo wrogów przy garstce jego wojska, kiedy należało przebłagać miłosierdzie Boże i pozyskać je sobie, on, nie zważając zupełnie na własne niebezpieczeństwo i na zagrożenie całego wojska, nie porzucał swych, przeciwnych czystości, wstrętnych rozkoszy.”

Z drugiej strony jednak zadajmy sobie pytanie, czy na podstawie tych słów faktycznie można wnioskować, że Władysław miał skłonności homoseksualne? Być może pisząc o „męskich rozkoszach” Jan Długosz wcale nie miał na myśli łóżkowych ekscesów młodego króla. Może kronikarzowi chodziło o typowe męskie zabawy, jak wyprawianie uczt mocno zakrapianych alkoholem czy polowania, na które wybierał się w towarzystwie mężczyzn? Może król skory był do jakichś sprośnych żartów, które najlepiej wychodziły mu właśnie w otoczeniu mężczyzn? Fakt, że Władysław unikał kobiet też nie świadczy o tym, iż był homoseksualistą. Przecież był młody i być może tak bardzo nieśmiały wobec niewiast, że pewniej czuł się w gronie swoich męskich kompanów. Pamiętajmy, że w średniowieczu Kościół piętnował wiele czynów, które nazywał „nieczystymi” i nie zawsze duchownym chodziło o sprawy łóżkowe. Oczywiście prawdy na ten temat już nigdy się nie dowiemy. Monarcha żył zbyt krótko, aby pokazać swój naturalny styl życia. Wiadomo natomiast, że potomka po sobie nie zostawił.

Kardynał Zbigniew Oleśnicki 
autor: Jan Bąkowski (1872-1934)
Jeszcze za swojego życia Władysław Jagiełło zapewnił synowi dziedziczenie tronu. Otóż po śmierci starego króla, biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki czynił starania zmierzające do błyskawicznej koronacji księcia. Jego argumenty były dość mocne, ponieważ mówił o ewentualnej anarchii i możliwości wybuchu wojny domowej. W rzeczywistości jednak lękał się utraty swojej pozycji na dworze. I tak oto grupa możnowładców, na której czele stanął Spytko III z Melsztyna (1398-1439), nie wyraziła zgody na dokonanie koronacji bez uprzedniej elekcji. Wielmoże byli także przeciwni wszechwładnej władzy samego biskupa krakowskiego. To wszystko doprowadziło do tego, że rozpętała się otwarta wojna domowa, którą wywołała konfederacja utworzona przez wspomnianego już Spytka III z Melsztyna. Konfederacja ta posługiwała się hasłami, które za życia głosił czeski duchowny – prekursor protestantyzmu – Jan Hus (1370-1415). Trzeba dodać, że Kościół Katolicki skazał Jana Husa na śmierć przez spalenie na stosie za głoszone przez niego herezje. Bunt konfederacji zakończył się jednak klęską pod Grotnikami w 1439 roku. Wtedy też książę Władysław został oficjalnie koronowany na króla w katedrze na Wawelu i przysiągł, iż dotrzyma wszelkich praw oraz przywilejów szlacheckich.  

Ponieważ władca wciąż był niepełnoletni, władzę w poszczególnych prowincjach dzierżyli jego namiestnicy, zaś właściwym regentem był sam Zbigniew Oleśnicki. Można zatem śmiało rzec, że Władysław był królem tylko na papierze, gdyż większość decyzji podejmowano za jego plecami. W tym samym czasie przed Jagiellonami pojawiły się również możliwości działania w Europie Środkowej. Czescy zwolennicy Jana Husa zaproponowali bowiem tron bratu polskiego króla – Kazimierzowi, lecz biskup Oleśnicki nie zgodził się na taki wariant. Z kolei z ogromnym zainteresowaniem spotkała się ewentualność objęcia tronu w Budzie na Węgrzech. Zgon Albrechta II Habsburga (1397-1439) dał sposobność do zawarcia unii polsko-węgierskiej. Niemniej przeszkodą w toczonych zawzięcie rozmowach stała się brzemienna wdowa po Albrechcie Habsburgu, a była nią królowa Elżbieta. Ostatecznie złamano opór królowej, która wyraziła zgodę na małżeństwo z polskim królem. Władysław raczej nie był skory do ślubu, ponieważ Elżbieta była od niego sporo starsza.

Elżbieta Luksemburska po urodzeniu syna, próbowała nie dopuścić do przybycia Władysława na Węgry. Niemniej polski król zdobył Budę w 1440 roku i koronował się na króla Węgier. W konsekwencji doszło do otwartej wojny domowej, która trwała dwa lata. Zakończyła ją mediacja z udziałem papieskiego legata, który skłonił młodocianego władcę do podjęcia krucjaty antytureckiej. I tak oto w latach 1442-1443 węgierska armia pod dowództwem Jánosa (Jana) Hunyadego (ok. 1387-1456) odparła turecki atak i odniosła zwycięstwo. Na Węgrzech zderzyły się poglądy zarówno zwolenników, jak i przeciwników wojny domowej. Z kolei sejm podjął decyzję o rozpoczęciu kampanii zbrojnej przeciwko Turcji, zaś król Władysław złożył w tej sprawie uroczystą przysięgę. Niestety, na tę wyprawę nie przyznano żadnych środków finansowych, natomiast monarcha zmuszony był polegać na oddziałach Jánosa Hunyadego oraz innych magnatów. Liczył na ich pieniądze, podczas gdy jakakolwiek zagraniczna pomoc stała się niepewna, o ile wręcz niemożliwa.

Władysław III podczas bitwy  pod Warną
(fragment obrazu z 1879 roku)
autor: Jan Matejko
Chociaż Władysław III Warneńczyk złożył przysięgę, to jednak z rozpoczęciem wojny zwlekał. Możliwe, że gdzieś w głębi duszy czuł strach i był świadomy swojego braku doświadczenia. Wysłał zatem delegację do tureckiego sułtana przebywającego w Adrianopolu, co dało początek rozmowom na temat ewentualnego pokoju z Turkami. Ostatecznie na dziesięć lat zawarto ugodę w Szegedynie, która była niezwykle korzystna zarówno dla samych Węgier, jak i dla chrześcijaństwa. Z kolei król Władysław dokonał uroczystego zaprzysiężenia i ratyfikacji umowy zawartej z tureckim sułtanem. Niestety, już po trzech dniach cesarski legat przekonał króla, aby ten jednak wznowił wojnę. I tak oto pokój został zerwany, a wyprawa rozpoczęta. Na czele wojska stanął dwudziestoletni młodzian pozbawiony jakiegokolwiek doświadczenia w boju. W efekcie rzeczywistym dowódcą był doskonały wódz János Hunyady, natomiast armia węgierska, która liczyła dwadzieścia tysięcy rycerzy i była wspierana przez polskich ochotników, ruszyła w kierunku dość nieudolnie bronionej stolicy Turcji.

W cieśninach czekała już flota papiesko-wenecka. Niestety, Genueńczycy przewieźli na swych galerach sułtańską armię i już niebawem sześćdziesięciotysięczne wojsko tureckie znalazło się na przedpolach Warny. Węgrzy zostali okrążeni. To był listopad 1444 roku. W wyniku zaciętej narady podjęto decyzję dotyczącą przeprowadzenia bitwy na otwartym polu. Na początku szala zwycięstwa przechylała się na stronę Węgrów, lecz nagle stała się rzecz niewyobrażalna. Młody król Władysław, stojąc na czele oddziału składającego się z pięciuset jeźdźców, zupełnie niespodziewanie uderzył na główny trzon tureckiej armii znajdującej się w pobliżu samego sułtana. Praktycznie natychmiast polski król otoczony został przez janczarów (turecka piechota). Wtedy też koń króla został zabity, a młodemu władcy wróg ściął głowę. Wojska węgierskie ogarnęła istna histeria. Rycerze zaczęli uciekać z pola bitwy. Straty po obydwu stronach były naprawdę niewyobrażalne. Życie straciło kilka tysięcy Turków. Zginął papieski legat – Giuliano (Julian) Cesarini (1398-1444), zaś niedobitki węgierskiej armii jakimś cudem uratował János Hunyady. Ciała Warneńczyka nigdy nie odnaleziono, dlatego też zaczęły pojawiać się liczne teorie, jakoby król jednak przeżył. Łudzono się nadzieją, że może faktycznie udało mu się uciec i uratować życie. Jak zawsze w takich okolicznościach, tak i wtedy, zaczęli wyrastać niczym grzyby po deszczu mężczyźni, którzy podawali się za Władysława III Warneńczyka. Prawda jednak była taka, że to Turcy odnieśli zwycięstwo, natomiast Polacy pozostali bez władcy na długie trzy lata, gdyż dopiero po tym okresie z przyczyn politycznych Kazimierz IV Jagiellończyk mógł odziedziczyć tron po zmordowanym bracie.

Władysław III Warneńczyk
Portret powstał w latach 1768-1771.
autor: Marcello Bacciarelli (1731-1818)
Pewna portugalska legenda mówi nawet, że Władysław III Warneńczyk przeżył rzeź pod Warną. Skoro ciała nie odnaleziono, to trzeba było wymyśleć jakieś wytłumaczenie tej sytuacji. Mówiono zatem, że król zbiegł z pola bitwy i jako Henrique Alemao (Henryk Niemiec) osiedlił się na Maderze w posiadłości, którą rzekomo miał mu podarować książę Henryk Żeglarz (1394-1460) – trzeci syn króla Portugalii – Jana I Dobrego (1357-1433) i Filipy Lancaster (1360-1415). W Portugalii Władysław miał się ożenić, doczekać syna, a potem w wieku czterdziestu lat zginąć na morzu. Z kolei rzekomym synem Warneńczyka miał być sam Krzysztof Kolumb (1451-1506). Obecnie większość historyków skłania się ku teorii, iż Władysław III Warneńczyk nie przeżył bitwy pod Warną, zaś jako dowód podają zapis niejakiego Chodży Effendiego odnoszący się do faktu przesłania tureckiemu sułtanowi głowy polskiego króla.

Janczar imieniem Kodża Chazer dzielnym natarciem ranił mu konia, zwalił na ziemię wychowańca piekła, uciął nikczemną głowę i przynosząc ją padyszachowi, pochwały, względy i hojną nagrodę osiągnął. Głowa nieszczęsnego króla posłaną została do Brussy, przedtem stolicy państwa, aby na widok pospolitego ludu była tam wystawiona. Dla zachowania od zepsucia w miodzie była zatopiona.”

Chociaż Władysław III Warneńczyk na tronie zasiadał tylko dziesięć lat i odszedł w bardzo młodym wieku, to jednak nie ma zgodności co do oceny jego postaci. Potwierdzone fakty historyczne przeplatają się z legendą i dlatego trudno jest jednoznacznie ocenić postępowanie króla. Z jednej strony widzimy Władysława jako niedojrzałego młodzieńca, który żyje pod wpływami potężnego biskupa krakowskiego Zbigniewa Oleśnickiego, a także wojewody Jánosa Hunyadego oraz papieskiego legata Giuliano Cesariniego. Król oskarżany jest także o krzywoprzysięstwo, ponieważ zerwał rozjem z Turcją i wyprawił się na Warnę. Z drugiej strony jednak są też i tacy, którzy w młodym Władysławie widzą szlachetnego monarchę i ostatniego krzyżowca, który do ostatniej kropli krwi bronił wiary i europejskiej cywilizacji. Dla nich był po prostu królem bez najmniejszej skazy. Prawdą jest, że Władysław III Warneńczyk to postać tragiczna, która na kartach historii Polski i Węgier zapisała się wielkimi literami, choć może nie zawsze o nim pamiętamy.

Symboliczny grobowiec
Władysława III Warneńczyka
w miejscu, gdzie w 1444 roku 
rozegrała się bitwa .
W jaki sposób zatem króla przedstawia Karol Bunsch? Na pewno nie widzi w nim homoseksualisty. Możliwe, że taki obraz ma swoje źródło w tym, iż książka napisana została w zupełnie innych czasach. W czasach, kiedy wiele publikacji było zakazanych i wycofywanych z księgarń oraz bibliotek. Zdaniem władz komunistycznych nie wszystkie tematy nadawały się do publikacji i dlatego były cenzurowane. Bardzo prawdopodobne zatem, iż przedstawienie Władysława jako geja poważnie kłóciłoby się z systemem komunistycznym, a sam Karol Bunsch nie mógłby takiej książki wydać w żadnym wydawnictwie. Dlatego też pokazał Warneńczyka jako młodzieńca tęskniącego do kobiety i żałującego, że być może nigdy nie będzie mu dane kochać niewiasty.

Dla mnie Władysław III Warneńczyk okazał się królem, którego zwyczajnie było mi żal. Poczułam współczucie dla tego niedoświadczonego i nieśmiałego władcy, który pomimo szczerych chęci nie potrafił zmierzyć się z otaczającą go rzeczywistością. Praktycznie więcej było w nim z dziecka, niż z dorosłego mężczyzny. W dodatku bezustannie głowę zawracał mu brat Kazimierz, który pozostał w Polsce i załatwiał tutaj swoje interesy. Sam nie mógł podejmować wszystkich decyzji, więc często posyłał na Węgry swoich posłańców, aby uzyskać pomoc króla. Pomimo że Karol Bunsch jest oszczędny w informacjach na temat Władysława III Warneńczyka, a znacznie więcej miejsca poświęca tym, którzy go otaczają i oczywiście kulisom bitwy pod Warną, to jednak pomiędzy wierszami można naprawdę wiele wyczytać i wyrobić sobie własne zdanie odnośnie króla.

Podsumowując można stwierdzić, że zarówno Zawisza Czarny, jak i Władysław III Warneńczyk mogą podać sobie ręce i stanąć w jednym szeregu. Obydwie postacie są tak samo tragiczne, choć różni je doświadczenie w boju. Zawisza Czarny oddał życie świadomie, natomiast Władysław Warneńczyk postąpił lekkomyślnie, zupełnie nieoczekiwanie uderzając na wroga i płacąc za to najwyższą cenę. Na koniec chciałam dodać, że tekst, który przeczytaliście nie jest recenzją książki. Jest to bardziej artykuł, który napisałam zainspirowana powieścią Karola Bunscha.