Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

niedziela, 30 sierpnia 2015

O tym, jak wyglądało życie warszawskiego teatru w latach 1832-1861





Teatr Wielki w Warszawie w pierwszej połowie XIX wieku
autor: Fryderyk Krzysztof Dietrich (1779-1847)




Teatr warszawski


Klimat panujący w Warszawie po upadku Powstania Listopadowego nie stwarzał możliwości dla prawidłowego rozwoju teatru dramatycznego. Zbyt słaby poziom jego repertuaru dodatkowo obniżała cenzura paskiewiczowska pastwiąca się dość mocno nad egzemplarzami sztuk, natomiast całkowity brak teatralnej krytyki, który trwał aż do roku 1841 pogłębiał jeszcze dodatkowo ten kryzys. W latach 1832-1842 na czele Dyrekcji Teatrów Rządowych stał generał Józef Rautenstrauch (1773-1842). Pomysłowy organizator bardzo szybko doprowadził do zakończenia budowy gmachu Teatru Wielkiego, który niestety nie otrzymał nazwy „Narodowego”, pomimo że właśnie pod taki teatr kładziono kamień węgielny w 1825 roku. W dniu 21 lutego 1833 miało miejsce ostatnie przedstawienie w Teatrze Narodowym znajdującym się na Placu Krasińskich. Kilka dni później, czyli 24 lutego, swe podwoje otworzył Teatr Wielki. Na jego deskach wystawiono wówczas operę pod tytułem Cyrulik Sewilski. Z kolei Teatr Rozmaitości znalazł nową siedzibę w przystosowanej do jego potrzeb głównej sali Redutowej przy Teatrze Wielkim. Pierwsze przedstawienie odbyło się tam w dniu 13 września 1833 roku. Grano wtedy quodlibet Nowy Teatr oraz dramat komiczny zatytułowany Werter, czyli obłąkanie czułego serca. Natomiast w lutym 1836 roku Teatr Rozmaitości przeniesiono do specjalnie dla niego wybudowanej sali znajdującej się w skrzydle Teatru Wielkiego. Co więcej, zajęto się także odnawianiem teatrów w Łazienkach: Pomarańczarni i Amfiteatru.

Józef Rautenstrauch postarał się także o otwarcie nowej Szkoły Dramatycznej, a było to w 1836 roku. Tak samo, jak przed laty, kształcił w niej młodzież Bonawentura Kudlicz (1780-1848), który dla warszawskich teatrów w 1840 roku wyjednał rządową subwencję w wysokości trzydziestu tysięcy rubli. W 1838 roku Bonawentura Kudlicz zdobył także dla aktorów teatrów rządowych prawa emerytalne. Za jego prezesury dyrektorami teatru byli najpierw Ludwik Osiński (1775-1838) oraz Ludwik Adam Dmuszewski (1777-1847). W roku 1833 ze stanowiska ustąpił Ludwik Osiński i wtedy jego miejsce na trzy kolejne lata zajął Borys Halpert (1805-1861). Był to człowiek charakteryzujący się dużą kulturą literacką. Z kolei po Borysie Halpercie dyrektorem teatru został Ignacy Koss (1800-1848), który stanowisko to piastował do 1843 roku. Był postrzegany jako wielki karierowicz który bardzo szybko usunął w cień Ludwika Dmuszewskiego. Kiedy w 1842 roku zmarł Józef Rautenstrauch, wówczas prezesem Dyrekcji Teatrów został Ignacy Abramowicz (1793-1867), który swoją funkcję pełnił do 1861 roku. Ustąpił z powodu ogromnego strachu przed patriotyczną manifestacją urządzoną na dziedzińcu teatru w dniu 17 marca 1861 roku. Ignacy Abramowicz zajmował także stanowisko oberpolicmajstra. Podczas jego rządów dyrektorami teatru byli: dyrektor warszawskiego baletu Filippo Taglioni (1777-1871), który swoją funkcję pełnił w latach 1843-1853; po raz drugi Borys Halpert, który stanowisko objął po śmierci Ludwika Dmuszewskiego w 1847 roku i urząd piastował do 1851 roku; Jan Tomasz Seweryn Jasiński (1806-1879) – aktor, autor, tłumacz, reżyser i pedagog w jednej osobie, czyli człowiek o niespożytej energii, który nie bał się ciężkiej pracy, zaś swoją funkcję pełnił w latach 1851-1862.


Aktorzy sceny warszawskiej  (1853)
od lewej: Józef Rychter, Ludwik Panczykowski, Jan Walery Królikowski, Jan Tomasz Seweryn Jasiński, Alojzy Stolpe (młodszy), Emilia Zimińska z domu Ciemska oraz Antonina Wirginia Wittge-Komorowska (z przodu)


Na fatalny poziom repertuaru teatrów warszawskich w okresie popowstaniowym złożyło się szereg powodów. Jednym z nich – i to akurat wcale nie najbłahszym – był gust publiczności, która chętnie oglądała ckliwe melodramaty i zaśmiewała się do rozpuku z niewybrednych i jednoaktowych komedyjek francuskich. Sztuki Aleksandra Fredry (1793-1876) oraz Józefa Korzeniowskiego (1797-1863) bardzo rzadko pojawiały się na afiszu i nie cieszyły się podobnym powodzeniem, jak na przykład komedie Augustina Eugène’a Scribe’a (1791-1861). Premiera Ślubów panieńskich Aleksandra Fredry odbyła się 16 listopada 1834 roku na deskach Teatru Wielkiego i charakteryzowała się doskonałą obsadą. Przedstawienie powtórzono jedynie kilka razy. Kurier Warszawski twierdził, że zabrakło wśród publiczności „lubowników dzieł wzorowych”. Stwierdzenie to odnosiło się do wielbicieli talentu Aleksandra Fredry.

Leontyna z Żuczkowskich Halpertowa
autor: Antoni Laub (1792-1843)
Portret powstał w latach 1830-1831.
Pomimo dość nieciekawego okresu pod względem repertuaru, Teatr Wielki szczycił się wówczas wciąż świetnym zespołem aktorskim. Pierwszą aktorką związaną z teatrem w latach 1832-1851 była Leontyna Żuczkowska Halpertowa (1803-1895), którą uważano za jedną z najpiękniejszych kobiet swojej epoki. W początkach swojej kariery „sposobiła się do ról tragicznych”, lecz potem z powodzeniem grała także w komediach salonowych, dramatach i melodramatach. Przez wiele lat nie wypuszczała z rąk swego panowania na scenie. Była pełna lekkości, finezji i elegancji w komediach oraz porywająca w dramatach, zaś świetna również w rolach charakterystycznych. Obok Leontyny Żuczkowskiej Halpertowej publiczność mogła oglądać również piękną Józefę Daszkiewiczównę (ok. 1790-?). Wcielała się ona w role postaci „naiwnych” i bezskutecznie próbowano zrobić z niej rywalkę wspomnianej już Leontyny Żuczkowskiej Halpertowej. Powszechną sympatią widowni cieszyła się także Teresa Damsówna (?) uznawana za „świetną naiwną”, która swoją karierę rozpoczęła w bardzo młodym wieku, lecz po kilkunastu latach grania odeszła ze sceny, czego bardzo żałowano. Na deskach teatru można było zobaczyć także inną niezwykle utalentowaną aktorkę – Zofię Kurpińską (?), która była żoną dyrektora opery. Z kolei Józefa Ledóchowska (1781-1849) scenę opuściła w październiku 1833 roku.

Trzeba dodać, że nie tylko kobiety zachwycały swoim aktorskim talentem. Wśród mężczyzn spotykało się całą plejadę doskonałych nazwisk. Do 1842 roku grał wszechstronny Bonawentura Kudlicz, natomiast do 1841 roku na deskach teatru można było ujrzeć Ignacego Werowskiego (?), który jednocześnie przez wiele lat partnerował na scenie Józefie Ledóchowskiej. Z kolei doskonałym partnerem scenicznym Leontyny Żuczkowskiej Halpertowej był Wojciech Piasecki (1803-1837) – jeden z największych talentów swojej epoki. Los obdarzył go nienagannymi warunkami zewnętrznymi. Niestety, umarł zbyt młodo, bo w wieku trzydziestu trzech lat. Przyczyną śmierci była gruźlica. Przez wiele lat publiczność nie potrafiła przekonać się do jego następcy, którym był Józef Komorowski (1818-1858). Choć był aktorem o wielkim talencie i inteligencji, to jednak grał zupełnie inaczej niż robił to Wojciech Piasecki. Z kolei w latach 1832-1842 w teatrze debiutowali dwaj inni aktorzy. Pierwszym z nich był Alojzy Żółkowski (1814-1889) – syn znanego komika również Alojzego (1777-1822). Drugim z aktorów był Bogumił Dawison (1818-1872). Alojzy Żółkowski (syn) przez całe życie pozostał wierny scenie warszawskiej i na jej deskach zyskał miano „genialnego”, natomiast Bogumił Dawison po krótkim pobycie w stolicy wyjechał do Wilna, a potem do Lwowa, aby w końcu stanąć na deskach niemieckich teatrów i właśnie tam stać się jednym z najsłynniejszych artystów.

Wojciech Piasecki
autor: Wincenty Kasprzycki (1802-1849)
Portret powstał około 1838 roku.
Ulubieńcem ówczesnej publiczności był także Ludwik Panczykowski (1804-1871). Był aktorem niezwykle charakterystycznym i mistrzem epizodu, zaś w życiu prywatnym uchodził za dziwaka, ale mimo to był dla innych serdecznym kolegą, który zawsze miał otwartą kiesę dla potrzebujących. Prawdę powiedziawszy Ludwik Panczykowski był jedną z najsympatyczniejszych postaci w ówczesnym środowisku aktorskim. Równie wytrwale, co pozostali, na scenie pracował także wspomniany wyżej Jan Tomasz Seweryn Jasiński. Mówiono o nim, że jest „pożyteczny i zdolny”. 

W momencie, gdy Dyrekcję Teatrów objął Ignacy Abramowicz, warszawski teatr był instytucją doskonale uporządkowaną przez niezwykle skrupulatnego Józefa Rautenstraucha. Teatralne gmachy były w świetnym stanie, a finanse uregulowane. Ignacy Abramowicz to postać niemalże legendarna w historii teatru. Był niesłychanie brutalny wobec podległych mu aktorów, posiadał ambicję postawienia „swego” teatru na jak najwyższym poziomie. Na te działania nie żałował środków finansowych zgromadzonych przez swojego poprzednika. Magazyny teatru zapełniał kostiumami i wszelkiej maści rekwizytami.

Jan Tomasz Seweryn Jasiński, który w latach 1842-1851 pełnił funkcję reżysera, każdego roku wyruszał do Paryża, aby tam poznawać ówczesny francuski teatr. Do Polski wracał zawsze zaopatrzony w nowe sztuki. Nie dziwi więc fakt, że w repertuarze teatrów warszawskich w tamtym okresie przeważały utwory znad Sekwany autorstwa Hermana Melville’a (1819-1891), Philippe’a Françoisa Pinela, zwanego po prostu Dumanoir (1806-1865), wspomnianego już Augustina Eugène’a Scribe’a, Julesa Sandeau (1811-1883), Alexandre Dumas (ojca; 1802-1870), czy też Guillaume’a Victora Émile’a Augiera (1820-1889). Te francuskie nazwiska bardzo rzadko były przeplatane polskimi. Aleksander Fredro i Józef Korzeniowski to najczęściej pojawiające się w tamtym okresie na teatralnych afiszach nazwiska polskich autorów. Czasami wystawiano też utwory Stanisława Bogusławskiego (1804-1870), Fryderyka Skarbka (1792-1866), Wacława Szymanowskiego (1821-1886), Jana Chęcińskiego (1826-1874) oraz Władysława Syrokomli (1823-1862). Trzeba również dodać, że Jan Tomasz Seweryn Jasiński oprócz zajmowania się przekładami i przeróbkami trudnił się także własną twórczością.

Ogromne znaczenie dla rozwoju teatru miał fakt pojawienia się po wieloletniej przerwie recenzenta z prawdziwego zdarzenia. W 1841 roku redaktorem naczelnym Gazety Warszawskiej został Antonii Lesznowski (1815-1859). Był on najwybitniejszym, a właściwie jedynym, krytykiem teatralnym w latach 1841-1851. Szczególnie skrupulatnie zajmował się analizą sztuk premierowych, pamiętał o aktorach, omawiał też drobiazgowo ich grę. Antonii Lesznowski pisał z ogromnym temperamentem oraz apodyktycznością. Bardzo często jego teksty wywoływały ostre repliki na łamach prasy. Chyba najsłynniejsza była polemika pomiędzy Antonim Lesznowskim a Leontyną Żuczkowską Halpertową, którą można było obserwować w 1847 roku. Ponieważ aktorka podjęła w 1845 roku pracę pedagogiczną, krytyk mocno zaatakował jej metody nauczania, ganiąc uczennice artystki. Aktorka wystąpiła wtedy w obronie swoich podopiecznych i własnej osoby. Ta ostra polemika utrzymana była w tonie, który nie przynosił chwały żadnej ze stron. Z Antonim Lesznowskim polemizował także sam mistrz Alojzy Żółkowski (syn). W kolejnych latach po ustąpieniu i śmierci krytyka, jego miejsce zajął Józef Kenig (1821-1900).


Zofia Kurpińska z Brzowskich żona kompozytora Karola Kurpińskiego 
& Bonawentura Kudlicz
autor: Seweryn Oleszczyński (1801-1876)
Portrety pochodzą z 1838 roku. 


Na szczęście długotrwałe milczenie prasy na tematy dotyczące teatru, które miało miejsce w latach 1832-1841, nie powtórzyło się. Ignacy Abramowicz i Jan Tomasz Seweryn Jasiński nie zaprzestali także poszukiwać nowych twarzy dla warszawskiej sceny. W 1845 roku szeregi aktorów zasilił dwudziestopięcioletni wówczas Józef Rychter (1820-1885). Był doskonałym aktorem, natomiast do stolicy przybył z teatru lwowskiego i pozostał w niej do roku 1869, bardzo szybko zyskując miano znakomitego artysty. W Warszawie Józef Rychter oddawał się także pracy pedagogicznej i reżyserskiej. W roku 1846 warszawskiemu zespołowi aktorskiemu przybył kolejny wybitny talent, a był nim kolega Józefa Rychtera z trupy Chełchowskiego, który znany był z wcielania się w „czarne charaktery”. Mowa oczywiście o Janie Królikowskim (1820-1886), który określany był mianem aktora „intelektualnego”. Był także analitykiem, mistrzem słowa, pedagogiem i reżyserem. Dość szybko został uznany za gwiazdę pierwszego formatu. Posiadał własny styl, choć czasami zarzucano mu zbytnie „odmierzanie efektów”. Wraz z Janem Królikowskim do Warszawy przyjechał również Michał Chomiński (1821-1886), zwany „płaskim komikiem”. Jego kariera nie skupiała się jedynie na aktorstwie. Bardziej postrzegano go jako teatralnego kronikarza.

W 1846 roku zadebiutował również Jan Chęciński (1826-1874). Był nie tylko aktorem, ale także autorem sztuk dramatycznych oraz reżyserem. Z kolei kobiecy zespół zyskał w 1845 roku doskonałą aktorkę ról komediowych – Józefę Pogorzelską-Mazurowską (1824-1907). Natomiast rok wcześniej do zespołu przyjęta została Antonia Wittge-Komorowska (1826-?), która razem z Emilią Ziemińską z domu Ciemską (1829-1862) po wycofaniu się z pracy artystycznej Leontyny Żuczkowskiej Halpertowej w 1851 roku przejęła część jej ról. Debiut aktorski Antonii Wittge-Komorowskiej przypadł na 1846 rok. Niestety, żadna z nich nie była w stanie zastąpić wielkiej aktorki i legendy ówczesnego teatru. W 1850 roku w Warszawie zadebiutowała inna niezwykle utalentowana aktorka, a była nią Salomea Palińska (1831-1873), która później wyszła za mąż za Józefa Keniga. Równie wielki kobiecy talent pojawił się w teatrze warszawskim w 1853 roku. Mowa oczywiście o debiucie Wiktoryny Szymanowskiej-Bakałowiczowej (1835-1874). Aktorka rozpoczęła swoją karierę od ról postaci naiwnych, zaś potem przeszła do repertuaru bardziej ambitnego. W historii teatru wielkimi literami zapisało się również nazwisko Aleksandry Ładnowskiej-Rakiewiczowej (ok. 1840-1898). Debiut tej aktorki przypadł na 1858 rok w Warszawie.

Ludwik Panczykowski jako Dyndalski
w Zemście Aleksandra Fredry
autor: Karol Beyer (1818-1877)
W roku 1858 zabrakło nagle w aktorskim zespole wspaniałego Józefa Komorowskiego, który podobnie jak wielu jego kolegów po fachu zmarł na gruźlicę. Tytaniczną pracą oraz wyjątkowym talentem wybił się na pierwszy plan i był przyjmowany przez publiczność tak samo życzliwie jak Alojzy Żółkowski (syn), Jan Królikowski czy Józef Rychter. Trzeba pamiętać, że ówczesny warszawski teatr dysponował zespołem niesamowicie utalentowanych aktorów, dlatego też nie bez powodu okres ten nazwano „epoką gwiazd”. Można przyjąć, że początkiem tejże epoki stały się późne lata czterdzieste. Niemniej nie każde nazwisko zachowało się w pamięci kolejnych pokoleń widzów teatralnych. Być może zawinił tutaj właśnie poziom repertuaru, który oferowano ludziom przed 1868 rokiem. Nieznaczne ożywienie w repertuarze obserwowano w latach 1844-1846, gdy na afisze zaczęło wchodzić szereg sztuk autorstwa Józefa Korzeniowskiego oraz Aleksandra Fredry. W dniu 29 marca 1844 roku odbyła się premiera sztuki Józefa Korzeniowskiego zatytułowana Panna mężatka, gdzie w roli głównej wystąpiła Leontyna Żuczkowska Halpertowa. Zarówno artystka, jaki i sama sztuka odniosły wówczas ogromny sukces. To właśnie tej aktorce Józef Korzeniowski w głównej mierze zawdzięczał powodzenie swych dzieł wystawianych na deskach teatru warszawskiego.

Również w roku 1844 miała miejsce premiera Żydów i Okien na pierwszym piętrze. W każdej z tych sztuk wystąpiła niezrównana Leontyna Żuczkowska Halpertowa. Rok później wraz z przyjazdem do Warszawy Józefa Rychtera coraz częściej na scenie pojawiały się komedie Aleksandra Fredry. Tak więc premiera Dożywocia miała miejsce w dniu 14 kwietnia 1845 roku. Z kolei w maju tego samego roku wznowiono Pana Jowialskiego, a we wrześniu po wznowieniu Odludków i poety, publiczność zobaczyła premierę Zemsty, która w stolicy grana była z rozkazu cenzury pod różnymi tytułami, czyli jako Zemsta za mur graniczny, Cześnik i Rejent albo Raptusiewicz i Milczek. Zemstę wystawiano w naprawdę doskonałej obsadzie. I tak w roli Milczka wystąpił rewelacyjny Józef Komorowski; Cześnika zagrał Józef Rychter; Papkina, którego cenzura nakazała nazwać „Papką” – Alojzy Żółkowski (syn); w postać Wacława wcielił się Alojzy Stolpe młodszy (1818-1876); Klarę zagrała Antonia Wittge-Komorowska; Podstolinę – Józefa Pogorzelska-Mazurowska, natomiast postać Dyndalskiego przypadła Ludwikowi Panczykowskiemu. Do końca roku Zemstę wystawiano szesnaście razy. Na ówczesne czasy było to naprawdę niezwykłe osiągniecie.

Alojzy Żółkowski (syn)
najbardziej uwielbiany aktor
ówczesnej warszawskiej sceny
W styczniu 1846 roku wznowiono z kolei Pana Geldhaba Aleksandra Fredry. Sztuka ta, podobnie jak Zemsta, także została wystawiona w doborowej obsadzie. Tak więc w roli tytułowej wystąpił Józef Rychter; Lubomira zagrał Józef Komorowski; w roli Lisiewicza publiczność zobaczyła Adama Żółtowskiego (?). Ci sami aktorzy pokazali się również we wznowieniu Pana Jowialskiego w maju 1845 roku. W roli głównej wystąpił zatem Józef Rychter; Szambelana zagrał Adam Żółtowski, zaś Ludomirem był Józef Komorowski. Z kolei Leontyna Żuczkowska Halpertowa usiłowała włączyć do repertuaru tragedie, które grywane były jeszcze przed 1831 rokiem. W związku z tym we wrześniu 1845 roku warszawska publiczność ujrzała na deskach Teatru Wielkiego część czwartego aktu Horacjuszów Corneille'a. Jeszcze wcześniej rozpoczęto przygotowania do wystawienia Dziewicy Orleańskiej Friedricha Schillera (1759-1805), które zakończyły się pokazaniem jej na deskach teatru w grudniu 1845 roku.

Aktorzy, którzy byli przyzwyczajeni do gry w melodramatach niestety nie byli w stanie sprostać swym rolom. Krytykowi teatralnemu Antoniemu Lesznowskiemu w zasadzie spodobał się jedynie Józef Rychter wcielający się w postać Talbota. Po tym niepowodzeniu jeszcze kilkakrotnie wznawiano Dziewicę Orleańską, lecz Leontyna Żuczkowska Halpertowa zmuszona była pożegnać się ze swoimi ambitnymi planami. „Epoka gwiazd” jeszcze tylko pognębiła i tak już poważny kryzys repertuarowy. Wielokrotnie przez szereg lat pokazywano ludziom niezbyt mądre komedie, a działo się tak ponieważ grywał w nich Alojzy Żółkowski (syn). Teatrowi nie ułatwiała także zadania widownia, która bojkot teatru uznała za jeden ze sposobów ujawnienia patriotycznych uczuć w czasie walk narodowowyzwoleńczych.

Dramatyczny repertuar doskonale sprawdził się na deskach dwóch teatrów. W Teatrze Wielkim wystawiano głównie dramaty, melodramaty oraz komedie kilkuaktowe, natomiast Teatr Rozmaitości przodował w pokazywaniu utworów drobniejszych. Polegało to na tym, iż podczas jednego wieczoru wystawiano trzy mało znaczące komedyjki. Niemniej nie można było tego nazwać regułą. Bardzo często zdarzało się bowiem, że daną sztukę przenoszono z Teatru Wielkiego do Teatru Rozmaitości i na odwrót. Powodem takiego działania była oczywiście frekwencja wśród publiczności.

Eugenia Koss
pierwsza tancerka teatrów warszawskich
autor: Ignacy Gepner (1802-1867)
Portret powstał w 1839 roku. 
Balet warszawski

Balet warszawski w momencie otwarcia po zakończeniu Powstania Listopadowego raczej nie mógł być nazywany „dobrym”. Niemniej sytuacja ta zmieniła się dość szybko. Na czele zespołu stanął Maurice Pion (1801-1869). Swoją funkcję pełnił do 1843 roku. W tym czasie zreformował balet od podstaw, czyli od szkolnictwa. Już po kilku latach przyniosło to oczekiwane efekty. Napływ zdolnej młodzieży sprawił, że warszawski balet romantyczny stał się w latach 40. XIX wieku jednym z czołowych w Europie. Po roku 1843 dyrekcję baletu przejął na dziesięć lat Filippo Taglioni. Z kolei od 1853 roku kierowanie zespołem przypadło Romanowi Turczynowiczowi (1813-1882). Był on reżyserem przedstawień baletowych. Przez rok w latach 1856-1857 dyrektorem baletu był Carlo Blasis (1797-1878), który uchodził za doskonałego włoskiego baletmistrza. Na pierwszy plan w zespole żeńskim wybijały się takie tancerki, jak Karolina Wendt (?), Eugenia Koss (?), Konstancja z Damsów Turczynowiczowa (1818-1880), czy też Teodora Gwozdecka (?). Wśród mężczyzn wybitnymi talentami w dziedzinie baletu byli: Aleksander Tarnowski (1822-1882) i jego brat Antoni (1822-1887), Feliks Krzesiński (1823-1905) oraz Roman Turczynowicz. Niemałym artystycznym przeżyciem dla stolicy stawały się gościnne występy Marii Taglioni (1804-1884), która kilkakrotnie pojawiła się w Warszawie w latach 1838-1844. Sukces wystawianych baletów to na pewno zasługa doskonale przygotowanej oprawy scenicznej, której wykonanie zlecono świetnym artystom: Antoniemu Sacchettiemu (1790-1870) i Józefowi Hilaremu Głowackiemu (1789-1858), którzy byli odpowiedzialni za przygotowanie również scenografii zarówno w teatrze operowym, jak i dramatycznym, gdzie także bardzo chwalono ich pracę.

Opera warszawska

Za czasów prezesury Józefa Rautenstmucha raczej źle działo się w operze, choć podobnie jak teatr dramatyczny, dysponowała ona doskonałym zespołem, w którym na pierwszy plan wysuwały się takie postacie, jak tenor Julian Dobrski (1812-1886), sopranistka Paulina Rivoli (1823-1881), czy też śpiewaczka operowa Ludwika Rywacka z Mrozowiczów (1817-1858). W 1842 roku pojawił się z kolei doskonały bas Wilhelm Troschel (1823-1887). Na przestrzeni wielu lat wystawiono ledwo kilka oper autorstwa obcych kompozytorów. I tak na przykład w dniu 16 grudnia 1837 roku był to Robert Diabeł Giacomo Meyerbeera (1791-1864); w styczniu 1839 – Napój miłosny autorstwa Domenico Gaetano Marii Donizettiego (1797-1848); natomiast w czerwcu 1840 roku publiczności warszawskiej zaprezentowano Lunatyczkę Vincenzo Belliniego (1801-1835). Rodzimą twórczość na tym polu reprezentowała tylko jedna pozycja, a była to opera komiczna Józefa Brzowskiego (ok. 1805-1888) zatytułowana Hrabia Weseliński. Było to 24 listopada 1833 roku.

Tak sytuacja przedstawiała się do momentu, gdy dyrektorem opery był Karol Kurpiński (1785-1857), czyli do 1840 roku. Zupełnie inna rzecz miała miejsce w chwili, kiedy rządy nad operą przejęli Tomasz Napoleon Nidecki (1807-1852) i Jan Quattrini (1822-1893). W latach ich wspólnej działalności wystawiono szereg nowych dzieł, natomiast w dniu 12 września 1846 roku ukazał się na warszawskiej scenie pierwszy utwór Stanisława Moniuszki (1819-1872) zatytułowany Loteria. Z kolei w dniu 1 stycznia 1858 roku pokazano Halkę. Chociaż sytuacja w warszawskiej operze uległa poprawie, to jednak pomimo wszystko wciąż czuło się żal do jej kierownictwa. Wytykano mu bowiem zbyt mocne popieranie twórczości obcej. W 1858 roku funkcję dyrektora opery objął Stanisław Moniuszko.


Fragment zapisu nutowego opery Robert Diabeł autorstwa Giacomo Meyerbeera
Dokument pochodzi z 1837 roku.


Na koniec trzeba dodać, że Ignacy Abramowicz osiągnął cel, jaki sobie założył. Kierował przecież naprawdę znakomitym teatrem. Zespół był wyjątkowy, opera bardzo dobra, a balet stał na najwyższym poziomie. Niestety, koniec jego rządów zbliżał się wielkimi krokami. Jedna z manifestacji politycznych, które rozgorzały jeszcze na długo zanim wybuchło Powstanie Styczniowe, miała miejsce właśnie na dziedzińcu teatralnym tuż pod oknami gabinetu prezesa-oberpolicmajstra. A zatem w dniu 19 marca 1861 roku pułkownik Aleksander Hauke (1814-1868) przejął funkcję Prezesa Dyrekcji Teatrów Rządowych. Tak więc już na początku kwietnia teatry warszawskie zostały zamknięte na okres kilku miesięcy, aczkolwiek nie miało to zbyt dużego znaczenia dla polskiego społeczeństwa, ponieważ w czasach narodowej żałoby i tak nikt nie odwiedzałby tych miejsc.









sobota, 22 sierpnia 2015

Judith Lennox – „Florenckie lato”













Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2011
Tytuł oryginału: Catching the Tride
Przekład: Bożena Kucharuk




Więzy rodzinne nie zawsze są tak silne, jakbyśmy tego chcieli. Czasami osoba, która nie jest z nami spokrewniona w żaden sposób staje się nam bliższa, niż ktoś, z kim przez lata wychowywaliśmy się pod jednym dachem. Zdarza się, że rodzeństwo, które generalnie powinno wspierać siebie nawzajem, robi wszystko, aby zatruć tej drugiej stronie życie. Wydaje mi się jednak, że posiadając rodzeństwo znacznie częściej robimy wszystko, aby tylko w jakiś sposób pomóc mu w potrzebie. Owszem, są sytuacje, kiedy brat czy siostra nie chcą naszej pomocy i usilnie się przed nią bronią bądź nawet ją lekceważą, uważając, że sami wiedzą najlepiej, jak poradzić sobie z własnymi problemami. Aczkolwiek kiedy pomiędzy rodzeństwem istnieje silna więź emocjonalna, wówczas pomimo rozłąki i odrzucenia wyciągniętej ręki, wciąż istnieje możliwość choćby tylko bycia myślami z siostrą lub bratem.

A teraz przenieśmy się na chwilę do 1933 roku w okolice stolicy Toskanii. Florencja to miasto położone w środkowych Włoszech nad rzeką Arno u stóp Apeninów. Swoją nazwę zawdzięcza Juliuszowi Cezarowi (100 p.n.e.-44 p.n.e.), który w 59 roku p.n.e. ustanowił w mieście kolonię dla byłych żołnierzy i nazwał ją Florentina. Miejscowość została założona przez Etrusków. Dzięki władzy Medyceuszy w latach 1512-1737 Florencja przeżyła okres największego rozwoju pod względem kulturalnym i gospodarczym. W mieście tworzyli tacy artyści jak Leonardo da Vinci (1452-1519) oraz Michał Anioł (1475-1564). Tak więc mamy słoneczne lato 1933 roku. Na terenie przepięknej posiadłości Villa di Belcanto położonej na szczycie wzgórza znajdującego się gdzieś na południe od Florencji beztroskie chwile spędzają dwie siostry: starsza Tessa i młodsza Frederica. Siostry Nicolson mieszkają w Villi Millefiore, gdzie ich matka przebywa ze swoim kochankiem. Ojciec Tessy i Frederiki nie żyje od kilku lat. Życiowy partner pani Nicolson oczywiście jest Włochem, który jakoś niespecjalnie dba o małżeńską wierność. Razem z Domenico Zanettim w willi przebywają także jego dzieci. Tessa od najmłodszych lat zachwyca mężczyzn swoją urodą, więc nie dziwi fakt, że jeden z synów kochanka matki zwraca na nią uwagę. Obydwoje są zbyt młodzi, aby móc snuć poważniejsze plany na przyszłość, a poza tym wiedzą, że ich związek raczej nie spodobałby się ich rodzicom. Niemniej fakt ten wcale nie przeszkadza im, aby na chwilę obecną w sekrecie cieszyć się czasem, który wspólnie spędzają. Dochodzi do pierwszych pocałunków oraz pierwszych fascynacji drugą osobą.


Zimowa panorama Florencji


Mijają cztery lata. Tamto wyjątkowe lato jest już tylko wspomnieniem. Obecnie siostry przebywają w Anglii. Tessa Nicolson jest modelką, a jej twarz można zobaczyć na okładkach najpoczytniejszych magazynów o modzie. Pracuje również jako modelka w znanych domach towarowych. Posiada też swojego fotografa, który jest w stanie wydobyć z niej nawet to, czego nie można dojrzeć gołym okiem. Tessa wykorzystuje swoją urodę jak tylko może. Wciąż uwodzi mężczyzn, którzy nie potrafią się jej oprzeć. Zmienia kochanków niczym przysłowiowe rękawiczki. Oczywiście nie widzi w tym niczego złego. Ona po prostu cieszy się życiem i wykorzystuje maksymalnie to, co oferuje jej świat. Z kolei Freddie wciąż jeszcze się uczy i cały swój czas poświęca nauce. Przebywa w angielskiej szkole z internatem. Matka sióstr już nie żyje, więc to Tessa sprawuje opiekę nad młodszą siostrą. Czasami Freddie uczestniczy w spotkaniach, na które zabiera ją siostra, aczkolwiek nie czuje się na nich dobrze. Jest z natury nieśmiała, a życie na wysokich obrotach bardzo ją męczy. Ona woli spokój. Młodsza panna Nicolson nie może urodą dorównać siostrze, ale to wcale nie oznacza, że nie jest atrakcyjna. Na chwilę obecną może jeszcze tego nie widać, ale zapewne czas zrobi swoje i pozwoli jej się rozwinąć i przyciągnąć uwagę mężczyzn.

Tymczasem w angielskiej posiadłości Mill House życie wiedzie pisarz Milo Rycroft. Mężczyzna z lepszym bądź gorszym skutkiem radzi sobie na rynku wydawniczym. Jego książki różnie się sprzedają. Pomimo że od wielu lat jest żonaty, to jednak nie przeszkadza mu to w romansowaniu z innymi kobietami; szczególnie nie może oprzeć się wdziękom młodych studentek. Jego żona – Rebecca – doskonale wie o zdradach męża, a ponieważ bardzo go kocha, jawnie okazuje swoją zazdrość. Czasami histeryzuje, a niekiedy znów stawia ultimatum. Charakteru Milo nie można zaliczyć do silnych, ponieważ te wszystkie groźby żony robią na nim naprawdę spore wrażenie i bardzo szybko daje za wygraną. Skoro tylko na jaw wyjdzie któryś z jego romansów, ten natychmiast wycofuje się z niego. Czyżby bał się żony? A może naprawdę ją kocha? Lecz z drugiej strony, gdyby ją kochał, to raczej nie wikłałby się w jakieś dziecinne relacje ze swoimi studentkami, prawda? Naprawdę trudno jest rozszyfrować postępowanie pisarza i zrozumieć cel, jaki temu przyświeca.

Okładka brytyjskiego wydania
z lutego 2011 roku
Pewnego zimowego i bardzo mroźnego wieczoru Milo wychodzi na spacer z psem. Pisarz pragnie odetchnąć świeżym powietrzem i złapać twórczą wenę, ponieważ jakoś niespecjalnie wychodzi mu pisanie nowej powieści. W trakcie spaceru spotyka piękną Tessę Nicolson. Kobieta nazajutrz planuje powrót do Londynu do pracy. Ostatnie chwile urlopu wykorzystuje na relaks, jeżdżąc na łyżwach na miejscowym lodowisku. Jak można się spodziewać, Milo od pierwszego wejrzenia jest zauroczony młodszą od siebie o kilkanaście lat Tessą. Mija kilka dni i obydwoje spotykają się w Londynie. I tak oto Milo wdaje się w kolejny romans, który tym razem nie będzie już taki beztroski, a jego skutki okażą się dramatyczne, choć ani on, ani jego młodziutka kochanka jeszcze o tym nie wiedzą. Gdzie zatem w tym wszystkim jest miejsce dla Freddie? Otóż ona wciąż stoi przy siostrze i nawet jeśli Tessa nie chce niczego zdradzić, Frederica wspiera ją emocjonalnie.

Nie jest tajemnicą, że Judith Lennox pisze doskonałe powieści obyczajowe, w których bohaterowie muszą przejść przez wiele naprawdę krętych dróg, aby wreszcie wyjść na prostą. W ich życiu nie obywa się bez tragedii, których konsekwencje będą odczuwalne już przez całe ich życie. Nie inaczej jest także w tym przypadku. Florenckie lato to powieść pełna rozmaitych emocji. Czasami poszczególni bohaterowie popadają wręcz w skrajności. Skrzywdzą siebie nawzajem, dbając tylko o swoje interesy. Nie umieją zapanować nad własnymi uczuciami. Przez większość fabuły toczy się bój o tego samego mężczyznę. Czytelnik zastanawia się więc, kto tak naprawdę wygra: żona czy kochanka? Do jakich czynów obydwie kobiety będą w stanie się posunąć, aby zwyciężyć? Wydaje się jednak, że Milo w tym wszystkim zachowuje się biernie. Z jednej strony chce wciąż trwać przy żonie, lecz z drugiej ciągnie go do Tessy.

Przez cały ten czas Freddie jest blisko siostry, choć ta raczej nie jest skora do zwierzeń. Oczywiście są też inni przyjaciele, ale oni mają swoje życie i nie są tak mocno emocjonalnie związani z Tessą, aby rzucić wszystko i biec jej na pomoc. Z drugiej strony jednak można odnieść wrażenie, że Tessa odsunęła się od przyjaciół i nie chce ich pomocy, więc raczej nie można ich winić za to, że żyją własnym życiem. Nawet kiedy popada w poważne tarapaty odrzuca proponowane wyjście z sytuacji. Czy jest zbyt dumna, aby przyjąć pomoc? A może wciąż uważa, że decydując się na propozycję przyjaciela zamknie sobie drogę do szczęścia? Niemniej Freddie przez cały czas stara się przemówić pięknej siostrze do rozsądku, lecz ta nie chce słuchać. W dodatku wybucha druga wojna światowa. Tessa w tym czasie znajduje się w miejscu, w którym tak naprawdę nie powinna być. Jest tam bardzo niebezpiecznie, a ona w każdej chwili może zginąć.

Co zatem z Freddie? Czy młodsza panna Nicolson nie ma własnego życia? Czy Frederica całkowicie poświeciła się siostrze i zapomniała o sobie? W jej przypadku sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Życie Freddie jest, jak gdyby plątaniną zbiegów okoliczności, które sprawiają, że jej życie wygląda tak a nie inaczej. Jak już wspomniałam, kobieta nie jest tak piękna jak jej siostra, ale mimo to zwraca na siebie uwagę mężczyzn. Aczkolwiek jej relacje z płcią przeciwną są nieco inne i oparte na innych zasadach, niż dzieje się to w przypadku Tessy.

Okładka brytyjskiego wydania
z września 2011 roku.
Można zastanawiać się o czym tak naprawdę jest Florenckie lato. Czy jest to historia dwóch sióstr, które pomimo różnic wciąż są sobie bliskie? A może powieść przedstawia losy dwóch kobiet, które pokochały tego samego mężczyznę, natomiast ta miłość zamiast szczęścia przyniosła im jedynie ból i cierpienie? Czy zatem będą w stanie z biegiem czasu ułożyć sobie życie na tyle normalnie, aby zapomnieć o przeszłości i myśleć już tylko o teraźniejszości? Na kartach książki przewija się mnóstwo różnych bohaterów. Pomimo że nie są to postacie kryształowe i niemal każda z nich ma coś na sumieniu, to jednak czytelnik nie jest w stanie zapałać antypatią do którejkolwiek z nich. Czy zazdrosna i broniąca swego Rebecca może budzić w czytelniku niechęć? Z jednej strony zapewne tak, lecz z drugiej śmiało można wytłumaczyć jej postępowanie i zrozumieć. A co z Tessą? Czy można potępiać ją za to, że odebrała innej kobiecie męża? Mówią, że serce nie sługa, a kiedy w grę wchodzą silne uczucia, wówczas trudno jest o rozsądne myślenie. Może Tessa po tych wszystkich nieudanych przygodach z mężczyznami pragnęła wreszcie stabilnego rodzinnego życia? Któż to może wiedzieć?

Moim zdaniem najbardziej rozsądną spośród kobiecych postaci jest Frederica. Ona raczej nie kieruje się uczuciami, lecz rozsądkiem i potrzebą dotrzymania obietnicy, którą wcześniej złożyła. W pewnym momencie jest gotowa poświęcić własne szczęście na rzecz sprawy, która tak naprawdę przyniesie jest smutek i cierpienie. Choć doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że przez resztę życia będzie się męczyć, to jednak złożone uprzednio przyrzeczenie jest dla niej ważniejsze niż własne pragnienia.

Sięgając po Florenckie lato nie należy spodziewać się, że bohaterowie nagle odkryją jakieś zawiłe rodzinne tajemnice. Choć książka skupiona jest na relacjach rodzinnych, to jednak nie jest ona z tych, gdzie fabuła dostarcza czytelnikowi jakichś ukrytych sekretów. Tutaj wszystko jest nam znane. Niemniej kręte życiowe ścieżki bohaterów sprawiają, że chcemy dalej zagłębiać się w ich losy. Dramaty, które przeżywają udzielają się również czytelnikowi. Razem z Tessą, Fredericą, Rebeką czy Milo przeżywamy ich smutki i radości. Gdyby głębiej zastanowić się nad losem poszczególnych postaci, to można byłoby dojść do wniosku, że nie są to osoby szczęśliwe. One stale czegoś poszukują, ale czy wreszcie odnajdą? Wydaje się, że szczęście wcale nie jest przeznaczone dla nich. Chyba nigdy tak naprawdę nie zaspokoją własnych uczuć i już zawsze będą czuć pewien niedosyt. Nawet ci, którzy przez wiele lat czekali cierpliwie na spełnienie marzeń, w momencie, gdy już do tego dochodzi, zastanawiają się, czy faktycznie tego właśnie oczekiwali, i czy po tylu latach jest sens dalej w to brnąć. Oczywiście sprawy nie ułatwia wojna, która niszczy wszystko, co stanie jej na drodze.

Judith Lennox jest pisarką, która naprawdę potrafi porwać swoją twórczością. Odkąd przeczytałam Krok w nieznane, jestem jej wielką fanką. Natomiast niedawno sięgnęłam po Ostatni taniec, który po prostu mnie porwał już od pierwszej strony. Polecam zatem Florenckie lato wszystkim, którzy lubią powieści obyczajowe z akcją osadzoną w trudnych czasach, kiedy to bohaterowie wciąż walczą sami ze sobą; walczą z własnym sumieniem i emocjami. Florenckie lato należy właśnie do takich powieści. Poszczególni bohaterowie nie toczą bowiem walki ze sobą nawzajem, lecz zmagają się głównie z własnymi uczuciami i sumieniem. Na pewno jest to konflikt o wiele bardziej trudniejszy do wygrania, aniżeli taki, gdzie trzeba byłoby wyeliminować wroga z zewnątrz. 





wtorek, 18 sierpnia 2015

63 dni heroicznej walki # 3





















3 października, po 63 dniach ciągłych walk,
martwa cisza zapanowała nad ruinami Warszawy.

Tadeusz „Bór” Komorowski




Tadeusz „Bór” Komorowski wciąż domagał się zrzutów lotniczych, lecz w głębi duszy przestał już wierzyć, by Powstańcy je otrzymali. Artyleria i lotnictwo zniszczyły większość składów żywnościowych. Od 2 września brakowało chleba. Stan amunicji był katastrofalny – kilkadziesiąt nabojów na jednego żołnierza, to wszystko, czym dysponowała strona polska. Nieco więcej było jedynie granatów, dzięki własnej produkcji. W dniu 4 września została zniszczona elektrownia, która była bohatersko broniona i przez czterdzieści pięć dni utrzymywana w ruchu pod ogniem wroga. Niestety, ostatecznie została doszczętnie zburzona. Fakt ten oznaczał, że Powstańcy stracili radiowy kontakt ze światem, zaś warsztaty przestały pracować. Dopiero kilka dni później uruchomiono awaryjne zasilanie, które umożliwiło wznowienie pracy radiostacji oraz produkcję amunicji, lecz było to na skalę dużo mniejszą, aniżeli poprzednio. Cierpienia ludzi prawie osiągnęły kres wytrzymałości. W piwnicach, gdzie leżeli ranni i chorzy, jak również chronili się mieszkańcy, zapanowała ciemność. Niemniej morale nadal było wysokie, ale stres i ogromne wyczerpanie, a także głód nikogo nie oszczędzały.

W dniach 4 i 5 września Powiśle zostało poddane gwałtownemu bombardowaniu. Mieszkańcy przechodzili identyczne piekło, jakiego wcześniej doświadczyło Stare Miasto. O świcie nastąpiło koncentryczne natarcie sił niemieckich na dzielnicę. Przed linią nacierającej piechoty Niemcy gnali tłum kobiet i dzieci zagarniętych na Starówce. Zdezorientowani obrońcy wstrzymali ogień. Niemcy tylko na to czekali, aby wedrzeć się w pozycje wraz z tłumem kobiet i dzieci. Powstańcy stracili Powiśle, lecz nadal utrzymywali się w centrum miasta. Dnia 10 września Tadeusz Komorowski usłyszał dźwięk, na który czekał przez czterdzieści jeden dni. Otóż, po drugiej stronie Wisły odezwała się potężnym głosem artyleria, a nad miastem ukazały się sowieckie samoloty. W serca żołnierzy i ludności cywilnej ponownie wstąpiła nadzieja. Powstańcy noc spędzili w sztabie, słuchając w napięciu, czy nawała ogniowa trwa nadal. Podniecenie stale rosło. Nie ulegało więc wątpliwości, że właśnie zaczynało się sowieckie natarcie na Pragę.

W tej sytuacji Tadeusz „Bór” Komorowski wysłał przez Londyn depeszę do marszałka Konstantego Rokossowskiego (1896-1968), natomiast „Monter” miał przygotować specjalne patrole, które mogłyby zostać przerzucone na drugą stronę Wisły celem nawiązania bezpośredniej łączności. Chociaż ogień artylerii oraz działania lotnicze Niemców znacznie osłabły, to jednak z drugiej strony wzmógł się nacisk ich czołgów i piechoty na Czerniaków, Mokotów i Żoliborz. Tadeusz Komorowski widział groźbę złamania polskiego oporu w chwili, gdy osiągnięcie celu było na wyciągnięcie ręki. Mogła zatem nastąpić katastrofa tuż przed nadejściem odsieczy. Te sektory miały być radzieckimi przyczółkami i dlatego Powstańcy musieli je utrzymywać za wszelką cenę, zanim Sowieci zajmą Pragę. Resztki amunicji i grantów wysłano zatem na Czerniaków. Tam też wysłane zostały najlepsze oddziały „Radosława”. Wydawało się więc, że ofensywa czyni postępy. W nocy z 13 na 14 września samoloty rosyjskie dokonały zrzutu amerykańskich konserw i amunicji. Całość dostała się w ręce Powstańców, lecz większa część uległa uszkodzeniu podczas zetknięcia z ziemią, ponieważ rzucano w workach bez spadochronów. Tej samej nocy Niemcy zrzucili w miejscach, w których płonęły ognie sygnałowe worki z sucharami zatrutymi arszenikiem…


Pogrzeb poległego Powstańca na podwórzu gmachu Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej przy ulicy Lwowskiej.

Prawie każdej nocy sowieckie samoloty zrzucały broń, amunicję oraz żywność. Niestety, broń zrzucana bez spadochronów była zniszczona. W dodatku, zamiast w amunicję niemiecką, o którą prosili Powstańcy, zaopatrywano ich w rosyjską, która w większości przypadków była bezużyteczna. Rosjanie zdobyli Pragę, a po drugiej stronie Wisły stała dywizja „berlingowców”. W nocy z 14 na 15 września na Czerniakowie wylądował jej oddział w sile dwóch kompanii, zaś 18 września była to reszta batalionu – razem około pięciuset ludzi. Batalion posiadał radiostację i był doskonale uzbrojony, zwłaszcza w karabiny przeciwpancerne i „pepeszki”, ale żołnierze-rekruci przymusowo zmobilizowani na zajętych przez Rosjan ziemiach polskich, byli prawie nieprzeszkoleni i niezaprawieni w walce. Rzuceni do bitwy wymagającej największego wysiłku żołnierskiego, wykazywali małą wartość bojową. 

Załoga rozpaczliwie broniła przyczółka, lecz jej opór został złamany. Utrata tej nadwiślańskiej reduty, utrzymywanej kosztem olbrzymich ofiar, przekreśliła nadzieję na skuteczną pomoc sowiecką. Rosjanie nie czynili żadnych wysiłków, aby przekroczyć rzekę silnym oddziałem. Jedynym wnioskiem z tego, że Rosjanie pozwolili Niemcom zlikwidować przyczółek czerniakowski, było to, że nie mieli oni zamiaru w tym czasie przekraczać linii Wisły. W dniu, kiedy padł Czerniaków, pomoc została wstrzymana. Tak więc operacja na sowieckim froncie zamierała, natomiast cisza była tylko przerywana sporadycznie przez artylerię. W tym czasie sytuacja żywnościowa była fatalna. W Śródmieściu ostatnim źródłem zaopatrzenia były magazyny pszenicy i jęczmienia w browarach Haberbusch i Schiele, dzięki czemu jedna osoba otrzymywała garstkę ziarna na dzień. Niemniej, w dniu 20 września i te rezerwy się wyczerpały. W mieście zjedzono już nawet wszystkie konie, teraz przyszła więc kolej na psy, koty i gołębie. Z kolei brak wody nawet dla rannych i chorych jeszcze tylko pogarszał tragiczne położenie Powstańców. Długie kolejki ludzi stojących przy nielicznych studniach, na dnie których można było zaczerpnąć nieco wody, były narażone na ogień granatników. Lekarze operowali bez znieczulenia.


Pałac Saski w Warszawie wysadzony w powietrze przez Niemców w grudniu 1944 roku. 

Otrzymawszy wiadomość o upadku Mokotowa, Tadeusz „Bór” Komorowski zwołał w dniu 28 września wieczorem naradę starszych oficerów sztabu. Przedstawił sytuację oraz bezowocne starania nawiązania łączności z dowództwem sowieckim. Wszyscy biorący udział w spotkaniu zgodzili się, że sytuacja Powstańców jest beznadziejna, lecz mimo to zdecydowano się wysłać ostatnią depeszę do marszałka Konstantego Rokossowskiego. Odpowiedzi nie doczekano się nigdy. Tymczasem Niemcy rozpoczęli ofensywę na Żoliborz. Polska strona czekała przez całą noc. Następnego dnia, kiedy Tadeusz Komorowski pogodził się już z tym, że marszałek Konstanty Rokossowski nigdy nie przyśle odpowiedzi, rozkazał przerwać ogień i walkę na Żoliborzu. W dniu 29 września wysłał parlamentariuszy do dowództwa niemieckiego. Mieli oni określić warunki kapitulacji oraz gwarancje praw kombatantów dla żołnierzy. Z kolei w dniu 2 października o godzinie 20.00 zostały one podpisane. Po raz drugi w tej wojnie Warszawa musiała ulec przewadze wroga. Na początku i pod koniec okupacji hitlerowskiej stolica Polski walczyła sama, lecz warunki walki w 1939 roku były zupełnie inne, niż te w 1944 roku. Pięć lat wcześniej Niemcy stały u szczytu swej potęgi, natomiast słabość sprzymierzonych uniemożliwiła danie pomocy Warszawie. W roku 1944 sytuacja była zgoła odwrotna. To Niemcy chyliły się już ku upadkowi, a Polacy mieli gorzkie przeświadczenie, że upadek Warszawy będzie prawdopodobnie ostatnim zwycięstwem nad sprzymierzonymi.

W dniu 3 października we wczesnych godzinach rannych martwa cisza zapanowała nad ruinami miasta. Po sześćdziesięciu trzech dniach bezustannych walk ta cisza złowrogo dzwoniła w uszach. Olbrzymia fala wymizerowanych i głodnych ludzi ruszyła z piwnic oraz schronów w kierunku wyjściowych barykad. Kobiety, dzieci i starcy dźwigali ze sobą resztki ocalałego dobytku. Zaczęła się zatem tragiczna wędrówka kilkuset tysięcy ludzi w nieznane. Powstańcy wiedzieli jedynie, że Niemcy kierują ich i ocalałą cudem ludność do obozu w Pruszkowie. Jeszcze 2 października o godzinie 8.00 polska delegacja przybyła na niemiecką barykadę pod politechniką, skąd przewieziono ją do kwatery generała Ericha von dem Bacha-Zalewskiego (1899-1972), która znajdowała się w majątku Ożarów około dziesięciu kilometrów na zachód od Warszawy. Przeczytawszy list Tadeusza Komorowskiego, w którym ten upoważnił delegację do przeprowadzenia rokowań i podpisania umowy o zawieszeniu broni, niemiecki generał uroczyście powstał ze swojego miejsca i oświadczył, że nie potrafi ukryć radości z powodu decyzji Komorowskiego dotyczącej zaprzestania walk. Po tymże oświadczeniu uczestnicy zebrania usiedli i wtedy przystąpiono do rozpatrywania warunków umowy.


Spotkanie Tadeusza Komorowskiego z niemieckim oficerem Erichem von dem Bachem-Zalewskim po kapitulacji Warszawy (4. X. 1944).

Wyłoniła się zasadnicza trudność. Otóż, generał Erich von dem Bach-Zalewski zażądał natychmiastowego wprowadzenia niemieckich wojsk do dzielnic Warszawy, które zajęte były przez oddziały Armii Krajowej. Dowództwo niemieckie chciało mieć bowiem rękojmię, iż Polacy nie przerwą rokowań w wypadku, gdyby nagle nastąpiło uderzenie ze strony Sowietów. Niemniej delegacja polska odrzuciła to żądanie, ponieważ obecność oddziałów polskich i niemieckich na tym samym terenie niechybnie doprowadziłaby do starć zbrojnych. Po uzgodnieniu sprawy z Tadeuszem Komorowskim, ustalone zostało, że na znak, iż rozmowy nie będą przerwane, jeszcze tego samego dnia zostanie rozebrana jedna barykada u wylotu ulicy Śniadeckich przed politechniką. Przewodniczący polskiej delegacji pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki ps. „Heller” (1897-1984) oświadczył, że posiada przygotowany projekt umowy. W tej sytuacji Niemcy zgodzili się oprzeć dyskusję na tym projekcie i z niewielkimi zmianami został on przez obydwie strony zaakceptowany. Tego samego popołudnia polscy delegaci wraz z niemieckimi oficerami spisali ostateczny tekst porozumienia.

Po podpisaniu układu kapitulacyjnego generał Erich von dem Bach-Zalewski przysłał Tadeuszowi Komorowskiemu zaproszenie do złożenia mu wizyty celem omówienia dodatkowych zarządzeń związanych z umową kapitulacyjną. Tadeusz Komorowski zgodził się odwiedzić Niemca w dniu 4 października w południe. Tak więc wkrótce po godzinie 11.00 Komorowski wyruszył na spotkanie w towarzystwie adiutanta i tłumacza. Wraz z oficerami wszedł do pomieszczenia, gdzie miało się ono odbyć. Generał Erich von dem Bach-Zalewski – człowiek w typie pruskiego junkra – zachowywał się z pewnością siebie i ogromną butą, które próbował ukryć wyszukaną uprzejmością. Mówił głośno i dobitnie. Rozmowę rozpoczął od komplementów i słów uznania dla waleczności oraz odwagi obrońców Warszawy. Wyraził też współczucie z powodu losu, jaki spotkał Polaków. Podkreślił, iż w pełni zdaje sobie sprawę z rozgoryczenia, jakie Powstańcy i ludność cywilna Warszawy muszą żywić wobec Rosji, a także swoich zachodnich sprzymierzeńców. Nie wątpił, że po ostatnich doświadczeniach Polacy nie będą mieć żadnych złudzeń względem wrogich zamiarów Sowietów w stosunku do Polski. Teraz Niemcy i Polacy mają tego samego wroga, czyli komunistycznych barbarzyńców ze wschodu. Obydwa narody powinny zatem zaprzestać waśni i rozważyć wspólną obronę.

Odpowiedź Tadeusza Komorowskiego była krótka. Wyjaśnił, że kapitulacja w niczym nie zmienia stosunku Polski do Niemiec, z którymi od dnia 1 września 1939 roku jest w stanie wojny. Jakiekolwiek są polskie odczucia wobec Rosji, pojęcie wspólnego wroga dla Komorowskiego nie istniało, ponieważ wrogiem Polski nadal byli Niemcy. Generał Erich von dem Bach-Zalewski nie dał jednak za wygraną. Przyznał, że Niemcy popełnili względem Polaków szereg fatalnych błędów. Aczkolwiek uważał, że jest jeszcze czas, aby te błędy naprawić i we wspólnym interesie leży współdziałanie przeciw Sowietom. W odpowiedzi Tadeusz „Bór” Komorowski zaproponował, aby przedyskutować kwestie, które miały stanowić cel jego wizyty. Chodziło bowiem o sprawę ewakuacji ludności cywilnej. Na to jego rozmówca odpowiedział, że przygotował dla niego willę, przed którą byłby ustawiony jedynie honorowy posterunek i w której Komorowski mógłby odpocząć „po trudach walki”. Chciał, aby polski generał wraz z nim czuwał nad ewakuacją osób cywilnych z miasta. Na tę propozycję Tadeusz Komorowski również udzielił odmownej odpowiedzi. Powiedział, że Polska lojalnie wypełniała swoje zobowiązania wobec sprzymierzeńców przez pięć lat i nie będzie ich łamać w ostatniej chwili przed zwycięstwem. Na te słowa Erich von dem Bach-Zalewski rzekł: „Ależ, panie generale, pan i pańscy rodacy jesteście w błędzie. Niedaleka przyszłość przyniesie niespodzianki, o jakich nikomu się nie śniło. Zwycięstwo Niemiec jest zupełnie pewne.” Wtedy Tadeusz „Bór” Komorowski odparł, że jego pogląd w tej sprawie jest zgoła odmienny. Uważał bowiem, że myśl, iż Niemcy skapitulują wkrótce po kapitulacji Warszawy dodaje mu wiele otuchy. Wreszcie rozmowa się zakończyła, natomiast pożegnanie było o wiele chłodniejsze, niż powitanie.


Tadeusz Bór-Komorowski w drodze do niemieckiej niewoli (5. X. 1944).

Wieczorem stacja nadawcza Armii Krajowej „Błyskawica” nadała ostatnią audycję. Spiker łamiącym się ze wzruszenia głosem oznajmił: „Byliśmy wolni przez dwa miesiące, dziś znowu idziemy do niewoli. Ale Niemcy nigdy nie zdobędą Warszawy. Warszawa nie istnieje.” Wtedy też ekipa radiostacji własnoręcznie zniszczyła aparaturę. Wymarsz Armii Krajowej zaplanowano na 9.45. Ostatnie godziny dla wszystkich żołnierzy były bardzo ciężkie. Niezwykle trudno było rozstać się z tym ostatnim skrawkiem miasta, w którym żyli przez sześćdziesiąt trzy dni jako ludzie wolni i gdzie pozostało pod ruinami tak wielu towarzyszy z czasów konspiracji. Niemniej musieli już ruszać. Tuż przed wymarszem Tadeusz „Bór” Komorowski zaintonował polski hymn państwowy: Jeszcze Polska nie zginęła… Podchwyciły go zarówno oddziały, jak i tłumy stojącej obok ludności cywilnej. Gdy przebrzmiały ostatnie słowa hymnu, padła komenda: „Na prawo, patrz!”. Stojący obok barykady kapelan pobłogosławił Przenajświętszym Sakramentem wymaszerowujące w nieznane oddziały powstańcze.


Zniszczona Warszawa 
Styczeń 1945


Z meldunku do Prezydenta Rzeczypospolitej

Melduję, że w wykonaniu umowy kapitulacyjnej, którą zawarłem dnia 2 bm., wojsko walczące w Warszawie składa broń w dniu dzisiejszym i jutrzejszym. Jest zupełną niemożliwością, abym nie odszedł do niewoli… Oddaję się z wojskiem w ręce Niemców jutro, dnia 5 bm. przed południem. Opuszczenie obozu jeńców może nastąpić tylko w drodze ucieczki, do czego, zgodnie z życzeniem Pana Prezydenta, dążyć będę bezwzględnie, niezależnie od osobistego ryzyka i trudów. Postawa naszego wojska bez zarzutu. Wzbudza podziw wroga.

W podpisie:
Komorowski-Bór, gen. dyw.





_________________________________

Tekst powstał w oparciu o następującą publikację:






Wydawnictwo: BELLONA
Warszawa 2009





Generał dywizji Tadeusz „Bór” Komorowski był dowódcą Armii Krajowej od lipca 1943 roku aż do chwili upadku Powstania Warszawskiego, jeńcem oflagów niemieckich od października 1944 do 5 maja 1945 roku. Uwolniony przez aliantów z obozu w Markt Pongau w Tyrolu udał się do Londynu. Tam podjął obowiązki Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych. Po rozwiązaniu przez Anglików regularnych formacji Wojska Polskiego na Zachodzie stanął na czele Rządu RP na uchodźstwie jako premier i funkcję tę pełnił od 21 lipca 1947 roku do 7 kwietnia 1949 roku. Niniejsza książka została napisana w roku 1945 i była przeznaczona dla czytelników obcych, których zapoznać miała z dziejami polskiego podziemia i udziałem Polski we wspólnym wysiłku wojennym Sprzymierzonych. W wydaniu polskim autor poprawił wiele nieścisłości, uzupełnił informacje, korzystając z materiałów Studium Polski Podziemnej, a zwłaszcza opracowań, które stały się podstawą dzieła zbiorowego „Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej”.








niedziela, 16 sierpnia 2015

Charlotte Link – „Nieproszony gość”














Wydawnictwo: SONIA DRAGA
Katowice 2014
Tytuł oryginału: Der fremde Gast
Przekład: Dariusz Guzik





Gdy nagle tracimy kogoś bliskiego, z kim mieliśmy nadzieję doczekać starości, wówczas wydaje nam się, że nasze życie tak naprawdę już się skończyło, bez względu na to, ile mamy lat. Kiedy osoba, którą kochaliśmy odchodzi, aby związać się z kimś innym, wtedy jeszcze przez długi czas mamy cichą nadzieję, że może jednak ten nowy związek nie okaże się tym, czego tak naprawdę poszukuje w życiu nasz były partner czy była partnerka. Jeżeli faktycznie tak się stanie, to istnieje jeszcze szansa, że osoba, która zniknęła z naszego życia, za jakiś czas do nas powróci. Znacznie gorzej natomiast jest wtedy, gdy obiekt naszych uczuć umiera i trzeba pogodzić się z tym, że już nigdy tego człowieka nie zobaczymy. Od tej pory jedyne, co nam pozostanie, to grób na cmentarzu, który będziemy odwiedzać tak często, jak to tylko możliwe.

Wiele osób w takiej sytuacji nie widzi dla siebie żadnej przyszłości i niekiedy myśli o tym, aby w jakiś mistyczny sposób połączyć się z człowiekiem, który odszedł z tego świata. Nieważne, że są dzieci, które trzeba wychować. Nie istotne jest, że mamy pracę, która daje nam satysfakcję. Nieważne też, że wokół nas są przyjaciele, którzy chcą pomóc, lecz nie wiedzą w jaki sposób, bo zamknęliśmy się w sobie i zbudowaliśmy wielki mur, przez który nikt z zewnątrz nie jest w stanie się przedostać. Nasz stan psychiczny zaczyna się pogarszać z dnia na dzień. Przestaje nas interesować to, co dzieje się wokół. Praktycznie świat mógłby nagle przestać dla nas istnieć. I co wtedy robimy? Zaczynamy myśleć o samobójstwie. Tego rodzaju myśli każdego dnia przybierają na sile, aż w końcu całkowicie nas obezwładniają i stopniowo zaczynamy przygotowania do odebrania sobie życia, bo przecież to wszystko wokół nas jest bez sensu. Teraz pozostaje nam już tylko zdecydować, w jaki sposób pożegnać się z życiem. Najlepiej tak, żeby nie bolało. Możemy na przykład zażyć sporą ilość środków farmaceutycznych i po prostu zasnąć na wieki. Ale co będzie, jeśli ktoś niespodziewanie nam w tym przeszkodzi? Co stanie się, kiedy tuż przed skończeniem ze sobą ktoś nagle zapuka do naszych drzwi, czasami wręcz zawracając nam głowę jakąś błahostką? W pierwszej chwili zapewne będziemy na intruza wściekli za to, że przerwał nam tak skrupulatnie przygotowywany plan odebrania sobie życia. Najchętniej wyrzucilibyśmy go z domu i pozamykali drzwi na cztery spusty, aby już nikt więcej nie ośmielił się zakłócać nam spokoju. Z drugiej strony jednak nieoczekiwane wtargnięcie natręta do naszego domu może tak naprawdę być początkiem nowego życia, które właśnie rozpoczniemy. Po jakimś czasie możemy być wdzięczni temu człowiekowi, że nie dopuścił do ziszczenia się naszych planów, które z perspektywy czasu możemy postrzegać jako idiotyczne i bezsensowne. Nagle zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, że osoba, która zmarła, a jej śmierć przyprawiła nas o głęboką depresję, nigdy nie chciałaby, abyśmy podążyli za nią w zaświaty.

Przypuszczam zatem, że Felix Brandt, który pewnego dnia nie przeżył czołowego zderzenia z samobójcą jadącym pod prąd, nie chciałby, aby jego ukochana żona odebrała sobie życie z powodu jego przedwczesnej śmierci. Felix był mężczyzną, którego potrzebowała nie tylko Rebecca, ale też jego pacjenci, których z powodzeniem leczył. Ta śmierć tak naprawdę w ogóle nie powinna była się zdarzyć. Niestety, czasu już cofnąć nie można. Jedyne, co należałoby zrobić w tej sytuacji, to spróbować żyć w miarę normalnie, co wcale nie oznacza, że trzeba zapomnieć o Feliksie i o tym, co się wydarzyło. Rebecca nie jest jednak na tyle silna, aby móc wrócić do życia sprzed wypadku. Ona wciąż wspomina męża i wydaje jej się, że nie jest w stanie bez niego żyć. Felix był dla niej niczym tlen, bez którego teraz się dusi. Kobieta opuszcza zatem swój dom w Niemczech i przenosi się do malowniczej Prowansji, gdzie razem z mężem kilka lat wcześniej kupiła piękną posiadłość. To właśnie tutaj pragnie zakończyć swoje życie. Akt samobójczy dokładnie sobie zaplanowała. Przez pewien czas skrupulatnie gromadziła morfinę, która teraz ma jej pomóc w podróży na drugi świat. Kiedy już wszystko jest doskonale przygotowane, dom wysprzątany i pozałatwiane wszystkie ważne sprawy, do drzwi domu Rebeki puka Maximilian Kemper…


Dominic Raacke jako Maximilian Kemper & Barbara Rudnik w roli Rebeki Brandt
reż. Markus Rosenmüller
fot. ZDF (2007)
źródło

Tymczasem gdzieś na obrzeżach Monachium mieszkają Karen i Wolf. Są oni klasycznym przykładem małżeństwa, w którym dominuje męski pierwiastek. To Wolf wszystkim rządzi, natomiast Karen jest tą przysłowiową „szarą myszką”, która zawsze usuwa się w cień. Kobieta cierpi na depresję, która być może w dużym stopniu spowodowana jest zachowaniem jej męża. Karen uważa bowiem, że każdy, z kim zetknie ją los, jest wobec niej nieuprzejmy, dlatego też woli zejść innym z drogi, zamiast twardo bronić swojego zdania, nawet jeśli jej rozmówca nie wie czym jest kulturalne zachowanie. Z kolei Wolf stale krytykuje żonę. Mężczyzna widzi jedynie jej wady. Zupełnie nie dostrzega tego, że Karen po urodzeniu drugiego dziecka całkowicie poświeciła się prowadzeniu domu i niczym przykładna „kura domowa” biegnie z ciepłym obiadkiem, gdy tylko ujrzy swojego „pana” wracającego z pracy. Niestety, Wolf zupełnie nie dostrzega jej poświęcenia. Tylko z drugiej strony czy można w tym kontekście mówić o poświęceniu, czy może o zwyczajnej głupocie i naiwności ze strony Karen? Przecież ona w ogóle o sobie nie pamięta. Nie zaspokaja własnych potrzeb ani ambicji. Jej świat kręci się wokół dzieci, męża i psa. Czy tak powinno wyglądać małżeństwo i życie młodej kobiety?

Sąsiadami Karen i Wolfa są niejacy państwo Lenowsky, którzy od dawna są już na emeryturze. Karen nie postrzega ich jako osób sympatycznych, ale w przypadku tej kobiety raczej każdy jest antypatyczny. W pewnym momencie jednak negatywne odczucia zaczynają być spychane na bok. Otóż, od kilku dni Fred i Greta Lenowsky, jak gdyby zapadli się pod ziemię. Nikt ich nie widział, zaległa poczta aż wysypuje się ze skrzynki, natomiast jakiekolwiek dostanie się do ich domu jest niemożliwe. Tym, co budzi w Karen niepokój jest dodatkowo fakt, iż dom wygląda tak, jakby ktoś w nim przebywał, lecz kiedy kobieta próbuje dzwonić do drzwi, nikt jej nie otwiera. Czyżby Fred i Greta obrazili się na sąsiadów? A może za ich milczeniem kryje się coś znacznie poważniejszego, niż tylko zwykła niechęć do ludzi? Chyba jedynie pies Karen – Kenzo – wie, co tak naprawdę wydarzyło się w domu emerytów. Kenzo bowiem bezustannie obszczekuje ich posiadłość, czego wcześniej w ogóle nie robił. Swoim zachowaniem zakłóca spokój innym sąsiadom, lecz nawet Karen nie ma na Kenzo wpływu. Mądry pies o czymś wie, lecz nie jest w stanie tego powiedzieć. Co zatem stało się z Fredem i Gretą? Czy jeszcze kiedyś opuszczą swój dom? A może wyjechali, zostawiając dla niepoznaki alarm, dzięki któremu dom wygląda na zamieszkały?


Jasmin Schwiers jako Inga Hagenau & Antonio Wannek w roli Mariusa Hagenau
reż. Markus Rosenmüller
fot. ZDF (2007)
źródło

Nieproszony gość to książka, w której przeplatają się losy wielu osób. Charlotte Link zanim przejdzie do sedna sprawy, nakreśla życiową sytuację różnych ludzi, których z pozoru nic ze sobą nie łączy, ale gdy stopniowo zagłębiamy się w fabułę dostrzegamy, że jednak jest zupełnie inaczej. Jak w każdej książce autorstwa Charlotte Link, tak i w przypadku Nieproszonego gościa czytelnik ma do czynienia z niezwykle brutalnym morderstwem, którego nie wiadomo kto dokonał. Policja podczas dochodzenia trafia na ślad sprzed wielu lat. Można śmiało rzec, że ofiary zasłużyły sobie na los, jaki je spotkał. Lecz z drugiej strony czy codzienne poniżanie i upokarzanie może usprawiedliwić dokonanie zabójstwa? Chyba nie. Na załatwienie spraw sprzed lat jest przecież inny sposób. Z drugiej strony jednak wciąż nie wiadomo, czy mordercą jest osoba na tę chwilę podejrzana.

Autorka w swojej książce porusza kilka problemów społecznych, a najważniejszym z nich jest kwestia rodzin zastępczych i ośrodków, które zajmują się pomocą dzieciom i młodzieży z domów, w których nie dzieje się najlepiej. Jeden z bohaterów – choć dziś już dorosły – jest właśnie takim dzieckiem ze „złego” domu, które w wyniku sądowego orzeczenia zostało umieszczone w rodzinie zastępczej, gdzie przeżyło istne piekło. Takie doświadczenia z dzieciństwa nie mogły nie odbić się negatywnie na jego dorosłym życiu. Tylko czy nasz bohater w tej swojej ogromnej nienawiści i chęci wyrównania rachunków nie zagubił się gdzieś po drodze i nie zaczął krzywdzić niewinnych ludzi? Może ta przeogromna chęć zemsty przesłoniła mu to, co w życiu naprawdę ważne? Zaślepiony wydarzeniami z przeszłości nie widzi, że tuż obok są ludzie, którzy wcale nie życzą mu źle i gdyby tylko zwrócił się do nich o pomoc i zaufał, jego życiowa sytuacja wyglądałaby dziś zupełnie inaczej? Bohater, o którym mowa, jest doskonałym przykładem na to, jak ogromny wpływ na dorosłe życie ma dzieciństwo i dom rodzinny. Od pewnego momentu czytelnik stopniowo poznaje historię chłopca, którego nigdy nie powinno spotkać to, czego faktycznie doświadczył. Czy zawinił system? A może ludzie nie potrafili stanąć na wysokości zadania i wywiązać się z tego, do czego zostali powołani? Czy może w tym wszystkim – gdzieś na samej górze – stał ktoś silniejszy, kto wykorzystując swoje wpływy i znajomości w konsekwencji doprowadził do dramatu?

Wyd. Blanvalet Tschenbuch Verlag
Niemcy 2014
Fabuła Nieproszonego gościa jest tak skonstruowana, że każdego z bohaterów możemy poddać wnikliwiej analizie psychologicznej. Kobiety na pozór wydają się naprawdę słabe pod względem emocjonalnym, lecz kiedy każda z nich stanie w obliczu zagrożenia, wtedy wyzwala w sobie ogromną siłę, która pozwala jej przetrwać najgorsze chwile. Z kolei mężczyźni to postacie, które generalnie powinny emanować wewnętrzną siłą i mocną psychiką, zaś w rzeczywistości tracą panowanie nad sobą w sytuacjach praktycznie bez wyjścia. Początkowo posiadają doskonały plan działania, który spala na panewce w momencie, kiedy trzeba dokonać trudnego wyboru, zaś wszelka krytyka słabszych jest tak naprawdę tchórzostwem przed poważną rozmową i szukaniem sposobu rozwiązania problemu. Gdzieś w tym wszystkim jest też miłość, która niesie ze sobą tylko zniszczenie.

Nieproszony gość jest na pewno powieścią, która wciąga, ale dopiero po przeczytaniu jej sporej części. Na początku czytelnik może poczuć się nieco znudzony, gdy Autorka jedynie nakreśla sylwetki poszczególnych bohaterów i opisuje realia, w jakich się poruszają. Zanim dojdzie do odkrycia morderstwa minie dość dużo czasu, co niecierpliwych czytelników może nieco irytować. Jeśli ktoś jest wiernym fanem twórczości Charlotte Link, to przypuszczam, że nie zrazi się tymi przydługimi opisami i będzie cierpliwie czekać, aż coś naprawdę zacznie się dziać. Wiadomo, że każdy autor ma w swoim literackim dorobku powieści lepsze i gorsze. Raczej nie staram się porównywać poszczególnych książek danego pisarza, ale gdyby ktoś mnie zapytał, czy kiedykolwiek czytałam lepszą powieść Charlotte Link, niż Nieproszony gość, to wówczas z pełnym przekonaniem odpowiedziałabym, że TAK.

W tym przypadku wyraźnie widać rutynę Autorki, którą niektórzy jej zarzucają. Ostatnio czytałam Echo winy i w obydwu tych powieściach znalazłam wspólny element. I w jednej, i w drugiej książce czytelnik spotyka bowiem małżeństwo, które przepada za żeglowaniem, a właściwie to mężczyźni uwielbiają kontakt z wielką wodą, zaś kobiety muszą wiernie podążać za nimi, bo inaczej małżeństwo może zostać spisane na straty. W tym wypadku kobiety powinny być posłuszne i czy tego chcą, czy nie, muszą podzielać zamiłowania swoich mężów, bez względu na konsekwencje. Zauważyłam też, że Charlotte Link w swoich książkach wciąż opisuje pary małżeńskie, które zmagają się z trudnościami i raczej żadne z tych małżeństw nie wychodzi z kryzysu obronną ręką. Dlaczego tak się dzieje? Czy fakt ten ma jakieś źródło w życiu osobistym Charlotte Link albo w życiu jej przyjaciół, znajomych, rodziny? Trudno powiedzieć.

Myślę, że pomimo tego zbyt długiego wprowadzenia, książka zasługuje na uwagę i warto po nią sięgnąć. Historia opisana przez Charlotte Link zawiera w sobie istotne życiowe kwestie, które wciąż są aktualne, natomiast od pewnego mementu fabuły czytelnikowi trudno już będzie oderwać się od Nieproszonego gościa