Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

środa, 29 lipca 2015

Michelle Moran – „Nefertiti”














Wydawnictwo: SONIA DRAGA
Katowice 2010
Tytuł oryginału: Nefertiti
Przekład: Jarosław Rybski




Jedną z najbardziej tajemniczych i potężnych kobiet starożytnego Egiptu była z pewnością królowa Nefertiti, która u boku swojego męża – faraona Echnatona (Amenhotepa IV) – rządziła Egiptem w latach 1353-1336 p.n.e.; najprawdopodobniej swoją władzę sprawowała nawet po śmierci męża. Jej panowanie to czas ogromnego przewrotu kulturalnego, natomiast sam Echnaton zapisał się w historii jako ten, który dokonał reorganizacji religijnej i politycznej państwa skupionej wokół kultu boga słońca Atona. Najbardziej znanym portretem Nefertiti jest jej popiersie wykonane z piaskowca, które zostało odnalezione w 1912 roku i od tej chwili stało się globalną ikoną kobiecego piękna i siły.

Nefertiti najprawdopodobniej była córką Aja – głównego doradcy faraona, który objął rządy po śmierci Tutenchamona w roku 1323 p.n.e. Istnieje również teoria, że Nefertiti była księżniczką pochodzącą z królestwa Mittani znajdującego się w północnej Syrii. Kiedy jej mąż wstąpił na tron Teb jako Amenhotep IV, Nefertiti była jego Wielką Małżonką Królewską. Tak bowiem tytułowano wówczas żonę danego władcy, która w przyszłości miała mieć znaczący wpływ na politykę kraju. Poza tym tytuł ten przyznawany był też wtedy, gdy faraon posiadał więcej niż jedną małżonkę. W piątym roku swojego panowania Amenhoteb odwrócił się od boga Amona i zaczął czcić Atona, jednocześnie przenosząc stolicę Egiptu na północ do Amarny. W tym samym czasie zmienił także imię na „Echnaton”, zaś Nefertiti przyjęła dodatkowe imię „Neferneferuaten”, co tłumaczono jako „niebywale piękna”.  

Zmiana religii przez Echnatona przyniosła ze sobą radykalne zmiany w konwencjach artystycznych. Zaczęto odchodzić od wyidealizowanych wizerunków poprzednich faraonów. Czasami Echnaton przedstawiany był z kobiecymi biodrami, a jego cechy były niebywale wyolbrzymiane. Wczesne portrety Nefertiti pokazują stereotypową młodą kobietę, lecz w późniejszym okresie jest ona niczym lustrzane odbicie Echnatona. Jej ostatnie wizerunki ukazują z jednej strony jej niewyobrażalną królewskość, zaś z drugiej nadal jest postacią realistyczną.

Popiersie Nefertiti znajdujące się
w Nowym Muzeum w Berlinie.
Na ścianach grobowców i świątyń zbudowanych za czasów panowania Echnatona, Nefertiti przedstawiana jest wraz z mężem znacznie częściej, niż miało to miejsce w przypadku innych egipskich władczyń. Wiele razy ukazana jest jako ta dzierżąca władzę i posiadająca autorytet. Królowa przewodniczy kultowi Atona, jeździ rydwanem albo walczy z wrogiem. Nefertiti urodziła sześć córek, zaś jej mąż zaczął wiązać się z innymi kobietami, w tym nawet ze swoją własną siostrą, z którą spłodził przyszłego króla Tutenchamona. Natomiast trzecia córka Nefertiti w końcu została królową u boku swojego przyrodniego brata.

Nefertiti znika z historycznych zapisków około dwunastego roku siedemnastoletniego panowania Echnatona. Mogła wówczas umrzeć, ale możliwe też, że oficjalnie przejęła władzę u boku męża pod imieniem „Neferneferuaten”. Z drugiej strony jednak przypuszcza się, że po Echnatonie rządził faraon Smenchkare, którym mogła być właśnie Nefertiti ukrywająca się pod tym imieniem. Tego faktu nie można wykluczyć, zważywszy że w XV wieku p.n.e. Egiptem rządził faraon, który w rzeczywistości był kobietą i ukrywał się pod imieniem „Hatszepsut”. Władczyni rządziła w przebraniu mężczyzny z przyczepioną do twarzy sztuczną brodą. Jeśli Nefertiti faktycznie dzierżyła władzę w czasie ostatnich lat życia Echnatona, to możliwe jest, że rozpoczęła proces przywracania poprzednich praktyk religijnych, które urzeczywistniły się w okresie panowania króla Tutenchamona. W pewnym momencie Neferneferuaten zatrudniła bowiem skrybę, aby złożył Amonowi boskie ofiary celem zanoszenia próśb o okazanie łaski i ostateczne rozproszenie ciemności, w jakich pogrążyło się królestwo z powodu odwrócenia się od niego.

W dniu 6 grudnia 1912 roku zespół prowadzony przez niemieckiego archeologa Ludwika Borchardta (1863-1938) odkrył popiersie Nefertiti pochowane do góry nogami w piaszczystym gruzie znajdującym się na podłodze w pracowni królewskiego rzeźbiarza Totmesa w Amarnie. Odnalezione popiersie artysta wykonał najprawdopodobniej w 1345 roku p.n.e. Widać, że Nefertiti ma smukłą szyję, wdzięczną i proporcjonalną twarz, a na głowie dziwne cylindryczne nakrycie w identycznym stylu, jaki można zobaczyć na obrazach ukazujących Nefertiti. Zgodnie z umową zespół Ludwika Borchardta musiał podzielić się znaleziskiem z rządem egipskim, więc popiersie tylko częściowo było własnością Niemiec. W czasopiśmie archeologicznym opublikowano wówczas tylko jedno niewyraźnie zdjęcie, zaś dzieło sztuki trafiło do rezydencji sponsora wyprawy Jacquesa Simona, gdzie można było je obejrzeć przez kolejne jedenaście lat.

Rzeźba portretowa Echnatona
znajdująca się w Rosicrucian 
Egyptian Museum w San Jose 
w Kalifornii.
W 1922 roku brytyjski egiptolog Howard Carter (1874-1939) odkrył grobowiec Tutenchamona. Swoim odkryciem wzbudził ogromne zainteresowanie opinii publicznej, zaś obraz wykonany z litego złota w formie pogrzebowej maski już wkrótce stał się światowym symbolem piękna, bogactwa i władzy. Rok później popiersie Nefertiti zostało wystawione w Berlinie. Z powodu przewrotów politycznych w pierwszej połowie XX wieku, dzieło sztuki pozostało w rękach Niemców. Było podziwiane przez Adolfa Hitlera (1889-1945), który miał powiedzieć, że nigdy nie zrezygnuje z głowy królowej. Popiersie zostało ukryte przed nalotami bombowymi w kopalni soli, a w okresie zimnej wojny było wymarzonym nabytkiem NRD. Obecnie przyciąga uwagę ponad pięciuset tysięcy zwiedzających rocznie i znajduje się w Nowym Muzeum (z niem. Neues Museum) w Berlinie.

Powieść autorstwa Michelle Moran to oczywiście zbeletryzowana biografia Nefertiti, niemniej to wcale nie tytułowa bohaterka jest tutaj narratorką. Autorka postanowiła oddać głos przyrodniej siostrze królowej Egiptu – Mutnodżmet zwanej po prostu Muty. Akcja powieści rozpoczyna się w chwili, gdy umiera brat późniejszego Amenhotepa IV, który stał mu na drodze do objęcia tronu po ojcu. Nie wiadomo tak naprawdę, co było powodem śmierci Totmesa. Generalnie mówi się, że był to nieszczęśliwy wypadek. Ale czy na pewno? W związku z utratą pierwszego następcy tronu, sukcesja automatycznie przechodzi na młodszego syna. Niemniej trzeba jak najszybciej znaleźć mu żonę, a przecież u boku przyszłego faraona Egiptu nie może stać byle jaka kobieta. To musi być ktoś wyjątkowy, kto będzie wspierał i pomagał Amenhotepowi. I tak oto wybór matki przyszłego faraona pada na Nefertiti. Oczywiście księżniczka jest zachwycona i snuje już swoje plany. Doskonale wie, jak będzie wyglądać jej małżeństwo z Amenhotepem, ale jest jeden problem. Otóż przyszły faraon ma już jedną żonę, lecz ona w żadnym razie nie nadaje się na władczynię Egiptu. Trzeba zatem zrobić wszystko, aby osłabić jej pozycję w życiu Amenhotepa. Czy Nefertiti zdoła tego dokonać? Czy jej przyszyły mąż naprawdę będzie tak uległy, jak sądzi księżniczka? Jak przyjmą ją poddani i czy jej zaufają?

W związku z zawarciem małżeństwa przez Nefertiti i Amenhotepa cała rodzina panny młodej przeprowadza się do Teb, gdzie od tej pory trzeba będzie wieść zupełnie nowe życie, jakże różne od tego, które jeszcze wczoraj było normalnością. Wydaje się, że członkowie rodziny Nefertiti są z tego powodu zadowoleni. Ojciec staje się prawą ręką przyszłego faraona, zaś macocha czuje, że trzeba zrobić wszystko, aby tylko nie stracić pozycji, jaką rodzina uzyskała przez małżeństwo jej pasierbicy. Tylko Muty jest jakaś niezadowolona. Czyżby ta młoda dziewczyna przeczuwała, że kiedyś przyjdzie dzień, w którym to wszystko runie? Czyżby gdzieś podświadomie wiedziała, że od tej pory na ich drodze będą już tylko ciernie i stwarzanie pozorów? A może Mutnodżmet wie, że zachłanność jej starszej siostry najbardziej skrzywdzi właśnie ją? Może zdaje sobie sprawę z tego, że to ona – Muty – najbardziej na tym wszystkim ucierpi?


Płaskorzeźba ilustrująca Nefertiti i Echnatona oraz trzy ich córki, która stała się wzorem
do przygotowania falsyfikatu na wymianę za głowę Nefertiti.
Płaskorzeźba znajduje się w Egipskim Muzeum w Berlinie. 


Powieściowa postać Nefertiti odmalowana jest w sposób doskonały. Michelle Moran ukazała tę niezwykłą egipską królową najlepiej, jak potrafiła. Nefertiti jest piękna, ale też bardzo rozkapryszona, egoistyczna i przede wszystkim żądna władzy i uznania. Robi wszystko i przed niczym się nie waha, aby tylko móc osiągnąć swój cel. Nawet dobro własnej siostry stawia niżej niż własną pazerność na władzę. Muty jest dla niej kimś w rodzaju służącej. A przecież tak nie powinno być. Nefertiti na każdym kroku popierana jest przez swojego ojca, który jak gdyby zapomina o tym, że ma jeszcze jedną córkę, która także potrzebuje jego zainteresowania. Nie, to Nefertiti jest tutaj najważniejsza i to o nią należy dbać i jej pomagać, aby jeszcze bardziej wywyższyć rodzinę.

Oczywiście w tym wszystkim najważniejsze jest, aby Nefertiti urodziła syna, który w przyszłości obejmie tron po swoim ojcu. Niestety, nic na to nie wskazuje, ponieważ każda ciąża kończy się urodzeniem córki. Z jednej strony królowa cieszy się z narodzin kolejnej księżniczki, lecz z drugiej wie, że gdzieś tam w innej części pałacu mieszka ta, której dziecko może odebrać jej władzę. Ta rywalizacja pomiędzy Wielką Małżonką Królewską a Kiją jest widoczna niemalże na każdej stronie powieści. Pewnym zagrożeniem jest dla Nefertiti także jej siostra. Od tego, z kim zwiąże się Muty będzie zależeć przyszłość rodziny faraona. Tak więc w sercu królowej wciąż gości strach, bo z jednej strony mamy niestabilnego męża, zaś z drugiej rywalizację o sukcesję.

Wydanie z 2008 roku
Na kartach powieści starożytny Egipt ukazany jest na tyle realistycznie, na ile pozwalają dzisiejsze źródła historyczne. Z kolei bohaterowie są bardzo wyraziści i przemawiający do czytelnika w sposób realistyczny. Nie są to postacie, które mogą wydawać się oderwane od rzeczywistości. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni wnoszą do fabuły powieści naprawdę wiele dobrego. Trzeba pamiętać, że każda walka o władzę pociąga za sobą niegodziwe czyny. Tutaj także takich nie brakuje. Za wszystko jednak trzeba w życiu zapłacić, więc należy się spodziewać, że postępowanie Echnatona i Nefertiti prędzej czy później zostanie ukarane, a szczęście, które odczuwają kiedyś pryśnie jak bańka mydlana. Wydaje się, że narratorka Muty, jak gdyby o tym wie, lecz kto niby miałby się liczyć z jej zdaniem? Przecież ona jest tylko po to, aby wykonywać polecenia swojej siostry, która jest również jej królową. Oczywiście są chwile, kiedy Mutnodżmet stara się buntować, ale wydaje się, że ten bunt nikogo nie obchodzi. Nefertiti jest tak bardzo doskonała w manipulowaniu ludźmi, że owija sobie ich wokół małego palca. Muty jest tego najlepszym przykładem.

Książka Michelle Moran jest doskonałą lekturą dla tych, którzy lubią starożytne klimaty, zaś sama postać królowej Nefertiti jest skonstruowana w taki sposób, że naprawdę nie można nudzić się podczas czytania. Możliwe, że nie wszyscy znamy tę egipską królową, więc przynajmniej w ten sposób można ją choć trochę poznać. Oczywiście Autorka wprowadziła nieco fikcji do fabuły, ale większość wydarzeń jest zgodna z tym, co podają źródła historyczne. Sięgając po Nefertiti możecie spodziewać się zatem nie tylko sporej dawki historii, ale także niemało emocji. Jak to bywa w książkach, jedni bohaterowie wzbudzają sympatię, zaś inni już na wstępie budzą negatywne uczucia. Myślę, że książka na pewno jest dużo lepsza od Córki Kleopatry, którą czytałam niedawno. Dlatego mogę ją polecić z pełną odpowiedzialnością.





niedziela, 26 lipca 2015

Posiadam pierwszy wydruk książki, który jest oprawiony w ramkę i wisi na ścianie...






ROZMOWA Z JEREMYM PODOLSKIM


Jeremy Podolski jest wnukiem Antoniego Józefa Podolskiego – autora autobiografii zatytułowanej „23 Days: A Memoir of 1939”. Antoni urodził się w 1923 roku w miejscowości Baranowicze, która do roku 1945 należała do Polski. Obecnie są to tereny Białorusi. Joe zmarł w Norfolk w 1999 roku. W czasie drugiej wojny światowej Antoni Podolski walczył przeciwko Armii Czerwonej, a także był pilotem myśliwca w Polskich Siłach Powietrznych w Wielkiej Brytanii. Jego bohaterska walka ze wschodnim okupantem zaowocowała tym, że został aresztowany i ostatecznie spędził dwadzieścia trzy dni w celi śmierci, czekając na wykonanie wyroku. Jeremy opowie nam nie tylko o swoim heroicznym Dziadku, ale także przybliży fakty dotyczące powstawania tej niezwykle wzruszającej książki, jaką bez wątpienia są wojenne wspomnienia Antoniego ‘Joe’ Podolskiego.


Agnes A. Rose: Jeremy, witam Cię serdecznie na moim blogu i dziękuję, że zgodziłeś się udzielić mi wywiadu. Czy mógłbyś nam coś więcej opowiedzieć o swoim Dziadku? Jakim był człowiekiem?

Jeremy Podolski: Kiedy dorastałem był wszystkim tym, czego można oczekiwać od Dziadka. Był miły i bardzo nas kochał. Pozwalał nam unikać kary znacznie częściej, niż robili to nasi rodzice w domu. Kilka razy nawet nas krył, gdy przysparzaliśmy nieco więcej problemów, niż zazwyczaj. Na początku lat 80. XX wieku cierpiał z powodu rozległego udaru mózgu, natomiast ja urodziłem się w 1983 roku, więc moje wspomnienia związane z nim dotyczą okresu już po udarze. Bardziej stateczne życie prowadził już po chorobie. Przestał latać, uczyć judo i pracować przy budowie łodzi oraz naprawie szybowców, jak również przestał być jubilerem. Bardzo chciałbym z nim latać, ponieważ z opowieści, które usłyszałem wiem, że był niezwykłym pilotem.


Na zdjęciu Joe Podolski wraz ze swoją lotniczą eskadrą około 1945 roku.
Joe siedzi w pierwszym rzędzie pierwszy po prawej stronie.


Agnes A. Rose: Kiedy po raz pierwszy poznałeś historię swojego Dziadka? Pamiętasz, co wtedy czułeś?

Jeremy Podolski: Po raz pierwszy przeczytałem o tym dwa lata po jego śmierci. Miałem wtedy około osiemnastu lat. Dziadek chciał, aby jego manuskrypt trafił do mojego brata i do mnie. Wtedy ta historia była trudniejsza do przyswojenia w porównaniu z dniem dzisiejszym. Był to ogromny przeskok w czasie, kiedy zapisywał swoją opowieść, a więc gdy nagrywał ją po kawałku, trochę zrywał swoje wspomnienia. Byłem zdumiony tą historią. To było niewiarygodne przez co przeszedł. Nie mogłem wyobrazić sobie, jak mógł przejść takie piekło w wieku szesnastu lat. Jego życie, jako szesnastolatka tak bardzo różniło się od mojego osiemnastoletniego, które wiodłem w bezpiecznym i spokojnym kraju. Wiedziałem, że w czasie wojny był pilotem, a pierwsze kilka lat były dla niego niezwykle okrutne. Byłem zaskoczony tym, jak normalnym człowiekiem był po wojnie. Jak mógł doświadczyć takich okropności, a potem po prostu ustatkować się i zbudować normalne życie.

Jedyne, co mnie „uderzyło” po przeczytaniu książki, to fakt, iż kiedy przebywałem u niego jako dziecko i budziłem się w środku nocy, zawsze wydawało mi się, że nie śpi. Nie sądzę więc, aby zbyt dobrze spał z powodu koszmarów.

Agnes A. Rose: Co takiego zadecydowało o tym, że Joe Podolski postanowił spisać swoje dramatyczne wojenne wspomnienia? Jak wyglądał sam proces przygotowywania dziennika?

Jeremy Podolski: Po przebyciu udaru mózgu przeszedł nieco pionierską operację, która uratowała mu życie i przedłużyła mu je o ponad dobre dziesięć lat. Chciał spisać tę historię dla rodziny. Miał nadzieję, że zostanie ona wówczas opublikowana w formie książki, ale tak się nie stało.

Swoje wspomnienia zapisywał, używając taśmy magnetofonowej. Jeden z jego przyjaciół przekazał ten zapis osobie piszącej na maszynie, która spisała tę historię z taśm. To pozwoliło otrzymać ponad sześćset stron maszynopisu przy podwójnym odstępie między wierszami. W takim formacie po raz pierwszy przeczytałem tę książkę.

Agnes A. Rose: Dlaczego książka „23 Days: A Memoir of 1939” ukazała się dopiero po śmierci Twojego Dziadka? Czy Antoni Podolski za życia nie chciał, aby jego losy poznało szersze grono odbiorców?

Jeremy Podolski: O ile wiem, pod koniec lat 80. XX wieku naprawdę starał się pozyskać wydawców i zobaczyć, czy będą zainteresowani. W tamtym czasie dobiegała końca zimna wojna, a Rosja nie była postrzegana jako wielki wróg, tak jak było to kiedyś. Rząd komunistyczny zasadniczo jest „złym facetem” w tej historii, więc myślę, że politycznie to nie był właściwy czas na publikację.

Również większość wydawnictw poszukuje tego, co pozwoli im zarobić pieniądze, a jeśli nie czują, że to będzie się sprzedawać, nie są zainteresowane. Wtedy drukowanie było bardzo kosztowne i były potrzebne duże nakłady, więc myślę, że większość takich książek postrzegana była w świecie wydawniczym jako ryzyko.


Joe Podolski uczył również judo. Na zdjęciu Joe stoi
pomiędzy swoimi dwoma kolegami z Norwich Judo Club. 


Agnes A. Rose: Jak wyglądał proces wydawniczy „23 Days: A Memoir of 1939”? Dlaczego ostatecznie zdecydowałeś się na publikację wojennych wspomnień Joe Podolskiego?

Jeremy Podolski: Przygotowanie książki po jego śmierci wymagało dużo pracy, lecz była ona rozłożona na prawie piętnaście lat. Po tym, jak po raz pierwszy przeczytałem książkę, chciałem ją zachować, więc musiałem przełożyć ją na komputer. Po metodzie prób i błędów użyłem jakiegoś oprogramowania do optycznego rozpoznawania tekstu. Proces ten obejmuje skanowanie strony oraz sczytywanie tekstu na stronie i umieszczenie go w programie Word. Ponieważ pierwotnie tekst został napisany na maszynie, program do optycznego rozpoznawania tekstu otrzymał sporo błędnych fragmentów i wybrał jakieś bardzo dziwne formatowanie. Program ten był też dużo prostszy w porównaniu z tym, jakie mamy dzisiaj, gdyż skanowanie zostało wykonane około 2003 roku.

Musiałem także przejść przez wszystkie z ponad sześciuset zeskanowanych stron i skorygować błędy oraz formatowanie, aby wyglądało to normalnie.

Wiele lat później znalazłem firmę, która robi cyfrowy druk książek. Przy rozwoju większości technologii oznaczało to, że drukowanie małego nakładu książek było wystarczająco tanie, aby warto było ten niewielki nakład wydrukować. Znalazłem też kogoś w Internecie, kto podjął się korekty. Po prostu trzeba było trochę poprawić gramatykę i ortografię, co pominąłem. Potem mój tato dokonał sporej edycji, aby móc nadać tej historii lepszy i bardziej czytelny porządek.

Taki właśnie był cyfrowy wydruk książki przeznaczony dla rodziny, ale kiedy opowieść została poprawiona, rozwinęła się w tę niesamowitą historię. Tak więc zdecydowaliśmy się zaryzykować i samodzielnie opublikować książkę. Nigdy niczego z niej nie usuwaliśmy ani nie dodawaliśmy. Jedynie przekopiowaliśmy tę historię tak, aby czytało się ją lepiej. 

Agnes A. Rose: W Internecie jest sporo pozytywnych i niezwykle wzruszających opinii na temat książki Twojego Dziadka? Czy przygotowując tę publikację kiedykolwiek spodziewałeś się, że ludzie w tak emocjonalny sposób podejdą do wspomnień Antoniego?

Jeremy Podolski: Nie, nie spodziewałem się. Ta reakcja ludzi była wspaniałym zaskoczeniem. Czytanie tylu szczerych opinii na temat książki sprawia, że cała ta ciężka praca była tego warta. Miło również słuchać wspomnień innych ludzi dotyczących mojego Dziadka. Są to historie, których nie znaliśmy i nigdy nie dowiedzielibyśmy się o nich, gdybyśmy nie opublikowali książki.

Agnes A. Rose: A jak Ty osobiście traktujesz tę książkę? Czym ona jest dla Ciebie?

Jeremy Podolski: Traktuję ją prawdopodobnie jako najważniejszą rzecz, jakiej udało mi się dokonać i być może już nigdy czegoś takiego nie zrobię. Jest to niesamowite połączenie bardzo smutnej i wstrząsającej części historii ludzkości. Posiadam pierwszy wydruk książki, który jest oprawiony w ramkę i wisi na ścianie, a pod nim kilka prasowych artykułów na temat mojego Dziadka. Już zawsze będę traktował tę książkę jako skarb i mam nadzieję, że jeśli nie wydarzy się nic innego, będzie to niesamowity historyczny dokument przekazywany w naszej rodzinie.

Jestem naprawdę dumny z książki i z tych niezwykle pozytywnych opinii, jakie otrzymaliśmy.

Agnes A. Rose: Wiem, że Twój Dziadek nigdy nie wrócił do Polski, ale na pewno tęsknił za krajem, w którym się wychował. Czy nigdy nie myślał o tym, aby jednak postawić wszystko na jedną kartę i wrócić do miejsc swojego dzieciństwa i dorastania, pomimo że obecnie te tereny już nie należą do Polski?

Jeremy Podolski: Cóż, mój ojciec pisząc o jego powrocie do domu miał na myśli jego dom rodzinny w Baranowiczach. Dziadek wrócił do Polski kilka razy i spotkał się z rodziną i starymi znajomymi. Ponieważ Rosja nadal kontrolowała Polskę, pojawiało się pewne ryzyko, a więc nigdy nie wystawiał swojego szczęścia na próbę, usiłując dostać się do swojego starego domu.

Agnes A. Rose: Wydaje mi się, że w październiku zeszłego roku byłeś w Krakowie, gdzie promowałeś książkę na Międzynarodowych Tragach Książki. Jak wspominasz to wydarzenie?

Jeremy Podolski: Osobiście nie byłem na Targach Książki. Byli tam moja Mama, Tato, Kuzyn, Brat i jego rodzina. Wydaje się, że poszło dobrze i mówili, że rozmawiali z wieloma ludźmi. Było pewne zainteresowanie ze strony polskiego wydawcy, ale ostatecznie zdecydowano, że to nie dla nich. 

Wydawnictwo: 
YELLOW WHEEL PUBLISHING LTD.
Wielka Brytania 2014
Agnes A. Rose: Czy możemy spodziewać się polskiego przekładu „23 Days: A Memoir of 1939” pomimo braku zainteresowania ze strony polskich wydawców?

Jeremy Podolski: Byłoby wspaniale mieć polskie tłumaczenie. Był jeden polski wydawca zainteresowany książką, ale ostatecznie do niczego nie doszło. Jeśli ktoś z czytających jest zainteresowany publikacją polskiej wersji, proszę niech się z nami skontaktuje!

Agnes A. Rose: Czy byłeś kiedykolwiek w Baranowiczach? Jeśli tak, to jak wyglądało Twoje podążanie śladami Dziadka?

Jeremy Podolski: Nie, nigdy nie byłem, ale myślałem o tym. Być może w przyszłości pojadę tam na wycieczkę. Smutne, że nie mam pojęcia o tym, jak wyglądał jego dom z dzieciństwa w porównaniu z tym, jaki jest teraz.

Agnes A. Rose: A jak postrzegasz Polskę? Czy oprócz Krakowa odwiedziłeś jeszcze jakieś ciekawe miejsce w naszym kraju?

Jeremy Podolski: Kocham Polskę i Kraków! Nigdy od razu nie poczułem się tak, jakbym był w domu, jak wtedy, gdy po raz pierwszy odwiedziłem Kraków w 2012 roku. Od 2001 roku kilka razy odwiedziłem Warszawę. Połowa prochów mojego Dziadka znajduje się w grobie jego ojca w Warszawie. Chciałbym bardziej poznać Polskę i gdzieś z tyłu głowy mam marzenie, aby odbyć po Polsce podróż koleją. I pewnego dnia w przyszłości, kiedy będę miał wystarczająco pieniędzy i czasu, zrobię to.

Agnes A. Rose: Jeremy, dziękuję Ci za tę rozmowę. Mam nadzieję, że wojenne wspomnienia Twojego dziadka zostaną pewnego dnia przetłumaczone na język polski i każdy będzie mógł je przeczytać bez bariery językowej. Czy chciałbyś coś jeszcze dodać na koniec?

Jeremy Podolski: Chciałbym tylko powiedzieć, że dziękuję za danie mi szansy opowiedzenia o wspomnieniach mojego Dziadka i jego niesamowitym życiu. Chciałbym zobaczyć, jak ta książka dobrze sobie radzi, ponieważ czuję, że jest to niesamowita historia, a takich książek jest teraz coraz mniej.



Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose



Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj.
If you want to read this interview in English, please click here.
Jeśli chcesz przeczytać recenzję książki, kliknij tutaj.
Jeśli chcesz dowedzieć się czegoś więcej o książce i Autorze, kliknij tutaj.
Jeśli chcesz kupić książkę, kliknij tutaj







piątek, 24 lipca 2015

Agnieszka Wojdowicz – „Niepokorne. Klara” # 2












Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. 
Dziękuję!



Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2015



Mieszkańcom Krakowa ulica Dolnych Młynów zapewne kojarzy się z fabryką papierosów wybudowaną za czasów austriackich, która funkcjonowała jeszcze na przełomie XX i XXI wieku jako Zakłady Tytoniowe Philip Morris. Okolice fabryki doskonale opisał Kornel Filipowicz (1913-1990) w swojej książce z 1955 roku zatytułowanej Ulica Gołębia. Jednym z bohaterów tej pokoleniowej powieści jest student Michał, który wynajmuje pokój w domu znajdującym się w rejonie rzeczonej fabryki papierosów. A zatem Kornel Filipowicz pisze tak: „Jednopiętrowy dom przy ulicy Dolnych Młynów, z szerokim, sklepionym jak brama podmiejskiej karczmy zajazdem, leżał jeszcze do niedawna na peryferiach miasta. W roku, w którym zamieszkał w nim Michał, Kraków wielkich budynków, kamienic i gmachów dotarł już do Alei Mickiewicza, a nawet przekroczył ją. Mimo to dom przy Dolnych Młynów nie miał instalacji elektrycznej. […] Michał zamieszkał więc w wąskim, ciemnym pokoju, do którego wchodziło się przez kuchnię przesmykiem wiodącym kręto między szafami, skrzyniami, pudłami i pluszowymi kotarami rozpiętymi na drucie, i polubił z czasem wilgotne, śmierdzące butwiejącymi szmatami wnętrze, obwieszone zbieraniną najdziwniejszych obrazów; […] Okolica była też przyjemna, ruchliwa: pobliska wytwórnia papierosów, zwana przez krakowian „cygarfabryką”, rozsiewała wokół duszny aromat tytoniu i co tydzień, w sobotę, ożywiała okoliczne szynki i sklepiki. W dzień wypłaty, na długo przed otwarciem szerokiej, warownej, podobnej do wrót więzienia bramy fabryki, wystawały już na chodnikach matki z dziećmi, prostytutki, wierzyciele i handlarze sznurowadeł, lusterek i prezerwatyw, sklepikarze i dziewczęta pragnące pójść do kina, a potem na spacer – wszyscy czekali, aż syrena oznajmi koniec pracy, a z bramy zaczną wychodzić ludzie z pieniędzmi w kieszeniach.

Wspomniana wyżej C.K. Fabryka Tytoniu (z niem. Kaiserliche Koenigliche Tabakfabrik) na początku XX wieku była największym zakładem produkcyjnym mieszczącym się w Krakowie. Zatrudniano tam około tysiąca osób, w tym jakieś dziewięćset kobiet i dziewcząt. Zakład powstał w 1871 roku, a było to za prezydentury Józefa Dietla (1804-1878). Ówczesny prezydent Krakowa miał niezwykle ambitny plan dotyczący ożywienia przemysłu, a tym samym przełamania gospodarczej martwoty miasta. W działaniach zmierzających do uruchomienia rządowych zakładów tytoniowych krakowscy rajcy wysuwali między innymi argument mający związek z planowaną rozbudową Twierdzy Kraków, gdzie miało stacjonować docelowo dwanaście tysięcy żołnierzy i oficerów. Żołnierzom zasadniczej służby wojskowej armia zapewniała permanentny przydział wyrobów tytoniowych. Z kolei żołnierzom zawodowym oraz wyższym rangą sprzedawano tytoń na preferencyjnych warunkach. Tak więc był to całkiem dobrze prosperujący rynek machorki, co doskonale uzasadniało miejsce lokalizacji fabryki na terenie Krakowa.

Marcelina Kulikowska – 
znana krakowska socjalistka i feministka,
żyjąca na przełomie XIX i XX wieku. 
W tamtych czasach miasto było dość słabo uprzemysłowione, pomimo iż przez kolejne lata fabryka papierosów była największym zakładem pracy, który zatrudniał przede wszystkim kobiety i młode dziewczęta. Niestety, dla nich ta oferta pracy była wówczas bardzo skromna. Mówiło się, że pracownice Cygar-Fabryki są najpiękniejszymi dziewczętami pochodzącymi z podkrakowskich wsi. Bardzo często w zakładzie pracowały i matka, i córka/córki. Początkowo fabryka zlokalizowana była w tak zwanych „młynach królewskich”, a dopiero w 1880 roku zdecydowano o rozpoczęciu budowy w pobliżu nowego budynku fabrycznego. W zakładzie wszystko zorganizowane było zgodnie ze szczegółowymi przepisami obowiązującymi wówczas w Cesarsko-Królewskim Monopolu Tytoniowym, który administrowany był przez zarząd, na którego czele stał sam cesarz. Każdy specjalista i dyrektor zobligowany był do noszenia munduru, a w niektórych przypadkach również szabli. Zgodnie z normami wytyczonymi przez cesarza, tytoń musiał fermentować przynajmniej dwa lata, zanim można było go użyć do produkcji.

W pierwszych latach niepodległości krakowska fabryka stała się jedynym w Polsce czynnym zakładem państwowym należącym do branży tytoniowej. Dyrektor zakładu – doktor Karol Seelinger został awansowany na dyrektora Polskiego Monopolu Tytoniowego, który najpierw obejmował jedynie tereny Galicji. Monopol został wprowadzony w 1922 roku, lecz dopiero w 1924 roku likwidacji uległy wszystkie prywatne fabryki. Przed wybuchem drugiej wojny światowej na ulicy Dolnych Młynów zredukowano liczbę pracowników i wynosiła ona wówczas około siedemset pięćdziesiąt osób. Stało się tak, ponieważ w 1938 roku rozpoczęto produkcję papierosów w Zakładzie Fermentacji Tytoniu w Czyżynach pod Krakowem. W nowym miejscu pracę znalazło ponad pięćset osób.

Tym, co nas w tym momencie najbardziej interesuje jest strajk pracownic Cygar-Fabryki, który miał miejsce w 1896 roku. Z powodu buntu wszystkie panie pracujące w zakładzie stały się znane nie tylko w Krakowie, ale w całej Galicji. Była to jedna z pierwszych afer na tak dużą skalę, a na pewno pierwsza, gdzie w roli głównej wystąpiły kobiety. Co zatem spowodowało ów bunt? Otóż zarząd fabryki postanowił sprowadzić maszyny do wyrobu najlichszego gatunku papierosów o nazwie „drama”. Papierosy sprzedawane były po cencie za sztukę. Z kolei rzeczone maszyny używane były już w innych fabrykach rządowych w Austrii. Maszyna tego typu wyrabiała około sto tysięcy sztuk papierosów na jeden dzień roboczy. Pierwsze maszyny sprowadzono do krakowskiego zakładu wraz z niemieckim monterem i instruktorem, który zupełnie nie znał języka polskiego. Było to w połowie lipca 1896 roku. Próbny rozruch maszyn przeprowadzono w dniu 30 lipca tegoż roku. Na łamach Czasu* czytano: „Kiedy jedną z maszyn puszczono w ruch, robotnice zajęte przy maszynie pod pozorem, iż nie mogą się porozumieć z Niemcem maszynistą, odstąpiły od zajęć i zajęły nieprzychylną postawę wobec zarządu fabryki.” Śladem tychże pracownic poszły następne, zaś nieprzychylna postawa wobec zarządu znalazła swoje odzwierciedlenie w wybiciu okien w hali, w której umieszczono maszynę. Usiłowano też doprowadzić do jej uszkodzenia.


Wygląd Wawelu w pierwszej połowie XIX wieku


Zarząd fabryki przewidując kolejne wybuchy gniewu, poustawiał wewnątrz izby deski ochronne wokół maszyny oraz okien w taki sposób, aby ewentualne szkody wyrządzone przez pracownice były jak najmniejsze. Nie ma się czemu dziwić, ponieważ wartość jednej takiej maszyny wynosiła około trzydziestu tysięcy złotych reńskich, a to bardzo dużo na tamte czasy. Wystraszona dyrekcja fabryki zażądała także pomocy ze strony policji. Tak więc przybył komisarz wraz z patrolem i rozpoczęto przesłuchiwanie wzburzonych pracownic, które zdążyły już porzucić swoje miejsca pracy i rozpoczęły wiec przed zakładem. Kobiety zażądały usunięcia maszyn, tłumacząc ten fakt tym, iż nowe urządzenia pozbawią je zarobku. Oczywiście zarząd miał inne zdanie na ten temat, ale oburzone niewiasty wiedziały swoje. Reporterom krakowskiej prasy wyjaśniono, iż papierosy „drama” krakowska fabryka sprowadza z Hamburga w ilości co najmniej czterech milionów miesięcznie, zaś w Hamburgu są one wyrabiane stale przy pomocy maszyn. Poza tym każda taka maszyna potrzebowała do obsługi około dwudziestu wprawnych pracownic.


Państwowa Fabryka Cygar i Wyrobów Tytoniowych w Krakowie
Zdjęcie pochodzi z 1926 roku, czyli zostało zrobione wiele lat po słynnym strajku kobiet
i być może wygląd wnętrza zakładu znacznie odbiega od tego z 1896 roku.
źródło: Archiwum Ilustracji, nac.gov.pl


Oczywiście większość krakowskich robotnic nie przyjęła do wiadomości powyższych wyjaśnień i nie odstąpiła od buntu. Zarząd obawiając się dalszych awantur zażądał bezustannego nadzoru ze strony policji, a dodatkowo telegraficznie zawiadomiono zwierzchnictwo z Wiednia. W konsekwencji w dniu 31 lipca 1896 roku na Dolnych Młynach pojawił się radca skarbowy o nazwisku Musil, a przybył on w celu zbadania żądań robotnic oraz poczynienia kolejnych ustaleń. W końcu postawiono ultimatum: jeżeli większość pracownic nadal będzie upierać się przy usunięciu maszyn z zakładu, to rząd jest gotów całkowicie wstrzymać produkcję papierosów i zwolnić personel; według dyrekcji z Wiednia, maszyny są niezbędne i ani nie pozbawią robotnic pracy, ani zarobku w takim rozmiarze, jak to sobie wyobrażają zbuntowane robotnice. Po takiej groźbie ostatecznie komitet strajkowy zmienił nastawienie i zapewnił dyrekcję o tym, iż główną przyczyną buntu była obawa o utratę pracy, zaś nieprzyzwoite zachowanie ze strony niemieckiego montera maszyn, który nie znając języka polskiego, zirytowany faktem, że robotnice go nie rozumieją, w sposób niewłaściwy pokazywał swoje niezadowolenie. Generalnie zamiarem robotnic nie było niszczenie maszyn, lecz poskromienie niemieckiego montera, dlatego właśnie rzucały w niego kamieniami, którymi przy okazji stłukły szyby w oknach. Dość interesujące wytłumaczenie, prawda?

Dlaczego tak obszernie rozpisałam się o C.K. Fabryce Tytoniu i strajku robotnic? Ponieważ właśnie to wydarzenie otwiera drugi tom trylogii Niepokorne. Jak można się spodziewać w centrum tych zdarzeń znajduje się główna bohaterka powieści, czyli Klara. W poprzedniej części czytelnik już nieco poznał osobowość Klary Stojnowskiej. Dzisiaj powiedzielibyśmy o niej „feministka”, natomiast pod koniec XIX wieku o kobietach o wyzwolonych poglądach mówiło się „sufrażystki”. Klara właśnie zaczyna stawiać swoje pierwsze kroki w dziennikarstwie, a więc nie dziwi fakt, że interesuje ją wszystko, co ma związek ze strajkiem w krakowskiej fabryce. Już w pierwszych dniach na jej drodze staje inżynier Jerzy Plater, który wywrze na Klarze dość pozytywne wrażenie, co może nieco dziwić, biorąc pod uwagę jej przekonania i sposób patrzenia na życie. Czy połączą ich relacje czysto zawodowe, czy może ta znajomość przejdzie też na grunt prywatny?

Gustav Klimt 
postać historyczna pojawiająca się 
na kartach książki.
Warto wiedzieć, że Klara Stojnowska walczy również o prawa wyborcze dla kobiet, jak i buntuje się przeciwko ograniczonym poglądom, jakimi charakteryzują się krakowscy mieszczanie. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze nieustający konserwatyzm jej ojca, który już chyba zawsze będzie zamknięty w swoim własnym świecie i nie dopuści do siebie żadnych ewentualnych zmian społecznych. Z tym Klara za nic nie może się pogodzić, co sprawia, że każde rodzinne spotkanie kończy się niewyobrażalną kłótnią, po której dziewczyna z nie czuje się najlepiej. Na pozór może wydawać się, że Klara jest silna i tak naprawdę nic nie jest w stanie jej złamać. Prawda jest jednak zupełnie inna. Jej rozsądek i trzeźwe myślenie może zostać bardzo łatwo zaburzone. Wystarczy, że do głosu dopuści serce.

Oprócz Klary na kartach powieści czytelnik spotyka także pozostałe dwie bohaterki, czyli Elizę i Judytę. Eliza właśnie przygotowuje się do ślubu ze swoim Austriakiem, ale niestety robi to bez błogosławieństwa rodziny. Ukochana babcia dziewczyny wciąż pamięta krzywdę, jaką wiele lat temu wyrządzili jej Austriacy, kiedy ta jeszcze mieszkała w majątku Pohoreckich, więc w pewnym sensie nie dziwi fakt, że nadal jest tak wrogo nastawiona do tego narodu. Ale z drugiej strony przecież w tym wszystkim chodzi o jej wnuczkę. Dlaczego zatem starsza pani nie jest w stanie przełamać swoich uprzedzeń i ostatecznie pogodzić się z rzeczywistością?

Fabuła Klary jest tak skonstruowana, że czytelnik najczęściej spotyka Klarę i Judytę. Eliza pojawia się bardzo rzadko. Być może dzieje się tak dlatego, że w jej życiu już prawie wszystko zostało wyjaśnione. Możliwe, że coś w tej kwestii zmieni się w tomie trzecim poświeconym Judycie. A skoro o niej mowa, to trzeba wiedzieć, że dziewczyna w dalszym ciągu przeżywa swój dramat. Cudem uniknęła śmierci, a teraz jeszcze ukochany mężczyzna pojawia się w Krakowie w towarzystwie narzeczonej. W dodatku rodzina praktycznie wyparła się Judyty, ponieważ ta pragnęła iść swoją własną drogą, zamiast być posłuszną rodzicom i przestrzegać żydowskich tradycji. To wszystko ostatecznie sprawia, że Judyta Schraiber opuszcza Polskę i wyjeżdża do Wiednia, gdzie ma nadzieję odnaleźć spełnienie zawodowe i być może szczęście, a już na pewno pragnie zapomnieć tam o krzywdach doznanych w Krakowie. Czy tak się stanie? Czy faktycznie Wiedeń jest tym miejscem, które przyniesie Judycie ukojenie? A może to złudne wrażenie bardzo szybko minie i dziewczyna zda sobie sprawę z tego, że szczęście jest zupełnie gdzie indziej, a ucieczka niczego nie załatwi?

Wyżej wspomniałam o Wiedniu. Trzeba wiedzieć, że na kartach powieści obok Krakowa, prezentuje się on bardzo ciekawie. Nie tylko czuć specyficzną atmosferę miasta, ale także można spotkać wybitne indywidualności z tamtego okresu, jak na przykład malarza i grafika Gustava Klimta (1862-1918). Przy konstruowaniu fabuły powieści Agnieszka Wojdowicz zadbała o każdy szczegół, co sprawia, że opowiedziana przez Autorkę historia jest niezwykle autentyczna. W Klarze stykają się ze sobą różne osobowości. Postacie kobiece zachowują się inaczej w zależności od tego, do jakiej warstwy społecznej przynależą. Nieco inaczej natomiast jest z mężczyznami. Oni raczej nie dbają o obowiązujące konwenanse, lecz kierują się bardziej sercem, niż zdaniem rodziny. Z drugiej strony jednak można odnieść wrażenie, że niektórzy mężczyźni pojawiający się na kartach książki potrzebują kogoś, kto poprowadzi ich za rękę i wskaże właściwą drogę, bo sami nie potrafią dobrze wybrać i podjąć stosownej do okoliczności decyzji.

Wiedeński Maximilianplatz około 1900 roku


Na koniec chciałabym podzielić się myślą, która przyszła mi do głowy w trakcie czytania książki. Na kartach powieści bardzo dużo jest o rodzącym się w tamtym okresie socjalizmie, a to za sprawą Klary, która w pewnym momencie być może zupełnie bezwiednie zaczyna podzielać poglądy swoich przyjaciół-socjalistów. Historia pokazuje, że na przełomie XIX i XX wieku żyła pewna bardzo znana na owe czasy socjalistka o nazwisku Marcelina Kulikowska (1872-1910), której fotografię widać powyżej. Oprócz tego, że była ona dramatopisarką, poetką, nauczycielką, przyrodniczką i reportażystką, była też zagorzałą feministką i socjalistką, która wspierała między innymi strajk w krakowskiej fabryce cygar. Nie mogłam zatem oprzeć się wrażeniu, że powieściowa Klara posiada sporo cech Marceliny Kulikowskiej, a przynajmniej są to te cechy, które widać gołym okiem, czyli feminizm oraz obrona praw kobiet i praw pracowniczych. Ponadto obydwie kobiety łączy ta sama profesja zawodowa, czyli pisanie reportaży. Może to jedynie moje luźne skojarzenie, a może Klara Stojnowska faktycznie jest fikcyjnym odzwierciedleniem Marceliny Kulikowskiej? Mam tylko wielką nadzieję, że Klara w przeciwieństwie do Marceliny odnajdzie szczęście, a jej życie na kartach książki nie zostanie tak gwałtownie przerwane, jak było to w przypadku Marceliny Kulikowskiej, która w wieku trzydziestu ośmiu lat popełniła samobójstwo, strzelając sobie prosto w serce.

A zatem polecam nie tylko Klarę, ale też Elizę. Natomiast już teraz z niecierpliwością czekam na zakończenie opowieści o niepokornych kobietach. W tej historii jeszcze kilka kwestii nie zostało wyjaśnionych. Jestem pewna, że Agnieszka Wojdowicz w przyszłości również mnie nie zawiedzie i Judyta okaże się doskonałym zwieńczeniem tej niezwykłej opowieści.






* Czas – dziennik informacyjno-polityczny wydawany w latach 1848-1934 w Krakowie, natomiast w latach 1935-1939 w Warszawie po połączeniu z Dniem Polskim






środa, 22 lipca 2015

Robert Low – „Zaprzysiężeni. Skarb Attyli” # 1













Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. Dziękuję!


Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2013
Tytuł oryginału: The Whale Road
Przekład: Robert J. Szmidt




Attyla (406-453) został królem Hunów najprawdopodobniej w 435 roku i władał nimi aż do dnia swojej śmierci. Hunowie byli wojownikami, którzy wzbudzali ogromny strach w sercach mieszkańców Imperium Rzymskiego. Żyjąc na Wielkiej Nizinie Węgierskiej, zdominowali północną granicę z Cesarstwem Rzymskim, wymuszając złożenie im hołdu przez cesarzy wówczas Wschodniego i Zachodniego Imperium, szczególnie pochodzących z tej bogatszej wschodniej części.

Rzymianie uważali Hunów za dzikich barbarzyńców, a opowieści o nich obfitowały w szereg niewyobrażalnych okrucieństw, jakich zwykli dokonywać. Te opowieści znalazły potem swoje odzwierciedlenie w rzymskiej literaturze. Do czasu objęcia władzy przez Attylę, Hunowie byli ludem koczowniczym, zaś ich bronią były łuki. Osiedlili się na Węgrzech, posiadali świetnie wyszkoloną armię piechoty, i różnili się od innych plemion barbarzyńskich żyjących na granicy z Imperium Rzymskim. Odmienność ta polegała na tym, iż w odróżnieniu od innych plemion, Hunowie z powodzeniem dokonywali oblężeń miast obronnych. 

Według legendy papież Leon I Wielki (ok. 390 lub 400-461) spotkał się z Attylą w północnych Włoszech. Wojownika przytłoczyła odwaga papieża i jego niezwykłe kapłańskie szaty. Mówi się, że wtedy nastąpił wielki cud i że Attyli ukazali się święci Piotr i Paweł, którzy zagrozili śmiercią przywódcy Hunów, gdyby ten zignorował apele papieża. Bardziej prawdopodobne jednak jest to, że Attyla zdecydował się wycofać z Włoch, ponieważ jego żołnierze zaczynali cierpieć z powodu chorób i braku wsparcia. W każdym razie, Attyla naprawdę zrezygnował z inwazji, na skutek czego Italia została uratowana.

Attyla na obrazie autorstwa 
Eugène'a Delacroix (1798-1863)
Attyla zmarł rok po powyższym wydarzeniu z powodu obfitego krwawienia z nosa – jak podają niektóre źródła – a było to podczas świętowania swojego ożenku z pewną młodą niewiastą. Zarówno on, jak i Hunowie stali się ucieleśnieniem dzikości, zaś na początku XX wieku armia niemiecka – szczególnie ta w czasie pierwszej wojny światowej – porównywana była właśnie do Hunów. Niemniej tego rodzaju porównanie zostało użyte po raz pierwszy wtedy, gdy niemiecki cesarz wysłał wojska, aby stłumić powstanie bokserów w północno-wschodnich Chinach w latach 1899-1901. Cesarz rzekomo miał zachęcać swoich żołnierzy do walki w ten sam sposób, jak robił to Attyla w przypadku Hunów. Attyla nie pozostawił po sobie silnego przywódcy, który mógłby go zastąpić, natomiast Hunowie bardzo szybko zniknęli z kart historii.

A teraz kilka słów o wikingach. Otóż wikingowie od bardzo dawna stanowią podstawę licznych powieści przygodowych, co oczywiście jest rzeczą naturalną, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, iż opowieści i sagi nordyckie są najbardziej cenione, natomiast historie, które oni sami o sobie opowiadali stały się prototypami współczesnej historycznej powieści przygodowej. Obraz wikingów i nordyków na przestrzeni wieków nie był jednoznaczny, natomiast ich literacki wizerunek począwszy od epoki wiktoriańskiej, aż do chwili obecnej, obejmuje dosłownie wszystko. Są to przede wszystkim demoniczni psychopaci w rogatych hełmach, jak i nadmorscy pseudo rycerze. Jak dotąd ukazało się sporo powieści historycznych, które najdokładniej, jak to tylko możliwe ukazują społeczność wikingów. Jedną z takich właśnie powieści jest Skarb Attyli, czyli książka, która jednocześnie stanowi pierwszą część cyklu Zaprzysiężeni. Akcja tej debiutanckiej powieści Roberta Lowa została umiejscowiona w obozie wikingów w drugiej połowie X wieku. Przy tworzeniu swojej opowieści Autor zadbał o najdrobniejszy szczegół zarówno ten historyczny, jak i kulturowy, co pozwala czytelnikowi z każdą kolejną stroną coraz bardziej zagłębiać się w fabule i przeżywać wszelkie niebezpieczne przygody głównych bohaterów. A trzeba wiedzieć, że tych przygód nie jest mało. Praktycznie wciąż coś się dzieje, a nasi bohaterowie muszą stale dobywać broni i walczyć o swoje życie.

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, a całą historię czytelnikowi opowiada Orm Ruryksson, syn Ruryka. Narrator jest niezwykle inteligentny i nie skupia całej uwagi jedynie na swojej osobie, ale stara się zrozumieć innych. W chwili rozpoczęcia opowieści ma on piętnaście lat i przebywa na wychowaniu u swojego wuja. Po raz pierwszy spotykamy Orma w dość niebezpiecznych dla niego okolicznościach, kiedy musi zrobić wszystko, aby móc wyjść cało ze spotkania z niedźwiedziem. Od tej chwili już zawsze będą go zwać „Zabójcą Niedźwiedzia”. Ale czy słusznie? Czy faktycznie Orm zasłużył sobie na ten przydomek? Wreszcie Orm spotyka swojego ojca, którego nie widział od jakichś dziesięciu lat. Na jego drodze stają także towarzysze Ruryka złączeni swego rodzaju przysięgą. Wszyscy oni dowodzeni są przez niejakiego Einara Czarnego. Tak więc Orm już na zawsze opuszcza swojego wuja, i tak oto kończy się pierwsza część jego życia pośród rozlewu krwi i poczucia wstydu. W życiu Orma rozpoczyna się teraz nowy etap. Od tego momentu będzie podróżował u boku ojca, doświadczał szeregu niebezpieczeństw, patrzył na ludzką śmierć, którą sam również będzie zadawał. W dodatku przez cały czas będzie mu towarzyszyć niepewność o kolejny dzień. Będzie też musiał dokładnie przyglądać się swoim kompanom, bo przecież może wśród nich znaleźć się i zdrajca.

Mężczyźni związani ze sobą świętą przysięgą są jednocześnie jednostkami o całkiem ciekawej osobowości. I tak oto na kartach książki spotykamy gigantycznych rozmiarów Skaptiego, fatalistycznego Valknuta, mądrego kapłana o imieniu Illugi, beztroskiego Geira czy w końcu wodza Einara zwanego Czarnym, który jest bezwzględny i dumny, a także niezwykle mocno świadomy własnej pozycji. Cała załoga przemieszcza się na okręcie o nazwie Fiord Łosia. Trzeba też dodać, że grupa wikingów pod dowództwem Einara została zwerbowana, aby odnaleźć pewne święte relikwie, czyli miecz wykuty z włóczni, która przebiła niegdyś bok Boga chrześcijan, zwanego przez naszych bohaterów Białym Chrystusem. Droga, którą muszą przebyć nie należy do najłatwiejszych. Wiedzie ona bowiem przez zdradzieckie wody szlaku wielorybów, aż do miejsca, gdzie ukryto owiany tajemnicą skarb Attyli, legendarnego władcy Hunów. Wszystko to widzimy oczami Orma i dowiadujemy się, w jaki sposób główny bohater przeżywał przygody, które jego załoga napotykała na swojej drodze. Orm dzieli się z czytelnikiem swoimi wyobrażeniami i przekonaniami.

Tym, co znacznie podnosi walor Skarbu Attyli jest nie tylko doskonała konstrukcja powieści historycznej, ale przede wszystkim wprowadzenie przez Autora do fabuły swego rodzaju mistycyzmu dotyczącego wierzeń w ówczesnych bogów, a także znaczenia przysięgi złożonej na śmierć i życie. Te elementy wzajemnie się przenikają niemalże w każdej scenie. Einar Czarny jest bezwzględny w dążeniu do obranego celu, ale też dopuszcza się czynów, które są sprzeczne z pierwotnymi założeniami Zaprzysiężonych. Dodatkowo widać jak silne postępy robi chrześcijaństwo, w związku z czym pojawia się konflikt na tle wyznaniowym pomiędzy wyznawcami Białego Chrystusa a nordykami, co widoczne jest również w szeregach Zaprzysiężonych.


Okręt wikingów
Rysunek pochodzi z 1880 roku.


Orm opowiada swoją historię w sposób niezwykle poetycki, ale jednocześnie nie szczędzi na wulgarnym słownictwie, jak to między mężczyznami bywa, szczególnie mężczyznami z tak dziką naturą. Poza tym alkohol leje się strumieniami, lecz nie mąci on sprawności fizycznej i umysłowej naszych bohaterów. Oni wciąż są gotowi do walki, nawet jeśli poprzedniego dnia ostro zabalowali. W związku z powyższym opowieść Orma nie jest wolna od brutalnych scen walki, które pojawiają się praktycznie w każdym rozdziale. Wciąż „słyszymy” szczęk oręża czy charakterystyczny odgłos ostrzy mieczy wchodzących w ciało wroga. Skarb Attyli to nie tylko powieść historyczna i przygodowa, ale też fantastyczna.

Generalnie wydaje się, że nasi bohaterowie są ludźmi bez serca i nie posiadają żadnych uczuć, skoro z zimną krwią potrafią zatopić ostrze miecza w ciele drugiego człowieka, czy też bez mrugnięcia okiem, na przykład, odciąć mu jakąś część ciała. Nic bardziej mylnego. Nasi wikingowie to ludzie, którzy naprawdę czują. Czasami są wrażliwi na krzywdę innych, choć z drugiej strony nie obce są im też takie cechy jak chciwość, a co za tym idzie również żądza bogactwa, co może w konsekwencji doprowadzić do ich zguby.

Fabuła książki czasami jest dość zawiła, co niektórych czytelników może pozostawić w stanie niepewności i braku zrozumienia tego, co faktycznie dzieje się na kartach książki w danej chwili. Gdzieś w tle pojawia się ówczesny książę Rusi Kijowskiej – Światosław I (ok. 942-972), a także jego synowie Jaropełk I (ok. 956-978) i Włodzimierz I Wielki (?-1015). Niemniej wszyscy główni bohaterowie to oczywiście postacie fikcyjne. Autor wprowadził także postać pewnej młodej kobiety, która w całym procesie poszukiwania skarbu ma naprawdę ważną rolę do odegrania. Nie zawaham się w tym miejscu stwierdzić, że tę książkę – jak i zapewne całą serię – należałoby zaliczyć do literatury typowo męskiej. Skoro mamy „literaturę kobiecą”, to dlaczego nie pokusić się o wprowadzenie terminu „literatura męska”?

Przyznam szczerze, że Skarb Attyli to pierwsza powieść o wikingach, jaką przeczytałam w życiu. Jakoś nigdy wcześniej nie ciągnęło mnie specjalnie do tego typu literatury, pomimo że jest to beletrystyka historyczna. Zawsze wydawało mi się, że są to książki nie dla mnie z uwagi na brutalność i nieokiełznanie bohaterów. Cóż, po przeczytaniu Skarbu Attyli zmieniłam zdanie i myślę, że od tej chwili tego rodzaju literatura częściej będzie gościć w mojej domowej biblioteczce.










niedziela, 19 lipca 2015

Wizyta na zamku zawsze pobudza moją wyobraźnię...







ROZMOWA Z JOANNĄ HICKSON




Joanna Hickson przez dwadzieścia pięć lat pracowała w radio i telewizji BBC, gdzie przygotowywała i prezentowała informacje dotyczące spraw bieżących oraz kulturalnych. Ukończyła studia na wydziałach literatury angielskiej i polityki, ale historią zainteresowała się już jako uczennica zafascynowana „Henrykiem V” i innymi sztukami Williama Szekspira. Jej pierwsza książka „Rebellion at Orford Castle” to powieść skierowana do dzieci, której akcja umiejscowiona jest w Anglii Wschodniej. Obecnie ze względu na umowy z wydawnictwem Harper Collins odnośnie książek historycznych, Joanna całkowicie poświęciła się pisaniu. Jej powieści opowiadają historię Katarzyny Walezy, która dała początek dynastii Tudorów. Jest także autorką książki zatytułowanej „Red Rose, White Rose” opowiadającej o losach Cecylii Neville, księżnej Yorku. Obecnie w Polsce możemy przeczytać „Oblubienicę z Azincourt”, natomiast już tej jesieni polski wydawca opublikuje drugą książkę Joanny, która będzie nosić tytuł „Oblubienica Tudorów”. Autorka mieszka z mężem w angielskiej posiadłości pochodzącej z XV wieku.



Agnes A. Rose: Joanna, bardzo dziękuję Ci, że przyjęłaś moje zaproszenie do udziału w wywiadzie. Jestem ogromnie zaszczycona, że mogę gościć Cię na moim blogu. Dlaczego zostałaś pisarką po tak długiej pracy w BBC?

Joanna Hickson: Przede wszystkim chciałabym podziękować Ci, Agnieszko, za zaproszenie, dzięki czemu mogę nawiązać kontakt z Twoimi Czytelnikami i mieć nadzieję, że niektórzy z nich również przeczytają moje książki! Chciałam zostać pisarką odkąd byłam bardzo młoda i pisałam opowiadania w szkolnych zeszytach; wiele z nich nadal trzymam w dolnej szufladzie swojego biurka. Oczywiście one nigdy nie zostały opublikowane! Potem, po studiach, pracowałam w radio i telewizji BBC, pisząc scenariusze i newsy, które samodzielnie prezentowałam na antenie. Tak więc przez całe swoje życie pisałam na wiele sposobów. W latach 90. XX wieku opublikowałam również kilka współczesnych romansów, a teraz piszę to, co zawsze chciałam, czyli opowieści osadzone w epoce średniowiecza, ożywiając bohaterów żyjących pięćset czy sześćset lat temu.





Agnes A. Rose: Pozwól, że zapytam, dlaczego zafascynowała Cię historia średniowiecza? Mam na myśli dokładnie ten okres w historii Anglii.

Joanna Hickson: Myślę, że stało się to podczas zwiedzania angielskich zamków, kiedy byłam nastolatką. To one dały mi inspirację. Wizyta na zamku zawsze pobudza moją wyobraźnię. Oczywiście czytanie innych powieści historycznych sprawiło, że zdałam sobie sprawę z tego, iż możliwe, że sama też mogłabym pisać. Szczególnie zainspirowała mnie powieść „Katherine”, którą możliwe, że znasz, a której autorką jest Anya Seton. Jest to opowieść o dziewczynie, która stała się kochanką słynnego Jana z Gandawy, księcia Lancaster, a potem ostatecznie wyszła za niego za mąż i była jego trzecią żoną, a działo się to pod koniec XIV wieku. Myślę, że ta książka to wciąż najbardziej sugestywny portret angielskiego średniowiecznego stylu życia, i choć została opublikowana w latach 50. XX wieku, to i tak popularna jest do dziś.

Wyd. Wydawnictwo Literackie
Kraków 2014
Tłum. Maria Zawadzka 
Agnes A. Rose: W swoich książkach opisujesz historię Katarzyny Walezy. Czy mogłabyś nam powiedzieć coś więcej o tej bohaterce? Dlaczego ta postać zafascynowała Cię tak bardzo, że aż zdecydowałaś się o niej napisać?

Joanna Hickson: To się stało, kiedy byłam jeszcze uczennicą i po raz pierwszy obejrzałam film na podstawie sztuki Szekspira zatytułowanej „Henryk V”, który wyreżyserował Laurence Olivier (znany angielski aktor). Na końcu jest scena, kiedy uwodzi on francuską księżniczkę Katarzynę.* Bardzo mi się ta scena podobała. Jest romantyczna i zabawna, ale postać księżniczki jest raczej stereotypowa – jest ona pokazana jako typowa żona-trofeum, zaś od króla oczekuje się, że ją poślubi. Aczkolwiek, gdy zaczęłam studiować jej życie, uświadomiłam sobie, że ona żyła w bardzo trudnych czasach i nie mogła być chichotką i mieć pusto w głowie, jak przedstawił ją Szekspir. Postanowiłam, że byłaby ona doskonałym tematem na powieść, przy jednoczesnym spojrzeniu na jej historię i postać oraz emocjonujące życie, które prowadziła zarówno przed, jak i po poślubieniu króla Anglii Henryka V.

Agnes A. Rose: A co z lojalną służącą Katarzyny Walezy – Mette? Czy jest to postać prawdziwa, czy fikcyjna?

Joanna Hickson: Podczas swoich badań nad księgami rachunkowymi dotyczącymi gospodarstwa Henryka V znalazłam listę kobiet, które po ślubie uczestniczyły w życiu królowej Katarzyny. Dziwnym trafem trzy z nich nosiły imię Joanna (!), ale na tej liście była też jedna kobieta, która nazywała się Guilliemot, której imię w języku angielskim oznacza raczej brzydkiego czarnego morskiego ptaka, i zaczęłam się zastanawiać dlaczego jakaś kobieta nosiła właśnie takie imię. Potem pomyślałam, że musiała być Francuzką, i naprawdę nazywała się Guillaumette, co było francuską żeńską wersją imienia Guillaume – albo angielskiego imienia William. Być może urzędnik, który pisał te księgi nigdy nie słyszał o „Guillaumette”, a zatem zdecydował się nazwać ją imieniem podobnie brzmiącym! Tej osobie zapłacono mniej niż Joannom, a więc domyśliłam się, że prawdopodobnie pochodziła z ludu, tak więc powieściowa Mette (skrót od Guillaumette) urodziła się jako córka piekarza pochodząca z ubogiej dzielnicy Paryża, która zostaje piastunką Katarzyny, kiedy ta jest jeszcze dzieckiem, a potem przez całe jej życie jest jej najbliższą przyjaciółką. To ona jest narratorką tej historii i, oprócz wzmianki w księgach, jest postacią całkowicie fikcyjną, aczkolwiek uważam ją za swoją ulubioną bohaterkę!

Agnes A. Rose: Jak przygotowywałaś się do wykreowania postaci Katarzyny Walezy? Co było najtrudniejsze w tym twórczym procesie?

Wyd. Wydawnictwo Literackie
Kraków 2015
Tłum. Maria Zawadzka

Joanna Hickson: Problem zawsze pojawia się podczas gromadzenia informacji na temat żeńskich postaci pochodzących z epoki średniowiecza, ponieważ o kobietach rzadko wspominano w takich źródłach, jak kroniki i dokumenty – naprawdę była to opowieść o NIM, a nie o NIEJ! Tak więc nie było żadnych współczesnych opisów, które mogłabym odnieść do Katarzyny Walezy z wyjątkiem wzmianki o tym, iż jej portret został namalowany i wysłany do króla Henryka V, który powinien był wzbudzić ogromne zainteresowanie króla jej osobą. Szkoda, że portret nie przetrwał do dzisiaj, w przeciwieństwie do wielu portretów jej sukcesora króla Henryka VIII i jego sześciu żon żyjących sto lat później. Tak więc musiałam wymyślić jej wygląd oraz charakter na podstawie niewielu wzmianek na jej temat, i oczywiście w oparciu o własną wyobraźnię. Wiemy, że została uznana za piękną kobietę, ale szczegóły jej urody to moja własna koncepcja.

Agnes A. Rose: Co najbardziej podobało Ci się podczas pisania tych dwóch powieści?

Joanna Hickson: Podobało mi się pisanie o romansie Katarzyny z Owenem Tudorem i przeciwstawianie go relacji, która powstała pomiędzy Mette a jej przyjacielem Geoffreyem. To pomogło mi w pokazaniu dwóch stron życia, jakie panowało w tamtych czasach – zarówno od strony królewskiej, jak i pospólstwa.

Agnes A. Rose: Jak już wspomniałam wyżej, jesteś także autorką powieści „Red Rose, White Rose”. W tej książce opisujesz historię Cecylii Neville, księżnej Yorku. Była ona angielską szlachcianką, żoną Ryszarda Plantageneta, 3. księcia Yorku, a także matką dwóch królów Anglii: Edwarda IV i Ryszarda III. Czy możesz nam powiedzieć co zainspirowało Cię do napisania tej powieści?

Joanna Hickson: Początkowo do Cecylii Neville przyciągnął mnie fakt, kiedy odkryłam, że była ona najmłodszym z dwudziestu dwojga dzieci swojego ojca, które miał z dwiema żonami! Zastanawiałam się, jakie relacje panowałyby w tak ogromnej rodzinie, gdy najmłodsze dziecko jej ojca może urodzić się mniej więcej w tym samym czasie co jego pierwsze wnuki. Neville’owie byli również zagorzałymi zwolennikami Domu Lancasterów, zaś Cecylia poślubiła księcia Yorku, przywódcę przeciwnej szlacheckiej frakcji. Chciałam zbadać, jak trudna musiała być to dla niej sytuacja, w której należało zrównoważyć lojalność wobec własnej rodziny i rodziny, do której weszła poprzez małżeństwo. Jej historia to istny mikrokosmos rywalizacji i konfliktów, które rozwinęły się na szczeblu centralnym w Anglii w XV wieku i doprowadziły do wybuchu zamieszek znanych jako Wojna Dwu Róż.

Agnes A. Rose: Skoro rozmawiamy o matce Ryszarda III, chciałabym dowiedzieć się, jaka była Twoja reakcja, kiedy usłyszałaś o odkryciu szczątków Ryszarda III w 2013 roku. Czy mogłabyś nam o tym opowiedzieć?

Joanna Hickson: Byłam bardzo podekscytowana i zaintrygowana odkryciem króla na parkingu w Leicester, i absolutnie zachwycona, gdy potwierdzono, że znaleziony szkielet to zdecydowanie król Ryszard III. W marcu tego roku wzięłam udział w konferencji z udziałem historyków i autorów powieści historycznych, a było to w przeddzień ponownego pochówku Ryszarda w katedrze w Leicester, i byłam zdumiona ilością ludzi, którzy pojawili się tam, aby obejrzeć procesje i wziąć udział w uroczystościach i wydarzeniach z nimi związanych. Ten król Anglii budzi wiele kontrowersji – czy był zły, czy dobry, i czy to on zdecydował o morderstwie książąt w Tower, czy też nie? To sprzyjało ożywionej debacie!

Agnes A. Rose: Czy podczas gromadzenia materiałów i pisania tej powieści odkryłaś w sobie sympatię do Domu Lancasterów czy do Domu Yorków? 

Wyd. Harper Collins
Wielka Brytania 2014
Joanna Hickson: Ponieważ moja główna bohaterka, Cecylia, była związana zarówno z Lancasterami, jaki i z Yorkistami, byłam w stanie zachować równowagę pomiędzy tymi dwoma rodami, lecz kończąc powieść wydawało mi się, że wykreowałam tak charyzmatyczną postać króla Edwarda III, iż uznałam, że go faworyzuję. Na swojej koronacji miał zaledwie osiemnaście lat, lecz stał się „złotym chłopcem” wygrywającym bitwy i gromadzącym wokół siebie zwolenników, najwyraźniej nie będąc zdolnym do popełnienia błędu. Oczywiście historia pokazuje, że potem popełniał poważne błędy, które ponownie rozpaliły bratobójczą walkę, ale o tym będzie już w innej opowieści. Skończyłam książkę jako Yorkistka, ale możliwe, że dalej tak nie będzie.

Agnes A. Rose: Opowiedz o swoim typowym dniu pracy. Czy masz jakieś niecodzienne nawyki związane z pisaniem?

Joanna Hickson: Mam szczęście, że mieszkam w domu, który został zbudowany w XV wieku, a mój gabinet znajduje się w najstarszej jego części. Drzwi do niego są oryginalne i wykonane z szerokich desek, które oczywiście zostały wycięte z jednego drzewa i są zabezpieczone przez ręcznie zrobione żelazne gwoździe, i kiedy je zamykam naprawdę czuję się, jakbym została przeniesiona do okresu, o którym piszę. Lubię pisać z twarzą zwróconą do pustej ściany, ponieważ łatwo się rozpraszam jakimś widokiem. Zazwyczaj piszę co najmniej dziewięć godzin dziennie, aczkolwiek trochę tego czasu poświęcam na rozrywki online, jak Twitter i Facebook oraz odpowiadanie na pytania tak cudownych ludzi, jak Ty i Twoi Czytelnicy, Agnieszko!

Agnes A. Rose: Napisałaś także książkę dla dzieci. Czy kiedykolwiek masz zamiar powrócić do pisania dla młodych czytelników?

Joanna Hickson: Och, chciałabym, ale w tej chwili jestem całkowicie zajęta realizowaniem swoich umów z moimi wydawcami na książki dla dorosłych. Jednakże nigdy nie wiadomo, co będzie w przyszłości. Moje zainteresowanie wykorzystaniem historii średniowiecza w książkach, które poprzednio pisałam, wzmocniło się, kiedy w wieku dziesięciu bądź jedenastu lat przeczytałam wspaniałą książkę Ronalda Welcha zatytułowaną „The Gauntlet”.

Agnes A. Rose: Przeczytałam w Internecie, że Twoja praca czasami porównywana jest, na przykład, do książek Philippy Gregory. Jak się czujesz słysząc lub czytając coś takiego?

Joanna Hickson: To zależy od tego, czy porównywanie jest korzystne, czy nie! Przeczytałam prawie wszystkie powieści Philippy Gregory i z całą pewnością mogę potwierdzić, że jest ona jedną z tych pisarek, które wywarły wpływ na moją twórczość, więc cieszę się, że jestem wymieniana jednym tchem obok niej!

Agnes A. Rose: Czy masz jakąś radę dla pisarzy, którzy tworzą beletrystykę historyczną?

Joanna Hickson: Nie sądzę, abym miała coś do powiedzenia innym pisarzom publikującym powieści historyczne, ponieważ sam fakt, że zostały one opublikowane oznacza, iż już osiągnęli pewien sukces. Niemniej dla każdego początkującego pisarza, czy to tworzącego powieści historyczne, czy inne, moją fundamentalną radą, jest fakt, aby zakończyć temat, który się rozpoczęło. Historia nie jest historią do czasu, aż nie będzie mieć początku, środka i końca, a dopóki nie napisze się słowa KONIEC na ostatniej stronie, nie można nazwać siebie pisarzem. Jest sporo pracy do wykonania przy tym pierwszym projekcie, ale przynajmniej masz już doświadczenie w pisaniu. Moją kolejną radą jest to, aby nikomu nie mówić o swoim pomyśle na powieść, dopóki samemu się jej nie napisze – w przeciwnym razie ten ktoś może zrobić to pierwszy!

Agnes A. Rose: Jaki jest Twój kolejny projekt? Czy mogłabyś nam coś o nim opowiedzieć?

Joanna Hickson: Piszę powieść skoncentrowaną wokół jednego z dzieci Katarzyny Walezy z Owenem Tudorem, więc będzie to kontynuacja rodzinnej historii. Uważam, że to niezwykłe, iż w połowie XV wieku w Anglii nikt nawet nie słyszał o Tudorach, a do końca tegoż stulecia królem, który zasiadł na tronie był Tudor! Nie mogę powiedzieć nic ponad to, poza tym, że jest to średniowieczny romans, jak i zawadiacka przygoda najeżona niebezpieczeństwami. Mam nadzieję, że będzie się świetnie czytało!

Agnes A. Rose: Joanna, bardzo dziękuję Ci za tę przemiłą rozmowę. Życzę Ci powodzenia przy kolejnych powieściach. Czy chciałabyś coś dodać? A może jest jakieś pytanie, na które chciałabyś odpowiedzieć, a którego nie zadałam?

Joanna Hickson: Nie. Myślę, Agnieszko, że Twoje pytania były kompleksowe i jedyne, co chciałabym dodać, to wrazić nadzieję, że Twoi Czytelnicy staną się też moimi Czytelnikami, jeśli już nimi nie są. Aha, i pewnego dnia chciałabym przyjechać do Polski i spotkać się z nimi – i z Tobą! Dziękuję bardzo za goszczenie mnie na swoim blogu.



Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose


Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj.
If you want to read this interview in English, please click here


__________________________

* Laurence Olivier (1907-1989) był nie tylko reżyserem tej sztuki, ale też zagrał w niej rolę Henryka V. Film pochodzi z 1944 roku i został częściowo sfinansowany przed rząd brytyjski. – [przyp. tłum.].