Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

czwartek, 29 maja 2014

Ewa Stachniak – „Dysonans”














Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2009
Tytuł oryginału: Dissonance
Przekład: Anna Przedpełska-Trzeciakowska





Delfina z Komarów Potocka uznawana była za muzę polskiego romantyzmu. Była długoletnią przyjaciółką oraz uczennicą Fryderyka Chopina. Wychowywała się w Kuryłowcach i to właśnie tam odebrała staranne wykształcenie. Około 1822 roku bardzo często przebywała w Neapolu, a potem w Nicei, gdzie rodzina Komarów nabyła wille. W roku 1825 Delfina powróciła do Polski i wtedy poślubiła magnata Mieczysława Potockiego herbu Pilawa. Wraz z mężem osiadła w Tulczynie. Niestety pożycia małżeńskiego nie można było zaliczyć do udanych, ponieważ Mieczysław Potocki posiadał dość wybuchowy, a wręcz brutalny charakter, co doprowadziło w konsekwencji do rozpadu małżeństwa. Tak więc w 1830 roku Delfina Potocka porzuciła męża i wyjechała z rodziną do Europy.

Najprawdopodobniej w Dreźnie, w salonie swojej matki, w listopadzie 1830 roku poznała Fryderyka Chopina, natomiast dwa lata później, we wrześniu, Delfina osiadła w Paryżu i wraz z siostrami – Ludmiłą i Natalią – bardzo szybko została uczennicą Chopina. W 1836 roku raz jeszcze – na prośbę męża – wróciła do Tulczyna, niemniej jednak jego okrucieństwo doprowadziło do ostatecznego rozpadu małżeństwa, które zakończyło się rozwodem w 1843 roku. Wówczas na stałe Delfina Potocka zamieszkała w Paryżu, gdzie otoczona była przez grono oddanych wielbicieli, którzy podziwiali jej niezwykłą urodę, maniery, a także ponadprzeciętny talent do malarstwa i muzyki. Współcześni Delfinie opowiadali, iż z ogromnym powodzeniem komponowała utwory muzyczne, które niestety nie przetrwały do dnia dzisiejszego. Odbywała również liczne podróże. W 1838 roku Delfina Potocka poznała Zygmunta Krasińskiego, a właściwie Napoleona Stanisława Adama Feliksa Zygmunta Krasińskiego hrabiego herbu Ślepowron. Dla tego wybitnego poety polskiego romantyzmu Delfina stała się natchnieniem i muzą. Ich romans trwał kilkanaście lat, mimo tego, że 26 lipca 1843 roku w Dreźnie Krasiński za namową ojca ożenił się z Elizą z Branickich.

Ostatnie lata życia Delfina Potocka spędziła w Paryżu oraz w Nicei. Przez cały okres pobytu Fryderyka Chopina na emigracji była związana z nim niezwykle serdeczną przyjaźnią. Wybitny polski kompozytor i pianista zachwycał się przede wszystkim jej urodą oraz śpiewem. Niestety, zachował się tylko jeden list Delfiny do Fryderyka, który został napisany na kilka miesięcy przed jego śmiercią. W dniu 15 października 1849 roku, czyli na dwa dni przed śmiercią Chopina, Delfina przyjechała do Paryża z Nicei. Na jego prośbę śpiewała mu na łożu śmierci, przy wtórze własnych dławiących ją łez. Sama też sobie akompaniowała. Francuski malarz – Eugène'a Delacroix (1798-1863) – w swoim Dzienniku w 1849 roku pisał, iż usłyszał Delfinę dwa razy i rzadko zdarzało mu się zetknąć z czymś tak doskonałym.

Delfina Potocka (1807-1877) 
Portret powstał w 1849 roku.
Autor: Paul Delaroche (1797-1856)
Fryderyk Chopin dedykował Delfinie Potockiej Koncert f-moll op. 21, jak również Walc Des-dur op. 64 nr 1. Natomiast do jej albumu wpisał także Preludium A-dur op. 28 nr 7 oraz pieśń Melodia op. 74 nr 9 do słów Zygmunta Krasińskiego. Te nadzwyczaj bliskie relacje Delfiny Potockiej z Fryderykiem Chopinem stały się podstawą do rozpowszechniania opowieści o ich rzekomym romansie. W roku 1945 pewna ziemianka z Wileńszczyzny – Paulina Czernicka – ujawniła odpisy (apokryfy) nieznanych dotąd listów Chopina do Delfiny Potockiej pochodzące rzekomo z lat 1833-1849. Miały one zawierać intymne szczegóły dotyczące ich znajomości. W latach 1945-1967 sprawa autentyczności tychże listów stała się przedmiotem dość ostrych sporów, które na nowo zostały podjęte w latach 1973-1976 po opublikowaniu w 1973 roku przez kompozytora Adama Harasowskiego (1904-1996) reprodukcji sześciu ich domniemanych autografów. Tak więc ogłoszone w 1973 roku fotokopie zostały poddane specjalistycznym badaniom grafologicznym. Na zlecenie Towarzystwa im. Fryderyka Chopina oraz International Chopin Foundation wykonano dwie ekspertyzy, lecz dopiero ta wykonana przez Zakład Kryminalistyki Milicji Obywatelskiej – trzecia z kolei – dowiodła, że sporne listy zostały podrobione przy wykorzystaniu fotomontażu fragmentów autentycznego pisma Fryderyka Chopina i wszelkich innych dodatków.

Ten miłosny trójkąt, jaki miał miejsce pomiędzy Delfiną Potocką, Zygmuntem Krasińskim a jego żoną Elizą Branicką stanowi naprawdę doskonały materiał na książkę. Tak więc Dysonans to powieść, której akcja rozpoczyna się w 1836 roku. Mamy wieczór wigilijny, który Delfina Potocka wraz z rodziną spędza w wilii Palazzo Valle w Neapolu. Oprócz niej na pierwszy plan wysuwa się również jej matka – Honorata Komarowa. Potem akcja posuwa się naprzód. Delfina poznaje Zygmunta Krasińskiego i od tego momentu zaczyna się ich romans, który – jak wspomniałam wyżej – trwał przez wiele lat. Ten związek ciągnął się nawet wtedy, gdy na wyraźne życzenie ojca – poeta ożenił się z Elizą Branicką. Czy tego pragnął? Na pewno nie. Nic, co człowiek robi pod namową innych ludzi i wbrew sobie, nie może mu przynieść życiowej satysfakcji. Pamiętajmy też, że Zygmunt Krasiński to poeta o niezwykle wrażliwej duszy. Trudno zatem pogodzić mu się z czymś, do czego jest zmuszany.

Eliza z Branickich Krasińska z dziećmi (1820-1876)
obraz powstał w 1853 roku
Autor: Franz Xaver Winterhalter (1805-1873)
A jak reaguje Eliza? Wygląda na to, że w jakiś sposób kocha tego, którego dla niej wybrano. Godzi się na wszystko praktycznie bez słowa sprzeciwu. Nie wie jednak, jak trudno będzie żyć ze świadomością, że serce męża będzie należeć do innej. Że to z imieniem kochanki na ustach będzie pragnął umrzeć. Czy zatem można winić Delfinę Potocką za nieszczęście Elizy z Branickich Krasińskiej? Bo przecież kochanka zawsze jest tą, która perfidnie niszczy szczęście rodzinne. Lecz z drugiej strony, czy można w tym przypadku mówić o jakimkolwiek rodzinnym szczęściu? Na pewno Zygmunt Krasiński nie jest łatwy we współżyciu. Poza tym, ze względów politycznych trudno jest mu publikować pod własnym nazwiskiem. Robi to anonimowo albo pod nazwiskiem kogoś innego. Pamiętajmy, że wydarzenia, które rozgrywają się na kartach Dysonansu mają miejsce w czasie, kiedy Polska była pod zaborami. Był to III rozbiór Polski, który rozpoczął się niecały rok po upadku insurekcji kościuszkowskiej, czyli 24 października 1795 roku. Wtedy to nasz kraj został podzielony pomiędzy monarchów Rosji, Prus i Austrii. Tak więc polityka przewija się tutaj dość często.

Fabuła książki skupiona jest na emocjach bohaterów oraz na ich postępowaniu. Trzeba jednak pamiętać, aby powieści nie traktować jako historycznego dokumentu, ponieważ jest to fikcja literacka, która powstała w oparciu o materiały źródłowe, jak listy i dokumenty, które zachowały się do dnia dzisiejszego, a które pochodzą właśnie z tamtej epoki. Niemniej jednak, na kartach powieści pojawiają się postacie stricte historyczne, zaś wydarzenia, o których mowa zapisały się dużymi literami w dziejach naszego kraju.


Śmierć Chopina 
obraz powstał w 1885 roku
Autor: Félix-Joseph Barrias (1822-1907)


Główni bohaterowie – Zygmunt, Delfina i Eliza – to postacie, które pozwoliły na to, aby niszczące i zagmatwane uczucia doprowadziły do ich wewnętrznego zniszczenia. Eliza Branicka była córką zdrajcy, ale zarazem była też najzamożniejszą kobietą swojej epoki, i właśnie ten majątek sprawił, że ojciec Zygmunta zwrócił ku niej swoje zainteresowanie, pragnąc, aby została jego synową. Z kolei Zygmunt – już po ślubie – narzuca żonie, aby ta utrzymywała towarzyskie kontakty z jego kochanką. Przecież to dla Elizy takie upokarzające i niezwykle trudne do zaakceptowania! Ta atmosfera zdrady i dwuznacznych sytuacji zaczyna gęstnieć i w pewnym momencie robi się nie do zniesienia. Tylko szaleniec może wymagać od swojej żony, aby ta spędzała z nim i jego kochanką wakacje! Możliwe, że Zygmunt Krasiński naprawdę był człowiekiem szalonym i nie wiedział, co robi. Był szalony z miłości! Lecz z drugiej strony był niczym dziecko, które pragnie mieć wszystko, o czym marzy i nie jest w stanie poświęcić niczego w imię zachowania, na przykład, dobrego imienia. W moim odczuciu Zygmunt to egoista, który myślał jedynie o sobie. Dla niego tak naprawdę nie liczyło się to, co czują inni. Nie były ważne uczucia żony i kochanki, czy też członków dalszej rodziny. Liczył się tylko on i to jego zachcianki należało spełniać, ponieważ w innym razie mogło to grozić poważną depresją. Być może niewiele różnił się od swojego ojca. Bo przecież podobnie jak Wincenty Krasiński, on również narzucał swoje zdanie i wymagał pełnej jego akceptacji. Pisał, jak gdyby scenariusz, według którego swoje role musiały odegrać dwie kobiety jego życia: Delfina i Eliza. Nie było dla niego ważne, że obydwie mogą z tego powodu cierpieć. W taki właśnie sposób odbieram go, jako bohatera Dysonansu.

W tle fabuły powieści przewijają się również takie historyczne postacie, jak Fryderyk Chopin, czy Wincenty Krasiński (ojciec Zygmunta), który na swoim sumieniu miał również układy z zaborcą. Jest także Matylda Szymanowska, Adam Mickiewicz, wspomniany jest także Juliusz Słowacki oraz postacie znane z Hôtel Lambert, który był tak zwanym obozem politycznym działającym od 1831 roku na emigracji po upadku powstania listopadowego.

Podczas lektury Dysonansu czytelnik przenoszony jest do epoki polskiego romantyzmu, jest świadkiem historycznych wydarzeń tamtego okresu, a także poznaje życie i obyczaje polskiej arystokracji żyjącej na emigracji. Widzi jak ścierają się ze sobą poglądy poszczególnych bohaterów. Dla mnie chyba najważniejszą i najbardziej rzucającą się w oczy postacią tej powieści jest Delfina Potocka, dlatego też na początku wpisu przybliżyłam jej życiorys. Na pewno nie zapałałam sympatią do Zygmunta Krasińskiego, a to ze względu na jego słaby charakter, o czym również napisałam powyżej. Eliza Branicka? Myślę, że ona w całym tym trójkącie najbardziej ucierpiała. Ze strony męża doznała upokorzenia i poniżenia, ale niestety niewiele mogła w tej kwestii zmienić.

Moim zdaniem Dysonans to powieść doskonale oddająca klimat epoki. Charakteryzuje się też niecodziennym stylem, jeśli chodzi o sposób jej napisania. Ten styl przypomina mi trochę dziewiętnastowieczną literaturę klasyczną. Być może w głównej mierze zawdzięczamy go przekładowi Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, która – jak wiemy – zasłynęła przede wszystkim z przekładu powieści Jane Austen.








wtorek, 27 maja 2014

Francine Rivers – „Znamię Lwa. Głos w wietrze” #1














Wydawnictwo: BOGULANDIA
Warszawa 2013
Tytuł oryginału: Mark of the Lion. A Voice in the Wind
Przekład: Adam Szymanowski




Jerozolima to największe miasto Izraela, które położone jest na skraju Pustyni Judzkiej. Od zamierzchłych czasów Jerozolima uznawana jest za miejsce święte dla trzech wielkich religii: chrześcijaństwa, judaizmu i islamu. Badania archeologiczne pokazują, że na terenie dzisiejszej Jerozolimy ludzie zamieszkiwali już w epoce miedzi, natomiast w epoce brązu powstała pierwsza ludzka osada. Najprawdopodobniej miasto zostało założone w XXVI wieku p.n.e. przez ludy semickie. Z kolei od XVIII wieku p.n.e. na obszarze tym osiedlili się Jebusyci, którzy w XI wieku p.n.e. zostali podbici przez króla Dawida.

To, co w tej chwili najbardziej nas interesuje, to okres panowania Rzymian w Jerozolimie, który charakteryzują wojny żydowskie. Około roku 70 n.e. Jerozolima została zniszczona wraz ze Świątynią. Według przekazów żydowskiego historyka – Józefa Flawiusza (ur. 37 – zm. po 94) – podczas narady wyższych dowódców w dniu 28 sierpnia 70 roku miano podjąć decyzję dotyczącą dalszych losów Przybytku. W trakcie tejże narady Tytus Flawiusz (39-81) – syn cesarza Wespazjana (9-79) – miał nakazać chronienie Świątyni za wszelką cenę, gdyż nie chciał dopuścić do jej zniszczenia. Niemniej jednak, zbyt duża stronniczość ze strony Józefa, który zawsze chciał przedstawiać swojego opiekuna w jak najlepszym świetle, daje historykom podstawę do tego, aby wątpić w wiarygodność jego przekazu. Takie wątpliwości można uzasadnić tym, iż istnieje inny opis tamtych wydarzeń. Otóż, zdaniem pisarza i hagiografa akwitańskiego – Sulpicjusza Sewera (360-420) – to właśnie Tytus uważał, że Świątynię Jerozolimską należy doszczętnie zniszczyć. Wydaje się, że innej opcji nie przyjmował do wiadomości. Znaczna część historyków uważa, że Sulpicjusz mógł tutaj czerpać z zaginionych obecnie ksiąg Dziejów autorstwa Tacyta (55-120), który być może w swoich księgach zawarł dokładny opis tamtego tragicznego wydarzenia. Tacyt na początku piątej księgi nadmienił, iż jego zamiarem jest zdanie wiarygodnej relacji z ostatnich chwil Jerozolimy. Swój przekaz najprawdopodobniej oparł na wspomnieniach bezpośredniego uczestnika narady – Marka Antoniusza Julianusa, który był ówczesnym prokuratorem Judei. Mincjusz Feliks – pisarz rzymski i prawnik żyjący na przełomie II i III wieku o Marku Antoniuszu napisał, iż ten całą winą za to, co się stało obarczał Żydów.

Krwawa rozprawa Rzymian z narodem żydowskim w konsekwencji doprowadziła do tego, że mieszkańcy Jerozolimy zostali wzięci do niewoli, jeśli oczywiście mieli na tyle szczęścia, aby podczas masakry nie stracić życia. Ale z drugiej strony nie wiadomo co w tej tragicznej sytuacji było lepsze: śmierć czy zmiana statusu społecznego. Pamiętajmy, że tylko nieliczni trafiali do pracy w willach bogatych Rzymian. Większość tak naprawdę kończyła jako pokarm dla wygłodzonych lwów czy innych drapieżnych zwierząt. W dodatku w tamtym okresie do głosu zaczęło dochodzić chrześcijaństwo, które stanowiło poważne zagrożenie dla Rzymu. Panowało powszechne przekonanie, że chrześcijańska sekta to organizacja buntowników, którzy planują zamach na Cesarstwo Rzymskie. O chrześcijanach mówiono, że poprzez swoją wiarę chcą obalić istniejący ustrój, a tym samym zrzucić z tronu każdego kolejnego cesarza. Dlatego też tych ludzi pozbywano się w sposób najokrutniejszy z możliwych, rzucając na pożarcie drapieżnym zwierzętom podczas igrzysk, krzyżując, podpalając żywcem. Niektórym było dane ginąć bardziej chwalebną śmiercią, ponieważ silni mężczyźni byli szkoleni na gladiatorów i dzięki temu tracili życie w walce. W tamtym okresie tylko nieco bezpieczniej mogli czuć się wyznawcy judaizmu. Oczywiście mam tutaj na myśli wiarę w jednego niewidzialnego Boga, którego tak bardzo obawiali się Rzymianie. Bo jak wiadomo wówczas bardzo powszechna była wiara w rozmaite bóstwa wymyślone przez poszczególne plemiona na własny użytek. Bóstwom tym budowano świątynie, w których oddawano im cześć, a każdy z tych bogów był odpowiedzialny za inną dziedzinę życia.


Oblężenie i zniszczenie Jerozolimy
Obraz pochodzi z 1850 roku
Autor: David Roberts (1796-1864)


Główną bohaterką Głosu w wietrze, jak i całej trylogii, jest Hadassa. To młoda dziewczyna, która miała to nieszczęście, że na Święto Paschy wraz z rodziną przybyła do Jerozolimy z Galilei. Ojciec dziewczyny już od jakiegoś czasu głosi wiarę w Chrystusa. W młodości został wskrzeszany przez Jezusa, więc logiczne, że przyjął Jego Słowo za prawdę. Samą Hadassą targają sprzeczne uczucia, jeśli chodzi o wiarę wyznawaną przez jej bliskich. Z jednej strony wierzy, ale z drugiej nie ma w sobie na tyle siły, aby móc bez problemu opowiadać ludziom o Bogu i Jezusie. Niestety po Święcie Paschy rodzina Hadassy nie może już wrócić do Galilei, ponieważ krwawe zamieszki w Jerozolimie na to nie pozwalają. Tak więc moment zburzenia Świątyni zastaje ją w Jeruzalem. Wydaje się, że tylko kwestią czasu jest, kiedy rzymscy legioniści wtargną do jej domu i wytną w pień całą rodzinę Hadassy. Ten czarny scenariusz sprawdza się bardzo szybko. Pewnego dnia ojciec dziewczyny wychodzi z domu, aby nauczać o Bogu i już do tego domu nie wraca. Najprawdopodobniej gdzieś po drodze zostaje zamordowany, a jego ciało wrzucone do jakiejś zbiorowej mogiły. Matka Hadassy umiera z wyczerpania i głodu. I tak oto dziewczyna zostaje z bratem i siostrą, oczekując tego, co najgorsze. Któregoś dnia do domu Hadassy wkraczają rzymscy żołnierze. Jeden z nich bez mrugnięcia okiem zanurza swój miecz w ciele brata Żydówki. Marek ginie na miejscu, nie wydawszy ani jednego tchnienia. Teraz przychodzi kolej na Hadassę i jej młodszą siostrę. Dziewczyna tuląc w ramionach małą Leę czeka na śmiertelny cios, który jednak nie nadchodzi. Dlaczego? Dlaczego legionista zwleka z wykonaniem wyroku? Przecież już dawno mogło być po wszystkim. Takie czekanie na to, co nieuniknione jest gorsze, niż śmierć. Wygląda na to, że zarówno ona, jak i jej siostra zostaną oszczędzone. Tylko po co? Żeby trafić na arenę jako pokarm dla lwów?

I tak oto Hadassa i Lea uchodzą z życiem, ale od tej chwili stają się niewolnicami, które zostaną sprzedane. Nie wiadomo jeszcze dokąd trafią. Na chwilę obecną dołączają do innych niewolników i wyruszają w podróż w nieznane. Po drodze wycieńczona Lea umiera. Hadassa zostaje sama. Nie ma nic. Nie ma rodziny. Nie ma wolności. Ma tylko swojego niewidzialnego Boga, do którego się modli, pomimo że Bóg chyba o niej zapomniał, skoro dopuścił do tak wielkiej tragedii. Po jakimś czasie Hadassa, jako niewolnica, trafia do domu efeskiego kupca, który rzymskie obywatelstwo zwyczajnie sobie kupił. To Decymus Walerian, który swoich niewolników traktuje niemalże jak członków rodziny. Pozostawia im swobodę w wyznawaniu wiary, a ma wśród nich rozmaitych wyznawców. O ile nie zagraża to bezpieczeństwu rodziny Decymusa, on nie wtrąca się w to, do kogo modlą się jego niewolnicy. Tak samo postępuje jego żona i dzieci. Wygląda więc na to, że Hadassa miała sporo szczęścia w nieszczęściu.

Decymus Walerian ma syna o imieniu Markus. To niezwykle przystojny młody mężczyzna, który otacza się tabunem kobiet, jednak ani myśli o żeniaczce. Rzymianin zazwyczaj nie zgadza się z poglądami ojca. Markus prowadzi własne interesy i sam zarządza swoim majątkiem. Bardzo często sprzecza się z Decymusem w kwestiach politycznych. Kupiec ma też córkę – Julię. Ta z kolei jest rozkapryszonym dzieciakiem, lecz nie zmienia to faktu, iż jest oczkiem w głowie tatusia. Możliwe, że to zepsucie wyjdzie kiedyś Julii na złe, ale na chwilę obecną nikt o tym nie myśli w ten sposób. Dziewczyna owinęła sobie wokół palca również starszego brata, który nie jest w stanie niczego jej odmówić. Nawet kiedy żebrze go, aby zabrał ją na igrzyska do cyrku, ten bez wahania robi to w tajemnicy przed rodzicami.

Tak więc prawdziwa historia Żydówki Hadassy rozpoczyna się od momentu, kiedy dziewczyna trafia do willi Walerianów i staje się osobistą niewolnicą Julii. Od tej chwili Hadassa będzie dzielić z Julią wszystkie jej tajemnice. Będzie na każde jej wezwanie. Będzie kryć wszelkie jej przewinienia, choć nie będzie się z nimi zgadzać. Ale przecież jest tylko zwykłą niewolnicą, więc nie ma prawa do własnego zdania. Ona może się tylko modlić za Julię i za Walerianów, aby ci wreszcie przejrzeli na oczy.


Zniszczenie Świątyni Jerozolimskiej
Obraz pochodzi z 1867 roku
Autor: Francesco Hayez (1791-1882)


Tymczasem w Germanii w konsekwencji wojny zostaje uprowadzony przywódca tamtejszego plemienia. To potężnie zbudowany Atretes. Rzymianie musieli naprawdę sporo się natrudzić, aby w końcu obezwładnić olbrzyma. Podobnie jak Hadassa, Germanin również trafia do Rzymu, ale nie jako niewolnik na służbę, lecz jako gladiator. Pod okiem fachowców uczy się jak zabijać na cyrkowej arenie. Któregoś dnia losy Artetesa i Walerianów skrzyżują się. Co z tego wyniknie? Jaką rolę odegra ten germański barbarzyńca w życiu rzymskiej kupieckiej rodziny?

Tak naprawdę nie wiem od czego powinnam zacząć opowiadać o swoich wrażeniach po przeczytaniu pierwszego tomu trylogii Znamię lwa. Może powinnam napisać, że jest to swoiste arcydzieło literatury i na tym zakończyć? Przy okazji omawiania Trylogii rzymskiej Miki Waltariego napisałam, że trochę obawiam się pisać o książkach z wątkiem chrześcijańskim, żeby nie dostać po głowie od przeciwników wiary katolickiej. Niemniej spotkałam się z opinią, że nie powinnam przed tym uciekać, i skoro czytam tego rodzaju książki, to mam też prawo o nich pisać, bez względu na to, co myślą inni. Powiem szczerze, że niekiedy ta wojna religijna na słowa, którą możemy obserwować w naszym kraju zwyczajnie mnie przeraża. Każdy domaga się tolerancji, ale jak przychodzi co do czego, to prowadzone rozmowy mają niewiele wspólnego z tolerancją.

Trylogia Znamię lwa nie jest mi obca. Po raz pierwszy zetknęłam się z nią wiele lat temu i już wtedy wywarła na mnie ogromne wrażenie. Czytałam wówczas starsze jej wydanie. Gdybym miała ją porównać z jakąś inną książką o tej tematyce, to byłaby to z pewnością powieść Quo Vadis Henryka Sienkiewicza. Wydaje mi się jednak, że Znamię lwa przewyższa swoją wartością każdą inną powieść tego typu, którą udało mi się do tej pory przeczytać. Pomimo że Francine Rivers w swoim literackim dorobku ma naprawdę wiele powieści, to jednak ta trylogia przyniosła jej największą popularność. W bardzo krótkim czasie została przetłumaczona na wiele języków, stając się międzynarodowym bestsellerem. Nazwisko Autorki z dnia na dzień zyskało tak wielką sławę, że czytelnicy zaczęli hurtowo nabywać jej powieści. Przyznam, że wcale mnie to nie dziwi.

Francine Rivers zaczęła specjalizować się w literaturze chrześcijańskiej w momencie, gdy uwierzyła w Boga. Jak sama twierdzi, to wiara sprawiła, że zaczęła pisać powieści tego gatunku. Był taki czas, kiedy bała się ujawnić swoje przekonania, ponieważ liczyła się z tym, że nie będzie rozumiana przez swoich przyjaciół i rodzinę. Obawiała się, że ludzie, którzy jeszcze do niedawna byli jej przychylni, teraz zwyczajnie się od niej odwrócą. Dlatego postanowiła swoją wiarę wyrażać poprzez literaturę. Jako czytelnik cieszę się, że tak się stało, bo książki Francine Rivers są niesamowite. I nie chodzi tutaj o wątek religijny. Wiarę w Boga można kwestionować na wiele sposobów, ale przecież nie da się zaprzeczyć historii. Nie można powiedzieć, że prześladowań chrześcijan nie było, wszakże tak zostało zapisane na kartach historii. I właśnie te wydarzenia stanowią tło historyczne trylogii.


Wizja walk gladiatorów 
Obraz pochodzi z 1872 roku
Autor: Jean-Léon Gérôme (1824-1904)

Skupmy się zatem na pierwszym tomie. Głos w wietrze to opowieść niezwykła i bardzo piękna. Miłość młodej Żydówki, która w dodatku jest chrześcijanką, i głęboko tkwiącego w swoich przekonaniach Rzymianina, jest czymś, co nie pozwala oderwać się od książki ani na chwilę. W dodatku mamy jeszcze całą masę innych wydarzeń, które sprawiają, że czujemy się tak, jakbyśmy przenieśli się do I wieku po Chrystusie i uczestniczyli w tych tragicznych wydarzeniach. Odnosimy wrażenie, jakbyśmy na własne oczy oglądali krwawe walki gladiatorów, siedząc na miejscu rozwrzeszczanego rzymskiego motłochu, który żąda coraz więcej krwi. Z cyrku przenosimy się do rzymskich czy efeskich willi, gdzie jesteśmy świadkami knucia spisków wymierzonych w tych, którzy w jakiś sposób zawinili. Czasami są to zgoła niesprawiedliwe oceny sytuacji, ale kiedy decyzja zostanie raz podjęta, nie ma już od niej odwrotu.

Na kartach powieści nie spotykamy postaci biblijnych. Od czasu do czasu pojawia się jedynie apostoł Jan, który jest już w sędziwym wieku. Pozostali już dawno umarli śmiercią męczeńską. Tak więc oprócz Jana, wszystkie inne postacie, to osoby fikcyjne, ale jakże realne. Oczywiście czasami pada imię cesarza Imperium Rzymskiego, ale na tym koniec. Akcja powieści dzieje się w Jerozolimie, Germanii, Rzymie i Efezie. Na końcu książki znajdują się także materiały do dyskusji w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki. Autorka pragnie zwrócić uwagę na fakt, iż pomimo upływu wieków każdy człowiek/czytelnik może odnaleźć w sobie cechy Hadassy, Julii, Markusa i wielu innych bohaterów, którzy pojawiają się w powieści. Dla mnie Głos w wietrze jest bezcenny ze względu na swój walor historyczny. Co ważne, Francine Rivers wcale nie próbuje nikogo uświadamiać i nawracać. Ona po prostu napisała powieść historyczną, której akcję umieściła w I wieku po Chrystusie. Jest to książka jakich wiele, ale jednak znacząco wyróżnia się na tle innych. Za jakiś czas napiszę o pozostałych dwóch tomach tej trylogii. Dowiecie się wtedy, jaki los spotkał bohaterów. Co stało się z Hadassą, Julią i Markusem. Jak dalej potoczyło się życie gladiatora Artetesa, który wychodząc na arenę wielokrotnie był zmuszony z zimną krwią zabijać swoich przyjaciół przy wtórze wrzasków rozszalałego tłumu.

W Polsce wydano dość dużo książek Francine Rivers, ale mimo to jej popularność w naszym kraju jest znacznie mniejsza niż na przykład w Stanach Zjednoczonych czy innych krajach świata. Tak przynajmniej wynika z moich obserwacji i rozmów z innymi czytelnikami. Mam nadzieję, że to się zmieni, bo jej powieści są naprawdę szczególne. To są doskonałe książki dla osób wciąż poszukujących swojego miejsca w życiu. Przypuszczam, że powieści Francine Rivers będzie na moim blogu znacznie więcej, niż tylko ta jedna trylogia. Natomiast Głos w wietrze to nie Biblia, lecz opowieść o dramatycznych wydarzeniach i bohaterach, którzy musieli dokonywać naprawdę trudnych wyborów. Musieli decydować o tym, co jest ważne, a co jeszcze ważniejsze. Głos w wietrze to powieść pełna emocji, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Autorka pozwala czytelnikowi na złość, gniew, ale i na smutek z powodu tego, w jaki sposób toczą się losy bohaterów. Wiem, że nie każdy, kto czyta teraz ten wpis sięgnie po tę trylogię. Mam jednak nadzieję, że będą wśród Was i tacy, których ta książka zainteresuje, a po przeczytaniu zachwyci i nie da o sobie zapomnieć.








sobota, 24 maja 2014

Stefan Darda – „Dom na Wyrębach”












Wydawnictwo: VIDEOGRAF II
Chorzów 2008





Któż z nas nie marzy o kupnie domu gdzieś za miastem, szczególnie kiedy pragnie gruntownie zmienić swoje życie? Z psychologicznego punktu widzenia takie spalenie za sobą mostów czasami naprawdę pomaga. Odcinamy się wtedy od tego, co było i zaczynamy wszystko od nowa. Zapominamy o rzeczach złych, które nas spotkały, i z całych sił próbujemy otworzyć nowy rozdział w naszym życiu. Tego typu zmiana zazwyczaj łączy się także z poznaniem nowych ludzi, którzy w mniejszym lub większym stopniu będą wpływać na nasze obecne i przyszłe życie. Niekiedy nie zapominamy też o tych, którzy w jakiś znaczący sposób byli z nami wtedy, gdy najbardziej ich potrzebowaliśmy. Tak więc, czy jest możliwe, aby zupełnie odciąć się od przeszłości? Chyba nie, choć wielokrotnie bardzo byśmy tego chcieli. Ta przeszłość już zawsze będzie stanowić część naszego życia. Niemniej jednak to wcale nie znaczy, że nie powinniśmy próbować zmienić coś w naszym życiu, jeśli czujemy, że naprawdę tego potrzebujemy. Jeśli nasze nowe życie biegnie torami, jakie sobie wyznaczyliśmy i nie napotykamy na swojej drodze żadnych problemów, wówczas możemy powiedzieć, że jesteśmy naprawdę wielkimi szczęściarzami. Ale co będzie, jeżeli teraźniejszość i przyszłość maluje się w jeszcze czarniejszych barwach niż to, co zostawiliśmy za sobą?

Główny bohater Domu na Wyrębach – czterdziestoletni Marek Leśniewski – kupując dom na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim myślał, że teraz może być już tylko lepiej, bo przecież wreszcie udało mu się spełnić swoje wielkie marzenie. Taki domek pod lasem to było to, do czego dążył niemal przez całe swoje dotychczasowe życie. Oczywiście los nieco mu w tym pomógł. Mieszkając we Wrocławiu i pracując na Uniwersytecie Wrocławskim jako wykładowca prawa, trochę narozrabiał. Jednak wszelkie konsekwencje swoich czynów przyjął na klatę jak prawdziwy mężczyzna. Zwrócił żonie wolność i bez zbędnych dyskusji na ten temat grzecznie wyniósł się z Wrocławia. Tym razem osiedlił się jakieś czterdzieści kilometrów od Lublina – miasta, które doskonale pamiętał ze swoich lat studenckich. W nowym miejscu Marek nie jest tak do końca sam, bo ma tutaj kumpla, z którym studiował. Hubert Kosmala również podążył naukową ścieżką swojej zawodowej kariery. Profesor Kosmala to postać nietuzinkowa. Nie ma w nim nic ze „sztywniaka” w markowym garniturze. Chyba mało kto dałby wiarę temu, iż Hubert to nauczyciel akademicki, który każdego dnia spotyka się ze studentami i wtłacza im do głów zawiłości polskiego prawa.

Wróćmy jednak do naszego głównego bohatera. Otóż, jak wiadomo Marek Leśniewski, nabywając dom w Wyrębach, pragnie rozpocząć nowe życie. Nie zraża go nawet fakt, że w tym domu ktoś niedawno zmarł, a okoliczności tej śmierci są bliżej nieokreślone. Liczy się tylko to, że wreszcie ma szansę spełnić swoje marzenie i mieszkać z dala od miejskiego gwaru. Markowi bardzo podoba się okolica, dlatego nie straszny mu nawet gruntowny remont domu. Ludzie, którzy tutaj mieszkają też są całkiem do rzeczy, oprócz jednego dziwaka, któremu wiele lat temu „nie udowodniono”. Tak przynajmniej mówią miejscowi. Ile w tym prawdy? Nie wiadomo. Pech chce, że tajemniczy Jaszczuk to najbliższy sąsiad Leśniewskiego. Bać się? A może cieszyć, bo w końcu będzie do kogo gębę otworzyć? Możliwe jednak, że ludzie przesadzają, robiąc z Jaszczuka potwora. Chociaż z drugiej strony niewykluczone, iż ci ludzie mają rację, bo Marek wcale nie musi długo czekać na to, aby móc przekonać się, że z jego domem nie wszystko jest w porządku. Bardzo szybko zaczynają dziać się w nim jakieś dziwne rzeczy, a towarzyszy temu pohukiwanie puszczyka. Jak gdyby tego było mało, Leśniewskiego odwiedza tajemnicza postać. Kim jest? Dlaczego zakłóca Markowi spokój? Czy faktycznie Jaszczuk ma z tym coś wspólnego? 

Strzyga - jeden z motywów
wierzeń słowiańskich
Być może niektórzy z Czytelników mojego bloga przecierają z niedowierzania oczy i zastanawiają się, skąd u mnie nagle powieść grozy, skoro generalnie nie czytam tego gatunku literatury. Owszem, trafiają się kryminały, ale w głównej mierze na blogu znajdują się opisy powieści historycznych i obyczajowych. I oto nieoczekiwanie pojawia się horror z elementami paranormalnymi. Otóż, Moi Drodzy, media mają naprawdę niesamowity wpływ na wiele rzeczy, które dzieją się wokół nas. Autor Domu na Wyrębach kilkakrotnie pojawiał się w mojej lokalnej telewizji, opowiadając o swojej twórczości. Robił to tak przekonywująco, że nie pozostało mi nic innego, jak tylko sięgnąć po którąś z jego książek. Mój wybór padł na debiutancką powieść, która w moich oczach okazała się być niesamowita, czego dowodem jest fakt, iż swoją fabułą i formą przekazu zainteresowała czytelnika, który naprawdę tylko w sporadycznych wypadkach sięga po horrory.

Akcja Domu na Wyrębach dzieje się w 1995 roku, tak więc całkiem przyjemnie było przypomnieć sobie wydarzenia, jakie wówczas towarzyszyły polskiemu społeczeństwu. Pomimo że miejscowość, w której mają miejsce zdarzenia opisane w książce, jest fikcyjna, to jednak cała otoczka jest jak najbardziej prawdziwa. Generalnie panuje przekonanie, że debiuty nie są zbyt dobre i nie porywają czytelników. Dom na Wyrębach na pewno łamie tę zasadę. Przyznam, że nie rozumiem takiego poglądu. Bo niby dlaczego debiut ma być zły?

Oprócz świetnie skonstruowanej fabuły, moją uwagę zwróciła kreacja bohaterów. Wszystkie postaci są niezwykle wyraziste. Ich codzienność jest identyczna z tą, której doświadcza każdy z nas, oczywiście z wyjątkiem zjawisk, które trudno jest logicznie wytłumaczyć. W moim odczuciu, są to bohaterowie, których trudno nie darzyć sympatią. Przyznam, że Marek Leśniewski wzbudził we mnie współczucie i niemalże do ostatniej strony miałam nadzieję na inne zakończenie jego historii. Owszem, można nie zgadzać się i nie aprobować postępowania głównego bohatera, ale z drugiej strony, będąc w jego sytuacji, wcale nie jest pewne, czy nie zachowalibyśmy się dokładnie tak samo jak on. Żyjąc na granicy dwóch rzeczywistości i praktycznie nie wiedząc, co się dzieje, bardzo łatwo można popaść w szaleństwo, któremu może towarzyszyć na przykład zbyt częste zaglądanie do kieliszka.

Przy kreacji fabuły Autor posłużył się słowiańskimi ludowymi wierzeniami. Połączenie realizmu z owymi przekonaniami jest doskonałe. Zachowana jest logika, a czytelnik nie dostrzega choćby najmniejszych rozbieżności pomiędzy jednym a drugim światem.

Warsztatowi pisarskiemu Stefana Dardy również nie można niczego zarzucić. Po raz kolejny przekonuję się o tym, iż najlepsze książki to te, w których brak jest udziwnień językowych i przesadnej egzaltacji. Bardzo cenię sobie te książki, w których autorzy nie eksperymentują z językiem, lecz zachowują pełną naturalność, bowiem emocje można doskonale wyrazić przy użyciu prostych słów. Natomiast jakiekolwiek przekombinowanie może sprawić, że powieść pod względem językowym stanie się zwykłą karykaturą, i nawet jeśli jest dobra, to niestety straci na swojej wartości.

Dom na Wyrębach porównywany jest do prozy Stephena Kinga. Osobiście nie lubię takich porównań, bo z reguły są one krzywdzące dla autorów, których powieści utożsamia się z innymi bestsellerami. Debiutancka powieść Stefana Dardy doskonale broni się sama, więc jakiekolwiek porównanie jest tutaj zbyteczne. Moim zdaniem w tym konkretnym przypadku nazwisko Stephena Kinga nie robi Autorowi krzywdy, ale kiedyś może okazać się, że czytelnicy będą oczekiwać książki na miarę chociażby Carrie, a dostaną powieść w zupełnie innym klimacie. Po Dom na Wyrębach sięgnęłam ze względu na nazwisko Autora, natomiast w żadnym razie nie kierowałam się prozą Stephena Kinga, która jak do tej pory niczym szczególnym mnie nie zachwyciła. Jestem również pewna, że nie jest to ostatnia książka Stefana Dardy, którą przeczytałam.





środa, 21 maja 2014

Laila El Omari – „Zapach drzewa sandałowego”















Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2012
Tytuł oryginału: Der Duft von Sandelholz
Przekład: Mieczysław Dutkiewicz




Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska została założona w 1600 roku i stała się najpotężniejszą w historii Anglii kompanią handlową. Charakteryzowała się niezwykle szerokimi uprawnieniami politycznymi. Posiadała prawo utrzymywania fortec oraz wojska, zawierania układów, bicia monet, prowadzenia konfliktów zbrojnych, a także stanowienia norm prawnych na zajmowanych terenach. Zasadniczym celem, jak również sposobem działania Kompanii Wschodnioindyjskiej było przejmowanie nadzoru nad portami i faktoriami ważnymi z punktu widzenia handlu. A zatem działalność Kompanii zmierzała do zagwarantowania bezpieczeństwa działalności handlowej oraz wykluczenia konkurencji. Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska toczyła niezwykle zacięte walki o wpływy z Francuzami, Portugalczykami, a szczególnie z Holenderską Kompanią Wschodnioindyjską.

Działając przede wszystkim na terenie Indii oraz na wyspach Oceanu Indyjskiego, Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska nawiązała w 1614 roku stosunki handlowe z Chinami, czego konsekwencją było otwarcie faktorii w Tonkinie, Amo, Kantonie i na Tajwanie. Wyparta przez Holendrów z terenu wysp Oceanu Indyjskiego, czasowo zredukowała swoją aktywność. W roku 1698 w Anglii powstała Nowa Kompania Wschodnioindyjska. Dopiero połączenie obu Kompanii przyśpieszyło proces tworzenia Imperium Brytyjskiego na obszarze Indii.  

Trzeba wiedzieć, że Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska prowadziła rozliczne wojny kolonialne. Na skutek zwycięstwa pod Palasi w dniu 23 czerwca 1757 roku Kompania weszła w posiadanie 24 okręgów wiejskich znajdujących się wokół Kalkuty. Po zwycięstwie pod Buxar 22 października 1764 roku cesarz Indii nadał Kompanii Wschodnioindyjskiej prawo sprawowania administracji oraz pobierania podatków na całym obszarze Bengalu. Po zajęciu wspomnianego Bengalu, przy pomocy rozmaitych nacisków i układów, Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska zdołała uzależnić od siebie również inne kraje Indii. Niemniej jednak na przełomie XVIII i XIX wieku zaczęła podupadać, a w 1833 roku sprawowała już tylko funkcje administracyjne, które w 1858 roku przejął brytyjski monarcha. Brytyjską Kompanię Wschodnioindyjską oficjalnie rozwiązano w 1874 roku.

Tak mniej więcej przedstawia się tło historyczne Zapachu drzewa sandałowego. Oczywiście punktem kulminacyjnym jest wojna pomiędzy Francuzami a Anglikami o wpływy w Indiach. Nasi bohaterowie czynnie w niej uczestniczą. Mam tutaj na myśli mężczyzn, ponieważ sytuacja kobiet w tamtym okresie nie była bynajmniej godna pozazdroszczenia. To mężczyźni rządzili, i to oni sprawowali kontrolę nad kobietami i wszelkiego rodzaju działaniami z ich strony. Kobietom żyjącym w XVIII wieku praktycznie nie wolno było zrobić nic bez wiedzy i pozwolenia mężczyzny: ojca, męża czy brata. Mężczyźnie wybaczano praktycznie wszystko, zaś kobiecie nic. To ona zawsze była tą stroną, po której leżała wina. Wychodząc za mąż musiała być dziewicą, bo inaczej rodzina przyszłego męża nie była zdolna zaakceptować ewentualnej małżonki brata czy syna. Nie było ważne, że kandydat na męża miał rzeszę kochanek zanim poślubił tę jedyną wyznaczoną mu przez rodzinę, a potem ją zdradzał. A kto mu zabroni?! To kobieta musiała być bez skazy. Gdyby jednak stało się inaczej, wówczas skutki skandalu obyczajowego ciągnęłyby się za kobietą latami. Taka „niemoralna” pani była wykluczona z towarzystwa na bardzo długi czas. Nawet najbliżsi traktowali ją jak przysłowiową czarną owcę w rodzinie i nastawiali przeciwko niej każdego, kogo tylko spotkali na swojej drodze. Kobiecie nie wolno było spotykać się nawet ze swoim narzeczonym bez obecności przyzwoitki w osobie matki czy szwagierki. Najlepiej, jeśli rzeczoną przyzwoitką była kobieta zamężna.

Osiemnastowieczne konwenanse narzucały również niezamężnym pannom inne ograniczenia. Przy młodych i niezamężnych dziewczynach nie wolno było rozmawiać o seksie, ciąży i wszelkich innych kwestiach, które wiążą się z relacjami damsko-męskimi. Zamężna kobieta będąca w ciąży nie mogła przy pannie eksponować swojego wystającego brzucha. Mało tego. Jakiekolwiek wzmianki na temat anatomii człowieka były zakazane w towarzystwie, w którym przebywały młode i niezamężne dziewczyny. Dlatego właśnie kobietom odmawiano prawa do nauki, czytania książek i wszelkich innych rzeczy związanych ze zdobywaniem wiedzy. Tak więc głupia kobieta to kobieta akceptowana przez towarzystwo.

Zadaniem kobiet było prowadzenie domu i wychowywanie dzieci. Kobieta bez słowa skargi musiała spełniać zachcianki męża i wypełniać swoje małżeńskie obowiązki wobec niego. Oczywiście nawet w wyższych sferach trafiały się niewiasty, które jawnie buntowały się przeciwko takiemu traktowaniu. Niemniej jednak każdy ich sprzeciw był tłumiony w zarodku przez mężczyzn, a także przez inne kobiety, które w milczeniu akceptowały tego rodzaju traktowanie.


Robert Clive - jeden z twórców brytyjskiego kolonializmu w Indiach - po bitwie
pod Palasi w 1757 roku


Nasza główna bohaterka – Elisza Legrant – należy właśnie do takich zbuntowanych młodych niewiast. Nie podoba jej się to, co dzieje się wokół niej. Nie akceptuje nakładanych na nią ograniczeń, lecz nikogo to nie interesuje. Kiedy poznajemy rodzinę Jacka Legranta jest rok 1753. Do jego domu w Bombaju przybywa niejaki Damien Catrall, który pochodzi z Madrasu. Damien jest dalekim krewnym Legrantów. Ukończył w Anglii studia medyczne i teraz pragnie pracować jako lekarz w Bombaju. Ponieważ z ojcem nie łączą go zbyt dobre relacje, więc takie rozwiązanie wydaje się być dla młodego lekarza doskonałe. Jack Legrant oddaje mu pawilon znajdujący się na terenie posiadłości. To właśnie tam Damien zamieszkuje i urządza sobie gabinet lekarski. Ponadto współpracuje również z miejscowymi felczerami i szpitalami.

Damien Catrall jest niezwykle przystojny, ale niestety zaręczony. W Madrasie czeka na niego narzeczona, która została mu z góry narzucona. Tak więc ani on, ani też Jane Marchand nie mieli nic w tej sprawie do powiedzenia. Musieli wykonać zadanie, do którego zobowiązali ich ojcowie. Nie jest ważne, że każde z nich ma na ten temat inne zdanie.

Jack Legrant ma trzy córki: Charlotte, wspomnianą już Eliszę i niepełnoletnią May. Ta ostatnia praktycznie się nie liczy, ponieważ jest jeszcze zbyt młoda, aby móc planować dla niej życie. Na chwilę obecną uwaga rodziny skupia się na najstarszej – Charlotte. Rodzice aranżują jej małżeństwo i w tym celu zapraszają do domu tabuny adoratorów. Damien nie jest brany pod uwagę, bo przecież jest zaręczony, a poprawne stosunki z jego ojcem są w tej chwili najważniejsze. Z kolei Elisza to oczko w głowie Jacka. Z jednej strony ojciec jest wobec niej surowy, ale z drugiej na wiele jej pozwala, czego w żadnym razie nie pochwala matka Eliszy. Claire niezbyt przychylnie patrzy na swoją średnią córkę. Za każde – choćby nawet najmniejsze – przewinienie nakłada na nią kary. Matce nie podoba się przede wszystkim to, że dziewczyna nie chce pokornie poddać się obowiązującym normom społecznym. Claire jest również przeciwna temu, że Elisza pragnie zdobywać wiedzę wszelkimi możliwymi sposobami. Niestety, wiele książek dla Eliszy jest niedostępnych ze względu na swoją „nieprzyzwoitą” treść. Od kiedy w domu Legrantów pojawił się Damien Catrall, dziewczyna zaczyna poważnie interesować się medycyną. Spędza z Damienem sporo czasu, a ten uczy ją jak należy zajmować się pacjentami. Oczywiście młody lekarz nie może uświadamiać Eliszy we wszystkim. Nie wolno mu broń Boże pokazywać dziewczynie ilustracji, z których można nauczyć się anatomii człowieka! Bo jak to tak, żeby młoda i niezamężna dama przed ślubem zobaczyła nagie męskie ciało?! Przecież to skandal! Co ludzie powiedzą?! Żaden mężczyzna nie będzie chciał poślubić Eliszy, jeśli dowie się co ona tam po kątach ogląda!

Te częste spotkania Eliszy z Damienem doprowadzają w końcu do tego, że pomiędzy młodymi rodzi się uczucie. Obydwoje wiedzą, że nie wolno im poddać się tym emocjom. Bronią się przed nimi z całych sił. Ale przecież krew nie woda. Poza tym, Damien jest zaręczony i jakby na to nie patrzeć dał słowo innej kobiecie oraz własnemu ojcu. Czy zatem w imię miłości do Eliszy będzie w stanie sprzeciwić się rodzinie i ożenić się z córką Jacka Legranta? Czy mężczyzna jest zdolny do tego, aby wywołać skandal obyczajowy i tym samym wykluczyć i siebie, i Eliszę z bywania w towarzystwie? Jak zachowa się Jack Legrant, kiedy dowie się, że jego ukochana córka postąpiła wbrew przyjętym konwenansom?

Zapach drzewa sandałowego to naprawdę emocjonująca powieść, która w niektórych momentach może sprawić, że czytelnik ma ochotę rzucić nią o ścianę z uwagi na sztywność obowiązujących norm i brak zrozumienia pomiędzy bohaterami. Współczesnemu czytelnikowi naprawdę trudno jest pojąć, jak można tak bardzo ograniczać drugiego człowieka i nie liczyć się z jego zdaniem tylko i wyłącznie dlatego, że jest kobietą. Angielskie osiemnastowieczne społeczeństwo jest tutaj przedstawione w sposób perfekcyjny. Autorka oddała klimat tamtego okresu najlepiej jak tylko mogła. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością Laili El Omari, więc mogę śmiało stwierdzić, że Autorkę charakteryzuje naprawdę nieprzeciętny talent pisarski. Poprzednio równie mocno zachwycałam się książką Monsunowe dni, która porwała mnie już od pierwszej strony.

W Zapachu drzewa sandałowego nie brak tych wszystkich emocji, które towarzyszą również współczesnemu człowiekowi. Tak więc mamy zdradę, kłamstwo, hipokryzję, ale też bohaterowie doświadczają prawdziwej miłości i przyjaźni. Bardzo wyraźnie pokazane są również relacje pomiędzy Anglikami i Hindusami. Należą one do poprawnych. Elisza nie dzieli ludzi na lepszych i gorszych. Przyjaźni się z hinduską księżną, którą bardzo często odwiedza. Prawdę powiedziawszy chyba tylko Śalina jest jej przychylna, kiedy wszyscy odwracają się od Eliszy, i traktują ją jak powietrze. Oczywiście jest jeszcze najmłodsza z sióstr Legrant – May – ale ona w tych rozgrywkach prawie wcale się nie liczy.

Książka zaliczana jest do romansu historycznego, choć tego romansu – jeśli chodzi o główną bohaterkę – jest tutaj naprawdę niewiele. W tej kwestii na pierwszy plan już bardziej wysuwa się Charlotte, która rzeczywiście sobie folguje, jeśli chodzi o kontakty z mężczyznami, a właściwie z jednym mężczyzną. Owszem, Elisza jest wyzwolona, ale jej niezależność zmierza bardziej w kierunku zdobywania wiedzy, czego robić jej nie wolno. Z kolei w krytycznych sytuacjach dziewczyna zachowuje zimną krew i wykazuje naprawdę ogromną odwagę, nie bacząc na konsekwencje.

Podobnie jak w przypadku Monsunowych dni, tutaj również nie mam książce nic do zarzucenia. Żałuję tylko, że jak do tej pory ukazało się w Polsce jedynie dwie powieści Laili El Omari. Miejmy nadzieję, że to się wkrótce zmieni, bo czytać książki tej Autorki to dla mnie ogromna przyjemność. Od powieści Laili El Omari naprawdę nie można się oderwać.




niedziela, 18 maja 2014

Rosamund Lupton – „Potem”














Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2012
Tytuł oryginału: Afterwards
Przekład: Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik





Praktycznie wszyscy, którzy przeżyli śmierć kliniczną relacjonują ją w ten sam sposób. Widzą światło, tunel i dokładnie wiedzą, co się z nimi dzieje, a właściwie, co tak naprawdę robią z nimi lekarze, aby uratować im życie. Z opowiadań tychże osób wynika, że ich ciało w tym krytycznym momencie pozbywa się najprawdopodobniej duszy, która przemieszcza się w zupełnie niekontrolowany sposób i wręcz odwiedza miejsca, w których ci ludzie nigdy nie byli. Pamiętam jedną z takich relacji, kiedy kobieta uparcie twierdziła, że w momencie, gdy jej dusza opuściła ciało, ona nagle znalazła się w Australii – miejscu, którego nigdy wcześniej nie odwiedziła. Ile w tym prawdy? Nie wiadomo. Zdania na ten temat są bardzo podzielone. Jedni do problemu podchodzą racjonalnie i naukowo, zaś inni po prostu wierzą, że oprócz naszego ziemskiego świata istnieje również ten drugi, w którym czeka Bóg.

Pewne jest natomiast, że takie zjawisko odłączenia duszy od ciała stanowi całkiem dobry pomysł na książkę. Właśnie po tego rodzaju koncepcję sięgnęła Rosamund Lupton, pisząc Potem. Na kartach książki spotykamy statystyczną brytyjską rodzinę, którą zupełnie niespodziewanie i bez choćby najmniejszego ostrzeżenia los okrutnie doświadcza. Ten słoneczny lipcowy dzień praktycznie nie powinien był różnić się niczym od innych dni. A jednak wydarzyło się coś, co już na zawsze odmieniło życie rodziny Covey’ów. Tego tragicznego dnia syn Grace i Michaela obchodził swoje ósme urodziny, o czym wiedzieli nie tylko jego najbliżsi, ale też cała szkoła. Swoje urodziny Adam miał świętować wraz z kolegami ze szkoły podczas zawodów sportowych, które odbywały się na terenie Sidley House. Na utrzymanie rodziny zarabia jedynie Michael, który jest producentem telewizyjnym, zaś Grace to przykładna matka i żona zajmująca się domem oraz dziećmi. Oprócz Adama, Covey’owie mają również siedemnastoletnią córkę – Jenny. Dziewczyna jest bardzo ładna i nie dziwi fakt, że kręci się wokół niej sporo adoratorów. Jenny doskonale wie, jakie wrażenie wywiera na chłopcach. Poza tym, swoim zachowaniem i sposobem, w jaki się ubiera, dodatkowo przyciąga ich spojrzenia.

Wróćmy jednak do tego nieszczęsnego dnia urodzin Adama. Podczas zawodów sportowych w szkole nagle wybucha pożar. W tym czasie Jenny przebywa w budynku, ponieważ podjęła się pracy jako szkolna pielęgniarka. W razie, gdyby któremuś z dzieci przydarzyło się coś złego podczas zawodów, to właśnie do Jenny należy udzielenie mu pierwszej pomocy. Kiedy wewnątrz szkoły szaleje ogień, Grace Covey nie zastanawia się ani minuty. Ona wie, co musi zrobić. Biegnie w kierunku budynku, aby ratować swoje dzieci. Na szczęście dostrzega Adama jak z innymi dziećmi stoi na zewnątrz. Lecz nigdzie nie widać Jenny! Nie namyślając się wiele, Grace wbiega do budynku szkoły w poszukiwaniu córki. Kiedy wśród szalejącego ognia i duszącego dymu w końcu ją odnajduje, dziewczyna nie jest w stanie samodzielnie się poruszać. Gdy wydaje się, że jednak wszystko dobrze się skończy, wówczas na Grace spada kawałek sufitu. Na skutek uderzenia Grace straci przytomność. Podobnie Jenny, która już zdążyła nawdychać się trującego dymu. Na szczęście służby ratunkowe wyciągają je ze zgliszcz, ale niestety stan obydwu kobiet jest bardzo ciężki, a wręcz krytyczny. Grace ma uszkodzony mózg, na skutek czego znajduje się w stanie śpiączki, natomiast Jenny jest nie tylko poparzona, ale ma też poważnie uszkodzone narządy wewnętrzne, szczególnie serce.

Kiedy Jenny i Grace trafiają do szpitala, wówczas pojawia się Michael, który właśnie wrócił ze swojej kolejnej służbowej podróży. Skończył nagrywać jakiś program telewizyjny. A może jeszcze nie skończył? Może wypadek żony i córki mu w tym przeszkodził? To nie jest w tym momencie istotne. Najważniejsze jest to, że w toku śledztwa wychodzi na jaw, iż pożar w szkole wcale nie wybuchł przypadkowo. To było podpalenie przy wykorzystaniu środków, które wzmagają rozprzestrzenianie się ognia! Kto zatem jest winien? Czy jest to mały Adam Convey, jak twierdzi policja? A może to dyrektorka szkoły? Nie! To zapewne człowiek, który miał udziały w Sidley House i teraz próbuje oszukać firmę ubezpieczeniową. Groziło mu bankructwo, więc w tej sytuacji jedyne, co mógł zrobić, to podpalić! Nie. To chyba jednak nie oszust ubezpieczeniowy. To musi być ten nauczyciel, którego nie tak dawno dyrektorka wyrzuciła z pracy!

W czasie, kiedy policja prowadzi swoje dochodzenie rodzina Covey’ów praktycznie nie wychodzi ze szpitala. Michael nie opuszcza łóżka córki, gdyż wydaje się, że ktoś czyha na jej życie. Czyżby to ona była celem podpalacza? Przecież tuż przed tym tragicznym wydarzeniem otrzymywała wiadomości wręcz pornograficznej treści, a nawet została zaatakowana. Czy naprawdę ktoś chce zabić Jenny? A jeśli tak, to dlaczego? Komu ta siedemnastolatka tak bardzo się naraziła, że ktoś usiłuje się jej pozbyć?

Na początku napisałam kilka słów na temat śmierci klinicznej, która w tej powieści stanowi, jak gdyby centrum wydarzeń. Oczywiście do niczego takiego by nie doszło, gdyby nie tragiczny wypadek. Dwie kobiety – matka i córka – leżą w szpitalu w stanie krytycznym. Ich ciała nie reagują na bodźce z zewnątrz. Natomiast dusze mają się zupełnie inaczej. Zarówno dusza Jenny, jak i Grace żyją na granicy życia i śmierci. Nikt nie może ich dostrzec, lecz one widzą siebie nawzajem i ze sobą rozmawiają. Komunikują się w kwestii wypadku. Zastanawiają się nad jego powodem i analizują wszystkie wydarzenia, które go poprzedzały. Na równi z policją próbują odnaleźć odpowiedź na pytanie: Kto podpalił? Kiedy już się tego dowiedzą, będą mogły spokojnie wrócić do swoich ciał albo odejść w nieznane. Egzystując na granicy dwóch światów Jenny i Grace pragną uchronić tych, których kochają. Nie chcą dopuścić do fałszywych oskarżeń. Robią wszystko, aby prawdziwy przestępca w końcu został schwytany.

Potem to powieść, która w większości napisana jest w formie monologu, jaki prowadzi Grace… ze swoim mężem. Ktoś mi powie, że przecież z drugą osobą prowadzimy dialog, a nie monolog. I oczywiście będzie miał rację. Ale w tym przypadku nie można mówić o dialogu, ponieważ Michael ani nie widzi duszy swojej żony, ani tym bardziej jej nie słyszy. Ona porozumiewa się z nim, będąc w zupełnie innym wymiarze. Michael widzi tylko jej nieruchome ciało. Przyznam, że jest to niezwykle specyficzna forma pisania książki. Nigdy jeszcze nie spotkałam się z czymś takim i bardzo mi się to spodobało. Wydaje mi się jednak, że Rosamund Lupton tak naprawdę nie chodziło o pokazanie tego drugiego, innego świata. Autorka koncentrując się na takiej formie przekazu fabuły, chciała przede wszystkim pokazać jak ważna jest rodzina i zwykłe ludzkie uczucia: miłość, tęsknota, ból, cierpienie, ale też radość i szczęście. Grace Covey podczas swojej wędrówki bardzo często wraca wspomnieniami do chwil, które spędziła ze swoim mężem i dziećmi w domu. Opowiada o tym, co razem przeżywali i jakiego rodzaju emocje towarzyszyły tym szczególnym, rodzinnym momentom. Przychodzi czas na żal. Pojawia się też chęć naprawienia niektórych błędów. Grace zdaje sobie sprawę, że były takie sytuacje, w których powinna była zachować się zupełnie inaczej. Być może teraz na jakiekolwiek naprawianie błędów jest już za późno.

Czasami słyszymy jak ktoś mówi, że w jakimś krytycznym momencie życia, kiedy śmierć była praktycznie na wyciągnięcie ręki, całe życie przeleciało mu przed oczami. W pewnym sensie tak właśnie dzieje się z Grace. Jej poczucie rzeczywistości, w której aktualnie przebywa różni się od tego, co czuje Jenny. Bo przecież Jenny również jest nieprzytomna, a jej dusza krąży z dala od ciała. Niemniej uczucia kobiet w tej kwestii są zupełnie inne. Na przykładzie tych dwóch bohaterek czytelnik widzi jak wielkie może być poświęcenie matki, aby ratować swoje dziecko. I nie chodzi tutaj jedynie o dramatyczną próbę wyciągnięcia Jenny z murów płonącej szkoły. Pomiędzy matką a córką zachodzi coś znacznie poważniejszego.

Ta książka reklamowana jest jako thriller. Wydaje mi się, że jak zwykle zastosowano chwyt marketingowy, aby tylko przyciągnąć czytelnika. Dla mnie jest to historia obyczajowa z wątkiem kryminalnym i paranormalnym. Bez względu na to, w jaki sposób zaplanowano promocję tej książki, trzeba przyznać, że w moim odczuciu spełnia ona swoje przeznaczenie. Mówią, że poprzednia powieść Rosamund Lupton – Siostra – jest znacznie lepsza. Nie wiem, ponieważ nie czytałam. W moim przekonaniu Potem to naprawdę doskonała lektura, w której świat rzeczywisty, jaki wszyscy znamy, miesza się z tym, w jakim być może znajdziemy się po śmierci. Jeśli ktoś obawia się, że w związku z tematyką poruszone zostały tutaj kwestie religijne, to może być spokojny. Autorka swoją uwagę skupia jedynie na rozwiązaniu kryminalnej zagadki oraz na stanie emocjonalnym poszczególnych bohaterów. Rosamund Lupton stawia na pomoc najbliższych i pokazuje jak bardzo w krytycznych sytuacjach ważna jest miłość, przyjaźń i obecność tych, których kochamy. I to jest chyba najważniejsze przesłanie tej książki.






czwartek, 15 maja 2014

Carolly Erickson – „Rywalka królowej”
















Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2012
Tytuł oryginału: Rival to the Queen
Przekład: Urszula Gardner




Ileż to już razy pisałam o dynastii Tudorów? Nie potrafię tego zliczyć. Na moim blogu Tudorowie pojawiali się przeważnie przy okazji recenzji powieści Philippy Gregory, ale były też książki innych autorów poruszające tę samą tematykę. O Henryku VIII, jego poprzednikach i potomkach na pewno jeszcze nie raz tutaj przeczytacie, bo ta szczególna angielska dynastia wywarła na losy świata naprawdę ogromny wpływ, natomiast pisarze bardzo chętnie po nią sięgają z uwagi na dramatyzm, jaki jej towarzyszy.

Tym razem wkraczamy na dwór rozkapryszonej i znerwicowanej Elżbiety I Tudor. O Letycji Knollys i jej płomiennym romansie z Robertem Dudleyem pisałam w momencie, kiedy recenzowałam powieść Victorii Holt pod tytułem Mój wróg, królowa. Prawdę powiedziawszy Rywalka królowej i wspomniana książka Victorii Holt są identyczne. Różnicę stanowi sposób opowiedzenia tej samej historii, bo jak wiadomo mamy do czynienia z dwiema różnymi Autorkami, których dzieli koncepcja ukazania tego samego tematu. Inny jest także warsztat pisarski. Natomiast podobieństwem jest narracja, która ma miejce z punktu widzenia Letycji Knollys. 

Kim zatem była owa Letycja Knollys, która zatruła życie Elżbiecie I Tudor samym tylko pojawieniem się w nim? Otóż, urodziła się 8 listopada 1543 roku w Rotherfield Greys w hrabstwie Oxfordshire. Jej ojciec – sir Franciszek Knollys – był członkiem parlamentu, zaś matka Letycji – Katarzyna Carey – to córka Marii Boleyn (siostra królowej Anny Boleyn i kochanka Henryka VIII). Tak więc Katarzyna Knollys była kuzynką Elżbiety I. Dzięki temu pokrewieństwu dla Letycji królowa stała się ciotką. Panna Knollys urodziła się jako trzecie z kolei dziecko Franciszka i Katarzyny.

Sir Franciszek Knollys i jego żona byli protestantami. Z powodu prześladowań religijnych za czasów Marii I Tudor, zostali zmuszeni do opuszczenia Anglii w 1556 roku i udania się do Frankfurtu w Niemczech. Zabrali ze sobą pięcioro swoich dzieci. Nie wiadomo do końca czy Letycja była wśród nich. Możliwe, że ten trudny czas spędziła w domu księżniczki Elżbiety, zanim ta została królową. Prawdę powiedziawszy ten ścisły związek pomiędzy Knollysami a Elżbietą trwał od połowy lat 40. XVI wieku. W styczniu 1559 roku sir Franciszek Knollys wraz z rodziną wrócił do Anglii. Było to dwa miesiące po objęciu tronu przez Elżbietę I Tudor. Wówczas sir Franciszek został mianowany vice szambelanem na królewskim dworze. Z kolei lady Knollys została nadzorczynią młodych i płochliwych dwórek, a sama Letycja zaczęła pełnić rolę osobistej dwórki królowej. Od tej pory los nierozerwalnie połączył te dwie, jakże różne – kobiety. Wyzwolił w nich uczucia, które spowodowały lawinę dramatycznych wydarzeń. Elżbieta I tak naprawdę nigdy nie przestała być nieodrodną córką swojego ojca. Niektóre cechy charakteru wyraźnie po nim odziedziczyła. Podobnie jak Henryk VIII była mściwa, a do tego jeszcze niesamowicie podejrzliwa. Wszędzie węszyła spisek wymierzony w jej osobę. Niemalże przez cały czas wmawiała ludziom, którzy ją otaczali, że jest ktoś, kto pragnie jej śmierci. Nie wiadomo czy te wszystkie zamachy na jej życie były prawdziwe, czy jedynie roiły się w głowie królowej. Była niczym pies ogrodnika: sama nie chciała, ale komuś też nie dała. Moim zdaniem tak właśnie postępowała w przypadku Roberta Dudleya.

Letycja Knollys (1543-1634)
portret pochodzi z roku 1585
Autor: George Gower (1540-1596)
Chyba żadna kobieta nie lubi, kiedy w pobliżu kręci się jej rywalka. Taka rywalizacja pomiędzy kobietami generalnie oscyluje wokół mężczyzny, którego obydwie pożądają. Pokrewieństwo jakie łączyło Elżbietę I i Letycję Knollys wcale nie przeszkodziło im ze sobą rywalizować o tego samego mężczyznę, który w dodatku na królewskim dworze uchodził za najprzystojniejszego. Jego uroda oślepiała każdą kobietę i nawet niezbyt chlubna przeszłość nie była w stanie tego zmienić. Fakt, że Letycja naprawdę kochała Roberta Dudleya jest niezaprzeczalny. Lecz jak kwestia ta przedstawiała się ze strony królowej? Moim zdaniem Robert Dudley był dla niej jednym z wielu kaprysów, a całą tę sytuację podkręcał fakt, iż w pewnym momencie swojego życia mężczyzna zwrócił się w kierunku Letycji. Rozpieszczona i rozhisteryzowana Elżbieta nie potrafiła tego znieść, więc całą swoją nienawiść wylewała potem na Letycję. Możliwe, że się mylę, ale w mojej opinii ze strony Elżbiety nie było mowy o jakiejkolwiek prawdziwej miłości. Nie wiem nawet czy ta kobieta była w stanie w ogóle kogokolwiek kochać poza sobą. Pisarze i historycy rozmaicie interpretują jej uczucie do Roberta Dudleya. Jedni uważają, że łączyła ich miłość aż po grób, choć może nieco platoniczna, zaś inni twierdzą, że chodziło jedynie o władzę, którą Dudley pragnął zdobyć dzięki związkowi z królową, lecz ona za nic nie chciała jej oddać ani dzielić, więc nigdy też nie wyszła za hrabiego za mąż. Ze swej strony bardziej skłaniałabym się ku tej drugiej wersji.

Jak już wspomniałam wyżej, narratorką Rywalki królowej jest Letycja Knollys. Opowiada ona swoje przeżycia, rozpoczynając je egzekucją swojego nauczyciela – Jocelyna Palmera, zaś kończy praktycznie w dniu swojej śmierci. Gdybym nie czytała wcześniej powieści Victorii Holt, to wówczas ta książka wywarłaby na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Niestety, tak się nie stało, ponieważ Mój wróg, królowa bije na głowę Rywalkę królowej pod względem emocjonalnym. Oczywiście niektóre wydarzenia są tutaj przedstawione w inny sposób niż zrobiła to Victoria Holt, co bynajmniej nie jest wadą, bo przecież każdy pisarz tworzący powieści historyczne ma pełne prawo do własnej interpretacji wydarzeń z przeszłości. Mnie najbardziej chodzi o styl tworzenia. Jeśli ktoś nie lubi romansów, to być może Rywalka królowej bardziej przypadnie mu do gustu niż Mój wróg, królowa. Niemniej jednak sama postać Letycji Knollys jest bardziej wyrazista w wykonaniu Victorii Holt, gdyż Autorka przedstawiła ją jako kobietę twardą, uparcie dążącą do celu i mówiącą to, co jej ślina na język przyniesie, bez względu na konsekwencje swoich wypowiedzi. Natomiast miłość jaka łączyła główną bohaterkę z Robertem Dudleyem wcale nie była taka cukierkowa, jak próbuje pokazać ją Carolly Erickson. U Victorii Holt pojawia się też cała masa niebezpiecznych sytuacji, w których życie Letycji jest naprawdę zagrożone z powodu małżeństwa z Robertem Dudleyem. Tutaj niestety tego nie spotykamy.

Odnoszę wrażenie, że Carolly Erickson opowiedziała tę historię po łebkach, mówiąc kolokwialnie. Nie zadała sobie trudu, aby zagłębić się w historię na tyle mocno, żeby wyciągnąć na światło dzienne wydarzenia związane bezpośrednio z relacjami Elżbiety I i Letycji Knollys. Jest tego zbyt mało. Natomiast jeśli źródła historyczne nie podają tego typu informacji, to przecież te luki zawsze można zapełnić fikcją i nadać opowieści pewien smaczek. Tak naprawdę czytelnik nie wie, jak bardzo królowa była wściekła na swoją krewną za „kradzież” ukochanego. Konfliktu, o którym tak głośno na kartach historii, praktycznie nie widać. Nazwanie Letycji „wszetecznicą” czy pytanie o „czyraka na czole”, to stanowczo za mało. Gwoli wyjaśnienia czyrak na czole kobiety w tamtych czasach stanowił symbol rozpusty, więc tego typu pytanie było jednoznaczne z tym, co osoba pytająca ma na myśli. Z kolei Letycja Knollys wydaje mi się zbyt pokorna i usuwająca się w cień, byle tylko nie wchodzić w drogę królowej.

Nie twierdzę bynajmniej, że książka jest zła i nie warto jej czytać. Jednak moim zdaniem Victoria Holt nakreśliła w swojej powieści znacznie bardziej emocjonalny obraz tego rodzinnego miłosnego trójkąta. Rywalizacja obydwu kobiet w książce Victorii Holt jest bardziej widoczna i niebezpieczna. Z kolei Philippa Gregory w Kochanku dziewicy nie porusza praktycznie tematu Letycji Knollys. Córka sir Franciszka pojawia się tam już w końcowych scenach powieści i jest nieistotna. Możliwe, że Philippa Gregory nie chciała wchodzić głębiej w tę tematykę, bo jest to problem na osobną historię. A może zwyczajnie Autorka zrezygnowała z tego tematu, ponieważ jest on poruszany w literaturze historycznej zbyt często? Aby uniknąć porównań, jak w tym wypadku, czasami lepiej jest odpuścić i skupić się na zupełnie innym zagadnieniu niż to, które jest powszechnie znane.




Powieści o podobnej tematyce: