Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

wtorek, 31 marca 2015

Lisa Scottoline – „Wracajmy do domu”














Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2014
Tytuł oryginału: Come Home
Przekład: Agnieszka Barbara Ciepłowska





Relacje międzyludzkie to temat niezwykle obszerny i można byłoby o nim dyskutować w nieskończoność. Od zarania dziejów ludzie egzystują w rozmaitych grupach społecznych, gdzie albo wypracowuje się kompromisy, aby móc uniknąć konfliktów, albo znów za wszelką cenę dąży się do wszelkiej maści sporów, żeby tylko udowodnić swoją rację. Jedną z najbardziej powszechnych grup społecznych jest oczywiście rodzina. W zależności od tego jak często ją zakładamy, czyli w ile związków małżeńskich wchodzimy podczas naszego życia, nasza rodzina wciąż się powiększa. Posiadamy dzieci nie tylko własne, ale też pasierbów/pasierbice, których traktujemy zazwyczaj na równi z potomstwem biologicznym. Przynajmniej tak powinno to wyglądać. Robienie różnicy pomiędzy własnymi dziećmi a dziećmi męża czy żony z poprzedniego związku raczej nie wychodzi na dobre rodzinie i jedynie zakłóca jej prawidłowe funkcjonowanie.

W takim właśnie otoczeniu żyje główna bohaterka powieści Lisy Scottoline – Jill Farrow. Kobieta jest tuż po czterdziestce i bynajmniej nie ma za sobą szczęśliwej przeszłości. Pierwsze jej małżeństwo zakończyła nagła śmierć ukochanego męża. Jedynym pozytywnym aspektem tego związku jest jej nastoletnia córka, która tak naprawdę nigdy nie poznała swojego biologicznego ojca. Po jakimś czasie na drodze młodej pediatry staje William Skyler. Mężczyźnie naprawdę trudno się oprzeć. Jest przystojny, inteligentny i praktycznie nie ma kobiety, na której nie zrobiłby wrażenia. William ma też na wychowaniu dwie córki z poprzedniego małżeństwa. To Abby i Victoria. Jill i William bardzo szybko zakochują się w sobie, a przynajmniej takiego zdania jest kobieta. Niestety, ich związek tylko z pozoru można uznać za udany. Pewnego dnia coś w ich wzajemnych relacjach pęka i dochodzi do rozwodu. Chyba najbardziej cierpią na tym dziewczynki, które przez te kilka lat zdążyły się już do siebie przywiązać i nie wyobrażają sobie rozstania. Jill również kocha swoje dwie pasierbice i jakoś nie potrafi uporać się z myślą, że będzie musiała je opuścić. Niemniej, sytuacja jest naprawdę poważna i żadne inne rozwiązanie oprócz rozwodu nie wchodzi w grę.

Mija kilka lat, które nie należą do najłatwiejszych. William przez ten czas zdołał skutecznie utrudnić Jill kontakt z Abby i Victorią, a i jej biologiczna córka również na tym poważnie ucierpiała. Nic więc dziwnego, że wzajemne relacje wszystkich zainteresowanych znacznie się oziębiły. Na szczęście Jill poznała starszego od siebie Sama, który zdołał zapełnić zarówno w jej życiu, jak i w życiu jej córki pustkę po tamtym nieszczęśliwym związku. Sam również ma syna z poprzedniego małżeństwa, więc sytuacja w pewnym sensie się powtarza. Znów pojawia się kwestia relacji z pasierbem, a właściwie przyszłym pasierbem, ponieważ już za niedługo Jill i Sam mają zamiar stanąć na ślubnym kobiercu.

Tyle, jeśli chodzi o przeszłość. A co zatem czeka naszych bohaterów w teraźniejszości i przyszłości? Otóż, pewnego deszczowego wieczoru do domu Sama i Jill przyjeżdża roztrzęsiona Abby i ze łzami w oczach oznajmia, że jej ojciec nie żyje! To ona odnalazła w domu martwego Williama! Wszyscy wokół twierdzą, że William Skyler zmieszał leki z alkoholem, co sprawiło, że jego organizm nie wytrzymał. Niemniej, Abby uparcie twierdzi, że jest to niemożliwie, bo ojciec znał się na lekach i doskonale wiedział, w jaki sposób ich używać. Co więcej, Abby ma pewność, że Williama ktoś zamordował! Dziewczyna prosi zatem Jill, aby ta pomogła jej odnaleźć rzekomego mordercę i doprowadzić do jego ukarania. Czy macocha zgodzi się na taki krok? Czy Jill poświęci swoją pracę i rodzinę, aby rozwiązać tajemnicę śmierci swojego byłego męża? A może kobieta nie powinna się w to w ogóle angażować, bo sama również będzie w ogromnym niebezpieczeństwie?

Chociaż nigdy wcześniej nie czytałam żadnej książki Lisy Scottoline, to jednak jej twórczość kojarzyła mi się z klimatami literackimi, jakie czytelnikom proponują takie pisarki, jak Jodi Picoult czy Diane Chamberlain. Nie pomyliłam się, choć gdybym miała porównać ją z którąś z powyższych autorek, to byłaby to raczej Diane Chamberlain niż Jodi Picoult. Wracajmy do domu to przede wszystkim powieść z mocnym ładunkiem psychologicznym. Pomimo że opisana w książce historia jest czystą fikcją, to jednak kwestia emocjonalna nie jest tak do końca wymyślona, gdyż sama Autorka również była niegdyś macochą, więc te uczucia zna z własnego doświadczenia.

Wyd. St. Martin's Press
Nowy Jork 2012
Jill Farrow jest typową amerykańską matką, która za wszelką cenę pragnie chronić i pomagać swoim dzieciom. W pewnym momencie można odnieść wrażenie, że biologiczna córka nie jest dla niej tak bardzo ważna, jak dorosłe już pasierbice i ich problemy. Przeszłość powraca do niej zupełnie nieoczekiwanie i to w dodatku w niesamowicie dramatycznych okolicznościach. Z jednej strony w jej życiu na powrót pojawia się Abby, która podejrzewa, że ojciec został zamordowany, co może niektórym wydawać się niedorzecznością, natomiast z drugiej uporządkowane życie Jill nagle wywraca się do góry nogami. Pojawia się zatem pytanie: czy naprawdę warto cofać się w przeszłość i zaniedbywać wszystko, co jest teraz istotne, tylko dlatego, że były mąż niekoniecznie zmarł śmiercią naturalną? Czy ewentualna utrata tego, nad czym pracowało się przez ostatnie miesiące naprawdę jest tego warta?

Na przykładzie Jill widać, że relacje rodzinne nie zawsze muszą należeć do najlepszych, nawet jeśli jedna ze stron usilnie się o to stara. Do tego potrzeba współpracy tej drugiej strony. Podczas gdy relacje Jill z Abby można uznać za poprawne, tego samego nie da się powiedzieć o jej stosunkach z Victorią, która ślepo wierzyła kłamstwom i krętactwom swojego ojca, a w Jill widziała potwora, po którego stronie leży cała wina za rozpad rodziny. Musi jeszcze minąć wiele czasu i bardzo wiele się wydarzyć, aby starsza pasierbica ponownie mogła zaufać macosze.

Wracajmy do domu to nie tylko powieść obyczajowa, ale także kryminał. Ten wątek jest tutaj bardzo dobrze rozbudowany i sprawia, że czytelnik zostaje wciągnięty w sprawę praktycznie już na samym początku książki. Nieoczekiwana śmierć Williama odmienia życie nie tylko osobom, które najbliżej były z nim związane, ale także tym, które nigdy nie miały okazji go poznać. Na jaw wychodzą kolejne szemrane interesy, w jakie uwikłał się Skyler. Okazuje się bowiem, że nawet najbliżsi w ogóle go nie znali. Zagrożone jest życie praktycznie wszystkich, którzy w jakiś sposób mieli kontakt z Williamem.

Wracajmy do domu to typowa literatura kobieca. Sama Autorka podkreśla, że pisze historie opowiadające o kobietach, dla których istotna jest sprawiedliwość. Jej bohaterki wciąż myślą o walce dobra ze złem i o tym, co jest legalne, a co nie; co jest zgodne z etyką, a co nie; co moralne, a co niemoralne. Cała ta galeria rozmaitych pytań jest niezwykle interesująca, natomiast zupełnie bez znaczenia jest to, kim z zawodu będzie główna bohaterka. Może to być zwyczajna kura domowa. Ta koncepcja jest wyraźnie widoczna w niniejszej powieści. Jill Farrow może nie jest typową kurą domową, ale rodzina i dom są dla niej najważniejsze, dlatego tak uparcie broni tych wartości. Jest gotowa naprawdę wiele poświęcić, może nawet i własne życie, aby tylko nie dopuścić do krzywdy tych, których kocha. Jill wielokrotnie staje przed trudnym wyborem, a jej decyzje mogą sprawić, że albo wiele zyska, albo też wszystko straci.

Książka jest doskonałą lekturą dla czytelniczek, które preferują powieści psychologiczno-obyczajowe z wątkiem kryminalnym. Nie jest to bynajmniej historia nudna i raczej nie sprawi, że po kilku stronach odłożymy ją na półkę. Dla mnie takie książki stanowią doskonałą odskocznię od powieści historycznych, które zazwyczaj są trudne i wymagające. Przypuszczam, że jeszcze kiedyś sięgnę po prozę Lisy Scottoline, ponieważ zauważyłam, że jest to twórczość, która doskonale odpręża i nie wymaga zbyt uważnego skupienia uwagi tylko i wyłącznie na tym, o czym akurat czytamy.










poniedziałek, 30 marca 2015

And the winner is…!







W piątek, czyli 27 marca, w imieniu Renaty Czarneckiej ogłosiłam konkurs, w którym do wygrania była najnowsza powieść Autorki zatytułowana Księżna Mediolanu. Konkurs trwał do wczoraj, tj. do 29 marca do godziny 20:00. Dziś nadszedł czas na ogłoszenie Zwycięzcy, a właściwe Zwyciężczyni, która została wyłoniona przez Autorkę drogą losowania. Tak więc Księżna Mediolanu trafia do osoby posługującej się nickiem:

monalisap

Z kolei fragment tekstu, o który pytała Autorka pochodzi z drugiego tomu jej historycznej dylogii, czyli z powieści:

Pod sztandarem miłości. Rok 1794



Zwyciężczyni serdecznie gratulujemy, natomiast jeśli ktoś chciałby poczytać o książce Pod szandarem miłości. Rok 1794, może zrobić to, klikając tutaj. W imieniu swoim i Autorki serdecznie dziękuję za udział w konkursie, a Zwyciężczyni życzę miłej lektury. 




piątek, 27 marca 2015

Wygraj najnowszą powieść Renaty Czarneckiej!








Dzisiaj chciałabym Was zachęcić do wzięcia udziału w konkursie organizowanym przez Renatę Czarnecką – Autorkę powieści historycznej zatytułowanej Księżna Mediolanu. Książka opowiada o losach Izabeli Aragońskiej (1470-1524), która była matką królowej Bony (1494-1557).

Opis książki:

Gdy w 1489 roku dziewiętnastoletni książę Mediolanu Gian Galeazzo Sforza spotyka po raz pierwszy swą poślubioną per procura małżonkę, z trudem kryje rozczarowanie. Izabela Aragońska nieświadoma jeszcze niechęci męża pragnie kochać i rządzić Mediolanem. Tymczasem Lodovico Sforza Moro, wuj Izabeli i stryj Gian Galeazza, sprawuje faktyczną władzę w Mediolanie, usuwając w cień młodego bratanka. Z czasem Izabela odkrywa tajemnice rodu Sforzów, a zamiast oczekiwanej miłości poznaje smak upokorzenia i zdrady. Staje do walki o Mediolan osamotniona, pozbawiona wsparcia męża, którego szczerze kocha. Jej największą rywalką jest ambitna i pozbawiona skrupułów Beatrycze d’Este, małżonka Mora.

A teraz kilka słów o tym, co należy zrobić, aby wziąć udział w konkursie. Otóż musicie odpowiedzieć na następujące pytanie, które zadaje Wam sama Autorka książki:

Z której powieści Renaty Czarneckiej pochodzi poniższy fragment:

– Nadieżda Fiodorowna zachowała się grubiańsko – oceniła Helena – i prawdę mówiąc, należała jej się kara, lecz nie taka jaką wymierzyła jej księżniczka Biełozierska. Spójrz teraz, jakie mogą być tego konsekwencje nie tylko dla niej, lecz także dla jej biednego ojca, który będzie musiał użyć wszelkich sposobów, żeby jakoś ułagodzić gniew księcia Gagarina.

Swoje odpowiedzi wpisujcie w komentarzu pod postem, podając adres mailowy. W konkursie mogą brać udział wszyscy bez wyjątku, pod warunkiem, że mieszkają na terenie Polski. Na Wasze odpowiedzi Autorka czeka do niedzieli, czyli do 29 marca 2015 roku do godziny 20:00. Zwycięzcę drogą losowania wyłoni Autorka! Powodzenia!








wtorek, 24 marca 2015

Anita Shreve – „Skradziony czas”














Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2010
Tytuł oryginału: Resistance
Przekład: Katarzyna Kasterka





Temat drugiej wojny światowej jest niezwykle popularny w literaturze. Polscy autorzy z reguły piszą o ruchu oporu, żołnierzach Armii Krajowej czy obozach koncentracyjnych, natomiast w książkach pisarzy amerykańskich lub brytyjskich bardzo często można spotkać młodych mężczyzn służących w Royal Air Force (RAF). Wydaje się, że tego rodzaju tematy są już tak bardzo oklepane, że pisarze jedynie powielają albo swoich kolegów po piórze, albo wręcz samych siebie. Ileż można pisać o wojnie?! Prawdę powiedziawszy wszystkie powieści, w których poruszana jest tematyka wojenna, są do siebie bardzo podobne. Zmieniają się jedynie bohaterowie i ich nazwiska. Nie jest inaczej również w przypadku Skradzionego czasu. Fabuła powieści praktycznie nie zaskakuje niczym oryginalnym, a jednak mimo wszystko czytelnik chce poznać zakończenie historii opisanej przez Anitę Shreve.

Autorka nie jest mi obca. Po raz pierwszy z jej twórczością zetknęłam się przy okazji lektury Trudnej miłości. Książka po prostu mnie zachwyciła, czego nie mogę powiedzieć już o Żonie pilota, którą przeczytałam całkiem niedawno. Pomimo że ta ostatnia uważana jest powszechnie za światowy bestseller, na podstawie którego zrobiono także film, to jednak mnie niespecjalnie się spodobała. Jak w takim razie kwestia ta przedstawia się w przypadku Skradzionego czasu? Otóż, całkiem podobnie. Chociaż jest to literatura wojenna, to jednak mamy do czynienia również z prozą typowo kobiecą, a ta nie zawsze stoi na wysokim poziomie, nawet jeśli autorka jest międzynarodową gwiazdą. Dodam, że ta powieść także doczekała się swojej ekranizacji. Film wszedł na ekrany w 2003 roku.

Skradziony czas to przede wszystkim historia miłosna osadzona w niezwykle trudnych i niebezpiecznych czasach. Pod pewnym względem jest to również uczucie zakazane, ponieważ dotyczy mężatki i mężczyzny, który w dalekiej Ameryce zostawił narzeczoną. Ale może po kolei. Zimą przełomu 1943/1944 roku w belgijskim miasteczku Delahaut, na zalesionym wzgórzu rozbija się amerykański samolot zestrzelony przez Niemców. Za sterami samolotu siedzi Ted Brice. Jeden z jego kolegów ginie na miejscu, zaś drugi ma tak poważne obrażenia, że za niedługo umiera. Z kolei reszta próbuje ratować życie na własną rękę. Ted jest skrajnie wyczerpany, a do tego ma bardzo poważną ranę nogi, która uniemożliwia mu poruszanie się. Niemniej, jakimś cudem udaje mu się ukryć w zaroślach przed Niemcami, którzy prędzej czy później i tak go znajdą, chyba że wcześniej ktoś inny udzieli mu pomocy.

Ted Brice może mówić o naprawdę wielkim szczęściu, ponieważ zupełnie nieoczekiwanie na jego ślad wpada miejscowy chłopiec. Ten odważny jedenastolatek jest zafascynowany wrakiem rozbitego samolotu i kręci się po miejscu katastrofy, tym samym odnajdując Teda ukrytego w zaroślach. I tak oto amerykański pilot trafia pod dach ludzi z belgijskiego ruchu oporu. Henri i Claire Daussois ukrywają lotnika na strychu przez ponad dwadzieścia dni. Te dwadzieścia dni to czas niewyobrażalnego strachu o życie nie tylko młodego Amerykanina, ale przede wszystkim o swoje własne, ponieważ w razie nalotu nazistów na dom, wszyscy zostaliby rozstrzelani albo poddani torturom, co w konsekwencji i tak skończyłoby się śmiercią, a w najlepszym wypadku wysłaniem do któregoś z obozów koncentracyjnych.

Niemniej, w miasteczku dochodzi do represji, które są odwetem za zabójstwo niemieckich strażników, których zadaniem była ochrona wraku. Niektórzy z członków ruchu oporu muszą zatem zacząć się ukrywać. W tej sytuacji Henri opuszcza dom, zostawiając Claire pod jednym dachem z Amerykaninem. I tak oto rozpoczyna się romans, który trwa przez dwadzieścia dni. Jest to romans rozgrywający się z dala od tragicznych wydarzeń. Romans, który tak naprawdę nie ma szans na przetrwanie, ale zakochani nie dopuszczają do siebie takiej myśli. Tak naprawdę liczy się dla nich to, co jest teraz. Na chwilę obecną nie zawracają sobie głowy przyszłością.


Samolot, którym rozbił się powieściowy porucznik Ted Brice. 
Samolot zwany był także Latającą Fortecą (z ang. Flying Fortress)
i produkowany był w latach 1936-1945.
Pierwszy lot testowy odbył się 28 lipca 1935 roku. 


Skradziony czas to powieść dedykowana tym wszystkim mężczyznom-ojcom i lotnikom, którzy walczyli z nazistami podczas drugiej wojny światowej. Autorka poświęciła tę książkę nie tylko swojemu ojcu, który latał nad faszystowskimi Niemcami, ale także dedykowała ją niejakiemu Williamowi Osbornowi, którego osoba posłużyła Anicie Shreve jako wzór do wykreowania postaci Teda Brice’a. William Osborn był pilotem samolotu B-17, podobnie jak Ted, i rozbił się gdzieś w południowej Belgii w grudniu 1943 roku. Jemu również pomogli ludzie z belgijskiego ruchu oporu, ukrywając go przez jakiś czas.

Nie będę pisać, jak dalej potoczyły się losy Williama, ponieważ wtedy zdradziłabym najważniejszy punkt fabuły książki. Niemniej, William Osborn zmarł w 1979 roku, a po jego śmierci Autorka otrzymała dwa listy, które zostały napisane przez kobietę, która zapewniła lotnikowi schronienie, a potem poinformowała o tym jego matkę. Listy są niezwykle bolesne. To właśnie ta historia stanowiła inspirację do napisania Skradzionego czasu.

W sierpniu 1993 roku Anita Shreve pojechała do małej wioski leżącej na południu Belgii, aby uczestniczyć tam w uroczystości odsłonięcia pomnika upamiętniającego katastrofę B-17, który rozbił się na tamtym terenie w grudniu 1943 roku, a był nim właśnie samolot Williama Osborna. Uroczystość ta była niezwykle wzruszająca. Dziękowano Amerykanom, którzy walczyli w Belgii przeciwko Niemcom, a także tym, którzy oddali swoje życie, walcząc w całej Europie. Autorka spotkała wielu ludzi, którzy mieszkali tam podczas wojny, natomiast szczególną uwagę Anity Shreve zwrócił człowiek, który napisał kilka książek dotyczących nie tylko katastrofy B-17, ale także ruchu oporu działającego na terenie południowej Belgii.

Dla Anity Shreve pisanie Skradzionego czasu było ogromnym wyzwaniem. Pomogła jej w tym pewna Belgijka, która szukała odpowiedzi na szereg pytań postawionych przez Autorkę. Książka z całą pewnością nie jest powieścią historyczną. Jest to przede wszystkim romans pomiędzy Claire Daussois i porucznikiem Tedem Brice’em. 

Plakat promujący film. 
Polski tytuł: Ruch oporu
reż. Todd Komarnicki
źródło
Anita Shreve w swojej powieści zwraca szczególną uwagę na fakt, iż w belgijskim ruchu oporu działało wiele kobiet. Okazuje się bowiem, że kobiety w tamtym okresie odgrywały bardzo istotną rolę w działalności antynazistowskiej, a robiły to na wiele sposobów. Młode kobiety, a wręcz nastoletnie dziewczyny, były wciągane do ruchu oporu, ponieważ znacznie łatwiej było im uciec przed Niemcami. Większość z nich było kurierkami, przenoszącymi ulotki, a nawet granaty w pozornie niewinnie wyglądających torbach z zakupami zawieszonymi na kierownicach rowerów. W momencie ewentualnego zatrzymania ich przez nazistów do kontroli, młode kobiety lepiej niż starsze radziły sobie z oczarowywaniem niemieckich strażników i blefowaniem, dlatego też ci często pozwalali im odejść wolno. Z kolei młodych mężczyzn przeważnie poddawano przesłuchaniom i podejrzewano o przynależność do ruchu oporu. Kobiety odgrywały w tych działaniach kluczową rolę nie tylko poprzez ukrywanie uchodźców w tajnych miejscach, na przykład w domach, ale też poprzez pomaganie w dostarczaniu żywności dla wciąż rosnącej armii uchodźców, którym nie przysługiwały żadne racje żywnościowe. Ryzykowały życiem, aby zdobyć dla nich choć jeden bochenek chleba.

Na szczególną uwagę zasługuje tutaj chłopiec, który przyszedł z pomocą rannemu porucznikowi Brice’owi. To Jean Benoît. Jedenastolatek nie ma łatwego życia. Z jednej strony wojna, która doszczętnie zabrała mu dzieciństwo, zaś z drugiej ojciec-kolaborant współpracujący z nazistami i stosujący ich okrutne praktyki pod dachem własnego domu oraz wobec własnej rodziny. Jak zatem chłopcu udało się niepostrzeżenie ukryć dorosłego mężczyznę, aby przypadkiem Amerykanin nie wpadł w ręce faszystowskiego szpiega? Było to naprawdę trudne, ale jak pokazuje fabuła powieści, wcale nie niemożliwe.

Moim zdaniem Skradziony czas, choć nie porywa swoją fabułą, to jednak stanowi doskonały materiał do rozważań podczas spotkań Dyskusyjnych Klubów Książki. Można między innymi próbować postawić poniższe pytania i w formie dyskusji odpowiedzieć na nie:

  1. Skradziony czas opisuje życie wspólnoty w okresie brutalnej polityki zagranicznej, jaką jest okupacja. Niektórzy ludzie aktywnie przeciwdziałają tej polityce; wiele z tych osób sympatyzuje z ruchem oporu; z kolei inni współpracują z okupantem. Czy tak ekstremalne przeżycia mogą ujawnić prawdziwy charakter bohaterów? A może to otaczająca ich rzeczywistość zmienia tych ludzi na niekorzyść?
  2. Claire zauważa, że ludzie podczas wojny zmieniają się niepostrzeżenie nawet dla samych siebie. W jaki sposób kobieta jest świadkiem tych zmian? Jak Claire zmienia się w wyniku wojny, i czy w ogóle zachodzi w niej jakakolwiek zmiana?
  3. Chłopiec o imieniu Jean podejmuje ogromne ryzyko, kiedy usiłuje odszukać i uratować rannego lotnika. Z pokorą znosi poniżenie i brutalne bicie, które serwuje mu własny ojciec. Dlaczego zatem Jean decyduje się wziąć na siebie tak wiele, aby uratować Amerykanina?
  4. Jean i Ted spędzają ze sobą niewiele czasu, lecz w jakiś sposób kształtuje się pomiędzy nimi szczególna więź. Jaki wpływ ci dwaj bohaterowie wywierają na siebie nawzajem? Jak wyglądają ich wzajemne relacje?
  5. Kiedy gestapo gromadzi więźniów, aby ich ukarać za egzekucję dokonaną na niemieckich strażnikach, Jean decyduje się na odnotowanie tego wydarzenia. W jaki sposób tamto zdarzenie wpłynie na obchody pięćdziesiątej rocznicy zestrzelenia B-17 nad Belgią? 
Tego typu pytań mogłabym postawić naprawdę sporo. Każda książka dotykająca tematyki drugiej wojny światowej już sama w sobie stanowi zagadnienie do dyskusji. Myślę, że oprócz romansu, który jest centralnym elementem fabuły Skradzionego czasu, książka jest również bogata pod względem psychologicznym. Każdą z postaci możemy bowiem analizować na rozmaite sposoby i oceniać. Nawet z pozoru uczciwa i prostolinijna Claire może w pewnej chwili wydać się czytelnikowi kobietą, której nie obca jest hipokryzja. A jaki jest jej mąż, Henri? Czy wie o postępowaniu swojej żony? A może zupełnie go to nie interesuje, bo najważniejsza jest działalność, którą podejmuje w efekcie wojny?

Po przeczytaniu trzeciej powieści Anity Shreve, mogę śmiało stwierdzić, że jej książki, choć z pozoru wyglądające na przeciętne, w rzeczywistości potrafią wciągnąć czytelnika w swoją fabułę i sprawić, że będzie chciał sięgnąć po następną.







sobota, 21 marca 2015

Ken Follett – „Świat bez końca”












Wydawnictwo: ALBATROS
Warszawa 2012
Tytuł oryginału: World Without End
Przekład: Grzegorz Kołodziejczyk & Zbigniew A. Królicki




W 1989 roku Ken Follett zadziwił świat literacki, wydając epicką powieść historyczną zatytułowaną Filary Ziemi. Akcję tej powieści Autor umieścił w dwunastowiecznej Anglii, zaś jej bohaterowie skupiają się na budowaniu katedry, z którą będą wiązać się setki lat życia. W przeważającej mierze krytycy określali tę książkę jako „fascynującą i trzymającą w napięciu”, natomiast czytelnicy żyli nadzieją na jej kontynuację.

Akcja Świata bez końca rozgrywa się w tym samym mieście, co Filarów Ziemi, lecz wydarzenia w niej opisane mają miejsce dwa wieki później, czyli po tym, jak mieszkańcy Kingsbridge zakończyli budowę wspaniałej gotyckiej katedry, która stała się centralnym elementem fabuły Filarów Ziemi. Tym razem katedra i klasztor również wysuwają się na pierwszy plan, stanowiąc centrum takich ludzkich cech, jak nienawiść, chciwość, pycha, ambicja, a także są miejscem miłości i niewyobrażalnej chęci zemsty. Niemniej jednak, kontynuacja wydarzeń sprzed dwóch wieków może być traktowana również jako historia autonomiczna. W przypadku Świata bez końca zarówno mężczyźni, jak i kobiety znajdują się na swego rodzaju życiowym rozdrożu, gdzie muszą wybrać pomiędzy nowymi koncepcjami dotyczącymi nauk medycznych, handlu, architektury oraz sprawiedliwości. Bohaterowie egzystują w świecie, w którym zwolennicy starych metod prowadzą zaciekłe spory z postępowymi umysłami, kreując intrygi. Napięcie między tymi dwiema grupami rośnie bardzo szybko, doprowadzając tym samym do problemów, które dla niektórych mogą skończyć się nawet śmiercią. Dodatkowo w społeczeństwo Kingsbridge uderzają rozmaite klęski żywiołowe, z których najtragiczniejszą jest zaraza zwana czarną śmiercią. Pomór wśród mieszkańców jest tak wielki, że w pewnej chwili zaczyna wydawać się, że praktycznie nikt nie przeżyje.

Król Edward III (1312-1377)
Portret powstał pod koniec XVI wieku.
To w Anglii pod jego rządami toczy się
akcja powieści. 
Życie poszczególnych dorosłych bohaterów splatają ze sobą nici ambicji, miłości, chciwości i zemsty. Doświadczają oni zarówno wielkiego dobrobytu, jak i głodu oraz zarazy, a także wojny. Ktoś podróżuje po całym świecie, aż w końcu powraca do rodzinnego domu, natomiast ktoś inny będzie za wszelką cenę dążył do tego, aby ostatecznie zostać silnym i szanowanym szlachcicem i budzić strach w poddanych. Jedna z kobiecych postaci będzie usilnie przeciwstawiać się władzy średniowiecznego Kościoła, a co za tym idzie będzie walczyć z miejscowym przeorem klasztoru, zaś inna będzie robić wszystko, aby móc wreszcie doprowadzić do tego, żeby mężczyzna, którego kocha od lat, zwrócił na nią uwagę i ją poślubił. Większość z tych bohaterów będzie żyła przez długie lata w cieniu niewyjaśnionego zabójstwa, którego w dzieciństwie byli świadkami.

Ken Follett na napisanie Świata bez końca poświęcił trzy lata swojego życia, a stało się to niemalże osiemnaście lat po wydaniu Filarów Ziemi. Świat bez końca to niewątpliwie swoisty powiew świeżości, jeśli chodzi o tworzenie epickiej powieści historycznej. Autor ponownie udowadnia krytykom i czytelnikom, że jego literackie rzemiosło stoi na naprawdę wysokim poziomie. Ken Follett jest po prostu mistrzem w tym, co robi!

Pomimo że nie czytałam jeszcze Filarów Ziemi, to jednak fakt ten zupełnie mi nie przeszkadzał w poznawaniu historii opisanej w Świecie bez końca. Chociaż te dwie powieści uważane są za swego rodzaju dylogię, to jednak śmiało można je traktować jak dwie odrębne książki. Niektórzy twierdzą, że Filary Ziemi stoją na znacznie wyższym poziomie niż Świat bez końca. Skoro jest to prawda, to nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak w takim razie Ken Follett mógł napisać jeszcze lepszą powieść niż omawiana! Niemniej, mogłabym wymienić co najmniej trzy punkty, które nie powinny pojawić się w dylogii, ponieważ w innym razie będą one psuć przyjemność czytania. 

Przyznam, że książkę czytałam długo ze względu na jej objętość. Polskie wydanie liczy sobie niewiele ponad dziewięćset stron i w porównaniu z oryginałem jest krótsze, ponieważ wersja anglojęzyczna posiada tych stron ponad tysiąc. Niestety, przy takiej ilości stron wydawca był zmuszony zmniejszyć czcionkę, więc ten fakt już na wstępie stanowił dla mnie utrudnienie. Generalnie bardzo źle czyta mi się powieści z tak małą czcionką. Przypuszczam, że nie jestem jedyna i wielu czytelników podzieli moje zdanie.

W powieści czytelnik odnajdzie bardzo dużo szczegółowych informacji na temat architektury, a także tego, w jaki sposób konstruowano rozmaite średniowieczne maszyny, czego przykładem może być urządzenie, które służyło do produkcji tkanin wyrabianych z owczej wełny. Jeśli kogoś tego rodzaju wiadomości nie interesują, bo na przykład przypominają nieco informacje wyjęte żywcem z jakieś encyklopedii, to może być tym zirytowany. Drugą kwestią jest opis działań wojennych, które mogą wydawać się trochę nudne i zwalniać tempo akcji. W książce znajdziemy także zakazany romans. I tutaj również nie każdemu czytelnikowi może jego opis przypaść do gustu, ponieważ Autor nie skupił się na samym wątku miłosnym, lecz na funkcjonowaniu klasztoru, z którym ten romans się wiąże, gdyż ma on miejsce właśnie w jego murach.


Zawalenie się mostu - chyba jedna z najbardziej dramatycznych scen w powieści.
Kadr pochodzi z serialu telewizyjnego z 2012 roku.
reż. Michael Caton-Jones


Ken Follett przypomina także czytelnikowi o wydarzeniach, które miały miejsce w Filarach Ziemi. Dla kogoś, kto nie czytał poprzedniej historii, ten fakt może okazać się irytujący, ponieważ w pewien sposób zniechęci go do sięgnięcia po tamtą książkę. Pamiętam, że taki sam zabieg stosuje J.K. Rowling w swojej kryminalnej serii o Cormoranie Strike’u. O ile w przypadku kryminałów jest to niedopuszczalne!, gdyż praktycznie zdradza finał zagadki, to w powieściach historycznych można przymknąć na to oko. Z drugiej strony jednak, czasami zdarza się nawet, że Autor przypomina czytelnikowi fakty, które miały miejsce wcześniej, ale dotyczyły właśnie Świata bez końca. Jeżeli bohater zmarł tuż po rozpoczęciu akcji powieści, to naprawdę nie trzeba po iluś tam stronach znów o tym przypominać. Z drugiej strony jednak, usprawiedliwieniem dla tego rodzaju zabiegu może być fakt, iż dany czytelnik niekoniecznie musi sięgać po Świat bez końca natychmiast po przeczytaniu Filarów Ziemi, a ponieważ pamięć jest zawodna, Ken Follett zadbał o to, żeby czytelnikowi nic nie umknęło.

Niektórzy brytyjscy czytelnicy twierdzą też, że w tej powieści jest znacznie więcej scen erotycznych niż w Filarach Ziemi. Naprawdę? Nie zauważyłam, żeby było ich aż tak dużo. Może polskie wydanie jest ocenzurowane? Skoro jest romans, to przecież i seks być musi, prawda? Możliwe, że chodzi tutaj bardziej o sceny gwałtu, a także homoseksualizm wśród mnichów i zakonnic. Nie rozumiem tego zarzutu, ponieważ to wyglądałoby tak, jak gdyby ludzie średniowiecza nie wiedzieli, o co w tym temacie chodzi. Rozumiem, że średniowiecze to generalnie epoka traktowana jako ta najbardziej zacofana ze wszystkich, ale przecież nie aż do tego stopnia! Mnie bynajmniej żadna z powyżej wymienionych wad – o ile można je nazwać wadami – nie zirytowała. Książka bardzo mi się spodobała i wciągnęła już od pierwszej strony.

O czym zatem opowiada Świat bez końca? Jest to przede wszystkim historia czworga przyjaciół z dzieciństwa: dwóch chłopców i dwóch dziewczynek w wieku od dziesięciu do dwunastu lat, którzy na kartach powieści po latach osiągają około czterdziesty rok życia. Nie, oni nie umierają, lecz na tym etapie akcja powieści się kończy. Na kartach książki spotykamy również innych pierwszoplanowych bohaterów, takich jak mściwy i pazerny na władzę mnich Godwyn czy Edmund Wooler – do pewnego czasu przewodniczący lokalnej gildii. A zatem mamy tutaj dwie równoległe opowieści. Z jednej strony poznajemy lata dorastania czworga głównych bohaterów: Merthina i jego brata Ralpha, oraz Caris i jej ubogiej przyjaciółki Gwendy. Z drugiej strony gdzieś w tle przyglądamy się życiu w Kingsbridge, w którym udział biorą również postacie drugoplanowe. Wszyscy ci bohaterowie na własnej skórze doświadczają okrucieństwa wojny, śmierci, jak również poznają, co to rozczarowanie i zawiedzione nadzieje, a także strach przed czarną śmiercią. Niemniej, nigdy nie przestają walczyć i tracić nadziei. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie.



Bitwa pod Crécy (26 sierpnia 1346) - to właśnie tej bitwie Ken Follett poświęca
sporo miejsca w powieści.

Malowidło powstało w XV wieku.
Autor: Jean Froissart (ok. 1337-ok. 1405)


Gdybym musiała wybrać swojego ulubionego bohatera lub bohaterkę, to chyba nie umiałabym się zdecydować. Przyznam, że żadna z postaci nie przypadła mi do gustu na tyle, abym mogła uznać ją za swoją ulubioną. Caris? Raczej nie. Może na samym początku wzbudziła moją sympatię i żal, kiedy musiała ratować życie, ukrywając się za murami klasztoru i tym samym stając się zakonnicą z przymusu. Jej dalsze życie w klasztorze w moich oczach zmienia ją już tylko na niekorzyść. Choć nadal pozostaje silną kobietą, która walczy w imię słusznych spraw, to jednak jej postępowanie nie jest pozbawione hipokryzji. Z dnia na dzień staje się podobna do przeora Godwyna, który podstępnie swego czasu objął funkcję przeora po swoim zmarłym poprzedniku.

Czy tą ulubioną postacią byłaby Gwenda? Chyba nie. Pomimo że siły woli też jej nie brakuje, to jednak wykorzystuje ją do spełnienia swoich własnych marzeń. Czy jej postępowanie można tłumaczyć miłością, którą darzy swojego wybranka? Możliwe, ale przecież nawet miłość nie żąda upokorzeń i poniżenia. To może Wulfric? Też nie. Merthin? O, tak. Ten mógłby zostać moją ulubioną postacią, gdyby nie poddał się bezwarunkowo Caris i nie pozwolił jej grać bez końca na swoich uczuciach.

Niedawno przeczytałam dwie powieści Noah Gordona, w których Autor bardzo szczegółowo przybliżał czytelnikowi tajniki średniowiecznej medycyny. W Świecie bez końca również znajdziemy informacje na ten temat, choć może nie tak zaawansowane, jak przedstawił je Noah Gordon. Pomimo usilnych starań ze strony Caris, średniowieczny prymitywizm w tej kwestii widać bardzo wyraźnie. Niektórzy ówcześni medycy uważali wręcz, że tą czy inną chorobą można zarazić się już poprzez samo patrzenie na chorego człowieka, natomiast upuszczanie krwi było metodą leczenia stosowaną na każdą dolegliwość. Z kolei, gdy zaraza dotyka Kingsbridge, Caris nakazuje noszenie maski na twarzy, aby zakryć nią nos i usta, co oczywiście od razu traktowane jest niczym herezja!

Polityka średniowiecznego Kościoła przedstawiona jest w powieści jako nafaszerowana korupcją i obrzydliwymi praktykami seksualnymi, na co praktycznie nikt nie zwraca uwagi. Możliwe, że większe zgorszenie sieje przekupywanie poszczególnych hierarchów, aniżeli uprawianie seksu przez zakonników i zakonnice. Owszem, zwraca się na to uwagę, ale tylko wtedy, gdy pragnie się danej osobie mocno zaszkodzić, bo nagle staje się ona niewygodna.

Ken Follett na pewno stworzył w Świecie bez końca doskonałą fabułę. Splótł ze sobą wiele wątków, które posiadają sens i są spójne. W dodatku w książce występuje mnóstwo nieoczekiwanych zwrotów akcji. Z kolei bohaterowie są bardzo wyraziści i wręcz namacalnie czytelnik może poznać ich skomplikowane uczucia w rozmaitych sytuacjach. Książkę oczywiście polecam każdemu miłośnikowi historii i średniowiecznej architektury. Myślę, że nie należy zwracać szczególnej uwagi na to, iż stanowi ona kontynuację Filarów Ziemi. Tak, jak wspomniałam wyżej, powieść może być traktowana również jako autonomiczna historia.







środa, 18 marca 2015

Z Iwanem Ajwazowskim chętnie porozmawiałabym o Rosji...







ROZMOWA Z DOROTĄ PONIŃSKĄ



Dorota Ponińska jest absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. Dyplom uzyskała w Katedrze Kultury Polskiej na Wydziale Polonistyki UW. Ukończyła także amerykanistykę i public relations. Przez kilkanaście lat pracowała w branży PR, zarówno w agencji, jak i w międzynarodowych korporacjach. Była członkiem zespołu ds. uzyskania przez Warszawę tytułu Europejskiej Stolicy Kultury. Po tych doświadczeniach zawodowych postanowiła poświęcić czas nowym pasjom: kulturze Orientu i pisaniu. Została słuchaczką Podyplomowego Studium Stosunków Międzykulturowych na Wydziale Orientalistycznym UW. Różnorodność cywilizacji, kultur i obyczajów uważa za największe bogactwo świata, a szczególnie ciekawy wydaje jej się szeroko pojęty Wschód. Najbardziej inspirują ją dalekie podróże i ciekawe spotkania.



Agnes A. Rose: Pani Doroto, witam serdecznie na blogu i dziękuję za przyjęcie mojego zaproszenia do rozmowy. Na początek zapytam, dlaczego zdecydowała się Pani zadebiutować właśnie trylogią, a nie tak jak większość pisarzy, samodzielną książką?

Dorota Ponińska: Dziękuję za zaproszenie – bardzo miło mi gościć w miejscu, które odwiedzam od dawna, wśród tylu znakomitych pisarek i pisarzy. To bardzo inspirujący blog! Pomysł z trylogią nie wyszedł ode mnie – była to propozycja Wydawnictwa Nasza Księgarnia. Jako debiutantka przedstawiłam swoją orientalną opowieść o Rumim i świecie haremów, a jednocześnie zaczynałam pisać zupełnie nową, amerykańską historię o Hemingwayu i modelu męskości, jaki reprezentował. Kiedy padła propozycja napisania trylogii poczułam się zaszczycona i szczęśliwa – bo to wspaniale jeszcze przed debiutem mieć perspektywę wydania trzech książek, a jednocześnie zaczęłam się zastanawiać czy moje dwie historie da się połączyć. Dało się, i tak powstał drugi tom, zbudowany wokół wojny krymskiej, która stała się fabularnym łącznikiem między historią z dziewiętnastowiecznego Stambułu a opowieścią o Ameryce czasów Wielkiego Kryzysu.




Agnes A. Rose: Czy marzenie o zostaniu pisarką tkwiło w Pani od dawna, czy była to spontaniczna decyzja, na przykład wynikająca z jakichś życiowych wydarzeń?

Dorota Ponińska: W dzieciństwie to nawet nie było marzenie, ale pewność, że kiedyś będę pisać. Natomiast życiowe wydarzenia doprowadziły mnie do momentu, w którym mogłam poświęcić się pisaniu.

Agnes A. Rose: Moim zdaniem „Podróż po miłość” to swego rodzaju powiew świeżości na polskim rynku wydawniczym. Stworzyła Pani historię niczym z baśni, choć wcale baśnią nie jest. Myślę, że jest to w dużej mierze zasługa Pani doskonałego warsztatu pisarskiego. Czy zanim zdecydowała się Pani zasiąść do komputera i napisać „Emilię”, szkoliła Pani swój warsztat, czy po prostu ma Pani tak niesamowity talent?

Dorota Ponińska: Dziękuję za tę opinię. Uważam, że każdy talent należy szlifować, a ciekawe książki powstają na bazie solidnego rzemiosła, którego warto się nauczyć. Zawsze z uznaniem czytałam notki o zachodnich pisarzach, którzy chwalili się swoją edukacją na kursach pisania kreatywnego, często na poziomie akademickim. Wydział Polonistyki UW, który skończyłam, nie proponował takich kursów, jak gdybyśmy byli wciąż przywiązani do romantycznej tradycji wieszczów tworzących pod natchnieniem. A przecież warsztat pisarza ma swoje zasady i prawidła, jak wiele innych zawodów. Dlatego kiedy podjęłam decyzję o napisaniu pierwszej książki, zgłosiłam się na kurs pisania kreatywnego w Instytucie Badań Literackich i na kolejne kursy w Pasji Pisania – i bardzo sobie cenię te doświadczenia.           

Agnes A. Rose: W pierwszym tomie trylogii występuje średniowieczny perski poeta Rumi. W części drugiej czytelnik spotyka dziewiętnastowiecznego rosyjskiego malarza Iwana Ajwazowskiego, natomiast w „Lilianie” będzie można przypomnieć sobie Ernesta Hemingwaya. Skąd pomysł na wprowadzenie do fabuły książek akurat tych postaci? Przecież w dziewiętnastym wieku i na początku dwudziestego stulecia żyło wiele innych wybitnych indywidualności.

Dorota Ponińska: To prawda, ale moje myślenie o kolejnych tomach nie zaczęło się od postaci historycznych, tylko od miejsc. Najpierw chciałam opisać Turcję i świat Orientu. Szukałam takich bohaterów, którzy byliby zarazem ciekawi i reprezentatywni dla tego kraju – historia Rumiego i Szamsa wydała mi się fascynująca i mało znana (nie było jeszcze wówczas książki Elif Shafak), a dzieje Adampola, Ludwiki Śniadeckiej i Michała Czaykowskiego – wprost idealne do osadzenia polskiego wątku. Podobnie z Ameryką: chciałam opisać Florydę, którą odwiedziłam dawno temu w czasie studenckich wakacji i uchwycić coś z amerykańskiego ducha, który mnie wówczas zafascynował. I znowu Ernest Hemingway, ze swoim domem na Key West i pozycją czołowego amerykańskiego pisarza, nadawał się idealnie. Wszystkie tomy tego cyklu mają swoje źródła w moich dawnych podróżach i dobrych wspomnieniach.

Agnes A. Rose: Interesuje się Pani kulturą Wschodu, więc zrozumiałe, że bohaterów swoich książek umieściła Pani właśnie w tych specyficznych realiach. A jak jest z historią? Skąd to zainteresowanie?

Dorota Ponińska: Zawsze lubiłam historię i powieści historyczne. W czasach szkoły podstawowej zaczytywałam się Trylogią Sienkiewicza. Pamiętam też wielkie wrażenie, jakie zrobiła na mnie „Księżna Łowicka” – książka o małżeństwie Joanny Grudzińskiej z Wielkim Księciem Konstantym. Wydawało mi się wspaniałe to, że na kartach powieści można ożywić i „uczłowieczyć” postaci znane z podręczników historii, można zobaczyć w nich żywych ludzi. Poza tym pisanie o przeszłości wydaje mi się ciekawsze, bo wymaga zbudowania świata odmiennego od tego, który znamy na co dzień. A przy tym pozwala spojrzeć z dystansu na wydarzenia i ludzkie decyzje.

Agnes A. Rose: Czy przed przystąpieniem do pracy nad trylogią miała Pani już gotowy schemat historii, czy może fabuła powstawała na bieżąco w trakcie pisania?

Dorota Ponińska: Jak już wspomniałam napisałam pierwszy tom jako autonomiczną, skończoną historię. Potem zaplanowałam trzeci tom, amerykański. Drugi tom, rosyjski, polegał na budowaniu mostów fabularnych pomiędzy nimi. Ale przystępując do pracy za każdym razem miałam wizję rozwoju fabuły.

Agnes A. Rose: Którą z głównych bohaterek polubiła Pani najbardziej, a której kreacja przychodziła z trudem?

Dorota Ponińska: Bardzo lubię Ludwikę Śniadecką – imponuje mi jej niezależność od presji otoczenia i całkowita samodzielność. Rodzina ubolewała nad jej ekscentrycznymi wyborami życiowymi, ale Ludwika zawsze była wierna sobie. A z moich fikcyjnych bohaterek najbliższa mi jest chyba Marta, wnuczka Lilianny z trzeciego tomu – współczesna kobieta, którą zajmują współczesne nam problemy i dylematy. Trudna była dla mnie kreacja Emilii z pierwszego tomu, bo to pierwsza bohaterka, do tego bardzo mi odległa w czasie – takie młode, naiwne dziewczątko, jakim ja już od dawna nie jestem.

Agnes A. Rose: Zarówno Emilia, jak i Maria odwiedzają Adampol – osadę polskich imigrantów założoną na obrzeżach Stambułu przez Michała Czaykowskiego w 1841 roku. Czy odwiedziła Pani to miejsce, zbierając materiały do książek? Jeśli tak, to czy mogłaby nam Pani opowiedzieć o swoich wrażeniach z podróży?

Dorota Ponińska: Tak, odwiedziłam Adampol i to była jedna z najprzyjemniejszych części podróży po Turcji. Adampol jest niezwykłym miejscem, w którym dociera do nas czym jest staropolska gościnność, a także pielęgnowanie miłości do polskiej tradycji na obczyźnie. Po pamiątkach Adampola oprowadził nas pan Antoni Dochoda, potomek pierwszych osadników, który opowiedział nam historię osady i pokazał lokalne muzeum, założone w domu jego ciotki, Zofii Ryży. Niezwykła opowieść i niezwykła lekcja prawdziwego patriotyzmu, w najlepszym znaczeniu tego słowa. To na tej opowieści oparłam w dużym stopniu wątek dotyczący ojca Emilii.

Agnes A. Rose: Gdyby dzisiaj spotkała Pani na swojej drodze Iwana Ajwazowskiego albo Ernesta Hemingwaya, to o czym chciałaby Pani z nimi porozmawiać?

Dorota Ponińska: Z Iwanem Ajwazowskim chętnie porozmawiałabym o Rosji – on był ulubieńcem cara i ówczesnych rosyjskich elit, a jednocześnie był człowiekiem wrażliwym, przyjaznym światu i dobroczynnym. Ciekawa jestem jak naprawdę oceniał carskie samodzierżawie i politykę imperialną. Natomiast Ernesta Hemingwaya wolałabym chyba poobserwować z dystansu, ukryta w kącie salonu na jakimś przyjęciu. Jego czar tak działał na kobiety, że wiele z nich nie potrafiło mu się oprzeć (tak jak moja Lilianna), ale najczęściej przynosiło im to ból i rozczarowanie.

Agnes A. Rose: Przypuszczam, że trylogia „Podróż po miłość” to dopiero początek Pani kariery pisarskiej. Czy chce Pani nadal tworzyć powieści historyczne, czy może jest Pani otwarta też na inne gatunki literackie? Jeśli tak, to jakie i dlaczego akurat te?

Dorota Ponińska: Na razie wciąż pociągają mnie powieści historyczne, ale chciałabym już chyba zagłębić się w naszej rodzimej tradycji. Mam pomysł na nową, bardzo polską opowieść. Zupełnie nie widzę siebie w roli autorki na przykład współczesnych kryminałów. Nie pociąga mnie badanie ciemnych stron ludzkiej psychiki. Zamiast tego wolałabym stworzyć opowieść zostawiającą w czytelniku dumę z dawnej polskości – myślę, że wystarczy nam już celebrowania klęsk, bicia się w piersi i przyglądania narodowym wadom. Może lepiej pokazać narodowe zalety i budować dumę z bycia Polakiem?

Agnes A. Rose: Wielu debiutujących autorów skarży się, że zanim ich książka została przyjęta przez wydawcę, musieli przejść naprawdę długą drogę, aby ich praca ujrzała światło dzienne i dotarła wreszcie do czytelników. A jak było w Pani przypadku? Czy od razu wiedziała Pani, że to Nasza Księgarnia wyda Pani powieści?

Dorota Ponińska: Nie wiedziałam, bo debiutant nigdy nie może być tego pewien. Krążą legendy o tym, jak to debiutanckich tekstów nikt nie czyta, bo od razu lądują w koszu. Rzeczywiście, droga do publikacji bywa długa, ale wierzę, że wartościowe teksty znajdą swojego wydawcę. Do mnie Nasza Księgarnia odezwała się dość szybko, z propozycją napisania trylogii, którą chętnie przyjęłam.

Agnes A. Rose: Co, Pani zdaniem, powinien zrobić debiutant, którego każde wydawnictwo odsyła z kwitkiem? Zdecydować się na wydanie własnym kosztem, czy cierpliwie czekać, aż w końcu ktoś go zauważy i zechce podpisać umowę?

Dorota Ponińska: Odsyłany debiutant powinien pracować nad warsztatem. Prosić doświadczonych ludzi o opinie. Zbierać recenzje życzliwych i kompetentnych krytyków. Poprawiać usterki. I nie poddawać się, o ile wierzy w swój tekst. Rozumiem, że zdesperowanemu debiutantowi odsyłanemu z kwitkiem self publishing może się wydawać wybawieniem, ale to ryzykowny wybór – jak pokazuje konsekwentnie Paweł Pollak. Warto oddać swój tekst specjalistom: redaktorom i korektorom, co w dużych wydawnictwach jest naturalną praktyką.




Agnes A. Rose: Czy jest jakieś szczególne miejsce albo postać historyczna, które chciałaby Pani umieścić w swojej kolejnej książce?

Dorota Ponińska: Tak, to Wilno. Urodziłam się w Warszawie, ale kiedy pierwszy raz znalazłam się w Wilnie, miałam wrażenie, że wracam do rodzinnego miasta. Wileńszczyzna mnie urzeka i pociąga, i tam właśnie chciałabym osadzić akcję następnej książki.

Agnes A. Rose: Czy prywatnie również preferuje Pani literaturę historyczną z elementami Orientu?

Dorota Ponińska: Nie tylko. Sięgam po różne książki, nie tylko historyczne. Bardzo lubię na przykład narracje pisarzy iberoamerykańskich, zwłaszcza Gabriela Marqueza i Isabel Allende.

Agnes A. Rose: Nad czym obecnie Pani pracuje i kiedy będzie można spodziewać się kolejnej Pani powieści?

Dorota Ponińska: Ostatnie cztery lata spędziłam, pracując intensywnie nad moją trylogią. Teraz potrzebuję chwili oddechu. Ale zaczynam powoli myśleć o wileńskiej opowieści. Jednak za wcześnie jeszcze na deklarowanie terminów.

Agnes A. Rose: Bardzo serdecznie dziękuję Pani za rozmowę i z niecierpliwością czekam na trzeci tom trylogii oraz kolejne Pani książki. Dziękuję również za tak miłą opinię o moim blogu. Czy na koniec mogłaby Pani zachęcić czytelników do sięgnięcia po „Podróż po miłość”?

Dorota Ponińska: Ja również dziękuję za ciekawe pytania. Mogłabym zachęcić, cytując słowa Jakuba Winiarskiego z tylnej okładki mojej „Lilianny”:

Od średniowiecznego Orientu po niepokoje na Wall Street z roku 2011.
Od spraw codziennych, tutejszych, po wydarzenia tzw. wielkiej historii.
Od Rumiego, poety miłości, do Hemingwaya, ikony walecznej męskości
– i dalej, ku bardzo współczesnym kobietom i mężczyznom.
Czytelniku, niezwykła trylogia Doroty Ponińskiej, której ostatni tom trzymasz w rękach,
to dzieło o niebywałym rozmachu, poruszające i wyjątkowe.



Rozmowa i redakcja
Agnes A. Rose






sobota, 14 marca 2015

Bodil Steensen-Leth – „Kochanek królowej”















Wydawnictwo: ASTRA
Kraków 2014
Tytuł oryginału: Prinsesse af blodet
Przekład: Edyta Stępkowska





Życie każdej księżniczki zazwyczaj było nieszczęśliwe, ponieważ już od kołyski stawała się ona pionkiem w rozmaitych rozgrywkach politycznych celem zdobycia sojuszników przeciwko wrogom swojego narodu. Taka księżniczka, osiągając wiek, który kwalifikował ją do zawarcia małżeństwa, opuszczała swój rodzinny dom, aby żyć w nieznanym jej dotąd kraju, gdzie najczęściej nie potrafiła porozumieć się z dworzanami i poddanymi z powodu nieznajomości języka. Czuła się też odizolowana od wszystkiego, co było jej znane. Oprócz Eleonory z Akwitanii (ok. 1122-1204), która była kobietą o silnej woli i bardziej uzdolnioną niż większość mężczyzn, czy też Katarzyny Wielkiej (1729-1796), w historii były również takie księżniczki, jak Katarzyna Bragança (1638-1705) i Maria Teresa Habsburg (1717-1780), które odnalazły swoje miejsce na dworze uzurpowanym przez metresy.

Potem świat dowiedział się o Karolinie Matyldzie, królowej Danii, która w wieku piętnastu lat wyszła za mąż za swojego kuzyna – Chrystiana VII Oldenburga. Jej matką była księżna Walii – Augusta Sachsen-Gotha (1719-1772), zaś ojcem książę Fryderyk Ludwik (1707-1751), który zmarł nagle, natomiast Matylda urodziła się już po jego śmierci. Wychowała się w Kew i Leicester House w Londynie. Choć nigdy nie poznała swojego ojca, to jednak męskie wzorce czerpała od swoich czterech braci. Jej beztroskie dzieciństwo zakończyło się nagle z powodu zaręczyn z Chrystianem VII. Duński ambasador nie szczędząc wysiłków, zdołał w końcu przekonać brata księżniczki – Jerzego III Hanowerskiego (1738-1820) – że Chrystian VII jest trzeźwo myślącym, sympatycznym i cnotliwym modelowym królem, lecz tak naprawdę nie miało to wielkiego znaczenia na tle osobliwego zachowania duńskiego monarchy. Małżeństwo Matyldy i Chrystiana miało na celu głównie wzmocnienie więzi pomiędzy Danią a Wielką Brytanią, sprawdzenie potęgi Francji oraz wzmocnienie znaczenia religii protestanckiej. Nie ulegało wątpliwości, że Jerzy III w tej kwestii schlebiał Matyldzie, którą wciąż przekonywał, iż to właśnie ona musi zostać królową Danii, po tym jak jej najstarsza siostra – Augusta Fryderyka – wyszła za mąż za księcia Brunszwiku.

Karolina Matylda Hanowerska
(1751-1775)
Para królewska została sobie poślubiona przez pełnomocnika w październiku 1766 roku, natomiast w roli pana młodego wystąpił brat Matyldy. Karolina szlochała przez cały czas trwania ceremonii. Szlochała również w drodze do Kopenhagi. Aż dziwne wydaje się, że nie wylała wszystkich łez, które znów dały o sobie znać w momencie spotkania swojego męża po raz pierwszy. Król Chrystian VII był nie tylko kukiełką w rękach wpływowych urzędników dworskich, ale przede wszystkim za nic nie chciał piastować swojego stanowiska w państwie. Wyglądał niczym dziecko, choć miał już siedemnaście lat. Był szczupły, a jego włosy były tak jasne, że nie potrzebował już żadnego proszku, aby je przypudrować.

Jako chłopiec był bity i torturowany przez swojego nauczyciela, który rzekomo usiłował w ten sposób zrobić z niego prawdziwego mężczyznę. Aby przetrwać, Chrystian ukrył się w swoim fantastycznym świecie pełnym dziwacznych urojeń. W wieku siedemnastu lat odziedziczył tron, lecz po całkiem dobrym początku panowania, obowiązki monarchy zaczęły go nudzić. Zostawiał więc nieprzeczytane stosy dokumentów nawet przez kilka dni, a zamiast tego czas spędzał na zabawach ze swoimi towarzyszami. Z kolei w nocy uciekał z pałacu do rozmaitych kopenhaskich domów rozrywki, ujawniając swoje ogromne zamiłowanie do zniszczenia wszystkiego, co znalazło się na jego drodze. Był znany także z przemocy wobec kobiet, lecz dworzanie mieli nadzieję, że król ustatkuje się w chwili zawarcia małżeństwa.

Karolina Matylda tak naprawdę została wychowana z dala od dworu i nie miała najmniejszego pojęcia, jak należy się na nim poruszać. Podobnie jak kilka lat później Marii Antoninie (1755-1973), nie pozwolono jej zabrać ze sobą z Londynu ani jednej damy dworu. Wzięła ze sobą jedynie wyprawę ślubną i list od brata, aby przeczytać w nim o tym, jak powinna się zachować podczas wjazdu do nowego kraju. Jedyną bratnią duszą stała się dla Matyldy Ludwika von Preussen, jednak i ona już wkrótce miała zniknąć z jej życia. Żmiją w tym królewskim gnieździe okazała się natomiast macocha Chrystiana VII – Juliana Maria Brunszwicka (1729-1796). Była to kobieta niezwykle pobożna, ale też nieugięta w swoim działaniu, której jedynym celem stało się ujrzenie swojego syna na królewskim tronie. Mówiło się, że chciała nawet otruć Chrystiana VII, kiedy ten był jeszcze dzieckiem, by w ten sposób zapewnić władzę swojemu potomkowi. Chrystiana szczęśliwie uratowano, więc plan Juliany Marii spalił na panewce. Jeśli zatem Karolina Matylda miała nadzieję odnaleźć w niej sympatyczną teściową, to szybko się rozczarowała.

Chrystian VII Oldenburg
(1749-1808)
Początkowo Karolina Matylda myślała, że jej małżeństwo odniesie sukces. Chrystian zachwycony młodą żoną, rzucił się w jej objęcia już podczas pierwszego spotkania. Wtedy też jego ministrowie odetchnęli z ulgą. Niemniej, w ciągu kilku następnych dni król uznał, że jednak nie lubi żyć w związku małżeńskim. Wrócił więc do swoich starych nawyków i zabaw. Karolina Matylda była bardzo nieszczęśliwa i niezadowolona z tego powodu, o czym pisała w listach do swojego brata. Bardzo szybko przekonała się jednak, że nie chce i nie potrzebuje jego rady. Zaczęła więc liczyć tylko i wyłącznie na samą siebie. Matylda rozpoczęła naukę języka duńskiego, aby móc poczuć się pewnie na duńskim dworze. Znudzona przebywaniem całymi dniami w pałacowych komnatach, zaczęła wychodzić na ulice Kopenhagi w towarzystwie lokaja i damy dworu. Ponieważ król nie chciał z nią sypiać, nie mogła nawet wypełniać podstawowego małżeńskiego obowiązku, przedłużając tym samym królewską dynastię. Karolina Matylda choć nie uchodziła za piękność, to jednak potrafiła być czarująca i pełna życia. Ta hoża blondynka miała brzoskwiniową, śmietankową cerę, która stanowiła przedmiot zazdrości wielu kobiet. Podczas gdy jej mąż nie wykazywał zainteresowania jej osobą, w otoczeniu królowej pojawiało się mnóstwo osób, które to zainteresowanie jej okazywało. Byli to ludzie, którzy czuli się naprawdę szczęśliwi, mogąc pocieszyć królową w jej depresji.

Ministrowie Chrystiana bardzo szybko doszli do wniosku, że jeśli nic się nie zmieni w postępowaniu króla, to Dania utraci bezpowrotnie szansę na następcę tronu. Tak więc zaczęli przekonywać monarchę do regularnych wizyt w sypialni królowej, ponieważ w innym razie poddani zaczną szeptać między sobą, że ich władca jest impotentem. To wystarczyło, aby Karolina Matylda odzyskała męża, któremu w końcu udało się spłodzić potomka. Chłopiec otrzymał imię Fryderyk. Niemniej, narodziny spadkobiercy niczego nie zmieniły w postępowaniu króla, ani też nie poprawiły stanu jego psychiki. W rzeczywistości sfera psychiczna Chrystiana przedstawiała się coraz gorzej. Podczas podróży po Europie, której celem była Anglia, Chrystian spotkał niemieckiego lekarza Johanna Struensee, specjalizującego się między innymi w badaniu zaburzeń psychicznych. Wydawało się, że jego obecność kojąco wpływa na króla, dlatego też Chrystian upierał się, aby medyk towarzyszył mu do końca podróży.

Mając trzydzieści lat, nowy przyjaciel duńskiego monarchy był przystojny i ambitny, posiadał prawie sześć stóp wzrostu, był dobrze zbudowany i miał niebieskie oczy. Johann Struensee pracując poprzednio na prowincji, widział w przyjaźni z królem swoją szansę na rozwój i podniesienie pozycji społecznej. Oprócz tego, że lekarz miał kojący wpływ na młodego monarchę, to jeszcze dodatkowo namawiał Chrystiana do tego, aby umożliwił mu wgląd do dokumentów państwowych. Leczenie króla polegało w głównej mierze na przebywaniu monarchy na świeżym powietrzu, gimnastykowaniu się oraz ograniczaniu wydatków na trunki, co w pewnym momencie zaczęło działać cuda. Z jednej strony Johann Struensee odznaczał się niezwykłą skromnością, przyjmując pokorną postawę, lecz z drugiej każdy, kto przyjrzał mu się bliżej, dostrzegał w nim zbyt ambitnego i żądnego władzy mężczyznę.

Johann Friedrich Struensee (1737-1772)
W końcu nadworny medyk Chrystiana VII zdobył serce Karoliny Matyldy, a stało się to po tym, jak wyleczył ją z niezwykle bolesnej choroby wenerycznej, którą zaraziła się od męża. Tak przynajmniej twierdzą niektórzy historycy. Ich spotkania najpierw miały charakter zwykłych rozmów. Johann był dla Matyldy pierwszą przyjazną osobą od czasu, kiedy ta utraciła swoją powiernicę – Ludwikę von Preussen. W końcu chęć posiadania oddanego przyjaciela zaowocowała tym, iż królowa zażądała od niego, aby ten odwiedzał ją codziennie, czasami nawet trzy lub cztery razy w ciągu dnia. Był to klasyczny przypadek młodej dziewczyny, która bez pamięci zakochała się w starszym od siebie i bardziej doświadczonym mężczyźnie. Tak więc można rzec, że Johann Struensee był dla Matyldy jednocześnie kochankiem, nauczycielem, ale też ojcem, a to wszystko opakowane było w ciało samca alfa. Wkrótce zdał sobie sprawę z tego, jak tę sytuację może zmienić na swoją korzyść, aby uzależnić od siebie nie tylko młodego króla, ale też jego żonę. To właśnie Johann Struensee namówił Matyldę do podejmowania działań, które w tamtych czasach nie uchodziły kobiecie, jak na przykład jazda konna w męskim siodle. Potem przyszedł czas na wprowadzenie drugiego etapu swojego planu, który miał zapewnić mu znacznie większą aktywność polityczną w państwie. Królowej powiedział, iż kwestią czasu jest popadnięcie przez Chrystiana w nieodwracalną chorobę psychiczną, i że to od niej zależy, czy wykorzysta swoją władzę, zanim zrobią to jej wrogowie. 

Johann Struensee i Karolina Matylda byli kochankami do 17 stycznia 1772 roku, czyli do dnia aresztowania hrabiego. Wtedy też Matylda została oficjalnym więźniem Danii. Dla młodej królowej Johann musiał być niczym rycerz ze stetoskopem. Oczywiście jest to swego rodzaju przenośnia, ponieważ wtedy jeszcze lekarze nie używali tego instrumentu, lecz badali pacjenta jedynie przy pomocy własnego ucha. Pierwszy stetoskop pojawił się na świecie dopiero w 1816 roku, a został wynaleziony przez francuskiego lekarza o nazwisku René Théophile Hyacinthe Laennec (1781-1826).

Mads Mikkelsen jako Johann Friedrich Struensee & Alicia Vikander
w roli Karoliny Matyldy w filmie Kochanek królowej.
reż. Nikolaj Arcel

Kochanek królowej to powieść historyczna, która opowiada historię Karoliny Matyldy Hanowerskiej. Autorka rozpoczyna ją sceną, kiedy młodziutka Matylda właśnie wybiera się w podróż do nowego i nieznanego jej kraju. Nie chce tam jechać, ale nie ma w tej kwestii nic do powiedzenia. Nie może sprzeciwiać się woli tych, którzy już dawno podjęli za nią decyzję, czyli matka i brat. Bodil Steensen-Leth w głównej mierze skupia się na skandalicznym romansie młodej królowej i nadwornego lekarza. Oczywiście nie zapomina w tym wszystkim o szczegółach występujących w tle. Są obecni dworzanie, ministrowie, a także zwykli poddani, którym czasami nie podoba się to, co wyprawia ich monarchini. Sama postać Matyldy jest niezwykle wyrazista. Podobnie zresztą jak pozostali bohaterowie. Chrystian VII i jego wciąż postępująca choroba psychiczna przestawieni są niesamowicie realistycznie. Są chwile, kiedy król czytelnika po prostu rozśmiesza, ale już za moment można poczuć wyrzuty sumienia, zdając sobie nagle sprawę, że przecież to chory człowiek, który potrzebuje pomocy, gdyż tak naprawdę nie wie, co robi.

Nie brak w tej powieści także kwestii politycznych. Powiedziałabym, że jest ich tutaj mnóstwo. Od chwili pojawienia się na scenie Johanna Struensee, polityka nie daje czytelnikowi o sobie zapomnieć. Z kolei Matylda, jak gdyby o niej nie pamiętała. Dla niej liczy się tylko jej kochanek i relacje, jakie ją z nim łączą. Jest niezwykle impulsywna. Czasami wydaje się, że niektóre nawyki zapożyczyła od swojego chorego męża. Ona również w chwilach najwyższych emocji potrafi zniszczyć to, co akurat ma pod ręką. Na pewno dla królowej ważna jest rodzina, lecz nie ta, która mieszka daleko w Anglii, ale ta znajdująca się tuż obok, jak na przykład dzieci. O Chrystianie praktycznie przestała już myśleć jak o mężu, bo i jaki może mieć z niego pożytek? Z drugiej strony jednak powinna bardziej zwrócić uwagę na to, kim tak naprawdę jest. Czy królowej Danii i Norwegii przystoi wywoływać skandal obyczajowy, od którego huczy na dworach całej ówczesnej Europy? Czy samotność i odrzucenie naprawdę tłumaczą jej postępowanie?


Mikkel Boe Følsgaard jako król Chrystian VII Oldenburg w filmie Kochanek królowej.
reż. Nikolaj Arcel

Myślę, że Karolina Matylda Hanowerska poprzez swoje zachowanie chciała odrzucić wszelkie konwenanse panujące w tamtym czasie. Ona była przede wszystkim kobietą potrzebującą miłości i bliskości drugiego człowieka. Dopiero w drugiej kolejności była królową. Na nic bowiem zdały się ciągłe upomnienia jej angielskiej rodziny. Matylda niewiele sobie z nich robiła. W którymś momencie przestała już nawet czytać listy od matki i brata, w których obydwoje stale przywoływali ją do porządku. Czy zatem można powiedzieć, że Matylda mogła być szalona, podobnie jak jej mąż? Czy nie wiedziała co robi, wdając się w ten skandaliczny romans i rujnując wszystko, co posiadała? Nie jestem historykiem, więc trudno jest mi ocenić to jednoznacznie. Wydaje mi się jednak, że nie wszystko można wytłumaczyć brakiem zrozumienia i samotnością.

Powieść napisana jest z naprawdę ogromnym rozmachem. Rzadko sięgam po literaturę skandynawską, ale kiedy już to robię, to zazwyczaj trafiają w moje ręce książki, które są warte uwagi. Na podstawie Kochanka królowej w 2012 roku powstał również film o tym samym tytule. Adaptacja cieszyła się wielką popularnością i spodobała się większości widzów. Tym, co najbardziej przykuło moją uwagę i zasługuje na pochwałę tej powieści jest fakt, iż Bodil Steensen-Leth przy pisaniu swojej książki ściśle trzymała się faktów. Czytając o Karolinie Matyldzie w innych źródłach doszłam do wniosku, że powieść Bodil Steensen-Leth w niczym tak naprawdę nie odbiega wiarygodnością od tekstów sporządzonych przez historyków. Jedyne, co je różni to styl pisania. Cieszę się, że mogłam przeczytać tę książkę, bo dzięki temu poznałam historię, o której istnieniu nie miałam pojęcia.