Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

niedziela, 29 czerwca 2014

Lucy Maud Montgomery – „Opowieści z Avonlea”











Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 1991
Tytuł oryginału: Chronicles of Avonlea
Przekład: Ewa Fiszer





Opowieści z Avonlea to zbiór dwunastu opowiadań, których akcja toczy się w fikcyjnej kanadyjskiej miejscowości Avonlea. Pomimo że opowiadania związane są z miejscem, w którym wychowała się nasza rudowłosa bohaterka – Anne Shirley – to jednak mają one z nią niewiele wspólnego. Oprócz kilku nic nieznaczących wzmianek, Anne praktycznie tutaj nie istnieje. Podobnie rzecz przedstawia się w przypadku pozostałych mieszkańców Zielonego Wzgórza, jak Marilli Cuthbert czy Rachel Lynde (z pol. Małgorzata Linde). Gdzieś w tle występuje również wielebny Allan i jego żona, a także serdeczna przyjaciółka Anne – Diana Barry. Opowiadnia dotyczą natomiast mieszkańców Avonlea oraz okolicznych miejscowości. Postacie te nie zostały wymienione w tych częściach cyklu, które bezpośrednio dotyczą osoby Anne Shirley.

Książka po raz pierwszy została opublikowana w 1912 roku. Czasami sprzedawana była ona jako kolejna część serii o Anne Shirley. Większość opowiadań, które znalazły się w tym tomie, została opublikowana przez Lucy Maud Montgomery na łamach rozmaitych czasopism, zanim narodziła się Ania z Zielonego Wzgórza. Po wielkim sukcesie Ani z Zielonego Wzgórza w 1908 roku, a potem Ani z Avonlea w roku 1909, Autorka żyła pod ogromną presją swojego wydawcy. Chciał on bowiem, aby Montgomery dostarczyła mu kolejnych opowieści o Anne Shirley. W związku z tym Lucy Maud Montgomery zwyczajnie przerobiła treść kilku wcześniej już opublikowanych opowiadań, które nie dotyczyły Avonlea. Zrobiła to tak perfekcyjnie, że czytelnik nie ma pojęcia, iż wydarzenia w nich opisane mogły nie mieć miejsca właśnie w Avonlea. Podobnie stało się w przypadku odniesień do osoby Anne Shirley. W tej kwestii również nastąpiły zmiany. Lucy Maud Montgomery wprowadziła jednocześnie kilka odniesień związanych bezpośrednio z bohaterami mieszkającymi w Avonlea. Następnie całość zaczęła być sprzedawana jako nowy tom serii o Anne Shirley. Książka została pświęcona pamięci „Pani Williamowej A. Houston, drogiej przyjaciółce, która odeszła.”

Jak już wspomniałam Opowieści z Avonlea to zbiór dwunastu opowiadań:

  1. Zaloty Ludwika (z ang. The Hurrying of Ludovic) – Anne Shirley opowiada się za tym, aby Ludovic Speed ożenił się wreszcie z Theodorą Dix, ponieważ już zbyt długo żyją w narzeczeństwie…
  2. Stara Dama (z ang. Old Lady Lloyd) – „Stara Dama Lloyd” uważana jest powszechnie za bardzo bogatą. Pewnego dnia spotyka córkę swojego dawnego ukochanego i stara się jej pomóc…
  3. Każdy własnym językiem (z ang. Each in His Own Tongue) – Wielebny Stephen Leonard próbuje stłumić pasję swojego wnuka – Felixa Moore’a – który gra pięknie na skrzypcach i pragnie, aby kiedyś zostać wiekim muzykiem. Niestety, jego dziadek widzi to zajęcie jako coś bezbożnego…
  4. Maleńka Joscelyn (z ang. Little Joscelyn) – Ciocia Nan słyszy o powrocie Joscelyn Burnett na Wyspę Księcia Edwarda. Z całych sił pragnie usłyszeć jej śpiew, lecz pojawiają się problemy wydawałoby się, że nie do pokonania…
  5. Jak udało się zdobyć Lucynę (z ang. The Winning of Lucinda) – Lucinda i Romney Penhallow są w sobie zakochani od lat, lecz ze sobą nie rozmawiają. Jakaś mało znacząca sprzeczka sprzed lat sprawiła, że nawet miłość nie jest w stanie ich ze sobą pogodzić…
  6. Córka Starego Shawa (z ang. Old Man Shaw's Girl) – Pani Blewett próbuje zniszczyć nadzieje Starego Shawa w kwestii powrotu jego córki Sary, zwanej „Kwiatuszkiem”…
  7. Wielbiciel ciotki Oliwii (z ang. Aunt Olivia's Beau) – O rękę podstarzałej już Olivii Sterling zabiega Malcolm McPherson…
  8. Kwarantanna w domu Alexandra Bennetta (z ang. Quarantine at Alexander Abraham's) – Poważna Angelina „Peter” McPherson nienawidzi mężczyzn i psów. Mawia, że „w chwili, kiedy kobieta naprawdę pozna mężczyznę, woli od niego koty”. Z powodu epidemii ospy przebywa ona w domu Alexandra Abrahama Bennetta, który od lat nie gościł u siebie żadnej kobiety…
  9. Nabytek Pa Sloane’a (z ang. Pa Sloane's Purchase) – Pa Sloane pochopnie kupuje na aukcji dziecko i od tej pory musi radzić sobie z konsekwencjami tego niecodziennego zakupu…
  10. Jak Stefan Clark ubiegał się o rękę Prissy Strong (z ang. The Courting of Prissy Strong) – Stephen Clark stara się o rękę Prissy Strong, pomimo że jej siostra – Emmeline – stanowczo się temu sprzeciwia…
  11. Cud w Carmody (z ang. The Miracle at Carmody) – Zdeklarowana ateistka – Judith Marsh – i jej siostra – Salome – wychowują małego i lubiącego „przednie” zabawy Lionela Ezechiasza…
  12. Koniec kłótni (z ang. The End of a Quarrel) – Peter Wright i Nancy Rogerson spotykają się ponownie po wielu latach. Są ze sobą skłóceni z powodu zbyt częstnych błędów językowych Petera…

Moim zdaniem Opowieści z Avonlea niewiele wnoszą do całości cyklu, o ile w ogóle wnoszą cokolwiek. Jest to dwanaście oddzielnych historii, które łączy jedynie miejsce akcji, a ta dzieje się głównie w okresie dorastania Anne Shirley. Na pewno z każdego z tych opowiadań płynie swoisty morał. Jedne mówią o miłości, która nawet po latach wciąż jest silna i nadal ma szansę na spełnienie, pod warunkiem, że sami zainteresowani będą tego chcieli. Z kolei inne opowiadania ukazują bezinteresowną pomoc wobec drugiej osoby, bądź też uczą, że nie należy oceniać ludzi po pozorach. Są też takie, które mogą w czytelniku wywołać smutek i przygnębienie. Bohaterowie zakładają własne rodziny, umierają, pomagają sobie nawzajem, plotkują o innych, czyli tak jak w życiu. Niektóre mogą także wywołać uśmiech na twarzy czytelnika, ponieważ nie brak w nich humorystycznych scen.

Myślę, że pomimo iż są to opowiadania, w których prym wiodą osoby dorosłe, to jednak całość przeznaczona jest jednak dla dorastającej młodzieży. Choć z drugiej strony, patrząc na obecne preferencje czytelnicze młodych ludzi, obawiam się, że trudno będzie zainteresować ich tego rodzaju literaturą. Pochwalam wznowienia, lecz zastanawiam się, czy nie sięgają po nie przypadkiem osoby, które wychowały się na Ani z Zielonego Wzgórza. Możliwe, że podchodzę do tej kwestii zbyt pesymistycznie, ale z moich indywidualnych obserwacji wynika, że największe zachwyty odnośnie serii opowiadającej o Anne Shirley wychodzą jednak z ust starszego pokolenia, które po prostu nie wyobraża sobie, aby można było nie wiedzić kim jest rudowłosa i roztrzepana, ale jakże słodka Anne.











piątek, 27 czerwca 2014

Agnieszka Lingas-Łoniewska – „Łatwopalni. Wybaczenie” #3




Recenzja przedpremierowa

Premiera książki 30 czerwca 2014










Wydawnictwo: Novae Res
Gdynia 2014





Dolnośląskie krajobrazy chyba już zawsze będą kojarzyć mi się z trylogią Łatwopalni. Natomiast takim najbardziej charakterystycznym miejscem dla mnie, jako miłośniczki historii, będzie bez wątpienia Zamek Książ, który jest trzecim pod względem wielkości zamkiem w Polsce. Jego majestatyczny wygląd można podziwiać, patrząc na skalny klif położony nad rzeką Pełcznica. Zamek często nazywany jest „Perłą Dolnego Śląska”. To właśnie tam pewnego dnia wybrali się na wycieczkę bohaterowie trzeciego tomu Łatwopalnych: Bernie, Sylwia, Milena i Tymek.

Każdy, kto czytał dwa poprzednie tomy tejże trylogii, wie, kim są Bernie i Sylwia. Z kolei Milena i Tymek to postacie, które Agnieszka Lingas-Łoniewska w pełnej krasie wprowadziła dopiero do tomu trzeciego. Tym razem na kartach książki czytelnik spotyka trzy pary przyjaciół: Monikę i Jarka, wspomnianych już Berniego i Sylwię oraz Grzegorza i Dorotę. Każda z tych par musi zmagać się z własnymi problemami. Monika i Jarek niedawno zostali szczęśliwymi rodzicami, więc ich radość z tego powodu nie ma końca. Lecz to wcale nie oznacza, że ich życie to istna sielanka. Zła przeszłość ciąży na nich niczym klątwa i jej znamiona nie znikną dopóki sami zainteresowani nie pozwolą jej odejść. Monika i Jarek nie wyobrażają sobie już życia bez siebie nawzajem, nie dziwi więc fakt, że snują plany na przyszłość.

Związek Sylwii i Berniego to sprawa dość nowa, tak więc bohaterowie są nieco oszołomieni tak gwałtowną zmianą w swoim życiu. Obydwoje muszą pozamykać niedokończone sprawy, aby móc żyć spokojnie bez obaw o jutro. W dodatku na Berniego spada nieoczekiwanie wiadomość, że jest… ojcem. Jak zatem poradzi sobie w nowej sytuacji ten zagorzały motocyklista? Czy spełni oczekiwania dorastającego dziecka? A może jedna i druga strona będzie rozczarowana nieznanymi dotąd relacjami?

Jak pamiętamy z drugiej części trylogii, Grzegorz i Dorota poznali się w dość dramatycznych okolicznościach. Ich znajomość zaczęła rozwijać się wówczas, kiedy życie najbliższej wtedy Grzegorzowi osoby było zagrożone. Podkomisarz Dorota Chorodyńska podejmuje się rozwiązania najbardziej niebezpiecznych spraw kryminalnych, co oczywiście ma swoje konsekwencje także w jej życiu osobistym. Kobieta – podobnie jak pozostali bohaterowie – nie może poszczycić się krystaliczną i bezproblemową przeszłością. Wciąż przeżywa swoją traumę, z którą stara się walczyć, jak tylko może najskuteczniej. Co za szczęście, że teraz nie jest już taka samotna i ma obok siebie kochającego mężczyznę, który jest gotów dla niej naprawdę wiele poświęcić. Tylko czy życiowe i niespodziewane problemy nie okażą się być zbyt poważne, aby im sprostać? Czy naprawdę wystarczy tylko mocno kochać, żeby móc wyjść obronną ręką z sytuacji z gruntu skazanych na niepowodzenie?

Oprócz postaci dobrze nam znanych z dwóch poprzednich tomów trylogii, Autorka znów ożywia bohaterów, którzy na czytelnikach zdążyli już wywrzeć ogromne wrażenie. Oczywiście mowa tutaj głównie o Łukaszu „Lukasie” Borowskim, bez którego trudno byłoby poradzić sobie bohaterom Wybaczenia. Jego pomoc znowuż jest bardzo cenna. Gdyby nie jego kontakty, zapewne niektóre sprawy skończyłyby się zupełnie inaczej niż ukazane jest to na kartach powieści. Tak więc powrót Lukasa zwiastuje, iż Agnieszka Lingas-Łoniewska skonstruowała również doskonały wątek kryminalny z dość zaskakującym zakończeniem, którego mało kto mógłby się spodziewać. Oprócz Lukasa wymieniani są także inni bohaterowie poprzednich powieści Autorki. Oczywiście nie zdradzę o kogo chodzi, żeby nie psuć czytelnikom niespodzianki. O tym musicie przekonać się sami, czytając Wybaczenie.

Wydaje mi się, że ten trzeci tom trylogii Łatwopalni jest zgoła inny niż dwa poprzednie. Możliwe, że jest bardziej emocjonujący i trzymający w napięciu, choć tak naprawdę książkom Agnieszki Lingas-Łoniewskiej stale towarzyszy szereg, czasami wręcz skrajnych, emocji. Ta kwestia nie jest zatem nowością. Niemniej jednak, pojawia się tutaj tak dużo rozmaitych uczuć, że w końcu czytelnik zaczyna je odczuwać razem z bohaterami, którym nie obce są strach, nienawiść, gniew, złość, ale także szczęście, radość i przede wszystkim miłość, bez której tak naprawdę nic nie miałoby sensu.

Na kartach Wybaczenia oprócz tych naprawdę poważnych problemów, czytelnik odnajduje również takie, które towarzyszą nam każdego dnia. W tej kwestii Autorka skupia się przede wszystkim na wychowywaniu dzieci i relacjach pomiędzy rodzicami a ich pociechami. Pojawia się tutaj pewien kontrast, ponieważ z jednej strony obserwujemy ojca, który musi poradzić sobie z niełatwym zadaniem, jakim bez wątpienia jest wychowywanie nastoletniej latorośli. Z kolei z drugiej strony przyglądamy się rodzicom, którzy dopiero wchodzą w etap rodzicielstwa. Są też i tacy, którzy mają na wychowaniu kilkuletnie dzieci. Każda z tych relacji jest inna, i każda zasługuje na uwagę.

Co może nieco dziwić, tym razem nie zwróciłam zbyt szczególnej uwagi na relacje damsko-męskie i romanse, które obserwujemy pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Wzruszające było dla mnie natomiast to, iż na kartach powieści spotykamy prawdziwą przyjaźń, o którą w dzisiejszym realnym świecie naprawdę trudno. Charakterystycznym przesłaniem tej części Łatwopalnych jest przede wszystkim kwestia wybaczenia, o czym informuje nas już sam tytuł. Lecz musimy pamiętać, że wybaczyć można nie tylko drugiej osobie, ale też samemu sobie, bo tylko wówczas będzie można żyć w zgodzie z otaczającym nas światem.

W powieści nie brak też typowo męskich tematów. Myślę więc, że w związku z tym również mężczyźni mogą śmiało sięgnąć nie tylko po Wybaczenie, ale po całą trylogię. Łatwopalnych jako całość oceniam naprawdę bardzo wysoko. Czytelnicy, którzy spotykają się z tą trylogią po raz pierwszy powinni wiedzieć, że znajdą tutaj naprawdę wszystko, począwszy od ludzkich dramatów, a skończywszy na ogromnym szczęściu, które trudno będzie ogarnąć.

Na koniec dodam już stricte od siebie, że czytając Wybaczenie nie mogłam opędzić się od myśli, iż na kartach powieści znajduje się zalążek kolejnej niesamowitej historii. Jednak to już od Autorki zależy, czy ta historia kiedykolwiek zostanie opowiedziana. Opowiedziana niekoniecznie jako kolejna część Łatwopalnych, lecz w formie nowej i całkowicie samodzielniej powieści.



Za książkę serdecznie dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu 








środa, 25 czerwca 2014

Mireille Calmel – „Noce królowej”
















Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2014
Tytuł oryginału: Le Lit d’Aliénor
Przekład: Bella Szwarcman-Czarnota
Seria: Wyrwane z kart historii




Wpływowe i charyzmatyczne kobiety od dziesiątek lat budzą zainteresowanie nie tylko historyków, ale również pisarzy. W wielu przypadkach są to kobiety niedoceniane, pomimo iż niejednokrotnie zdziałały na rzecz swojego kraju znacznie więcej, aniżeli władcy-mężczyźni. Zazwyczaj dopiero po latach dostrzegano ich zasługi, bądź też piętnowano za sposób prowadzenia się. Wielokrotnie uznawano je za rozpustne ladacznice, które nie potrafiły utrzymać na wodzy swoich seksualnych popędów. Tak właśnie postrzegana była, i chyba nadal jest, główna bohaterka Nocy królowej – Eleonora Akwitańska (z franc. Aliénor d'Aquitaine).

Eleonora Akwitańska to przede wszystkim matka Ryszarda I Lwie Serce (1157-1199). Była najstarszym z trojga dzieci Wilhelma X Świętego (1099-1137) i Aénor de Châtellerault (?-1130). Małżeństwo jej rodziców zostało zaaranżowane przez ojca Wilhelma X – Wilhelma IX Trubadura oraz matkę Aénor, zwaną La Dangerosa (z wł. niebezpieczna), która była kochanką przyszłego teścia Eleonory. Późniejsza królowa Francji i Anglii wychowywała się na najbardziej kulturalnym dworze Europy. To ojciec zadbał o jej gruntowne wykształcenie. Eleonora potrafiła czytać, znała też język łaciński, była również bardzo dobrze wykształcona w dziedzinie literatury i muzyki. Księżniczka uwielbiała także jeździć konno i brać udział w polowaniach. Była niezwykle towarzyska, ale i niesamowicie uparta. Już od najmłodszych lat charakteryzowała ją nieprzeciętna uroda. Prawdopodobnie miała rude włosy i brązowe oczy. Pod tym względem była więc podobna do swojego ojca i dziadka. Kiedy w wieku czterech lat zmarł jej brat – Wilhelm Aigret – Eleonora odziedziczyła Akwitanię oraz siedem innych hrabstw. Oprócz brata miała jeszcze młodszą siostrę – Petronelę.

Wiosną 1137 roku książę Wilhelm X podjął zamiar udania się z pielgrzymką do Santiego de Compostela. Wraz ze swoimi córkami przybył więc do Bordeaux, a tam powierzył je opiece miejscowego arcybiskupa i jednego z najwierniejszych książęcych wasali. Dopiero potem udał się w dalszą drogę. Niestety, podczas tejże pielgrzymki książę zmarł. Podejrzewano, że został otruty. Było to 9 kwietnia 1137 roku, dokładnie w Wielki Piątek. Tym samym piętnastoletnia wówczas Eleonora została księżną Akwitanii. Dziewczyna była zatem najlepszą partią Europy, więc pojawiło się ryzyko, że potencjalni kandydaci do jej ręki będą usiłować ją porwać. Chcąc temu zapobiec, Wilhelm wyznaczył protektorem Akwitanii i samej księżniczki francuskiego króla – Ludwika VI Grubego (1081-1137), którego zadaniem było znalezienie dla Eleonory odpowiedniego męża. Tuż przed śmiercią Wilhelm kazał przysiąc swojemu otoczeniu, iż zachowane w tajemnicy zostaną jego postanowienia odnośnie dalszego losu Eleonory, dopóki nie zostanie o nich powiadomiony Ludwik VI. Tak więc posłańcy natychmiast wyruszyli do Bordeaux, aby rychło przekazać wieści arcybiskupowi, a następnie podać je dalej do Paryża i powiadomić króla o decyzji księcia Akwitanii.

Eleonora Akwitańska (ok. 1122-1204)
Król Ludwik VI Gruby również był ciężko chory, lecz wiadomość o powierzeniu mu pieczy nad najzamożniejszą prowincją Francji bardzo go ucieszyła. Działając jako opiekun Akwitanii i jej niepełnoletniej władczyni, Ludwik podał do publicznej wiadomości, iż księżniczka poślubi jego syna i dziedzica, niewiele od niej starszego Ludwika. Główny doradca królewski – opat Suger – spisał rychło umowę ślubną i tak oto Ludwik w asyście pięciuset rycerzy udał się do Bordeaux. Przybył tam 11 lipca 1137 roku, zaś już nazajutrz arcybiskup Godfryd de Laroux udzielił młodym ślubu w miejscowej katedrze pod wezwaniem świętego Andrzeja. Ceremonia była naprawdę wspaniała. Przybyły na nią setki ludzi. Niemniej jednak, pojawił się pewien problem. Otóż, Akwitania miała pozostać niezależna od francuskiej korony, natomiast do połączenia Akwitanii z Francją mogło dojść dopiero w kolejnym pokoleniu za sprawą ewentualnego syna Eleonory i Ludwika. Z okazji ślubu Eleonora podarowała mężowi kryształową wazę, która przechowywana jest obecnie w Luwrze. Od tego momentu akcja powieści Noce królowej nabiera tempa i następują po sobie kolejne wydarzenia związane z życiem Eleonory Akwitańskiej.

Mireille Calmel przy tworzeniu historii jednej z najbardziej kontrowersyjnych postaci kobiecych w dziejach świata, podążyła drogą, którą w ostatnim czasie obiera coraz więcej autorów powieści historycznych. Mianowicie wprowadziła elementy fantastyki. Z jednej strony mamy dość dobrze skonstruowane tło historyczne, z którego uzyskujemy szereg istotnych informacji na temat Eleonory Akwitańskiej, zaś z drugiej strony pojawia się magia, gusła i spora dawka seksu pod rozmaitymi postaciami. Tak więc cała opowieść jest dosyć pikantna w swojej wymowie.

Powieść tak naprawdę rozpoczyna doniosłe wydarzenie, a jest nim dzień narodzin Henryka II Plantageneta, czyli przyszłego ojca wspomnianego już Ryszarda I Lwie Serce. Na zamku wnuczki wielkiego Wilhelma Zdobywcy (ok. 1028-1087), gdzie dochodzi do narodzin Henryka w 1133 roku, zamieszkuje również niejaka Ginewra de Grimwald wraz ze swoją córą – Loanną. Nie wiadomo kim był ojciec Loanny. Odkąd dziewczyna pamięta, zawsze wychowywała ją matka, a za ojca uważała Gotfryda V Plantageneta (1113-1151). Wiadomo, że Ginewra jest spowinowacona z czarnoksiężnikiem Merlinem oraz druidami. Każdy, kto interesuje się mitologią Wysp Brytyjskich zapewne wie, kim był Merlin. To opiekun i nauczyciel, a potem doradca legendarnego króla Artura – władcy, który żył najprawdopodobniej na przełomie V i VI wieku, choć jego wiarygodność historyczna wciąż jest tematem sporów. Merlin to postać niezwykle tajemnicza, lecz mimo to ciesząca się sławą mędrca, który posiadł ogromne pokłady wiedzy oraz mądrości. Były one na tyle głębokie, iż właśnie z tego powodu niektórzy zaczęli zwać go czarnoksiężnikiem.

Ludwik VII Młody (1120-1180)
Wielu osobom Merlin kojarzy się z druidami. W niektórych księgach zapisano, że jego korzenie sięgały starej wiedzy, ale jednocześnie zgłębiał też tajemnice nowej wiary, wplatając ją w swoją celtycką drogę w sposób niezwykle mistyczny i delikatny, czyli typowy dla Celtów. Możliwe, że sam był druidem, za czym przemawia ponadprzeciętne wykształcenie Merlina pobierane u mędrców, którymi w Brytanii w V i VI wieku byli właśnie druidzi. Według legend, Merlin był także trubadurem. Na temat jego osoby powstało wiele mitów, które w sposób wręcz fanatyczny opisywały potęgę i moc Merlina. Wielokrotnie były to historie grubo przerysowane, co zazwyczaj towarzyszy opowieści o postaciach wyjątkowych. Merlinowi przypisywano nawet budowę Stonehenge. Pomijając te wszystkie mniej lub bardziej prawdopodobne opowieści dotyczące Merlina, jedno jest pewne. Otóż, na pewno mamy do czynienia postacią wysoce skomplikowaną pod względem duchowym, która potrafiła połączyć w sobie elementy zrozumienia reguł rządzących przyrodą i światem, jak również otwartą na przyjęcie nowych nauk i troszczącą się o swój własny rozwój. Merlin potrafił też doskonale wykorzystywać w praktyce zdobyte wiadomości.

Analizując powyższe informacje nie dziwi więc fakt, iż Ginewra i jej córka posiadają zdolności magiczne. W średniowieczu publiczne ich ujawnienie mogło grozić stosem. Tak więc obydwie starają się trzymać je w tajemnicy. Pewnego dnia Loanna ma wizję. Otóż, według dziewczyny Eleonora musi zostać królową Anglii i tym samym zapoczątkować dynastię Plantagenetów. Niemniej jednak, polityczne układy i spiski doprowadzają do tego, iż rzeczona wiza wcale nie musi okazać się prawdą. Mały Henryk jest oczywiście szykowany na tron Anglii, lecz małżeństwo Eleonory z Ludwikiem VII krzyżuje te plany. Tak więc zadaniem Loanny jest zrobić wszystko, aby prorocza wizja, której doświadczyła, znalazła swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Z tego też powodu dziewczyna trafia do najbliższego otoczenia Eleonory i staje się nie tylko jej przyjaciółką i powiernicą, ale również kochanką. Czy zatem uda się jej doprowadzić Eleonorę na tron angielski? Czy przeznaczenie zawsze musi się spełnić? A może przewrotny los zadecyduje inaczej? Ile będzie musiała poświęcić Loanna, aby móc sprawy doprowadzić do końca?

Noce królowej to powieść, w której na pewno nie brak przygód, intryg i wszelkiej maści spisków. Fantastyka, o której wspomniałam wyżej, miesza się tutaj z autentycznym tłem historycznym. Oczywiście Autorka niektóre sceny i wydarzenia przedstawiła według własnej koncepcji. Niemniej to, co najważniejsze zostało w pełni zachowane. Przede wszystkim mamy w tej książce do czynienia z rozmaitymi odcieniami miłości. Jest uczucie towarzyszące relacji matka-córka, kobieta-mężczyzna oraz kobieta-kobieta. Niektóre z tych więzi są niezwykle zaborcze, zaś inne wymagają poświęceń. Na kartach powieści spotykamy mężnych rycerzy, którzy nie wahają się dobyć miecza i oddać życie, kiedy zajdzie ku temu potrzeba. Są również piękne i waleczne niewiasty, które w boju potrafią walczyć na równo z mężczyznami. Ponieważ Eleonora Akwitańska brała udział w drugiej wyprawie krzyżowej (1147-1149), nie mogło w Nocach królowej zabraknąć i tego etapu w jej życiu.

W miarę rozwoju akcji powieść staje się coraz bardziej ciekawa. Czytelnik przenoszony jest w rozmaite miejsca i spotyka postaci znane z historii. Książka będzie doskonałą lekturą dla osób lubiących zgłębiać zakamarki historii, a także dla tych, którzy nie boją się w literaturze odważnych scen erotycznych. Z kolei w tle tego wszystkiego słychać pieśni wykonywane przez ówczesnych trubadurów. Całość natomiast posypana jest szczyptą magii sięgającą czasów czarodzieja Merlina.



Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu








niedziela, 22 czerwca 2014

Francine Rivers – „Znamię Lwa. Echo w ciemności” #2
















Wydawnictwo: BOGULANDIA
Warszawa 2013
Tytuł oryginału: Mark of the Lion. An Echo in the Darkness
Przekład: Adam Szymanowski





Starożytny Efez stanowił jedno z dwunastu największych miast jońskich leżących na terenie Azji Mniejszej. Było to miasto najbardziej tętniące życiem. Efez jest również jednym z najlepiej zachowanych miast starożytności. Według legendy założycielem Efezu był syn ateńskiego króla Kordusa – niejaki Adroklos. To delficka wyrocznia nakazała mężczyźnie wyruszyć w świat i założyć miasto w miejscu, które „wskaże mu ryba i dzik”. Adroklos miał rzekomo spotkać na swej drodze rybaków piekących ryby. Podczas przypiekania na ogniu, jedna z ryb nagle podskoczyła, tym samym rozpryskując iskry z ogniska. Żar zapalił zarośla znajdujące się w pobliżu, z których raptem wybiegł spłoszony dzik. Zgodnie z nakazem pytii, Ateńczyk rozpoczął budowę miasta na północnym zboczu góry o nazwie Pion. Z kolei inna legenda mówi, iż założycielkami miasta były waleczne kobiety-wojowniczki, czyli popularne Amazonki. Na podstawie badań wykopaliskowych stwierdzono, iż Efez został założony najprawdopodobniej w IX wieku p.n.e. Niemniej jednak, niektórzy historycy twierdzą, iż miasto może być starsze nawet o 200 lub 300 lat.

Korzystne położenie Efezu sprzyjało szybkiemu rozwojowi miasta. Dlatego też w niedługim czasie Efez stał się istotnym portem oraz ośrodkiem handlowym. Tak więc wysokorozwinięte miasto stało się niezwykle łakomym kąskiem dla sąsiadujących z nim plemion. W VII wieku p.n.e. Efez został zniszczony z powodu najazdu Kimmerów*, zaś sto lat później miasto zdobył i zniszczył Krezus – władca Lidii. Najazd ten był wywołany zawiścią, jaka trawiła króla. Otóż, nie mógł on znieść faktu, iż istnieje miasto, które jest piękniejsze, aniżeli jego stolica. Niedługo po tym wydarzeniu Efez dostał się pod panowanie Persów. W momencie powstania jońskiego w latach 499-494 p.n.e., Efez nie przyłączył się do zbuntowanych miast. Ta ostrożność uchroniła miasto przed odwetowym zniszczeniem. Po zakończeniu panowania Persów, władzę przejął Aleksander Macedoński, natomiast w 133 roku p.n.e. Efez wszedł w skład Imperium Rzymskiego. Z kolei w VII wieku n.e. miastem zawładnęli Arabowie.

Zanim jeszcze dotarło do Jonii chrześcijaństwo, Efez był znanym na całym świecie ośrodkiem kultu bogini Matki. Wierzenia te miały wprowadzić Amazonki, które ustawiły tam pomnik Artemidy. Najprawdopodobniej hołdy składane Artemidzie i modlitwy zanoszone do bogini stanowiły kontynuację wierzeń minojskich w boginię Matkę. Hetyckie przekazy pochodzące z XIV wieku p.n.e. wspominają miasto o nazwie Apasa, co oznacza „miasto Królowej Matki”, czy też „miasto Bogini Matki”, a to z kolei stanowi odniesienie do pszczelej królowej-matki. Niektórzy uczeni twierdzą, że właśnie od niego wywodzi się nazwa „Efez”. W VI wieku p.n.e. król Krezus wzniósł w Efezie świątynię poświęconą Artemidzie. Rzeczona świątynia została okrzyknięta przez Greków jednym z siedmiu cudów świata. Słynny posąg Artemidy przedstawiał boginię jako matkę-kobietę o niezliczonych piersiach. Niezwykle popularny w tamtym okresie był także kult Kybele, czyli Wielkiej Matki. Na jej cześć obchodzono specjalne święto.

Chrystianizacja Efezu nie należała bynajmniej do łatwych, gdyż kult pogańskich bogów był bardzo silnie zakorzeniony w mieście. Kiedy apostoł Paweł głosił nauki w teatrze, wówczas wzburzony lud usiłował go zlinczować, wrzeszcząc: „Artemida Efeska jest wielka!”. Paweł przebywał w Efezie aż trzy razy, aby głosić tam naukę Chrystusa. Spędził tam naprawdę sporo czasu, a w latach 55-58 mieszkał w mieście prawie dwa i pół roku. To właśnie w Efezie powstała jedna z pierwszych gmin chrześcijańskich Azji Mniejszej. Z Efezem związany był również święty Jan Ewangelista, lecz w 95 roku został wygnany z miasta na wyspę Patmos przez ówczesnego cesarza Domicjana.


Ruiny Świątyni Artemidy w Efezie
fot. Adam Carr


Akcja drugiego tomu bestsellerowej trylogii Francine Rivers rozgrywa się dokładnie w okresie, kiedy Jan Ewangelista przebywa w Efezie. Oczywiście nie stanowi on postaci centralnej, lecz echa jego nauki są dość wyraźne. To bohaterowie, którzy są z nim w jakiś sposób związani, wciąż go wspominają. Podobnie jak w poprzednim tomie – Głos w wietrze – na pierwszy plan wysuwa się rodzina Walerianów, lecz tym razem Autorka skupia swoją uwagę na młodym pokoleniu, czyli dzieciach – nieżyjącego już – Decymusa i dostojnej Feby. Od śmierci Chrystusa minęło około czterdziestu lat, tak więc chrześcijaństwo przeżywa swój rozkwit, choć nie oznacza to wcale, że wyznawcy Jezusa mogą okazywać jawnie swoją wiarę. Wręcz przeciwnie. Nadal muszą się ukrywać ze swoim wyznaniem i generalnie traktowani są jak nikomu niepotrzebna sekta.

Kiedy spotykamy młodego Rzymianina – Markusa Waleriana, mężczyzna jest na skraju załamania. Jego depresja zmieszana z niewypowiedzianą wściekłością sięga zenitu. Osobista tragedia, którą przeżył, nie pozwala mu na prowadzenie normalnego życia. A przecież jeszcze tak niedawno uwielbiał spotykać się ze swoimi wpływowymi przyjaciółmi. Nie wyobrażał sobie, że może nie brać udziału w ucztach, które ci wydają w swoich ociekających bogactwem willach, nie mówiąc już o uczestniczeniu w igrzyskach, których celem było mordowanie niewinnych ludzi, tylko dlatego, aby móc zaspokoić żądzę krwi u efeskiego czy rzymskiego motłochu. A kobiety? Czy one także przestały interesować nieziemsko przystojnego Markusa? Tak. Od czasu tragedii mężczyzna nie spojrzał na żadną z kobiet, które lgnęły do niego niczym ćmy do światła.

Markus Walerian walczy też z innym problemem. Tamtego pamiętnego dnia, kiedy jego życie osobiste legło w gruzach, mężczyzna przeklął swoją młodszą siostrę – Julię. Nie chce jej widzieć na oczy. Każda, chociażby nawet najmniejsza wzmianka o tej kobiecie, powoduje, że Markus traci panowanie nad sobą. Na nic zdają się prośby matki, która pragnie za wszelką cenę pogodzić swoje zwaśnione dzieci. Na nic też zdają się błagania samej Julii, aby ukochany brat wreszcie zapomniał i wybaczył. Cóż takiego uczyniła Julia Walerian, że Markus nie chce jej widzieć ani o niej słyszeć? Jakiego przewinienia dopuściła się ta młoda i rozkapryszona kobieta, że tak bardzo zraziła do siebie brata, który obiecał kiedyś, że nigdy jej nie zostawi, bez względu na wszystko? Czy jest jeszcze nadzieja przynajmniej na poprawne relacje pomiędzy rodzeństwem?

Walerianowie to rodzina kupiecka. Posiadają liczne okręty, na których sprowadzają do Efezu i Rzymu towary. Po śmierci ojca, to Markus przejął jego działalność, choć przecież i tak prowadził swoją. Tym, co przynosiło mu największy dochód, był piasek sprowadzany do cyrków i rozsypywany na arenie, aby krew chrześcijan miała w co wsiąkać. To właśnie ten nieszczęsny piasek wielokrotnie był przyczyną kłótni pomiędzy ojcem a synem. Stary Walerian uważał bowiem, że lepiej sprowadzać zboże. Lecz młody Markus widział to zupełnie inaczej. Był przecież jednym z tych, którzy kierowali kciuk w dół podczas licznych walk. Co takiego stało się, że na samą myśl o piasku Markus czuje ból i niemalże rwie włosy z głowy? Dlaczego pragnie pozbyć się części swoich przedsiębiorstw i wyruszyć w podróż do Palestyny? Przecież to taki niebezpieczny kraj targany wojną! Postawienie stopy na judejskiej ziemi dla Rzymianina oznacza pewną śmierć! Czy Markus już do reszty oszalał? Jakie powody nim kierują, że pragnie popłynąć aż do Galilei?



Starożytny efeski teatr


Tymczasem gdzieś w ubogiej dzielnicy Efezu lekarz Aleksander Democedes Amandynus otwiera swoją praktykę. Towarzyszy mu tajemnicza chroma kobieta, która zasłania twarz, aby była niewidoczna dla innych ludzi. Kobieta jest niezwykła. Lgnął do niej wszyscy pacjenci. Już sam jej dotyk przynosi ulgę. Nikomu nie odmawia pomocy. Na każdego potrzebującego patrzy z ogromną miłością. Sprzeciwia się Aleksandrowi, kiedy ten odstępuje od leczenia, ponieważ uważa, że w tym konkretnym przypadku i tak już nic nie można zrobić. Chyba tylko prosić bogów o rychłą śmierć dla nieszczęśnika. Kim zatem jest owa tajemnicza kobieta? Dlaczego zakrywa twarz? Co takiego ukrywa pod zasłoną? A może obawia się kogoś tak bardzo, że nie chce wystawiać swojej twarzy na widok publiczny?

Cóż można napisać oryginalnego o powieści, którą pochłonęło się błyskawicznie? Oczywiście sięgając po Echo w ciemności wiedziałam, co mnie czeka, ponieważ jest to już moje drugie spotkanie z tą trylogią. Niemniej jednak, wzruszenie podczas lektury było dokładnie takie samo, jak kilkanaście lat temu. W drugim tomie Francine Rivers porusza w głównej mierze problem wybaczenia. Pokazuje, że należy robić wszystko, aby wybaczyć drugiemu człowiekowi krzywdy, które nam wyrządził, ponieważ w pewnym momencie może być już na to za późno. Czytelnik widzi przede wszystkim Markusa, który w miarę posuwania się fabuły do przodu, staje się zupełnie innym człowiekiem. Oczywiście nie jest mu łatwo, bo tkwi w nim ogromna zawziętość i pamiętliwość. Za każdym razem, kiedy przypomina sobie o krzywdzie, jakiej doznał od najbliższej mu osoby, jego pięści zaciskają się bardzo mocno, a na policzku nerwowo drga mięsień. Jednak pod wpływem rozmaitych sytuacji dochodzi wreszcie do punktu, w którym wie, że z powodu jego braku wybaczenia, ucierpi nie tylko on sam, ale także osoby, które są dla niego ważne i bez których nie wyobraża sobie dalszego życia.

Sporo miejsca Autorka poświęca także Julii Walerian. Kobieta jest już u kresu życia, choć jest jeszcze bardzo młoda. Życie, jakie preferowała doprowadziło ją na skraj ubóstwa, przysporzyło nieuleczalnej choroby i sprawiło, że z dawnej pięknej Julii pozostał jedynie wrak człowieka uzależniony od tych, których jeszcze nie tak dawno traktowała jak wrogów i pomiatała nimi. Julia nie wie, co to Dobro. Ona posiada własną jego definicję i stosuje ją według swojego uznania. Jest tak bardzo przebiegła w swoim postępowaniu, że potrafi Zło nazwać Dobrem. Wychowana jako oczko w głowie ojca, nie wie, że tak naprawdę nie można mieć na tym świecie wszystkiego. Dziś powiedzielibyśmy, że Julia Walerian to kobieta zdeprawowana, która zdolna była do największej podłości byle tylko zaspokoić własne potrzeby. Jej świat to ułuda, która jedynie na chwilę zapewnia szczęście.

Oczywiście nie będę ukrywać, że jest to trylogia z wyraźnie wyeksponowanym pierwiastkiem chrześcijańskim. Podaję tę informację dla tych, którzy nie czytali mojego poprzedniego wpisu dotyczącego pierwszego tomu Znamienia lwa, a z samą trylogią spotykają się na tym blogu po raz pierwszy. Niemniej jednak, cała historia opowiedziana przez Francine Rivers jest tak piękna, że chcę o niej pisać i mimo wszystko ją polecać. Nie jest to bynajmniej opowieść jednokierunkowa nastawiona li tylko na Boga. Czytelnik znajdzie w niej wszystko to, czym charakteryzuje się typowa powieść obyczajowa z historią w tle. Bohaterowie prezentują różne światy, a w zależności od tego, w jakim środowisku żyją, kierują się innymi przekonaniami.

W pierwszym tomie Autorka przedstawiła czytelnikowi również gladiatora o imieniu Atretes. Ukazuje tam jego dramatyczną historię i walkę o przetrwanie na arenie. W Echu w ciemności nie spotkamy dzielnego i zarazem brutalnego Germanina. Drugi tom w całości poświęcony jest Markusowi Walerianowi i jego rodzinie. O dalszych losach byłego gladiatora dowiemy się natomiast z tomu trzeciego – Jak świt poranka.












* Kimmerowie – lud koczowniczy pochodzący najprawdopodobniej z terenów Krymu i przyległych do niego części obecnej Ukrainy. 




środa, 18 czerwca 2014

Karol Bunsch – „Imiennik. Śladem pradziada & Miecz i pastorał” #7














Wydawnictwo: WYDAWNICTWO LITERACKIE
Kraków 1979
Seria: Powieści Piastowskie





W momencie śmierci Kazimierza I Odnowiciela w 1058 roku przy życiu pozostawało trzech jego synów, czyli Bolesław Szczodry, Władysław Herman i Mieszko. Niestety, dość ubogie informacje dotyczące tego okresu nie pozwalają jednoznacznie stwierdzić, czy najstarszy z nich – Bolesław – objął nad państwem władzę samodzielnie, czy też podzielił ją ze swoimi braćmi. Pewne jest natomiast, że Mieszko zmarł już w 1065 roku, zaś jeśli chodzi o Władysława Hermana, to jego bliski związek z Mazowszem w kolejnych latach, mógłby wskazywać na to, iż przebywał tam jeszcze za życia Bolesława, lecz w jakim charakterze nie wiadomo. Możliwe, że był namiestnikiem brata, bądź też autonomicznym księciem.

Bolesław II Szczodry, zwany również Śmiałym, panował w Polsce ponad dwadzieścia lat. Jego rządy charakteryzowały się ogromną aktywnością polityczną. Kierunek polityki, jaki obrał młody władca był zdecydowanie antycesarski. Zaprzestał on bowiem płacenia trybutu ze Śląska na rzecz Czech, które stanowiły wówczas lenno cesarstwa. Ponadto Bolesław prowadził szereg wojen z władcą Czech. Z kolei na Węgrzech w 1060 roku popierał skutecznie do tronu przeciwko niemieckiemu kandydatowi – Salomonowi – jego stryja Belę. Potem to samo uczynił względem Gejzy, który był synem Beli. Działo się to w 1074 roku. Natomiast w 1077 roku Bolesław opowiedział się za bratem Gejzy – Władysławem.

W roku 1072 Bolesław okazał jawne nieposłuszeństwo cesarzowi – Henrykowi IV. Polski monarcha złamał wówczas przyjęty rok wcześniej zakaz wojny z Czechami, a następnie zaczął popierać Sasów, którzy buntowali się przeciw temu władcy. W walce emancypacyjnej, której punkt kulminacyjny przypadł na pontyfikat papieża Grzegorza VII (1073-1085), podczas gdy świat zachodnio-chrześcijański podzielił się na zwolenników cesarza i papiestwa, Bolesław Szczodry przystał do obozu gregoriańskiego i odegrał w nim niezwykle aktywną rolę. Rola ta przejawiała się nie tylko w rzeczonym popieraniu Sasów, ale także w reformach wprowadzanych na terenie Polski, które prowadziły w konsekwencji do wzmocnienia Kościoła. Właśnie to działanie pozwoliło Bolesławowi II Szczodremu uzyskać od papieża pozwolenie na koronację królewską, która miała miejsce w Gnieźnie w 1076 roku. Tak więc odnowienie królestwa było największym sukcesem jego panowania. Pamiętajmy, że ojciec Bolesława – Kazimierz I Odnowiciel – do dnia swojej śmierci pozostał jedynie księciem panującym. Przez ponad kolejnych dwieście lat żaden władca Polski nie mógł poszczycić się takim sukcesem, jak właśnie Bolesław.

Bolesław II Śmiały
(ok. 1042-1081 lub 1082)
Królewskie rządy Bolesława II Szczodrego trwały niewiele ponad dwa lata i zakończyły się ogromną katastrofą. Historia napiętnowała go z powodu konfliktu z biskupem krakowskim – Stanisławem ze Szczepanowa, którego Kościół katolicki uznał za męczennika i ogłosił świętym. Niektórzy historycy twierdzą, że konflikt ten był jedynie niechlubnym epizodem w życiu króla i nie stanowił bezpośredniej przyczyny jego upadku. Spór pomiędzy monarchą a duchownym mógł jedynie zmobilizować do aktywniejszego działania wrogów króla. Tak naprawdę nie znamy tła przyczynowego rzeczonego konfliktu. Gall Anonim w swojej Kronice zapisał, iż biskup krakowski za zdradę został skazany na obcięcie członków, co w tamtych czasach było typową karą za tego rodzaju przewinienia. Stanisław ze Szczepanowa nie podzielał sposobu rządzenia Polską przez Bolesława II Śmiałego. Swoje niezadowolenie wyrażał bardzo jawnie, co oczywiście musiało w końcu zaowocować negatywnymi skutkami. Bolesław znany był ze swojej porywczości i braku posłuszeństwa. Ale to przecież Piast, a oni z zasady byli krnąbrni. Bolesław wielokrotnie też nie panował nad emocjami, które nim targały. Taki brak samokontroli ujawniał się szczególnie w późniejszych latach jego życia. Tylko czy na pewno było to związane z rzekomą chorobą psychiczną? Czy Bolesława słusznie określa się przydomkiem „Szalony”?

Nie jestem historykiem, ale wydaje mi się, że żaden stricte świecki władca nie czuł się dobrze w sytuacji, kiedy duchowny narzucał mu sposób myślenia, który owemu monarsze był obcy. Swego rodzaju bohaterem i idolem – jak byśmy dziś powiedzieli – był dla Bolesława Śmiałego jego pradziad – Bolesław I Chrobry. To właśnie ten wielki władca stanowił dla swojego potomka wzór do naśladowania. Niemniej jednak, ambicje Bolesława Śmiałego mogły w końcu wymknąć mu się spod kontroli. Parł do przodu, nie bacząc na konsekwencje. Jego działania mogły być w niektórych aspektach pozbawione rozsądku. Na pewno był władcą walecznym, jak jego przodek, co znajduje swoje odzwierciedlenie w wojnach, na które wyruszał i w których walczył w pierwszym rzędzie. Moim zdaniem historia w pewnym sensie oceniła Bolesława niesprawiedliwie. Wydaje mi się, że to właśnie konflikt z biskupem Stanisławem sprawił, iż na Bolesława patrzy się dzisiaj w tak negatywny sposób. A przecież nie brakowało mu też innych wrogów. Tworzyły się obozy. Jedni stali po stronie króla, zaś drudzy przeciwko niemu. W końcu monarcha został sam, tracąc władzę i uciekając z kraju. Korona, która przyniosła mu tyle szczęścia i była jego ogromnym sukcesem, stała się jednocześnie wielką porażką i przekleństwem. Kronikarz Jan Długosz na temat konfliktu z duchownym i śmierci Stanisława ze Szczepanowa pisał tak:

,,Kiedy król Bolesław, brnąc we wszelkich zbrodniach i niegodziwościach posuwał się do coraz gorszych czynów, a kpiąc sobie z klątwy, którą na niego rzucił świątobliwy mąż, biskup Stanisław, znieważał boskie obrządki i narażał na śmiech i pogardę święte tajemnice i autorytet Kościoła, uniesiony gniewem mąż Boży Stanisław [...] wyklina króla i kiedy ten chce wejść do jego krakowskiej katedry, zabiega mu drogę i imieniem Wszechmogącego Boga i swoim zabrania wyklętemu wstępu do świątyni oświadczając, że w razie nieposłuszeństwa z większą dla króla hańbą przerwie odmawianie nabożeństwa. A kiedy król wbrew zakazowi męża Bożego wdziera się z rycerzami, którzy hamują jego porywczość, natychmiast na polecenie biskupa Stanisława kler milknie i przerywa rozpoczęte nabożeństwo. [...] 13 maja, który przypadł we czwartek, o świcie, biskup krakowski Stanisław, pragnąc jak zwykle złożyć ofiarę należną Chrystusowi, udał się w towarzystwie kleryków do kościoła na Skałce [...]. Chwyciwszy szybko miecz [król] w liczniejszym niż zwykle orszaku rycerzy, którym kazał iść ze sobą, udaje się tam, by zabić Bożego męża. [...] Dobywszy miecza, który mu Opatrzność dała tak, jak każdemu innemu królowi i możnemu, nie w celu zadawania, ale ścigania krzywd i niewinnej śmierci, wściekły, pieniąc się z chęci wywarcia zemsty na Bożym mężu, zgrzytając, zziajany wpada do kościoła [...] świątobliwemu biskupowi odprawiającemu mszę rozcina mieczem świętą głowę [...]. Niegodziwy i zdradliwy król kładzie trupem świętego biskupa Stanisława, proszącego o przebaczenie dla niego i pozostałych jego zabójców i siepaczy".

Czytając powyższe zapiski kronikarza, faktycznie można dojść do przekonania, że Bolesław był władcą nieobliczalnym. I takim właśnie zapisał się na kartach historii. Dla mnie osobiście Bolesław II Śmiały był królem tragicznym. I tak przedstawia go Karol Bunsch w Imienniku. Interpretacja postaci króla w wykonaniu Karola Bunscha przemawia do mnie znacznie bardziej, aniżeli zapiski historyków i kronikarzy. Co może dziwić, powieściowy Bolesław wzbudził we mnie współczucie, ale i w pewnym stopniu sympatię. Owszem, był zachłanny, jeśli chodzi o władzę, i za wszelką cenę pragnął dorównać Bolesławowi I Chrobremu, a może nawet chciał go przerosnąć w potędze. I to go zgubiło. Natomiast jeśli przyjrzeć się interpretacji Karola Bunscha odnośnie konfliktu ze Stanisławem ze Szczepanowa, to przyznam, że mnie biskup też solidnie zdenerwował. Powieściowy Stanisław praktycznie sam prosił się o śmierć.

Biskup krakowski Stanisław ze Szczepanowa
(ok. 1030-1079)
Bolesław II Śmiały to nie tylko doskonały żołnierz, nieco gorszy władca, ale przede wszystkim czuły i opiekuńczy ojciec. Historycy jedynie snują przypuszczenia na temat prawowitej żony króla. Generalnie panuje przekonanie, iż jest ona nieznana. Niemniej jednak, Jan Długosz zapisał, iż Bolesław ożenił się z niejaką Wyszesławą Światosławówną – córką Światosława II, księcia czernihowskiego i wielkiego księcia Rusi Kijowskiej. Karol Bunsch w swojej powieści powołał się właśnie na zapiski Jana Długosza, tak więc Wyszesława stanowi tutaj jedną z głównych postaci. Na kartach książki Bolesław pokazany jest także jako wierny kochanek, choć nie mąż. To nie z Wyszesławą łączy go gorąca miłość. A zatem taki władca może wzbudzić sympatię. Myślę, że Karol Bunsch, pisząc Imiennik, chciał pokazać Bolesława II Szczodrego jako mężczyznę zdolnego nie tylko do popełniania szaleństw, ale także do okazywania wzniosłych uczuć.

Imiennik to dwutomowa historia panowania Bolesława II Śmiałego. W pierwszym tomie Autor skupia się na latach tuż po śmierci Kazimierza I Odnowiciela. Jest to czas, podczas którego młody Bolesław przyucza się do objęcia faktycznej władzy w państwie. Z kolei w tomie drugim poznajemy go już jako króla skonfliktowanego z Kościołem katolickim w Polsce. Nie jest tajemnicą, że Karol Bunsch pisał świetnie. Jego Powieści Piastowskie posiadają pewien swoisty średniowieczny klimat, o który dzisiaj trudno, ponieważ znacząco zmienił się styl pisania powieści historycznych. Autor używa specyficznego języka, dzięki któremu ożywia epokę średniowiecza. Karol Bunsch wprowadził też kilka zmian na potrzeby powieści, gdyż niektóre sceny nie są zgodne z tymi, które podają kroniki, jak na przykład egzekucja biskupa Stanisława. W książce trochę inaczej to wygląda, niż wynika z zapisków Jana Długosza.

Powieść Imiennik została wydana po raz pierwszy w 1949 roku. Na jej kartach czytelnik spotyka także całą galerię postaci żyjących w otoczeniu króla. Tak więc jest niejaki Doman – syn woja, który niegdyś uratował życie Kazimierzowi I Odnowicielowi. Właśnie to wydarzenie wiąże Domana z Bolesławem na całe życie. Pewnego dnia książę Bolesław nakazuje sprowadzić na swój dwór syna człowieka, który zasłużył się dla Piastów. Czyni to zgodnie z przedśmiertną prośbą swojego ojca. Niestety, Doman nie jest chętnie widziany w drużynie księcia. Znajduje jednak bratnią duszę w osobie oszpeconego Nawoja. Przyjaciele stają się zatem naocznymi świadkami istotnych dla kraju wydarzeń. Widzą odwagę księcia, a potem króla Bolesława. Niejednokrotnie próbują zapobiec konsekwencjom nieograniczonej ambicji i lekkomyślności monarchy. 

Dla mnie powieści Karola Bunscha są bezcenne. Mam nadzieję, że kiedyś jakieś wydawnictwo pokusi się o wznowienie nie tylko Powieści Piastowskich, ale także pozostałych książek tego Autora. Źle by się stało, gdyby te pozycje zostały zapomniane, ponieważ stanowią istną perłę polskiej prozy historycznej.





poniedziałek, 16 czerwca 2014

C.W. Gortner – „Sekret Tudorów. Kroniki nadwornego szpiega Elżbiety I” #1













Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2012
Tytuł oryginału: The Tudor Secret. The Spymaster Chronicles #1
Przekład: Michał Madaliński




W dniu 28 stycznia 1547 roku w pałacu Whitehall ducha Bogu oddał Henryk VIII Tudor. Monarcha został pochowany w kaplicy świętego Jerzego w Zamku Windsor, obok swojej żony Jane Seymour. Jedynej, spośród swoich sześciu żon, którą chyba naprawdę kochał. Lecz na łożu śmierci to nie jej imienia wzywał. Umierając wciąż powtarzał: Anna… Anna Boleyn. A potem już tylko przyzywał zakonników. Możliwe, że Anna Boleyn tuż przed śmiercią jawiła mu się jako upiór z piekła rodem albo Henryk po prostu czuł się winien jej tragicznego upadku. W momencie, gdy do łoża śmierci monarchy przybył arcybiskup Tomasz Cranmer, król nie był w stanie powiedzieć już ani słowa. Duchowny poprosił wówczas, aby Henryk dał mu jakiś znak, iż umiera pogodzony z Bogiem. Król uścisnął Cranmerowi rękę i zmarł.

Po śmierci Henryka VIII na mocy Aktu Sukcesji obowiązującego od 1544 roku, koronę Anglii dziedziczył syn zmarłego króla – Edward, który przyjął imię Edwarda VI. Był to jedyny żyjący męski potomek Henryka. Oczywiście potomek z prawego łoża, ponieważ można domyślać się, że rozwiązły Tudor płodził swoje potomstwo z kim tylko popadło. Być może gdzieś tam poza murami zamku żyły dzieci pochodzące z przypadkowych związków monarchy. 

Edward VI był pierwszym protestanckim władcą Anglii, gdyż ojciec zadbał o to, aby wykształcić syna właśnie w duchu protestanckim z uwagi na chęć utrwalenia pozycji swojej dynastii, a także ze względu na antypapieski charakter reformacji. W chwili śmierci ojca, Edward miał jedynie dziewięć lat, dlatego też nie mógł sprawować rzeczywistej władzy w państwie. Niemniej jednak, w testamencie Henryk VIII wyznaczył szesnastu wykonawców, których zadaniem było służenie jako, tak zwana, Rada Regentów do momentu ociągnięcia przez Edwarda wieku, który upoważniałby go do objęcia faktycznej władzy w Anglii, czyli wieku osiemnastu lat. Wówczas wykonawcy testamentu Henryka VIII Tudora na Lorda Opiekuna Królestwa wybrali Edwarda Seymoura, 1. hrabiego Hertford. Hrabia był starszym bratem Jane Seymour – matki małego Edwarda. Wykonawcy wymagali jednak, aby Edward Seymour nie podejmował żadnych działań bez uprzedniej rady i zgody współwykonawców. Niestety, hrabia nie zastosował się do tego polecenia i przejął władzę, zostając jedynym regentem. Został jednak obalony przez Johna Dudleya, 1. księcia Northumberland, a następnie stracony za zdradę. Mimo to John Dudley nie objął stanowiska Lorda Opiekuna, lecz nakłonił Edwarda, aby ten ogłosił swoją pełnoletność jeszcze przed osiągnięciem 18. roku życia. W ten sposób oczywiście naruszył ostatnią wolę Henryka VIII Tudora.

Edward VI Tudor (1537-1553)
portret powstał około 1546 roku
Edward VI Tudor był królem Anglii jedynie przez kilka lat, ponieważ zmarł, mając tylko piętnaście wiosen. Niemniej jednak, jego krótkie panowanie sprawiło, że w państwie wprowadzono wiarę protestancką na szeroką skalę. Dość szybko okazało się jednak, że potomek wielkiego Henryka cierpi na gruźlicę i nie pożyje zbyt długo. John Dudley zdecydował, iż religijne reformy nie powinny zostać cofnięte, więc przekonał Edwarda, aby ten zatwierdził nowy porządek dziedziczenia korony angielskiej. Nie chciał bowiem dopuścić do tego, aby po śmierci Edwarda tron przypadł Marii I Tudor – córce Henryka VIII i Katarzyny Aragońskiej. Istniało ogromne prawdopodobieństwo, że Maria jako zagorzała katoliczka przywróci Anglii religię swoich hiszpańskich przodków, a tego książę Northumberland pragnął za wszelką cenę uniknąć. W związku z tym obmyślił sobie, że na angielskim tronie po śmierci Edwarda VI zasiądzie daleka krewna Henryka VIII – młodziutka Jane Grey. Edward istotnie zmarł 6 lipca 1533 roku, zaś Jane Grey była królową jedynie przez kilka dni. W międzyczasie Maria zyskała spore poparcie, które pozwoliło jej objąć władzę w Anglii.

To właśnie powyższe wydarzenia stanowią tło historyczne Sekretu Tudorów. Oczywiście nie należy zapominać o Elżbiecie, zwanej potem Elżbietą I Tudor. Kiedy ją poznajemy, nie ma jeszcze mowy o objęciu przez nią władzy w Anglii. Na razie jest tylko księżniczką, którą łączą zażyłe stosunki z nieziemsko przystojnym Robertem Dudleyem – synem wspomnianego powyżej Johna. Niemniej jednak na pierwszy plan wcale nie wysuwa się postać historyczna, lecz bohater stricte fikcyjny. To niejaki Brendan Prescott, którego tuż po urodzeniu poczciwa ochmistrzyni Dudleyów znalazła na terenie ich posiadłości. Kobieta zabrała go do domu i wychowała jak własnego syna. Oczywiście nie obyło się bez kategorycznych sprzeciwów ze strony pani domu, ale ochmistrzyni Alice już postarała się o to, aby Brendan jednak pozostał w domu Dudleyów. Niestety, Prescott lat swojego dzieciństwa nie może zaliczyć do najszczęśliwszych, ponieważ był wręcz terroryzowany przez synów Johna Dudleya. Stał się kimś w rodzaju maskotki, którą można było bawić się dowoli bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji. Przez zarozumiałych synów Johna Dudleya, Brendan był bity i wyszydzany. Na obronę mógł liczyć tylko i wyłącznie ze strony swojej oddanej mu całym sercem Alice. Ten trudny i dramatyczny okres życia będzie w pamięci Prescotta wciąż powracał. Nawet po wielu latach chłopak nie będzie w stanie zapomnieć o upokorzeniu, jakiego doznawał pod dachem Dudleyów.

John Dudley, 1. książę Northumberland
(1501-1553)

Po latach los ponownie rzuca Brendana do posiadłości Dudleyów. Tym razem dwudziestoletni już chłopak ma pełnić funkcję osobistego giermka panicza Roberta Dudleya. Z wiadomych przyczyn nie czuje radości na wieść o swojej nowej roli, lecz tak naprawdę nie ma nic do powiedzenia w tej kwestii. Nie może się ani zbuntować, ani też odmówić podjęcia powierzonego mu zadania. Oczywiście młodzi Dudleyowie także nie zapomnieli o Brendanie, dzięki któremu mieli zapewnioną tak świetną zabawę w dzieciństwie. Jednakże zapomnieli chyba o tym, iż Prescott nie jest już tym samym małym chłopcem, ale dorosłym młodym mężczyzną i potrafi zadbać o swoje interesy. Tak więc Brendan Prescott staje się dla Roberta Dudleya kimś w rodzaju łącznika pomiędzy nim a księżniczką Elżbietą. Jak wiemy z historii, panicz Dudley posiadał ogromne ambicje, które miały go zaprowadzić aż na angielski tron. Nie dziwi więc fakt, że od najmłodszych lat trzymał rękę na pulsie i kontrolował sytuację, będąc jak najbliżej Elżbiety.

Bardzo szybko okazuje się, że o usługi Brendana Prescotta zabiega też ktoś zupełnie inny. Ktoś z konkurencyjnego obozu. To William Cecil, późniejszy doradca Elżbiety I Tudor i 1. baron Burghley. Jak zatem młody Brendan Prescott poradzi sobie w tej trudnej sytuacji? Czy uda mu się zachować tajemnicę i anonimowość, która będzie mu potrzebna przy wykonywaniu tak odpowiedzialnych zadań? Czy szpiegostwo jest naprawdę tym, czego chłopak potrzebuje od życia? Jak odnajdzie się w roli szpiega, kiedy wokół będzie czyhać na niego tyle niebezpieczeństw? I wreszcie, czy zdoła poznać tajemnicę swojego urodzenia?

Sekret Tudorów to pierwszy tom szpiegowskiej trylogii C.W. Gortnera, którego akcja rozpoczyna się w 1553 roku. Zanim sięgnęłam po tę powieść spotkałam się z opiniami, iż jest to najsłabsza – jak do tej pory – książka C.W. Gortnera. Można się z tym zgodzić, jeśli będziemy brać pod uwagę jedynie stronę historyczną opowiadanej historii, ponieważ pod tym względem faktycznie nie jest najlepiej, ale nie takie było założenie Autora podczas tworzenia tej powieści. Dlatego też podeszłam do tej książki nieco inaczej. Otóż, potraktowałam ją jako powieść przygodową z historią w tle. I tutaj sprawa przedstawia się już dużo lepiej, a wręcz niemalże doskonale. Do tego dochodzi jeszcze niemała dawka humoru, gdyż główny bohater jest dość specyficzną postacią. Wikła się w rozmaite sytuacje, z których jakimś dziwnym trafem wciąż wychodzi obronną ręką. Swoim wrogom gra na nosie i praktycznie momentami śmieje się im w twarz. Dlatego też trudno go nie polubić.

Brendan Prescott to niezwykle uczuciowy bohater. Żyje przeszłością, ale też ma ku temu powody. Nie jest świadomy własnego pochodzenia i nie rozumie, dlaczego są tacy, którzy chętnie widzieliby go w grobie. Zupełnie przypadkiem trafia na dwór księżniczki Elżbiety. Dociera nawet do Marii I Tudor. Charakteryzuje go nieprzeciętna odwaga. Czasami jest szczery aż do bólu. Niczego nie owija w bawełnę, lecz mówi wprost o tym, co go boli. Nie zwraca uwagi na to, że może sobie tym zaszkodzić. To wszystko oczywiście okraszone jest humorem, dzięki czemu czytelnikowi co pewien czas pojawia się uśmiech na twarzy.




Na kartach powieści spotkamy zarówno postacie historyczne, jak i stricte fikcyjne, które doskonale ze sobą harmonizują. Z tego też powodu książkę czyta się z dużym zainteresowaniem. Owszem, pod względem klimatu jest to powieść inna od Ostatniej królowej czy Wyznań Katarzyny Medycejskiej. Ale czy gorsza? Uważam, iż dobrze jest, kiedy autor stara się zaskakiwać czytelnika i nie szufladkuje swojej twórczości. Sekret Tudorów to przede wszystkim opowieść, w której nie brak intryg, skandali, kłamstw i tajemniczych morderstw. Wraz z głównym bohaterem, który jest tutaj narratorem, podążamy korytarzami wystawnych pałaców, spotykamy tam piękne księżniczki oraz dzielnych rycerzy. Prawdę powiedziawszy nie potrafiłam oprzeć się wrażeniu, że czytam powieść na miarę twórczości Alexandre Dumas. Gdybym miała porównać Sekret Tudorów z którąś z powieści francuskiego mistrza prozy historycznej, to z pewnością byłaby to książka Trzej muszkieterowie.







sobota, 14 czerwca 2014

Lilian Harry – “Love & Laughter”














Wydawnictwo: ORION
Londyn 2003





Zanim opowiem o książce, którą niedawno przeczytałam, chciałabym najpierw przybliżyć osobę Autorki, ponieważ wydaje mi się, że Lilian Harry nie jest znana polskim czytelnikom. Jeśli już ktoś kojarzy jej nazwisko, to zapewne są to tylko nieliczni, gdyż dotychczas nie wydano w polskim przekładzie żadnej z jej powieści. Otóż Lilian Harry urodziła się i wychowała w Gosport nad brzegiem Portsmouth Harbour w południowej Anglii. Jej najwcześniejsze wspomnienie z lat dzieciństwa to moment, kiedy została wyciągnięta z łóżka wręcz siłą przez własną siostrę. Wokół rozlegał się złowieszczy jęk syren, które zwiastowały rychły nalot bombowy. Wówczas cała jej rodzina rzuciła się w kierunku schronu znajdującego się w ogrodzie. To właśnie pamięć o latach drugiej wojny światowej sprawia, że książki Lilian Harry stanowią żywe odzwierciedlenie tamtej tragicznej atmosfery. Już jako mała dziewczynka, widziała światło reflektorów przecinających niebo podczas nalotów, słyszała huk eksplozji bomb, spotkała również niemieckiego spadochroniarza, który wylądował w jej ogrodzie.

Rodzina Lilian Harry należała do środowiska średniej klasy robotniczej. Autorka przyznaje, że w latach jej dzieciństwa można było bez przeszkód bawić się na ulicach, lecz nie wolno było tego robić w niedziele, a tylko w dni powszednie. W niedziele natomiast należało przywdziać najlepsze ubranie, a następnie rano i po południu trzeba było udać się do Szkoły Niedzielnej. Ojciec Lilian wychodził do pracy wcześnie rano i wracał do domu bardzo późno wieczorem, czasami nawet biorąc dodatkowo kilka godzin nadliczbowych. W domu nie było zbyt wiele pieniędzy. Matka nie pracowała, lecz zajmowała się wychowywaniem dzieci oraz wykonywała podstawowe prace domowe, jak pranie, sprzątanie, robienie zakupów. Wszystkie te prace wykonywała ręcznie, ponieważ nie było wówczas urządzeń, które mogłyby jej w tym pomóc. W czasie drugiej wojny światowej popołudniami matka szyła mundury dla marynarzy, pracując dla WVS (z ang. Women’s Voluntary Service) lub w punktach pierwszej pomocy. W ramach rozrywki raz w tygodniu można było udać się do kina, słuchać bezprzewodowego radia, zaś wieczorami zazwyczaj czytano jakąś najnowszą powieść, którą wypożyczano z biblioteki. Tak naprawdę praca była zawsze. Podczas wojny człowiek nigdy nie spędzał czasu bezczynnie. Ręce matki Lilian zawsze były czymś zajęte.

Lilian Harry miała dwóch braci i siostrę. Wszyscy byli starsi od Autorki o kilka lat. Podobieństwo bohaterów serii powieści pod wspólnym tytułem April Grove (z pol. Kwietniowy gaj – w wolnym tłumaczeniu) do rodzeństwa Lilian jest bardzo wyraźne, pomimo że miejsce akcji tych książek stanowi tylko i wyłącznie wytwór wyobraźni Autorki. Love & Laughter (z pol. Miłość i śmiech – w wolnym tłumaczeniu) to właśnie jedna z powieści wchodzących w skład rzeczonej serii. Na temat tej książki Lilian Harry mówi tak: Fabuła nie wszystkich moich wcześniejszych powieści toczy się w trakcie drugiej wojny światowej. Pomimo że akcja “Love & Laughter” po części rozgrywa się w Plymouth podczas wojny, to jednak ukazuje historię ludzi próbujących pogodzić się z jej strasznymi skutkami. Jest to historia żon i narzeczonych mężczyzn służących w marynarce wojennej w Portsmouth, a potem w Devon w latach 60. XX wieku.


Kobiety pracujące w czasie II wojny światowej dla Women's Voluntary Service 
(dzisiaj organizacja nosi nazwę Royal Voluntary Service)


Akcja Love & Laughter rozpoczyna się sceną, w której najstarsze dziecko Lucy Pengelly – dwunastoletni Geoff – przybiega do domu ze szkoły z wiadomością, że właśnie ogłoszono zakończenie drugiej wojny światowej. Ta informacja wręcz szokuje wszystkich domowników, bo przecież przyzwyczajono się już do nalotów, które niszczyły nie tylko budynki, ale przede wszystkim zabierały ludziom życie. Lucy wychodząc za mąż zdecydowała się na opuszczenie rodzinnego Portsmouth i wyjazd do Plymouth, gdzie zamieszkała wraz z mężem i swoimi teściami w domu, który jednocześnie był miejscem, gdzie można było wynająć pokój. O takim klasycznym hotelu nie można w tym kontekście mówić, ponieważ na tamtą chwilę dom nie spełniał wymogów typowego hotelu.

Kiedy Goeff informuje matkę o ogłoszeniu przez Winstona Churchilla końca wojny, ta z jednej strony czuje szczęście, lecz z drugiej jest przerażona. Dlaczego?  Otóż, jej mąż – Wilmot Pengelly – od kilku lat przebywa w japońskim obozie jenieckim, i jak wynika z jego listów, jest tam niesamowicie katowany i chyba tylko cud sprawił, że mężczyzna nadal żyje. Lucy zdaje sobie sprawę z tego, że zakończenie wojny jest równoznaczne z jego powrotem do domu, a ona bardzo boi się tego spotkania. W tym momencie akcja powieści cofa się do chwili, gdy Lucy i Wilmot spotkali się po raz pierwszy, zakochali się w sobie i postanowili już zawsze być razem. A potem przyszła okrutna wojna i wszystko się zmieniło. Lucy została sama z dziećmi i teściami, zaś Wilmot – jako żołnierz marynarki wojennej – ruszył na morze walczyć z wrogiem.

Lata wojny, które Lilian Harry przedstawia w powieści, są dla rodziny Pengelly okrutne. Praktycznie nie ma dnia, aby nad miastem nie przelatywały niemieckie bombowce, które pustoszą wszystko, co tylko stanie im na drodze. Na skutek tych działań Lucy również traci to, co najcenniejsze, a wręcz bezcenne. Traci nie tylko męża, który musi walczyć na froncie. Jej krzywda jest znacznie poważniejsza. Po tym, czego doświadcza Lucy podczas wojny, nie da się już normalnie żyć. W całym tym koszmarze u jej boku stoi wierny przyjaciel. To David Tremaine. Nieszczęście, którego sam doświadczył w wyniku wojny, bardzo zbliża go do Lucy. Czy zatem jest szansa na to, aby tych dwoje zapałało do siebie uczuciem? Czy Lucy zapomni o mężu przetrzymywanym w japońskiej niewoli i zdecyduje się na romans z przyjacielem rodziny?  Czy tych dwojga połączy miłość, czy może tylko zwykła wdzięczność za okazanie wsparcia i pomocy w sytuacji, kiedy obydwoje najbardziej tego potrzebowali?

W końcu nadchodzi dzień wyzwolenia spod niemieckiej okupacji. Do domu wraca Wilmot Pengelly. To już nie jest ten sam mężczyzna, którego wszyscy znali. Lata japońskich tortur, przyglądania się bestialskiej śmierci przyjaciół i lęku o własne życie sprawiły, że Wilmot popadł w głęboką depresję. Coraz częściej zagląda do kieliszka. Krzyczy na każdego, kto stanie mu na drodze. Lucy i jej rodzina doświadczają kolejnej tragedii. Bo to jest ogromna tragedia. Kobieta żegnała zdrowego, silnego i pogodnego mężczyznę, a wojna zwróciła jej męża, który okazał się być psychicznym wrakiem. Każdej nocy Wilmot jest nękany przez koszmary. Nie może zapomnieć o japońskim więzieniu. Lucy, aby mu pomóc, wciąż wymyśla coś nowego, żeby tylko móc czymś wzbudzić zainteresowanie męża. Czy kobiecie uda się przywrócić ukochanemu mężczyźnie radość życia i zdrowie? A może Lucy podda się i wszystko zostawi w rękach losu?

Love & Laughter to powieść niesamowicie wzruszająca. Czytelnik widzi jak bardzo wojna może wyniszczyć człowieka. Czasami wręcz widzi bezradność tych, którzy powinni wspierać i pomagać. Tylko skąd brać na to siły, skoro osoba będąca psychicznym wrakiem nie chce dać sobie pomóc? W tej kwestii możemy poddać ocenie postać Lucy, jako żony i matki. Czy kobieta faktycznie zrobiła wszystko, aby pomóc mężowi? Możliwe, że czegoś nie dopatrzyła, o czymś zapomniała. Może była zbyt mocno zajęta sobą oraz dziećmi i nie dostrzegła zbliżającej się kolejnej tragedii?

A jak w tej dramatycznej sytuacji zachowują się dzieci Lucy i Wilmota? Goeff jest już niemalże dorosły, więc na temat tego, co dzieje się w jego domu, posiada już swoje zdanie. Z ojcem nie łączą go zbyt przyjazne relacje. Jego zainteresowanie znacznie bardziej skierowane jest na Davida. Owszem, chłopak wiele mu zawdzięcza, ale czy nie powinien skupić się raczej na własnym ojcu, który potrzebuje jego pomocy? Wydaje się, że z całej rodziny najwięcej rozsądku wykazuje młodsza latorośl Lucy i Wilmota – Patsy. Nie ma się jednak czemu dziwić, skoro dziewczyna, pomimo młodego wieku, przeszła już naprawdę sporo. Patsy jest pełna zrozumienia dla swojego ojca, bo ją także wojna nie oszczędziła, a to sprawiło, że dojrzała szybciej niż byłoby to możliwe w latach pokoju. 

Tak jak wspomniałam powyżej, książka nie doczekała się, jak na razie, polskiego tłumaczenia, więc mogę ją polecić tylko tym czytelnikom, którzy znają język angielski i nie boją się nim posługiwać. Ze swej strony mogę stwierdzić, że książka wywarła na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Rodzina Lucy i Wilmota to klasyczny przykład ludzi, którzy przeżyli okrucieństwo drugiej wojny światowej, a potem musieli radzić sobie z tragicznymi następstwami tamtych dni. Trzeba było zacząć odbudowywać nie tylko zniszczone budynki, ale przede wszystkim własne poszarpane życie. Bohaterowie powieści są niezwykle wyraziści. Są oni na tyle przejrzyści, że czytelnik może z powodzeniem poddawać ich postępowanie skrupulatnej ocenie. Chociaż fabuła powieści nasycona jest niewyobrażalnym bólem i cierpieniem, to jednak pojawiają się w niej także promienie szczęścia i radości. Można zatem wyciągnąć z tej książki wniosek, który mówi o tym, że po złym zawsze przychodzi dobre, tylko trzeba mocno w to wierzyć. Tak jak bezwarunkowo uwierzyła jedna z bohaterek, lecz nie była to bynajmniej Lucy Pengelly.