Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

poniedziałek, 28 września 2015

Agnieszka Lingas-Łoniewska – „Skazani na ból”






Recenzja przedpremierowa
Premiera książki 24 października 2015
(Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie)






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki oraz Wydawnictwa. Dziękuję!

Wydawnictwo: NOVAE RES
Gdynia 2015




Każdy człowiek od najmłodszych lat pragnie akceptacji zarówno ze strony własnej rodziny, jak i rówieśników. Do pewnego wieku potrzebę akceptacji są w stanie zapewnić właśnie te dwa środowiska. Niemniej, wraz z okresem dojrzewania u młodego człowieka pojawia się potrzeba odrębności od środowiska, w którym funkcjonuje na co dzień. W związku z tym zaczyna narastać u niego sprzeciw wobec wpajanych do tej pory wzorców postępowania i zachowania, natomiast rodzina bardzo często staje się powodem nieporozumień i poważnych konfliktów. W wieku około trzynastego lub czternastego roku życia nastolatek wchodzi w okres buntu, natomiast jego poglądy zaczynają się kształtować. Wtedy też pojawia się potrzeba pokazania swojej odrębności poprzez specyficzny strój czy fryzurę. Zaakcentowanie swojej inności bardzo często pociąga za sobą również wstępowanie młodzieży do różnych subkultur, których – jak się okazuje – jest całkiem sporo. Z uwagi na tematykę najnowszej powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej przyjrzyjmy się bliżej jednej z takich subkultur młodzieżowych, czyli skinheadom.

Skinheadzi (skini) po raz pierwszy pojawili się w Anglii w połowie lat 60. XX wieku. Nazwa tej subkultury odnosi się do podstawowej cechy wyglądu skina, czyli do bardzo krótkich lub ogolonych do samej skóry włosów. Charakterystyczną cechą skinów jest także ich ubiór. Noszą bowiem kurtki typu flyers (typ wojskowy), dżinsowe spodnie z podwiniętymi nogawkami i przede wszystkim ciężkie buty z wysokimi cholewami (glany). Wygląd zewnętrzny skina ma symbolizować głównie jego zdecydowanie i bezustanną gotowość do walki; ma też wzbudzić szacunek u innych. Taki wygląd jest przejawem swoiście pojmowanej przez skinheadów idei czystości i porządku. Zasadniczą cechą tejże subkultury młodzieżowej jest bardzo silne przywiązanie do dość wąsko rozumianej społeczności lokalnej.

Pierwsza fala ruchu skinheadów praktycznie zupełnie ominęła Polskę. Pierwsi członkowie tej subkultury młodzieżowej zaczęli pojawiać się w naszym kraju pod koniec lat 70. XX wieku. Zapoczątkowali ją skini ze Szczecina, którzy spotykali się na terenie Zamku Książąt Pomorskich. Skinheadzi wyrośli równocześnie z inną subkulturą – punk. Od 1981 roku są z nią w dość ostrej opozycji. Ideologia skinheadów posiada charakter skrajnie nacjonalistyczny. Ich podstawowym hasłem jest: Duma – Honor – Ojczyzna. Z kolei wewnętrznym świętem jest dzień 20 kwietnia, czyli dzień urodzin Adolfa Hitlera (1889-1945), co jest związane ze wspomnianymi już ich nacjonalistycznymi postawami, jak również faszystowskimi upodobaniami niektórych zwolenników subkultury. Skinheadzi uważają bowiem, że przywódca III Rzeszy chciał słusznie wprowadzić w ówczesnych Niemczech porządek, tępiąc ludność pochodzenia żydowskiego, czy też innych narodowości. Skini działają w myśl zasady: jeśli nie będą się ciebie bać – będą się z ciebie śmiać. W ten sposób dążą do narzucenia swojego prawa poprzez szerzenie kultu siły. W grę wchodzi również słuchanie specyficznego rodzaju muzyki. 

Celem ataków skinheadów są ludzie należący do mniejszości etnicznych, ponieważ sami siebie uważają za obrońców tożsamości i tradycji narodu polskiego. Młodzi mężczyźni należący do tej subkultury zazwyczaj są dobrze wysportowani; nie wszyscy popadają w nałogi typu palenie papierosów, picie alkoholu czy branie narkotyków. Działają w zorganizowanych grupach, które kierowane są przez przywódców wywodzących się z jednej dzielnicy danego miasta. Atak na ich ofiarę zazwyczaj kończy się ciężkim pobiciem lub poważnym okaleczeniem. W szeregach skinheadów są również dziewczyny zwane skinhead girls. Wbrew pozorom skinheadzi to nie prymitywni „bokserzy”, lecz wielokrotnie młodzi mężczyźni posiadający rozległą wiedzę na rozmaite tematy, szczególnie jeśli chodzi o historię.

Tym razem Agnieszka Lingas-Łoniewska poruszyła w swojej książce naprawdę trudny temat. Powieść generalnie adresowana jest do młodzieży, ale myślę, że osoby dorosłe, a szczególnie te, które są rodzicami nastolatków, powinny również po nią sięgnąć. W książce gwałtownie zderzają się ze sobą dwa światy, które są tak bardzo różne, że aż niemożliwe, aby mogły wspólnie normalnie funkcjonować. Głównymi bohaterami są Amelia Ligacka i Aleks Pański. Młodzi poznają się w okolicznościach, które są zagrożeniem dla bezpieczeństwa dziewczyny. Otóż pewnego dnia Amelia wracając z korepetycji, których udziela małemu Kacprowi, zostaje napadnięta przez grupę Cyganów. Na szczęście z pomocą przychodzi jej Aleks, który jakimś cudem znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie. Choć z drugiej strony nie ma się czemu dziwić. Przecież to „jego” dzielnica. Od tej chwili ich spotkania zaczynają przybierać na sile. Bardzo szybko okazuje się, że nie potrafią już żyć bez tej drugiej osoby. Codziennie wymieniają sms-y, w tajemnicy przed rodzicami Amelii spotykają się w parku, a jedynymi świadkami tych randek są pies dziewczyny i drzewa, które słyszą romantyczne wyznania ich miłości.

Niemiecki neonazistowski skinhead
fot. Ludwig Urning
źródło
Jak można się domyślić, Aleks jest członkiem skinheadów i od początku wie, że jego znajomość z Amelią może nie przetrwać próby czasu. Tego samego świadoma jest także dziewczyna. Pomimo że rozsądek podpowiada inaczej, to jednak obydwoje nadal brną w tę trudną znajomość, która błyskawicznie przeradza się w płomienne uczucie. I tak oto Amelia wkracza w środowisko, które do tej pory było jej zupełnie obce i które mimo wszystko trochę ją przeraża, natomiast Aleks zaczyna rozumieć, że można żyć inaczej, choć na wyzbycie się specyficznej ideologii raczej nie ma szans. Ten dwudziestoletni chłopak tak bardzo przesiąkł poglądami, które propaguje jego subkultura, że za nic nie wyobraża sobie, aby mógł z dnia na dzień zmienić swoje myślenie. Nie zamierza zrobić tego nawet dla Amelii, którą bardzo kocha. A co na to sama zainteresowana? Otóż dziewczyna nie ukrywa, że chciałaby, aby Aleks był „normalny”, ale nie chce też na siłę go zmieniać. Choć są sytuacje, w których zachowanie Aleksa ją przeraża, to jednak stara się wyrzucać z głowy strach, a zastępuje go miłością. Zarówno Aleks, jak i osiemnastoletnia Amelia nie mają łatwego życia. Nie chodzi tutaj jedynie o ich znajomość i pochodzenie, które tak bardzo ich dzieli. Za obydwojgiem ciągnie się trudna przeszłość, której już naprawić się nie da. Można ją jedynie zaakceptować i próbować żyć w miarę normalnie.

Skazani na ból to książka w której czytelnik dokładnie poznaje środowisko skinheadów. Na kartach powieści oprócz Aleksa pojawiają się także inni przedstawiciele tej subkultury. Po przeczytaniu książki trudno jest zebrać myśli, aby móc ją ocenić rozsądnie i bez skrajnych emocji. Przyznam, że nie polubiłam Aleksa-skina, aczkolwiek nie oznacza to, że mój brak sympatii do głównego bohatera ma negatywny wpływ na ocenę tej książki. Mówi się, że nikt nie jest do końca zły ani do końca dobry. W Aleksie drzemią bowiem także pozytywne uczucia. Z jednej strony jest on brutalnym i bezwzględnym skinheadem, natomiast z drugiej wrażliwym, pragnącym miłości chłopakiem i posiadającym swoje hobby, któremu oddaje się w wolnych chwilach.

Aleks nie jest też bezrobotny. Posiada pracę, która pozwala mu żyć na własny rachunek. Czasami widać też, że Aleks Pański tęskni za prawdziwą rodziną i emocjami, które towarzyszą wspólnym rodzinnym spotkaniom. Buntuje się, ale tak naprawdę gdzieś w podświadomości wciąż ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł żyć inaczej. Z kolei jego przynależność do skinheadów wcale nie wynika z braku zajęcia i chęci zapełnienia sobie czymś czasu. Bycie w szeregach tej subkultury jest z jego strony decyzją na wskroś przemyślaną. Możliwe, że gdyby nie przeszłość, jego życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Czy zatem nie powinien przestać zadawać się z Amelią, która ma przecież inne plany na przyszłość? Dziewczyna pragnie zdać maturę i studiować. Czy ta miłość nie przeszkodzi jej w osiągnięciu tego celu? Czy Aleks swoją obecnością w jej uporządkowanym życiu ma prawo niszczyć to wszystko?

O Amelii Ligackiej raczej nie można napisać nic więcej ponad to, że pochodzi z tak zwanego „dobrego domu” i od pewnego czasu wychowywana jest pod stałą kontrolą ze strony rodziców. Dlaczego? Co takiego wydarzyło się w rodzinie Ligackich, że postanowili mieć oko na swoją córkę? Czy kiedykolwiek to się zmieni? Co stanie się, gdy znajomość Amelii z Aleksem wyjdzie na jaw? Czy dziewczyna będzie mogła liczyć na akceptację tego trudnego związku przez rodziców?

Skazani na ból to powieść nie tylko o pierwszej prawdziwej miłości, która nigdy nie powinna się zdarzyć. Owszem jest to motyw przewodni, ale gdzieś w tle widać, ile dla bohaterów znaczy także zwykła przyjaźń. Zarówno Aleks, jak i Amelia mogą śmiało powiedzieć, że wśród swoich znajomych posiadają naprawdę oddanych przyjaciół, którzy pomimo skrajnie odmiennych poglądów, są w stanie wiele zrozumieć i pomóc, jeśli zajdzie taka potrzeba. Książka reklamowana jest jako dramat. I faktycznie tym dramatem jest. Nie jest to tylko chwyt marketingowy wydawnictwa, z czym czasami mamy do czynienia. Agnieszka Lingas-Łoniewska już po raz kolejny stworzyła opowieść, która praktycznie od pierwszej strony budzi w czytelniku skrajne emocje. Nie można bowiem jednoznacznie ocenić postępowania bohaterów tej historii. Trudno jest opowiedzieć się po którejkolwiek ze stron, ponieważ dobro i zło mieszają się ze sobą w sposób tak bardzo skomplikowany, że czasami człowiek ma ochotę tego zła bronić, szczególnie wtedy, kiedy jest szansa, że w miarę upływu czasu mogło zamienić się w dobro i szczęście.

Cieszy mnie ogromnie, że Autorka nie pozwala zaszufladkować swojej twórczości, tylko wciąż zaskakuje czytelnika czymś nowym. Skazani na ból to pierwsza powieść Agnieszki Lingas-Łoniewskiej, która skierowana jest do młodego czytelnika. Dobrze, że powstają takie książki, ponieważ młodzi ludzie chcą czytać o problemach, czasami wręcz kontrowersyjnych społecznie, które dotykają ich osobiście, a szczególnie jeśli są one wyciągnięte z ich rodzimego podwórka, ponieważ wtedy z łatwością mogą identyfikować się z głównymi bohaterami.










  

sobota, 26 września 2015

Martina Kempff „Katedra heretyczki”














Wydawnictwo: TELBIT
Warszawa 2012
Tytuł oryginału: Die Kathedrale der Ketzerin
Przekład: Jolanta Janicka





W XII i XIII wieku największym wyzwaniem dla Kościoła Katolickiego był tak zwany kataryzm. Wysocy rangą przedstawiciele Kościoła uważali go za największą herezję, jaką można sobie było wyobrazić w tamtych czasach. Podejmowane przez katarów próby rozwiązywania podstawowych problemów religijnych oraz filozoficznych, które wynikały z istnienia zła, a także ogromna siła przekonywania innych do swojej religii, poważnie zachwiały pozycją Kościoła na Zachodzie i jednocześnie skłoniły go do znacznie ostrzejszych działań, aniżeli kiedykolwiek wcześniej. Katarzy twierdzili bowiem, że świat materialny nie stanowi dzieła wiekuistego i wszechmogącego Boga, lecz jest on tworem szatana, który albo został wygnany z Nieba i uwiódł anielskie dusze, które potem uwięził w materii, albo też stanowił wieczną moc, która była niezależna od dobrego Boga. Ich zdaniem jedyne wyzwolenie dla dusz zamkniętych w sidłach cielesności stanowił katarski obrządek zwany consolamentum, czyli innymi słowy pocieszenie. Obrządek ten był drogą powrotu do duchów opiekuńczych znajdujących się w Niebie.

Kościół katarski był zorganizowany w diecezje, na których czele stali biskupi posiadający pod sobą hierarchię składającą się ze starszych i młodszych synów, diakonów, oraz perfectii i perfectae, czyli tak zwanych doskonałych obydwu płci pełniących funkcję duszpasterzy. Świeccy członkowie tego religijnego ruchu nazywani byli credentes, czyli wierzący, którzy generalnie consolamentum przyjmowali dopiero na łożu śmierci, ponieważ rygorystyczna asceza będąca obowiązkiem doskonałych przerastała możliwości dorosłego człowieka. Katarzy nie wierzyli w Sąd Ostateczny, zaś koniec świata ich zdaniem miał nastąpić wówczas, gdy ostatnia anielska dusza zostanie uwolniona, a więc wtedy, kiedy dokona się ponowny rozdział świata duchowego i materialnego. Ponieważ ludzie bywają grzeszni, nie spodziewano się, że dojdzie do tego zbyt szybko. Według ich wierzeń niektóre dusze muszą odbywać długą transmigrację, wcielając się na przykład w zwierzęta, zanim zamieszkają w ciele człowieka, który będzie zdolny zrozumieć znaczenie consolamentum.

Egzekucja katarów
przez spalenie na stosie
Obraz powstał w 1495 roku.
Autor: Pedro Berruguete
(1450-1504)
Katarzy byli naprawdę twardym orzechem do zgryzienia dla ówczesnego Kościoła Katolickiego, który postrzegał ich jako organizację głoszącą fałszywe poglądy. Instytucja ta zdaniem Kocioła miała być zdeprawowana przez władzę i bogactwa zdobyte w sposób nieuczciwy. Katarzy uważali, że sakramenty, które według katolików otwierały drogę do osiągnięcia zbawienia, były bezwartościowe, ponieważ opierały się na twierdzeniu, iż Chrystus żył na ziemi, został ukrzyżowany, a potem zmartwychwstał. I właśnie ten pogląd dla katarów był niedorzecznością, gdyż wierzyli, iż Bóg nie mógł przybrać formy materialnej. Z kolei dla katolików żaden kompromis z katarami nie wchodził w grę, gdyż uważali oni, że za podszeptem szatana heretycy usiłują podkopać prawdziwą wiarę. Dlatego też obowiązkiem wszystkich świeckich i kościelnych przywódców było zwalczanie katarów wszelkimi możliwymi sposobami. Tego typu postawa obecna w każdym okresie dziejów Kościoła Katolickiego, przybrała szczególnie zaostrzoną formę w czasie zreformowanego papiestwa, które od 50. lat XI wieku próbowało wzmocnić swoją pozycję w Kościele i tym samym zaszczepić nowe wartości moralne w duchowieństwie oraz pośród osób świeckich.  

Prześladowania katarów nie były kwestią wyboru, ale podstawową powinnością tych, którym Bóg powierzył sprawy swojego Kościoła na ziemi. Zasadniczy ciężar odpowiedzialności spoczywał oczywiście na barkach samego papieża. Geneza kataryzmu do czasów współczesnych pozostaje kwestią sporną. Większość historyków skłania się jednak ku tezie, iż w narodzinach tejże herezji poważną rolę odegrali bogomiłowie, którzy swoje poglądy szerzyli głównie w Macedonii i Bułgarii najpóźniej w latach 30. X wieku. W połowie XII wieku herezja zakorzeniła się na kilku obszarach Europy Zachodniej, a zwłaszcza w Nadrenii, Szampanii, na równinach Lombardii, jak również w górach i dolinach rzek zachodniej części Langwedocji. Niemniej badacze nie są zgodni w kwestii zakresu i znaczenia wpływów bogomilskich, a także jeśli chodzi o chronologię ich oddziaływania. Istnieją jednak świadectwa, które dowodzą, iż już w latach 40. XII wieku katarzy działali na terenach Nadrenii. Niektórzy historycy utrzymują też, że wczesnych form kataryzmu można doszukiwać się już w pierwszej połowie XI wieku.


Legendarny i jednocześnie najważniejszy zamek katarów w Langwedocji (Monsègur)
To w tym zamku 16 marca 1244 roku spłonęło na stosie ponad dwustu wyznawców kataryzmu. 
Po upadku twierdzy mężczyźni, kobiety, a nawet dzieci nie chcieli wyrzec się swoich przekonań.
fot. Jean-Yves Didier


Walka Kościoła Katolickiego z katarami to temat naprawdę obszerny i ciekawy z punktu widzenia historii. Nie dziwi zatem fakt, że historycy i pisarze często sięgają po niego, pisząc swoje książki. Niedawno czytałam powieść Wojciecha Dutki, który w Bractwie Mandylionu poruszył właśnie problem katarów i ich prześladowań ze strony Kościoła. Niemniej Autor skupił się głównie na losach trzeciej krucjaty, a wspomniany problem kataryzmu stał się, jak gdyby dodatkiem do fabuły powieści. Z kolei w książce Martiny Kempff rzeczony konflikt religijny stanowi podstawowy element tła historycznego. Autorka przenosi czytelnika do Francji, gdzie na tronie mają właśnie zasiąść Ludwik VIII Lew (1187-1226) oraz jego żona Blanka Kastylijska (1188-1252), której babką była sama Eleonora Akwitańska (ok. 1122-1204). Już na samym początku widzimy, że parę królewską łączy naprawdę wielkie uczucie i ani Ludwik, ani Blanka nie wyobrażają sobie, aby coś mogło zagrozić ich miłości. 

Królewskie dwory w tamtym czasie nie były wolne od obecności wszelkiego rodzaju trubadurów czy truwerów, którzy swoim śpiewem umilali czas biesiadnikom w trakcie uczt. Czasami jednak ich pieśni wydobywały na światło dzienne wady monarchów, bądź też ujawniały to, co dzieje się za drzwiami ich alkowy, a to z kolei groziło poważnymi konsekwencjami – nawet wydaleniem z dworu i odebraniem majątku. Tak więc na dworze Blanki i Ludwika takim trubadurem jest niejaki Tybald IV (1201-1253), który jest także hrabią Szampanii. Mężczyzna od bardzo dawna zakochany jest w królowej, która zdaje się tego nie dostrzegać albo tylko udaje, że niczego nie widzi ze względu na swojego męża, którego zdradzać nie zamierza. Można sobie zatem wyobrazić, jak bardzo Tybald cierpi z tego powodu. Oczywiście swoją miłość do królowej wyraża w pieśniach, które komponuje, jak gdyby na zawołanie.

Blanka Kastylijska 
Z kolei w Tuluzie władzę sprawuje hrabia Rajmund VI (1156-1222), którego jeden z wasali w 1208 roku prawdopodobnie zamordował papieskiego legata Piotra z Castelnau (?-1208). Niektórzy twierdzą, że hrabia Tuluzy został niesłusznie oskarżony o to morderstwo. Faktem jest jednak, że było ono następstwem decyzji papieża Innocentego III (ok. 1161-1216) dotyczącej wezwania wiernych do tego, aby wyruszyli do Langwedocji i wykorzenili herezję, zaś uczestnikom krucjaty papież obiecał całkowite odpuszczenie grzechów. 

Pomimo że Innocenty III nie zdołał przekonać do udziału w wyprawie żyjącego jeszcze wtedy króla Francji Filipa II Augusta (1165-1223), to jednak doprowadził do wystawienia dwóch potężnych armii, które w 1209 roku natarły na północną część Langwedocji. Filip II August – najbardziej pragmatyczny ze wszystkich przedstawicieli dynastii Kapetyngów – był wtedy uwikłany w konflikt z królem Anglii Janem bez Ziemi pochodzącym z dynastii Plantagenetów (1166-1216). Tak więc większa część wojsk Innocentego III, posuwając się wzdłuż Rodanu, od wschodu zaatakowała Béziers, a potem – po zdobyciu i wymordowaniu większości mieszkańców – ruszyła dalej, aby zmusić do uległości miasto Carcassonne i jego władcę Rajmunda Rogera Trencavela (?). Natomiast hrabia Tuluzy, który był najważniejszym feudałem w regionie, przez pewien czas z powodzeniem unikał skutków sprzyjania herezji. Dopiero w ostatniej chwili dołączył do krzyżowców, lecz na dłuższą metę i tak niewiele zdołał osiągnąć.

Ludwik VIII Lew
Według fabuły powieści, hrabia Rajmund VI wśród licznego potomstwa (nie zawsze z prawego łoża) miał córkę o imieniu Klara. Dziewczyna od najmłodszych lat wychowywała się na królewskim dworze, co sprawiło, że bardzo szybko w jej życie wkroczyła Blanka Kastylijska, która w 1200 roku wraz ze swoją babką Eleonorą Akwitańską przybyła na dwór francuski, aby przygotowywać się do roli królewskiej małżonki. Dziewczynki bardzo szybko przypadły sobie do gustu, a ich przyjaźń miała trwać jeszcze przez długie lata, pomimo trudnych czasów. Ta przyjaźń zaowocowała też tym, iż Klara została najbliższą i najbardziej zaufaną dworką królowej Blanki Kastylijskiej. 

W końcu przychodzi rok 1219 i masakra dokonana na ludności Marmande. Jakimś cudem Klarze udaje się przeżyć rzeź. Nieprzytomną dziewczynę ratuje hrabia Szampanii Tybald IV – ten sam, który nieszczęśliwie kocha się w królowej. Przyznacie, że czyn to niezwykle romantyczny, dlatego też na jego konsekwencje nie trzeba długo czekać. Otóż, Klara bardzo szybko obdarza hrabiego miłością, którą ten wykorzystuje do swoich celów.

Od tamtego czasu mija kilka lat. Pewnego dnia Klara udaje się w pobliże budowy gotyckiej katedry Notre-Dame de Paris, gdzie poznaje niejakiego Felicjana. Mężczyzna jest katarem, zaś jego osobowość i opowieści robią na Klarze ogromne wrażenie. To wszystko sprawia, że dziewczyna staje się wyznawczynią heretyckich poglądów. Jak zatem będzie wyglądać jej dalsze życie na królewskim dworze, skoro nowy król tak zaciekle walczy z sektą? Czy Klara będzie musiała utrzymywać swoją wiarę w tajemnicy, aby uniknąć śmierci? Czy znajdą się tacy, którzy rozumieją jej punkt widzenia, choć działają po przeciwnej stronie, i będą udawać, że tak naprawdę niczego nie zauważają? Jak będą wyglądać dalsze relacje Klary z królową Blanką Kastylijską?

Ludwik IX Święty (1214-1270)
W powieści syn Blanki Kastylijskiej
i Ludwika VIII Lwa jest jeszcze dzieckiem, lecz
nie zmienia to faktu, że bardzo szybko musi
dorosnąć i zająć się spuścizną po ojcu. 
Katedra heretyczki to powieść o dwóch kobietach, które stoją po przeciwnych stronach, lecz mimo to wciąż żywią wobec siebie nawzajem przyjazne uczucia i tak naprawdę nie wyobrażają sobie życia bez swojej przyjaźni. Choć Klara jest bohaterką fikcyjną, to jednak dzięki Martinie Kempff doskonale dopasowuje się do postaci historycznych i w pewnym momencie wydaje się, że bez niej ta książka nie byłaby pełna. Ponieważ hrabia Tuluzy – Rajmund VI – miał sporo córek, Autorka przyjęła założenie, że wśród nich mogła znaleźć się także ta o imieniu Klara. Natomiast jeśli chodzi o postacie historyczne, to jest ich dużo, ale mogłoby być jeszcze więcej, gdyby Martina Kempff nie zdecydowała się na okrojenie obsady swojej książki. Wybrała bowiem tylko tych bohaterów, którzy odegrali w krucjacie przeciwko katarom znaczącą rolę, bo jak sama twierdzi, gdyby zdecydowała się na wszystkich, wówczas jej powieść byłaby zbyt obszerna. 

Po śmierci hrabiego Rajmunda VI w Tuluzie władzę przejmuje jego syn – również Rajmund (1197-1249) – z którym Klarę łączą silne więzi emocjonalne. Ten hrabia w przyszłości również odegra ważną rolę zarówno polityczną, jak i obyczajową. Podobnie rzecz przedstawia się w przypadku hrabiego Szampanii, który – jak się okazuje – nie jest jedynie zwykłym trubadurem o szlacheckim pochodzeniu. 

Postać Blanki Kastylijskiej jest bardzo interesująca i aż prosi się o znacznie szersze poznanie jej biografii. Ta średniowieczna francuska królowa przeszła naprawdę wiele w swoim życiu; sporo wycierpiała, ale na szczęście była w stanie podnieść się po klęskach, które zgotował jej los. Analizując jej postępowanie wobec katarów można odnieść wrażenie, że nie była do nich wrogo nastawiona. Lecz z drugiej strony była przecież królową „z łaski Bożej”, a to zobowiązywało ją do tego, że musiała być posłuszna papieżowi, który – jak wiadomo – bezlitośnie walczył z heretykami. Królowej nie brak także inteligencji i wewnętrznej siły. Jest również bardzo kochającą matką, która stara się zapewnić swoim dzieciom wszystko, co najlepsze, pomimo że są one dla niej polityczną kartą przetargową. Z kolei Ludwik VIII Lew przedstawiony jest przede wszystkim jako kochający mąż i groźny dowódca armii. Skoro mamy do czynienia ze średniowiecznym dworem królewskim, to oczywiście nie może zabraknąć spisków. Podłożem jednych intryg są sprawy osobiste, zaś innych polityczne. Jak podają źródła historyczne niektóre z nich do dziś nie zostały rozwikłane i tak naprawdę nie wiadomo, kto wtedy zawinił i kto doprowadził do śmierci tej czy innej osoby.

Według mnie powieść jest naprawdę dobra, choć sięgając po nią trzeba przygotować się na to, że jest to literatura niemiecka, a Niemcy piszą nieco innym stylem niż robią to Amerykanie, Brytyjczycy, czy choćby Polacy. Szkoda tylko, że do tej pory wydano w naszym kraju tylko tę jedną książkę, ponieważ chętnie przeczytałabym też inne powieści Martiny Kempff.








środa, 23 września 2015

Wojciech Dutka – „Bractwo Mandylionu”















Wydawnictwo: ALBATROS
Warszawa 2009





Krucjaty zawsze były jednym z najważniejszych obszarów historii, któremu poświęcano sporo miejsca w rozmaitych dyskusjach, co oczywiście może wynikać z dynamicznego wzrostu ludzkiej ciekawości odnośnie tego tematu oraz z chęci zrozumienia i własnego zinterpretowania tamtych niezwykłych wydarzeń. Krucjaty nazywane również „wyprawami krzyżowymi” to oczywiście wojny na tle religijnym, jakie w epoce średniowiecza prowadzili zachodni chrześcijanie z muzułmanami lub poganami. Historia krucjat, których celem były tereny Ziemi Świętej obejmuje Palestynę, Syrię, Egipt, Cypr, a nawet Konstantynopol i Grecję. Tak więc – jak widać – w tym przypadku mamy do czynienia z poważnym konfliktem zbrojnym pomiędzy trzema największymi ośrodkami kulturowymi ówczesnego świata. Krucjaty to niezwykle pasjonująca część historii, co pokazują liczne prace naukowe autorstwa historyków, a także powieści historyczne, w których pisarze niezmiernie często sięgają do tego tematu. Jest to historia niezwykle pasjonująca, ponieważ obfituje w niezliczoną liczbę bitew oraz politycznych spisków, których zrozumienie wymaga nie tylko dobrej znajomości mentalności ówczesnych krzyżowców i polityków, ale również kultury ludności Wschodu i Zachodu. Niestety, niewielu ludzi żyjących w tamtym okresie było w stanie pojąć te dwie kwestie.

Na historię wypraw krzyżowych można spojrzeć w dwojaki sposób. Otóż, z jednej strony krucjaty były największą i jednocześnie najbardziej romantyczną przygodą dla chrześcijan, natomiast z drugiej były to także niezwykle barbarzyńskie najazdy na ludność, którą chciano za wszelką cenę nawracać na wiarę katolicką. Jedną z konsekwencji krucjat była hegemonia państw zachodniej Europy nad pozostałymi europejskimi krajami w zakresie politycznym, ekonomicznym oraz kulturowym. W związku z tym państwa te prześcignęły Bizancjum w rozwoju, które po czwartej krucjacie już nigdy się nie podniosło z upadku. Wyprawy krzyżowe w sposób znaczący wpłynęły na rozwój włoskich miast, tym samym umożliwiając im wejście w całkowicie inną epokę, czyli w renesans. Wtedy też narodził się epos rycerski.


Bitwa pod Arsuf  podczas III krucjaty w dniu 7 września 1191 roku
autor obrazu: Eloi Firmin Feron (1802-1876)


Nas w tym momencie najbardziej interesuje trzecia wyprawa krzyżowa (1189-1192), ponieważ to właśnie między innymi ta krucjata stanowi tło historyczne powieści Wojciecha Dutki. Tak więc podczas trzeciej wyprawy krzyżowej europejskie rycerstwo niesione wyobrażeniem rozprzestrzenienia chrześcijaństwa oraz obrony Ziemi Świętej przed heretykami wyruszyło na tereny Ziemi Świętej, aby wypędzić stamtąd wojska seldżuckiego sułtana Saladyna (ok. 1138-1193). Jeden z muzułmańskich władców – Nur ad-Din (1118-1174) – po upadku drugiej krucjaty zajął Damaszek oraz Syrię i zaplanował swoją dalszą ekspansję w kierunku Egiptu. W tych wyprawach towarzyszył mu jego bratanek Saladyn. Kiedy ostatecznie Egipt został zdobyty, panowanie nad nim spoczęło w rękach Saladyna, który po śmierci Nur ad-Dina przejął władzę także w Syrii. Wkrótce po tych wydarzeniach w Królestwie Jerozolimskim władzę odziedziczył Baldwin IV Trędowaty (1161-1185). Podpisał on z Saladynem umowy handlowe, które umożliwiały wymianę dóbr pomiędzy terytoriami należącymi do muzułmanów i obszarami będącymi własnością chrześcijan. Niestety, w 1176 roku przyjazne relacje Saladyna z Baldwinem IV zamieniły się w otwarty konflikt. Stało się tak głównie dzięki osobie Renalda de Châtillona (ok. 1125-1187), który uważany był za rozbójnika i pirata. Więził on bowiem członków muzułmańskiej karawany i odmówił ich uwolnienia. Niedługo potem doszło do wybuchu wojny, zaś Saladyn opanował niemalże całe Królestwo Jerozolimskie, w tym również samą Jerozolimę.  

Śmierć Fryderyka I Barbarossy 
autor: Paul Gustave Dorè (1832-1883)
W tym samym czasie konklawe wybrało nowego papieża, którym został Grzegorz VIII (ok. 1110-1187). Nowy zwierzchnik Kościoła Katolickiego już w pierwszych dniach swojego urzędowania obwieścił całej Europie, że zdobycie Jerozolimy przez heretyków jest karą od Boga za popełnione grzechy i należy je odkupić, wyruszając natychmiast do Ziemi Świętej, aby odebrać ją innowiercom. Na odzew nie trzeba było długo czekać. Król Francji Filip II August (1165-1223) i monarcha Anglii Henryk II Plantagenet (1133-1189), pomimo iż toczyli wówczas wojnę pomiędzy sobą, podpisali pokój i razem rozpoczęli przygotowania do wyprawy krzyżowej. Nie byli w tym osamotnieni, ponieważ cesarz rzymski Fryderyk I Barbarossa, zwany Rudobrodym (ok. 1122-1190) również zebrał swoją armię i w 1189 roku wyruszył jako pierwszy na krucjatę przeciwko muzułmanom. W 1190 roku wygrał bitwę pod Ikonium, którą stoczył z Turkami. Niemniej, już wkrótce zmarł w dość dramatycznych i nieoczekiwanych okolicznościach. Nie było to bynajmniej w wyniku bezpośredniej potyczki z wrogiem. Jego syn Fryderyk IV Szwabski (ok. 1145-1167), który po ojcu przejął dowodzenie nad wojskiem, nie był w stanie zachować poprzedniej dyscypliny i porządku w szeregach armii, dlatego też udało mu się doprowadzić swoje wojska jedynie do Antiochii, gdzie większa część jego rycerzy zmarła na skutek panującej tam zarazy.

Kolejnym wodzem, który podjął decyzję o wyruszeniu na wyprawę krzyżową był Ryszard I Lwie Serce (1157-1199). Niemniej, jego krucjata skończyła się szybciej, niż oczekiwano, a stało się tak z powodu silnego sztormu, który zawładnął flotą króla, natomiast jeden ze statków, na którym przewożono złoto, rozbił się na Cyprze. Król Ryszard uwikłał się także w konflikt z władcą Cypru – Izaakiem Komnenosem (1155-ok. 1196). Gdy ten nie oddał mu skarbu, wówczas Ryszard podbił całą wyspę i pozostał na niej, lekceważąc początkowy cel swojej krucjaty. W niedługim czasie inni dotarli do Jerozolimy, a tam po licznych walkach podpisano pokój, który zakładał między innymi, że chrześcijanie mogą czuć się bezpieczni, wędrując do miejsca narodzin Chrystusa. Dochody z tej krucjaty były jednak niewielkie i dlatego papiestwo podjęło decyzję o rozpoczęciu kolejnej – czwartej – wyprawy krzyżowej. 

Święty Dominik dyskutuje
z katarami. Podczas tej dyskusji książki 
obydwu stron zostały wrzucone do ognia, 
lecz te należące do założyciela zakonu 
dominikanów nie spłonęły.
autor: Pedro Berruguete (ok. 1450-1504)
To tyle, jeśli chodzi o tło historyczne powieści. Skupmy się teraz na samej książce. Mamy rok 1170, zaś w Anglii panuje Henryk II Plantagenet. Głównym, bohaterem jest Gotfryd z Melville. Jest on normandzkim szlachcicem, zaś jego ojciec to hrabia Gloucestershire. Gotfryd nie ma łatwego życia. Dość wcześnie traci matkę, którą bardzo kochał. Ojciec jakoś nie potrafi żyć długo w żałobie po żonie i już wkrótce sprowadza pod swój dach kolejną małżonkę. Kobieta jest nie tylko młoda, ale też bardzo ambitna i łasa na majątek, którym włada hrabia Gloucester. W dodatku macocha od samego początku jest wrogo nastawiona do Gotfryda. Namawia zatem Hugona, aby ten jak najszybciej oddał syna do klasztoru i tym samym przeznaczył go do stanu duchownego. Tego rodzaju działaniem Juliette pragnie zagarnąć cały majątek po Hugonie dla swojego syna, którego – jak przypuszcza – nosi w łonie. Nie widzi zatem innego wyjścia, jak tylko pozbyć się Gotfryda, który jako starszy syn, miałby pierwszeństwo do dziedziczenia. I tak oto nasz bohater trafia pod opiekę biskupa Gloucester – Odilona. 

Wraz z Gotfrydem do klasztoru jedzie także jego wierny giermek i przyjaciel – Henryk z Bienne. Szybko okazuje się, że Odilon też ma swoje ambicje. Któregoś dnia powierza więc Gotfrydowi pewną misję. Otóż, syn hrabiego Gloucester musi pojechać na królewski dwór. Udaje się tam oczywiście w towarzystwie swojego giermka. W drodze spotykają „człowieka z kuszą”, który od tej chwili będzie im wciąż deptał po piętach. Dlaczego? Kim jest ten mężczyzna i kto go wynajął?  Choć jeszcze tego nie wiedzą, ich życie już nigdy nie będzie wyglądać tak samo. W dodatku zostaje zamordowany arcybiskup Canterbury – Tomasz Becket (ok. 1118-1170), który był poważnie poróżniony z królem Henrykiem II Plantagenetem. Niestety, Gotfryd z Melville zjawił się w Londynie w nieodpowiednim czasie i miejscu. Zostaje więc wplątany w owo okrutne morderstwo na duchownym. Czy zatem zostanie oskarżony i skazany na śmierć, jak pozostali winni zabójstwa? A może w ostatniej chwili ktoś przyjdzie mu z pomocą i uwolni od okrutnej śmierci?

Historia Gotfryda z Melville nierozerwalnie łączy się z Mandylionem z Edessy, który spełnia kluczową rolę w fabule powieści. U podstaw rzeczonego Mandylionu leży bowiem legenda opowiadająca o listownej korespondencji wymienianej pomiędzy królem Edessy – Abgarem V (?) a samym Chrystusem. Pewnego dnia chory król miał rzekomo poprosić Jezusa w liście o uzdrowienie. Z kolei inne źródła podają, że list Jezusa zastępuje ustna odpowiedź, która zawiera obietnicę, iż Edessa nigdy nie zostanie zdobyta, zaś towarzyszy jej stół, na którym archiwista króla i wysłany do Jezusa malarz, namalowali wizerunek Zbawiciela. Na skutek przepisania tegoż tekstu ponownie zmienia się jego wersja. Wysłannik Abgara V – oprócz dostarczenia listu – miał również za zadanie dokładnie przyjrzeć się Jezusowi, aby potem najprawdopodobniej móc Go opisać i odtworzyć Jego wygląd. Ponieważ nie był on w stanie uchwycić podstawowych rysów twarzy Jezusa, sam Zbawiciel poprosił o ręcznik, na którym pozostawił swój wizerunek, uprzednio myjąc twarz i osuszając ją w płótno.  Czy w takim razie uda się naszym bohaterom odnaleźć rzeczony Mandylion z Edessy? Czy spisek, który został uknuty i ma związek z Mandylionem nie przeszkodzi im osiągnąć zamierzonego celu? Jaka w tym wszystkim jest rola biskupa Odilona?

Mandylion z Edessy pochodzący
z prywatnej kaplicy papieskiej
Przyznam szczerze, że gdyby nie Bractwo Mandylionu, do tej pory nie wiedziałabym o istnieniu Autora i przede wszystkim o tym, że Wojciech Dutka potrafi tak świetnie pisać. Akcja powieści od samego początku wciąga i nie pozwala odłożyć książki na półkę. Powieść napisana jest bardzo ciekawie, ponieważ raz wydarzenia ze swojego życia relacjonuje nam główny bohater, zaś raz jest to narrator trzecioosobowy, który opowiada czytelnikowi o tym, co dzieje się w miejscach, gdzie Gotfryda z Melville nie ma. Całe życie głównego bohatera to pasmo nieszczęść. Najpierw rozczarowuje go najbliższa rodzina, która pragnie odsunąć go od należnego mu majątku, a potem na skutek podejrzanych działań biskupa Odilona zostaje wplątany w coś, co może grozić mu śmiercią. W dodatku z powodu swoistego splotu okoliczności trafia do Prowansji, gdzie musi stawić czoło sekcie katarów. I oczywiście jest jeszcze trzecia wyprawa krzyżowa, w czasie której może przecież zostać zabity.

Gotfryd z Melville to postać, którą daje się lubić, pomimo że dopuszcza się rozmaitych okrucieństw. Niemniej, wydaje się, że za swoje złe postępowanie w pewnym momencie musi srogo zapłacić. Na kartach książki widać też prawdziwą męską przyjaźń, która wytrzymuje nawet najbardziej dramatyczną próbę czasu. W tej powieści jest praktycznie wszystko. Oprócz doskonale opisanego tła historycznego, mamy także miłość, która przetrwa nawet najgorsze burze. Jest też przyjaźń, o której już wspomniałam. Są relacje pomiędzy ojcem a synem. Bohaterami wciąż targają skrajne emocje, które prędzej czy później doprowadzają do nieprzemyślanych czynów. W tym wszystkim obecne jest pragnie zemsty, które nie pozwala zachować logicznego myślenia. Powieść tę śmiało możemy też zaliczyć do literatury przygodowej. Całe życie Gotfryda z Melville to w gruncie rzeczy jedna wielka przygoda. Na kartach książki pojawiają się również postacie, które doskonale znamy z historii, a są one tak perfekcyjnie wykreowane, że wydaje się, iż nadal żyją, choć od ich śmierci minęły wieki.

Bractwo Mandylionu to kawałek naprawdę świetnej literatury historycznej. Jeśli mój tekst nie zachęcił Was do sięgnięcia po tę lekturę, to przeczytajcie słowo wstępu, które kieruje do czytelnika sam Autor. Przyznam, że brzmi ono nieprawdopodobnie i trudno jest uwierzyć w to, o czym Wojciech Dutka opowiada. Niemniej, słowa Autora stanowią ogromną zachętę do sięgnięcia po książkę i jeszcze przed rozpoczęciem lektury wywołują gęsią skórkę u czytelnika.









niedziela, 20 września 2015

Renata Czarnecka – „Madonny z Bari”













Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. Dziękuję!


Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2015




Gdy myślimy o kobietach z ubiegłych epok, które w historii zapisały się jako władczynie o silnym charakterze, kluczową rolę w opinii większości z nas odgrywa zapewne królowa Bona Maria Sforza d’Aragona (1494-1557) – druga żona Zygmunta I Starego (1467-1548).  Możliwe, że dzieje się tak ze względu na mroczne legendy, które jeszcze za życia królowej towarzyszyły jej osobie. Niemniej, jedno jest pewne: Bona Sforza posiadała naprawdę wyjątkową osobowość. Była córką księcia Mediolanu – Giana Galeazza Sforzy (1469-1494) – oraz Izabeli Aragońskiej (1470-1524). Zanim jednak Bona przyjechała do Polski, jej życie we Włoszech wcale nie było takie łatwe, jak pozornie może się wydawać. Naprawdę poważne kłopoty zaczęły się po śmierci jej ojca, kiedy to trwający już od wielu lat konflikt pomiędzy jej matką a stryjem Ludwikiem Sforzą, zwanym „Moro”, jeszcze bardziej się pogłębił. Tak więc już od kołyski przyszła polska królowa przesiąknięta była bezustanną walką, jaką toczyła Izabela Aragońska z tymi, którzy chcieli jest zaszkodzić, odbierając to, co – jej zdaniem – prawnie jej się należało.

Przez lata Izabela Aragońska nie mogła wybaczyć Ludwikowi Sforzy krzywd, jakich ten dopuścił się zarówno wobec jej osoby, jak i względem jej męża, kiedy ten jeszcze żył. Aby w jakiś sposób temu zaradzić, jeszcze za życia Giana Galeazza, szukała pomocy u swojego dziadka Ferdynanda I d’Aragona (1423-1494), który wtedy był królem Neapolu, zaś na tron wstąpił w 1458 roku. Trzeba wiedzieć, że w tamtym okresie Neapol stanowił jedno z najpotężniejszych włoskich państw. W tej niekorzystnej dla siebie sytuacji Ludwik Sforza musiał wymyślić coś, co pozwoliłoby mu osłabić poparcie, jakiego Izabeli Aragońskiej udzielał jej dziadek. Tak więc ożenił się z inną wnuczką Ferdynanda I – Beatrycze d’Este (1475-1497). Niestety, związek ten nie przyniósł Sforzy oczekiwanych korzyści, gdyż wciąż nie posiadał prawa do władania Mediolanem. Nadal był jedynie uzurpatorem. Dopiero za cenę niewyobrażalnie dużego posagu udało się Moro doprowadzić do zawarcia małżeństwa pomiędzy młodszą siostrą Giana Galeazza – Biancą Marią (1472-1510) i Maksymilianem I Habsburgiem (1459-1519), który był synem cesarza Fryderyka III Habsburga (1415-1493). Aby całkowicie odebrać mężowi Izabeli prawo do władania Mediolanem, Ludwik Sforza musiał jeszcze znaleźć sposób na to, żeby uspokoić wzburzonych krewnych Izabeli. I tutaj z nieoczekiwaną pomocą przyszli mu Francuzi. Po śmierci Ferdynanda I, tron w Neapolu przypadł ojcu Izabeli Aragońskiej – Alfonsowi II (1448-1495), który niestety bardzo szybko zmuszony był abdykować na rzecz brata Izabeli – Ferdynanda II (1469-1496). Kiedy król Francji – Karol VIII Walezjusz (1470-1498) – zajął Neapol w 1495 roku, Ferdynand II natychmiast uciekł na Sycylię. W tym czasie Izabela Aragońska była już wdową. Miejsce jej zmarłego męża na tronie Księstwa Mediolanu miał zatem zająć małoletni syn Izabeli – Franciszek (1491-1512). Niestety, Moro zdążył już ogłosić siebie księciem Mediolanu i sprowadzić na swój dwór Izabelę wraz z dziećmi.

Izabela Aragońska
Księżna Mediolanu
Pod koniec 1495 roku Francuzi zostali usunięci z Neapolu, zaś tron objął Ferdynand II – wnuk Ferdynanda I. Niemniej, monarcha już wkrótce zmarł, natomiast władza w księstwie przypadła Fryderykowi IV (1452-1504), który był bratem ojca Izabeli Aragońskiej. Ten jednak nie wykazywał choćby nawet najmniejszego zainteresowania dramatycznym losem swojej bratanicy. Z kolei po śmierci francuskiego króla – Karola VIII – tron we Francji przypadł księciu Orleanu – Ludwikowi XII (1462-1515), który po swojej babce Walentynie Visconti (1357-1393) uzyskał prawo do Mediolanu. To właśnie wspomniane roszczenia Francuzów do Mediolanu i Neapolu doprowadziły do wybuchu konfliktu zbrojnego zwanego wojnami włoskimi, które toczyły się w latach 1494-1559. W ciągu tych ponad sześćdziesięciu lat kilkakrotnie zawierano rozejmy i podpisywano traktaty, których w rzeczywistości i tak żadna ze stron nie przestrzegała. Zrywane były one bowiem pod byle pretekstem. Francja długo nie potrafiła wyrzec się marzeń o włoskim panowaniu, a jej armia bardzo często porywała się na wyprawy za Alpy. Niemniej, za każdym razem francuskie wojska powracały totalnie rozbite i zdziesiątkowane. W tym wszystkim dziwić może fakt, iż Walezjusze stawali się niezwykle naiwni za każdym razem, gdy w grę wchodziły sprawy włoskie. Na wojnach włoskich chyba najbardziej skorzystała Anglia rządzona wówczas twardą ręką Henryka VIII Tudora (1491-1547), która raz sprzymierzała się z Hiszpanią, a innym razem znów z Francją. W ten sposób angielski monarcha prowadził politykę, która umożliwiła mu zachowanie równowagi sił w Europie.

Wojny włoskie stanowią tło historyczne kontynuacji losów Izabeli Aragońskiej, którą bardzo dokładnie czytelnik poznał w powieści Księżna Mediolanu. Tym razem spotykamy Izabelę przebywającą na dworze w Mediolanie, do czego zmusił ją Ludwik Sforza, chcąc mieć nad nią kontrolę. Księżna jest już wdową i matką, która wciąż ma w pamięci śmierć córki Bianki Marii. Ale to nie jest jedyne zmartwienie Izabeli. Otóż, w wyniku konfliktu z Ludwikiem Sforzą, został jej odebrany ukochany syn Franciszek. Izabela nie wie zatem, gdzie mogłaby go szukać, o ile w ogóle istnieje możliwość rozpoczęcia jakichkolwiek poszukiwań. Moro doskonale jej strzeże, a sama księżna też ma związane ręce. Na szczęście ma przy sobie dwie córki: Hipolitę i Bonę. Córki dodają jej sił do dalszej walki ze znienawidzonym Ludwikiem Sforzą. Izabela wciąż ma bowiem nadzieję i mocno w to wierzy, że kiedyś przyjdzie taki dzień, gdy karta się odwróci, a jej los ulegnie zmianie. Jedyne, o czym może w tej chwili myśleć, to odzyskanie tronu w Mediolanie. Do tego potrzebny jest jej jednak syn, o którym nic nie wie. Dokąd Moro wywiózł Franciszka? Czy chłopiec jeszcze żyje? Czy powiadomiono by ją, gdyby dziecko umarło? A może jacyś skrytobójcy zrobili, co do nich należało, a Izabela tylko naiwnie łudzi się nadzieją?

Franciszek Maria Sforza 
Ukochany syn Izabeli Aragońskiej. 
To z nim księżna wiązała ogromne nadzieje 
na odzyskanie mediolańskiego tronu.
Madonny z Bari to tak naprawdę opowieść o dwóch kobietach, które są do siebie bardzo podobne, choć na tym etapie może jeszcze tego podobieństwa tak wyraźnie nie wydać. Pomimo że na pierwszy plan nadal wysuwa się Izabela Aragońska, to jednak mała Bona zaczyna już pokazywać, na co ją stać. W przeciwieństwie do swojej siostry jest bardzo śmiała i nie wstydzi się zadawać nawet kłopotliwych pytań, które oczywiście nie uchodzą dziewczynce pochodzącej z tak znakomitego rodu. Przecież nie jest zwykłą chłopką, która może na wiele sobie pozwolić! Na dworze jej matki nawet służące wiedzą, gdzie jest ich miejsce. Z drugiej strony jednak Bona Maria jest bardzo ciekawa otaczającego ją świata, więc jej śmiałe zachowanie może być w pewien sposób uzasadnione. 

Prawdę powiedziawszy – na chwilę obecną – ta kilkuletnia dziewczynka, która kiedyś zostanie królową Polski i zamieszka ze swoim starym mężem na Wawelu, budzi w czytelniku ogromną sympatię, pomimo nieznacznego egoizmu, jaki widać w jej chakterze. Tym razem to Izabela Aragońska może sprawiać złe wrażenie. W porównaniu do księżnej, którą mieliśmy okazję poznać na kartach Księżnej Mediolanu, Izabela jest teraz zupełnie inna. To okrutny los i ciągła walka o swoje sprawiły, że stała się kobietą o twardym i niekiedy wręcz bezwzględnym usposobieniu. Czasami nawet wobec własnych dzieci potrafi być okrutna, jeśli w grę wchodzi polityka i odzyskanie tego, co jej się należy. Z drugiej strony jednak Izabela Aragońska jest także czułą i troskliwą matką, której nie jest obca rozpacz po stracie dziecka. Wygląda na to, że w jednej kobiecie ukrywają się dwie różne istoty. W zależności od tego, w jakiej sytuacji księżna się znajduje, do głosu dochodzi albo matka, albo władczyni, której bezprawnie zabrano tron.

Bona Maria Sforza 
Drzeworyt z dzieła Decjusza 
z 1521 roku
Na kartach powieści Renata Czarnecka zabiera czytelnika w podróż po Włoszech z przełomu XV i XVI wieku. Na szczególną uwagę zasługuje między innymi wizyta Izabeli Aragońskiej w Rzymie, a właściwie w Watykanie, gdzie urząd papieża sprawuje Rodrigo Borgia, znany jako Aleksander VI (1431-1503). Tutaj też księżna Mediolanu spotyka swoje przyrodnie rodzeństwo, które poprzez małżeństwo związało się z rodem Borgiów, określanych przez złośliwych mianem „pierwszej włoskiej mafii”. 

Tym, co mnie osobiście zaskoczyło jest sposób przedstawienia Lukrecji Borgii (1480-1519). Otóż córka papieża raczej nie cieszyła się dobrą opinią wśród jej współczesnych, gdyż krążyły na jej temat rozmaite plotki, które raczej nie przysparzały jej szacunku ze strony innych ludzi. Na przestrzeni wieków i lat także wielu historyków i pisarzy próbowało przedstawić Lukrecję w dość niekorzystnym świetle. W Madonnach z Bari Autorka pokazuje, że córka Aleksandra VI była całkiem sympatyczną młodą kobietą, którą bardzo łatwo można było zranić. Żyjąc pod wpływem ojca i brata bardzo często musiała przyjmować pewne sprawy bez słowa sprzeciwu. W tym kontekście na szczególną uwagę zasługują również wzajemne relacje pomiędzy Lukrecją a Izabelą.

Alfons d'Aragon (1481-1500)
Pierwszy mąż Lukrecji Borgii 
i przyrodni brat Izabeli Aragońskiej, 
z którym księżna była bardzo zżyta.
Renata Czarnecka po raz kolejny stworzyła opowieść, którą czyta się jednym tchem. Aby zrozumieć historię Izabeli Aragońskiej należy lekturę rozpocząć od Księżnej Mediolanu, dlatego polecam obydwie powieści jako całość. Z kolei w Madonnach z Bari czytelnik pozna nie tylko dalsze losy Izabeli Aragońskiej, ale przede wszystkim zobaczy jak wyglądały lata dzieciństwa i dorastania Bony Sforzy oraz co takiego zadecydowało o tym, że księżniczka z Bari ostatecznie zasiadła na polskim tronie u boku Zygmunta I Starego. Na podstawie tej książki widać, że Autorka ogromną sympatią darzy Bonę. Aż trudno uwierzyć, że z biegiem lat Bona Maria tak bardzo się zmieniła. Co takiego o tym zadecydowało? Czy było to zgorzknienie, które z czasem owładnęło królową? A może była to chęć władzy, którą przesiąkła od samego początku swojego życia, obserwując poczynania matki? Możliwe też, że patrząc w lustro widziała, jak okrutnie czas obchodzi się z nią z każdym mijanym dniem. Trzeba bowiem wiedzieć, że Bona starzała się bardzo szybko i z pięknej oraz delikatnej księżniczki w niedługim czasie nie pozostało już praktycznie nic. Może właśnie wtedy zdecydowała, że najlepiej będzie, jak zajmie się polityką i walką o swoje, nie bacząc na to, czy kogoś krzywdzi, zamiast skupiać uwagę na swojej urodzie, której stopniowa utrata na pewno bardzo ją bolała. W końcu była kobietą i jak każda kobieta czuła nieubłagany upływ czasu, który przecież nie obszedł się z nią łaskawie.

Przyznam szczerze, że trudno jest pisać o książce, która jest perfekcyjna w każdym calu. Autorka przy jej pisaniu nie popełniła żadnego błędu, a jeśli nawet jakieś wydarzenia zostały poprzesuwane w czasie na potrzeby powieści, to czytelnik jest o tym informowany. Zachęcam zatem do sięgnięcia zarówno po Księżną Mediolanu, jaki i po Madonny z Bari. Miłośnikom historii gwarantuję, że czas spędzony z tymi dwiema powieściami nie będzie czasem straconym. W dodatku wydaje mi się, że losy Izabeli Aragońskiej nie są zbyt dobrze znane polskim czytelnikom. Większość historyków czy pisarzy skupia się jednak na Bonie Sforzy i wciąż próbuje przedstawiać ją z różnych punktów widzenia. W tym przypadku do naszych rąk trafia naprawdę oryginalna historia, za którą ja osobiście Autorce bardzo DZIĘKUJĘ!













niedziela, 13 września 2015

Marlena de Blasi – „Amandine”













Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2011
Tytuł oryginału: Amandine
Przekład: Katarzyna Malita





Kiedy w arystokratycznej rodzinie dochodziło do skandalu obyczajowego, wówczas najstarsi przedstawiciele rodu łamali sobie głowy nad tym, jak ukręcić łeb konsekwencjom, które zapewne wykluczyłyby familię z towarzystwa na bardzo długi czas. Nie można było bowiem dopuścić do tego, aby to, co działo się za zamkniętymi drzwiami dworu wydostało się na zewnątrz. Wszelkiego rodzaju skandale obyczajowe uchodziły na sucho w rodzinach chłopskich i niezamożnych, co oczywiście przyjmowano jako rzecz całkiem naturalną. Przecież jakaś biedna dziewucha, która zadawała się z każdym napotkanym mężczyzną na nikim nie robiła wrażenia. Zakłamanie wyższych sfer było naprawdę wielkie. Na sporo rzeczy przymykano oko, dopóki nie trzeba było wziąć odpowiedzialności za swoje postępowanie. Czasami jednak sprawy zachodziły tak daleko, że w żaden sposób nie można było zatrzymać ich jedynie dla siebie. Niekiedy w towarzystwie przez długi czas nie brakowało tematów do rozmów. Plotkowano o tych, którzy jeszcze do niedawna byli uważani za przyjaciół. W momencie, gdy jakaś afera obyczajowa wypłynęła na wierzch, odwracano się na ulicy tyłem do osób w nią zamieszanych. Wielokrotnie sprawy niemoralne były tak poważne, że aż pisano o nich w gazetach. Choć od czasów typowej arystokracji minęło już sporo lat, to jednak w naszym społeczeństwie wciąż funkcjonują niektóre cechy tamtego środowiska. Zakłamanie i troska o to, co ludzie powiedzą są dziś bardzo popularne w niektórych kręgach towarzyskich, szczególnie w tych małomiasteczkowych. Wygląda zatem na to, że pomimo upływu lat człowiek wciąż jest taki sam.

Przenieśmy się więc do 1916 roku. Jest jesienny wieczór. W pewnej posiadłości niedaleko Krakowa należącej do arystokratycznej rodziny Czartoryskich dochodzi do morderstwa. Hrabia Antoni Czartoryski najpierw morduje swoją kochankę, a potem jednym strzałem odbiera sobie życie. Antoni Czartoryski był mężem hrabiny Walewskiej i oprócz żony pozostawił na tym świecie jeszcze dwuletnią córkę o imieniu Andżelika. Przyznacie, że skandal to wielki, lecz na tym się rzecz nie kończy. Otóż mija czternaście lat. Rodzina Czartoryskich zdążyła już otrząsnąć się z tamtej tragedii, kiedy do ich dworu przybywa młody baron, niejaki Piotr Drucki. Andżelika ma już szesnaście lat, więc jest młodą i atrakcyjną kobietą, która potrafi zwracać na siebie uwagę mężczyzn. Zapewne pragnie też przeżyć swoje pierwsze miłosne fascynacje. I tak oto wdaje się w potajemny romans z baronem Druckim. W wyniku tego romansu zachodzi w ciążę. W dodatku okazuje się, że Piotr Drucki jest młodszym bratem zamordowanej kochanki jej ojca. Hrabina Walewska wpada we wściekłość i już myśli, w jaki sposób zatuszować całą sprawę, aby kolejny obyczajowy skandal dotyczący jej rodziny nie ujrzał światła dziennego. Na nieszczęście dla hrabiny, Andżelika nie chce poddać się aborcji. Jak zatem zachować ciążę córki w sekrecie? Co powiedzą ludzie, kiedy na jaw wyjdzie, że córka hrabiny właśnie urodziła nieślubne dziecko? I to dziecko brata kochanki swojego ojca?! Przecież to zniszczy Czartoryskich w towarzystwie! O, nie! Hrabina nie może na to pozwolić! A zatem jedyne, co jej pozostaje, to wziąć sprawy w swoje ręce i po prostu działać.

Tymczasem do sierocińca we francuskim Montpellier przybywa kobieta, która po opłaceniu kogo trzeba oddaje w ręce zakonnic kilkumiesięczne niemowlę. Kobieta pragnie, aby dziecko pozostało w sierocińcu i nigdy nie dowiedziało się, kim tak naprawdę jest. Ono ma zniknąć z jej życia na zawsze. Oczywiście zakonnice godzą się na takie rozwiązanie, bo przecież od tego właśnie są. Przy klasztorze mieści się także szkoła z internatem, więc kiedy dziewczynka osiągnie już odpowiedni wiek, będzie mogła do niej uczęszczać. Niestety, matka przełożona jakoś niechętnie odnosi się do niemowlęcia. Z jednej strony przyjmuje dziewczynkę pod swój dach, lecz z drugiej najchętniej od razu zamordowałaby ją gdzieś w kącie i zakopała po kryjomu w ogrodzie. Takie przynajmniej możemy odnieść wrażenie, kiedy bliżej przyjrzymy się siostrze Paul. Jaka jest prawda? Dlaczego zakonnica od samego początku jest nieprzychylna temu niewinnemu dziecku? Czy wie o czymś, o czym należałoby raz na zawsze zapomnieć?


Jedna z uliczek w Montpellier (2006)
fot. Clarissa Schumacher 


Praktycznie od samego początku dzieckiem opiekuje się Solange. To młoda kobieta, która jakiś czas temu wystąpiła z zakonu, lecz mimo to wciąż ciągnie ją do tego, aby spędzić życie w jego murach. Solange stoi na swego rodzaju życiowym rozdrożu, bo tak naprawdę nie wie, co powinna w życiu robić i jaką drogę wybrać, żeby być szczęśliwą. Propozycja opieki nad dzieckiem i powrót do klasztoru w charakterze tak zwanej „świeckiej siostry”, jak gdyby spada jej z nieba i rozwiązuje niektóre problemy. Od pierwszej chwili Solange traktuje dziewczynkę jak swoje własne dziecko. Nadaje jej imię „Amandine” i odtąd nie opuszcza jej już na krok. Chroni dziewczynkę przed złymi ludźmi, nawet przed siostrą Paul, która nie przestaje okazywać swojej niechęci wobec dziecka.

I tak mijają lata. Amandine staje się coraz starsza, a co za tym idzie, również coraz mądrzejsza. Można odnieść wrażenie, że jej psychika swoim rozwojem znacznie przewyższa wiek. Niestety, dziecko nie jest szczęśliwe, choć nie daje tego po sobie poznać. Najbardziej brak jej matki. Amandine wie, że to nie Solange zawdzięcza swoje przyjście na ten świat, dlatego też stale tęskni za swoją biologiczną mamą, pomimo że jej nie zna. Czy Amandine dane będzie kiedyś poznać kobietę, która ją urodziła? Kim jest matka dziewczynki i dlaczego oddała ją do sierocińca? Czy ktoś ją do tego zmusił? A może zrobiła to z własnej i nieprzymuszonej woli?

Akcja powieści toczy się w dwóch miejscach. Jednym z nich jest Polska, natomiast drugie to Francja. Z kolei tło większej części fabuły stanowi druga wojna światowa. Tak naprawdę książka jest dość oryginalna, jeśli chodzi o styl, w jakim Autorka ją napisała. Czytelnik na przemian poznaje poszczególne wydarzenia z perspektywy narratora trzecioosobowego i bohatera, który w danej chwili znajduje się w centrum uwagi. Gdybym miała określić tę powieść jednym słowem, to powiedziałabym, że jest to książka SMUTNA. Zawsze, kiedy tłem historycznym jest druga wojna światowa trzeba liczyć się z tym, że łatwo nie będzie, a i czasami łzy będą nam się cisnąć do oczu. Oczywiście kwestią indywidualną każdego autora jest to, z jakim natężeniem będzie o tej wojnie pisał. Jedni zrobią to pobieżnie, aby emocjonalnie oszczędzić czytelnika, zaś inni położą zbyt duży nacisk na okrucieństwo hitlerowców zadawane narodom, które były pod ich okupacją. W przypadku Amandine można powiedzieć, że ten problem jest wypośrodkowany. Z jednej strony widzimy okrucieństwo faszystów i walkę z ich polityką, zaś z drugiej Autorka pokazała, że nawet w obliczu tak wielkiego dramatu można było liczyć na dobrych ludzi, którzy reprezentowali nie tylko ruch oporu, ale także obóz wroga. To pozwala wierzyć, że wśród wyznawców Adolfa Hitlera (1889-1945) byli też oficerowie, którym ta wojna wcale się nie podobała. Oni chcieli normalnie żyć, zamiast wykonywać psychopatyczne rozkazy swojego wodza.

Wydanie anglojęzyczne
Wyd. Wheeler Publishing (2010)
W centrum uwagi znajduje się oczywiście tytułowa Amandine, wokół której budowana jest fabuła. Dziewczynka wzbudza ogromną sympatię u czytelnika. Jest bardzo mądrym dzieckiem, które naprawdę wiele rozumie, choć to wcale nie oznacza, że na równie wiele się godzi. Amandine odbywa swoją podróż nie tylko ku wolności, ale też ku poznaniu prawdy. Ona wciąż jest przekonana, że któregoś dnia spotka swoją biologiczną matkę i będzie mogła ją kochać, jak nikogo na świecie. Ta dziewczynka jest klasycznym przykładem porzuconych dzieci. Wydaje mi się, że każde dziecko, które z różnych względów wychowuje się w domu dziecka, marzy o tym, aby mieć prawdziwą rodzinę i kochających rodziców. Tak więc Amandine porusza serce czytelnika swoim zachowaniem i mądrością, której niejednokrotnie brakuje dorosłemu człowiekowi.

W powieści stykają się ze sobą dwa światy: zakonny i świecki. Który jest lepszy? Czytając książkę odnosi się wrażenie, że pomimo wojny i okrucieństwa ze strony okupanta, to jednak osoby świeckie mają w sobie dużo więcej ludzkich uczuć. Chociaż zakonnicom w większości też nie można zarzucić niczego złego, to jednak postępowanie niektórych z nich wielokrotnie wynika ze ślepego posłuszeństwa wobec siostry przełożonej, która tłumi w sobie jakieś negatywne zadawnione uczucia, a te z kolei nie pozwalają jej na to, aby być naprawdę dobrym człowiekiem. W dodatku reguła zakonna, którą się kieruje sprawia, że cierpią na tym ci, z którymi żyje pod jednym dachem. Pojawia się tam także pewien arcybiskup, o którym także nie można powiedzieć, że jest osobą o nieposzlakowanej opinii.

Czy coś zatem można zarzucić tej powieści? Może to, iż niektóre wątki powinny zostać bardziej rozbudowane. Jestem z tych czytelników, którzy nie boją się czytać o okrucieństwie drugiej wojny światowej, dlatego nieco brakowało mi drastycznych obrazów z tamtych czasów. Myślę, że gdyby Marlena de Blasi więcej miejsca poświęciła na opis tła historycznego – szczególnie tego dotyczącego Polski – wówczas mielibyśmy pełny obraz całej opowieści. Jeśli chodzi o okupację hitlerowską, to Autorka nakreśla jedynie sytuację panującą w Krakowie, lecz robi to bardzo pobieżnie. Oczami jednej z bohaterek dostrzegamy bardzo szybko przesuwające się obrazy wojennego Krakowa, ale tak naprawdę nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie tego, co czują ludzie mieszkający w tym mieście. Odniosłam wrażenie, że Marlena de Blasi bardzo szybko chciała przebrnąć przez okupowany Kraków, aby tylko wrócić do Francji. Polska potraktowana jest trochę po macoszemu. Możliwe, że moje odczucia są takie a nie inne, dlatego, iż fabuła dotyczy mojego kraju. Amerykański czy brytyjski czytelnik zapewne na tę kwestię spojrzy inaczej. Natomiast Francuz będzie zachwycony, że Autorka tak wiele miejsce poświęciła właśnie jego krajowi.

Generalnie książka jest naprawdę godna uwagi. Na okładce napisane jest, że powieść zaskakuje zakończeniem. Jest w tym odrobina prawdy, ponieważ zakończenie jest otwarte i to od nas samych zależy, w jaki sposób dalej potoczą się losy Amandine. Na wiele pytań, które zadajemy sobie podczas lektury, odpowiedzi w zakończeniu nie znajdziemy. Amandine to pierwsza powieść Marleny de Blasi, którą przeczytałam. Myślę, że na tej jednej się nie skończy. Przyznam, że w jakiś sposób Autorka zainteresowała mnie swoją twórczością i dlatego chcę poznać też inne jej książki.










czwartek, 10 września 2015

Maeve Binchy – „Głogowy gaj”













Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2007
Tytuł oryginału: Whithethorn Woods
Przekład: Ewa Horodyska






Ludzie od zarania dziejów w coś wierzą. Wokół obiektu swojej wiary tworzą wręcz legendy i rozmaite – czasami nawet niewiarygodne – opowieści. Niejednokrotnie z tego powodu są wyśmiewani i wyszydzani. I nie jest to nic nowego. Taką sytuację obserwujemy bowiem od wieków. Ludzie dzielą się na tych, którzy uważają samych siebie za realnie myślących i ani w głowie im podzielać zabobonne poglądy, oraz na tych, którzy w te „zabobony” uparcie wierzą i właśnie w nich poszukują pomocy w rozwiązywaniu swoich życiowych problemów. No cóż, bez względu na to kto w co wierzy bądź nie wierzy, każdemu należy się szacunek i jakiekolwiek wyśmiewanie jest co najmniej nie na miejscu. Aczkolwiek w praktyce jest zupełnie inaczej, ponieważ ludzie jakoś nie potrafią powstrzymać się od tego, aby tej drugiej stronie solidnie nie „przyłożyć”. Taka bowiem ludzka natura i raczej nic nie można zrobić, aby cokolwiek zmienić w naszym postrzeganiu odmienności.

Irlandia, podobnie jak Polska, uważana jest za kraj katolicki. W związku z tym znajduje się tam wiele miejsc poświęconych kultowi religijnemu. Od wieków Irlandia nazywana jest też „krajem świętego Patryka”, co oczywiście mówi samo za siebie. Choć z drugiej strony wydaje się, że ostatnio Irlandczycy coraz bardziej wymykają się spod ustalonych niegdyś ram i stają się bardziej liberalni i tolerancyjni wobec wszelkiego rodzaju odmienności obyczajowej, co niekoniecznie musi podobać się środowiskom katolickim. Kiedy Maeve Binchy pisała Głogowy gaj nie było jeszcze mowy o tym, że Irlandczycy są zdolni do tego, aby poprzeć w referendum małżeństwa jednopłciowe. Jeszcze dwadzieścia lat temu homoseksualizm w tym kraju zagrożony był bowiem karą więzienia. Od tamtego czasu naprawdę wiele zmieniło się w świadomości mieszkańców Zielonej Wyspy.

Przenieśmy się zatem do niewielkiego irlandzkiego miasteczka o nazwie Rossmore. To tutaj legendą obrosła pewna niezwykła studnia, zwana „studnią świętej Anny”. Miejsce to znajduje się w lesie, zaś mieszkańcy przychodzą tam, aby modlić się o cud. Wierzą bowiem, że święta Anna jest w stanie „załatwić” każdą sprawę. Samotne kobiety w swoich modlitwach proszą o dobrego męża, natomiast bezdzietne mężatki o potomstwo. Niektórzy błagają Świętą o zdrowie dla chorego dziecka albo dla kogoś bliskiego. Kim zatem była święta Anna? Zgodnie z biblijnym przekazem urodziła się w Judei, a jej rodzinny dom znajdował się w Betlejem. Jej rodzicami byli Natan i Maria, którzy wywodzili się z rodu Dawida. Anna nie wychowywała się w bogactwie, ale mimo to otrzymała od swoich rodziców staranne wychowanie, które dodatkowo zostało pogłębione przez służbę w świątyni jerozolimskiej. Swojego męża – Joachima – Anna poślubiła, kiedy miała dwadzieścia cztery lata. Joachim również pochodził z pokolenia Dawidowego. W przeciwieństwie do swojej żony, wychowywał się w znakomitej i zamożnej rodzinie zamieszkałej w Nazarecie. Jak wielu bohaterów Biblii, Joachim i Anna swoje małżeństwo traktowali jako związek święty i złączony przez samego Boga.

Święta Anna Samotrzecia
(na obrazie święta Anna z córką Maryją
i wnukiem Jezusem)
Obraz powstał w latach 1506-1513.
autor: Leonardo da Vinci (1452-1519)
Anna była wzorem i przykładem dla wszystkich małżonek. Niestety, przedłużający się brak potomstwa burzył szczęście małżonków. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez dwadzieścia lat. Trzeba pamiętać, że w kulturze żydowskiej brak dziecka uważany był za wielką hańbę oraz karę za grzechy zesłaną przez Boga. Według apokryfu pewnego dnia Anna udała się do ogrodu, aby tam rozpaczać nad swoim nieszczęściem. Wtedy podniosła oczy ku niebu i ujrzała na drzewie laurowym gniazdo wróbli. Wypowiedziała więc swoją prośbę do Boga: „Panie Boże Wszechmogący, który obdarzyłeś potomstwem wszystkie stworzenia, zwierzęta dzikie i domowe, gady, ryby, ptaki i wszystko to cieszy się ze swego potomstwa, dlaczego mnie jedną odsunąłeś od daru Twojej łaskawości? Ty wiesz, Panie, że od początku małżeństwa złożyłam ślub, iż jeśli dasz mi syna bądź córkę, ofiaruję je Tobie w Twym świętym przybytku.” Wówczas Annie ukazał się Anioł i zapowiedział narodzenie dziecka.

Anna i Joachim cieszyli się niezmiernie z tej przepowiedni. Mając czterdzieści pięć lat, kobieta urodziła córkę, a stało się to dokładnie 8 września. Zgodnie z żydowskim obyczajem, dziecku w piętnastym dniu życia nadano imię „Maria” (Maryja). Gdy dziewczynka podrosła, wówczas Anna wypełniła swoją przysięgę złożoną Bogu i wraz z mężem i córką udała się do Jerozolimy, gdzie Maria została wprowadzona do świątyni i oddana na służbę Bogu. Służąc w świątyni, Maria wzrastała w miłości i łasce Bożej. Praktycznie wychowała się w tym przybytku, pozostając tam do chwili ukończenia dwunastego roku życia. Swoje koleżanki prześcigała w pobożności, pokorze, czystości oraz znajomości prawa Bożego, jak również w każdej innej umiejętności. W czternastym roku życia Maria została poślubiona Józefowi. Według niektórych przekazów apokryficznych, krótko po tym wydarzeniu zmarł Joachim, natomiast Anna wraz z córką i zięciem mieszkała w Nazarecie, gdzie dożyła osiemdziesięciu lat. Kiedy zbliżał się jej koniec, rodzina nie odstępowała od jej łoża, zaś w chwili śmierci pożegnała się z najbliższymi i poleciła Bogu swoją duszę, a następnie zasnęła w Bogu z błogosławieństwem swojego wnuka Jezusa. Jej ciało zostało pogrzebane nieopodal zwłok Joachima w Dolinie Jozafata.

To tyle, jeśli chodzi o nakreślenie sylwetki świętej Anny. Przejdźmy teraz do samej książki. Otóż, wbrew pozorom Głogowy gaj wcale nie jest powieścią religijną. Powiedziałabym, że wręcz przeciwnie. Bohaterowie książki to ludzie, którzy nie charakteryzują się jakąś szczególną religijnością. Nawet miejscowy ksiądz – Brian Flynn – jest człowiekiem, który pomimo swojej profesji raczej nie podziela zdania tych, którzy wręcz fanatycznie wierzą w moc świętej Anny i posągu, który znajduje się w tytułowym głogowym gaju. Wydaje się, że duchowny czuje się nieco zagubiony w całej tej religijności mieszkańców Rossmore. Nie chce jednak nikogo odwodzić od własnych przekonań, ale też stara się ich nie pogłębiać. W dodatku brat Briana stoi na czele firmy, która w najbliższym czasie ma zająć się budową obwodnicy, która sprawi, że w miasteczku będzie bezpieczniej, ponieważ samochody nie będą już przez nie przejeżdżać. Według planu droga będzie przebiegać właśnie przez głogowy gaj, a co za tym idzie konieczne będzie usunięcie stamtąd studni świętej Anny i generalnie całego miejsca kultu religijnego. I tak oto dochodzi do konfliktu pomiędzy mieszkańcami miasteczka. Jedni chcą, aby wreszcie odciążyć Rossmore od samochodów, zaś inni nie wyobrażają sobie sytuacji, w której nie będą mogli już chodzić do studni świętej Anny i prosić ją o łaski. Czy w tych okolicznościach jest szansa na to, aby dojść do rozsądnego porozumienia? Czy konflikt pomiędzy mieszkańcami nie doprowadzi czasem do poważnych manifestacji?

Przyznam, że książka po opisie z okładki zapowiada się naprawdę obiecująco. Niedawno przeczytałam inną powieść Maeve Binchy – Droga do Tary – która mnie naprawdę zachwyciła. Niestety, nie do końca to samo mogę powiedzieć o Głogowym gaju. Spodziewałam się bowiem jednolitej opowieści, w której centrum znajdzie się miejsce religijnego kultu i oczywiście konflikt wywołany planami budowy obwodnicy. W wyobraźni wydziałam już te uliczne demonstracje, krzyki mieszkańców Rossmore i obronę świętej Anny za wszelką cenę. Przecież napisanie tego rodzaju fabuły aż się prosi, jeśli weźmiemy pod uwagę główny wątek powieści (?). No właśnie, i tu pojawia się pytanie: czy tę książkę można potraktować jako powieść? Z jednej strony mamy do czynienia z wątkiem, który stanowi trzon fabuły, lecz z drugiej strony czytelnik styka się ze zwykłymi opowiadaniami, których autorami są osoby w mniejszym lub większym stopniu związane z miasteczkiem Rossmore. Tak naprawdę zamieszania wokół budowy obwodnicy jest niewiele. Autorka znacznie bardziej skupiła się na problemach życiowych poszczególnych bohaterów-autorów opowiadań. Otóż, każda z tych postaci ma coś na sumieniu, natomiast opowiadania są, jakby swego rodzaju formą spowiedzi. Ci ludzie nie spowiadają się jednak księdzu, lecz samemu czytelnikowi. Natomiast ta sama historia opowiadana jest przez dwie osoby. Widzimy zatem spojrzenie na jeden problem z dwóch perspektyw. I to może być w pewnym sensie dość ciekawe.


Grota w Rossmore
Możliwe, że właśnie do takiego miejsca przychodzili bohaterowie książki,
aby prosić świętą Annę o pomoc.
fot. Richard Fensome


Wśród wspomnianych bohaterów spotykamy siostry, które przez lata ukrywały przed sobą nawzajem jakąś tajemnicę. Są też małżonkowie, którzy nie zawsze byli wobec siebie wzajemnie uczciwi. Mamy także przyjaciółki, które łączy silna więź. Czytelnik spotyka również osoby zupełnie sobie obce, ale wystarczy jeden z pozoru mało znaczący incydent, aby połączyła je pewna więź. Ci ludzie opowiadają o swoich grzechach, sekretach, miłości, rywalizacji, zawiści, zazdrości i wielu innych typowo ludzkich sprawach, które dotknęły ich gdzieś po drodze. Nie ma jednak w tym wszystkim choćby odrobiny dynamizmu. Może jedno opowiadanie zasługiwałoby tutaj na szersze omówienie. Chodzi bowiem o młodą kobietę, która pod wpływem zazdrości o mężczyznę, którego kochała nad życie, posunęła się do czynów zagrożonych sankcją. Chęć bycia z ukochanym mężczyzną była silniejsza, aniżeli strach przed więzieniem. Możliwie, że ta kobieta w ogóle nie zdawała sobie sprawy z powagi swojego czynu. Zapewne wydawało jej się się, że jej plan jest tak misternie przygotowany, iż nie ma choćby najmniejszych szans, aby sprawa kiedyś wyszła na jaw. Okazało się natomiast zupełnie inaczej i kobieta w konsekwencji trafiła za kratki.

Wśród tych postaci jest też kobieta, która rozpaczliwie pragnęła mieć dziecko, ale niestety macierzyństwo raczej nie było jej sądzone. W związku z tym pewnego dnia postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce, a właściwie polecić je świętej Annie i po prostu działać. To, czego się ostatecznie dopuściła jest również traktowane jako czyn podlegający karze, lecz w przeciwieństwie do bohaterki opisanej powyżej, ona miała znacznie więcej szczęścia i dopiero kiedy była już umierająca sprawa wyszła na światło dzienne.

Okładka pierwszego wydania powieści.
Wydawnictwo ORION (1996)
Kiedy tak analizuję wszystkie te opowiadania, to wydaje mi się, że celem Maeve Binchy było pokazanie jak bardzo fanatyzm religijny niektórych ludzi może być niebezpieczny. Otóż, prędzej czy później bohaterowie książki trafiali do studni świętej Anny, gdzie modlili się o pomoc. To, czy święta Anna faktycznie ich wysłuchiwała jest już sprawą dyskusyjną. Faktem jest jednak to, że po jakimś czasie oni wszyscy odbierali swego rodzaju życiowe znaki jako te zesłane przez Świętą. Czasami były to sytuacje zagrożone sądowymi wyrokami, lecz ci bohaterowie wcale nie odbierali tego w ten sposób. Oni po prostu uparcie wierzyli, że nawet zły czyn, który w rezultacie prowadził ich do upragnionego celu, był podyktowany pomocą świętej Anny.

Wydaje mi się zatem, że tylko na pierwszy rzut oka książka Maeve Binchy rozczarowuje. Te wszystkie historie opisane na tle konfliktu o budowę obwodnicy mają chyba nieco głębsze, moralne znaczenie. Pomimo że spodziewałam się po tej historii czegoś zupełnie innego, to jednak kiedy bliżej przyglądam się każdemu z tych opowiadań, dostrzegam, że jest w nich pewien sens. One pokazują czytelnikowi czym tak naprawdę może stać się dla nas błędne odbieranie pewnych życiowych znaków tudzież fanatyczne pojmowanie kwestii religijnych. W dodatku każdą z tych historii charakteryzują specyficzne i nie zawsze łatwe relacje międzyludzkie. Są to więzi łączące członków tej samej rodziny albo też ludzi zupełnie sobie obcych.

Nie będę nikogo ani zachęcać do tej książki, ani też jej odradzać. Doskonale zdaję sobie również sprawę, że już sama postać świętej Anny może na niektóre osoby działać drażniąco i nasuwać skojarzenia, które mogą być w rzeczywistości błędne, bo – jak już napisałam – nie jest to książka stricte religijna. Sama wciąż mam wobec tej pozycji mieszane uczucia. Na pewno książkę czyta się szybko, jak to zazwyczaj bywa z powieściami obyczajowymi. Myślę, że twórczość Maeve Binchy nadal pozostanie w kręgu moich zainteresowań, ponieważ wydaje mi się, że inne jej powieści są na miarę Drogi do Tary. Obym się nie rozczarowała!