Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

czwartek, 27 lutego 2014

Charlotte Link – „Drugie dziecko”














Wydawnictwo: SONIA DRAGA
Katowice 2011
Tytuł oryginału: Das Andere Kind
Przekład: Dariusz Guzik





Każdy z nas żyje w jakimś środowisku. Mamy rodzinę, przyjaciół, znajomych. Wydaje nam się, że tak naprawdę wiemy o nich wszystko i nic nie jest w stanie nas zaskoczyć z ich strony. Ale czy na pewno? Czy do końca jesteśmy świadomi tego, co kryje się gdzieś na dnie duszy człowieka, który mieszka z nami pod jednym dachem albo spędza z nami każdą wolną chwilę? Czy można być pewnym na sto procent, że osoba, z którą mieszkamy czy pracujemy mówi nam o wszystkim, co ją trapi? A może doskonale udaje i stwarza pozory, aby nikt nie domyślił się tego, jak jest naprawdę? Jak bardzo cierpi, bo mimo wszystko czuje się odrzucona przez społeczeństwo, a nawet najbliższych, którzy są zabiegani i zainteresowani tylko i wyłącznie własnymi sprawami? Ile można żyć w poczuciu odtrącenia i beznadziejności? Chyba nikt na dłuższą metę nie jest w stanie tego wytrzymać. Kiedyś w końcu musi nadejść ten dzień, że wybuchnie, a spustoszenie, jakie tym wywoła będzie naprawdę bolesne dla otoczenia. A może jednak nie? Być może przyjdzie taki dzień, kiedy los się uśmiechnie do takiej osoby i postawi jej na drodze kogoś, kto wreszcie odmieni jej życie i tym samym wyciągnie z piekła?

Staintondale to wiejska posiadłość położona niedaleko Scarborough, miasteczka leżącego w hrabstwie Yorkshire na północy Anglii. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że nic złego nie może spotkać ludzi, którzy tam mieszkają. Wszyscy znają się doskonale, przyjaźnią ze sobą i nic nie wskazuje na to, że już wkrótce w okolicy może dojść do brutalnej zbrodni. A jednak...

Amy Mills to typowa studentka, która aby odciążyć finansowo rodziców, podejmuje pracę jako opiekunka do dzieci. Raz w tygodniu niańczy pociechę niejakiej pani Gardner, aby ta mogła choć ten jeden wieczór w tygodniu spędzić ze znajomymi. Amy panicznie boi się wracać do domu późnym wieczorem. Gęsią skórkę wywołuje u niej już sama myśl, że musiałaby w ciemnościach przemierzać ulice miasteczka, żeby móc dostać się do domu. Jednak nie zawsze udaje jej się opuścić dom pani Gardner na tyle wcześnie, aby jeszcze przed zachodem słońca dotrzeć do domu. Za każdym razem, kiedy jej pracodawczyni przeciąga swoje spotkania ze znajomymi i spóźnia się do domu, Amy nerwowo spogląda na zegarek i aż cierpnie jej skóra na myśl, że nie zdąży dostać się do domu, gdy jeszcze będzie jasno na dworze. Zapewne większość z nas powiedziałaby, że Amy cierpi na jakąś toksyczną fobię i powinna zasięgnąć w tej sprawie porady specjalisty. A może paniczny lęk dziewczyny wcale nie jest tak do końca wytworem jej wyobraźni? Może Amy coś przeczuwa? Może faktycznie grozi jej niebezpieczeństwo i praktycznie dni dzielą ją od brutalnego napadu, a szesnasty dzień lipca 2008 roku będzie ostatnim w jej ziemskim życiu?

Mija kilka miesięcy. Mieszkańcy Scarborough nadal są wstrząśnięci brutalnym morderstwem dokonanym na dwudziestokilkuletniej studentce wracającej w środku nocy do domu. W dalszym ciągu policja nie aresztowała sprawcy. Ba! Oni nawet nie wiedzą kto przypuszczalnie chciałby śmierci tej nieszczęsnej dziewczyny. Kręcą się w kółko wokół tych samych spekulacji, a rodzina zamordowanej wciąż czeka na ukaranie sprawcy. Być może jedyną osobą, która niezbyt aktywnie interesuje się zabójstwem sprzed kilku miesięcy jest Gwendolyn Beckett. Dlaczego? Bo oto jej życie właśnie się odmieniło i nabrało barw. Znalazła mężczyznę swojego życia! Praktycznie straciła już wszelką nadzieję, że ktoś mógłby się nią zainteresować i jeszcze chcieć się z nią ożenić! W swoim otoczeniu Gwen uchodzi za dziwaczkę, która wierzy jedynie w swojego tatusia o autystycznym charakterze i to na nim skupia całą swoją uwagę. Z kolei Dave Tanner budzi powszechne zainteresowanie i podziw, choć nie ma grosza przy duszy. Utrzymuje się jedynie z kursów językowych, które prowadzi kilka razy w tygodniu w jednej z miejscowych szkół. Kursy te przeznaczone są dla gospodyń domowych, które chciałyby wyrwać się z domu choćby na chwilę. Nie jest to ambitne zajęcie, ale Dave jakoś nie kwapi się do zmiany zatrudnienia. Chyba jest mu z tym dobrze. Wszelkie braki nadrabia urodą. Jest niesamowicie przystojny i inteligentny, dlatego tak ogromne zainteresowanie wzbudza fakt, że w ogóle zwrócił uwagę na tak nieatrakcyjną i zdziwaczałą starą pannę, jaką jest bez wątpienia Gwen Beckett. Dlaczego? Co się za tym kryje? Może Dave naprawdę się zakochał? W końcu z powodu Gwen zerwał swój poprzedni związek z młodziutką studentką. Przecież liczy się nie tylko uroda. Możliwe, że Gwen ujęła go swoim bogatym wnętrzem? Niestety, znajomi w to nie wierzą. Dopatrują się jakiegoś drugiego dna. Bo w ich oczach Gwendolyn Beckett jest tak beznadziejna, że jej związek ani z tym, ani też z żadnym innym mężczyzną w ogóle nie powinien mieć miejsca.

Wygląda na to, że największą i najzagorzalszą przeciwniczką Gwen Beckett jest Fiona Barnes. Kim, u diabła, jest Mrs Barnes i jakim prawem wtrąca się w życie Gwen?! Otóż, Fiona Barnes to sąsiadka mieszkająca całkiem niedaleko, która od lat przyjaźni się z ojcem kobiety. Ta przyjaźń ciągnie się jeszcze od czasu drugiej wojny światowej. Zarówno ona, jak i Chad Beckett zbliżają się już do kresu życia, ale to wcale nie przeszkadza Fionie ingerować w życie jego rodziny. Chad bardzo szybko stracił żonę, za której przedwczesną śmierć Gwen obwinia właśnie Fionę. Dlaczego? Cóż takiego zrobiła Mrs Barnes, że tamta kobieta zmarła?

Punktem kulminacyjnym tej niezbyt przyjemnej sytuacji staje się przyjęcie zaręczynowe Gwen i Dave’a, które odbywa się w Staintondale. Szczęśliwa przyszła panna młoda – choć już wcale nie taka najmłodsza, bo trzydziestopięcioletnia – zaprasza wszystkich, którzy w jakiś sposób są jej bliscy. Tak więc oprócz domowników zaproszone jest również małżeństwo, które spędza każdy urlop na farmie Staintondale, przyjeżdża także wnuczka Fiony Barnes – doktor Leslie Cramer. Ta ostatnia przyjaźni się z Gwen od dzieciństwa. Leslie ma za sobą niełatwe chwile, więc zaręczynowe przyjęcie u przyjaciółki traktuje jak swego rodzaju odskocznię od własnych problemów. Nikt jednak nie wie, że właśnie podczas tego przyjęcia wybuchnie prawdziwa bomba. Bomba, która dokona tak wielkich zniszczeń, że już nigdy nic nie będzie takie samo. Owa bomba to nikt inny, jak tylko sama Fiona Barnes. Jednym stwierdzeniem zmiata z powierzchni ziemi szczęście i być może perspektywę sielankowej przyszłości Gwen u boku ukochanego Dave’a Tannera. Niestety, Mrs Barnes nie wie jeszcze, że i na nią przyszedł koniec. Po nieudanym przyjęciu, wracając do domu, ona również zostaje brutalnie zamordowana. Kim jest morderca? Czy jest to ten sam osobnik, który pozbawił życia Amy Mills kilka miesięcy wcześniej? Czy zabójstwo staruszki ma jakiś związek z jej wyskokiem podczas zaręczynowego przyjęcia panny Beckett? Czy to, co się stało ma też jakiś związek z głuchymi i dość nieprzyjemnymi telefonami, jakie Fiona otrzymywała w ostatnim czasie? Pytań jest naprawdę wiele, a odpowiedzi jak na razie żadnej. Podobnie jak wielu jest podejrzanych, lecz żadnej pewności co do tego, kto mógł to zrobić.


Fragment autentycznej posiadłości znajdującej się w Staintondale
fot. Joe Regan


Nieczęsto sięgam po kryminały tudzież thrillery. Ale kiedy już to robię, to chcę, żeby był do kryminał/thriller doskonały. Charlotte Link swoim pisarskim talentem ujęła mnie już wcześniej, podczas lektury Przerwanego milczenia. Wiedziałam, że to nie będzie pierwsza i ostatnia książka tej Autorką, jaką przeczytam. I tak oto przyszła kolej na następną. Gdybym miała porównać Przerwane milczenie do Drugiego dziecka, to ta pierwsza powieść zdecydowanie wygrywa w moich oczach. Niemniej jednak, Drugie dziecko też ma w sobie to „coś”, co sprawia, że czytelnik pochłania fabułę z ogromnym zainteresowaniem, i wciąż zadaje sobie pytanie: Kto zabił i dlaczego? Tak jak wspomniałam powyżej, podejrzanych o dokonanie tych dwóch makabrycznych morderstw jest naprawdę wielu. Praktycznie każdy z najbliższego otoczenia Fiony Barnes mógłby to zrobić. Ale co z Amy Mills, która zupełnie nie była związana z – nazwijmy to – „grupą ze Staintondale?

Dodatkowo na arenę wkracza również przeszłość. Okazuje się bowiem, że zarówno Fiona, jak i Chad mieli jakieś wspólne tajemnice, które połączyły ich na całe życie. Dopiero po wielu, wielu latach wychodzą one na jaw, tym samym siejąc spustoszenie w życiu tych, którzy mają jakikolwiek związek z dzisiejszą parą staruszków. Chyba najbardziej całą tę sytuację przeżywa wnuczka Fiony, gdyż była ona ze swoją babką bardzo mocno związana. Przecież to właśnie ona ją wychowała, kiedy matka nie była w stanie tego zrobić. Sekrety z życia zamordowanej babki wstrząsają Leslie dość mocno. Możliwe, że mordercą jej babki jest ktoś z przeszłości, kto właśnie powrócił niczym demon z piekła rodem i dokonał na Fionie Barnes krwawej zemsty.

Z kolei czytelnikiem mogą wstrząsnąć nie tyle owe brutalne morderstwa, co problem upośledzonego umysłowo dziecka. Dzisiaj wśród czytelników-recenzentów bardzo często można spotkać stwierdzenie, że „autor/autorka jedzie stereotypami i w związku z tym jego/jej powieść jest szkodliwa społecznie.” Zastanawiam się zatem, w jaki sposób ci sami czytelnicy odebraliby Drugie dziecko. Czy ta książka również byłaby w ich ocenie „szkodliwa społecznie i stereotypowa”? Trudno mi w to uwierzyć. Dlaczego? Otóż, dlatego, że za powieścią kryje się obca Autorka, której książki biją wszelkie rekordy popularności, zaś my-Polacy mamy ogromną tendencję do tego, aby wychwalać pod niebiosa wszystko to, co „z zagranicy”.

Charlotte Link porównywana jest do samej Agathy Christie. Nie wiem, czy słusznie, ponieważ jak do tej pory nie było mi po drodze z kryminałami tej drugiej. Prawdą natomiast jest, że niemiecka Pisarka tworzy powieści w stylu brytyjskim. Szczególnie bliskie okazuje się być dla niej hrabstwo Yorkshire i okolice, w których niegdyś mieszkały niezapomniane siostry Brontë. Ten mroczny klimat przebija również z Drugiego dziecka. Podobnie było w przypadku Przerwanego milczenia. Nie wiem, jak będzie z Domem sióstr, która to powieść przede mną i w niedługim czasie zdradzę Czytelnikom mojego bloga swoje odczucia po lekturze.

Na chwilę obecną mogę z czystym sumieniem polecić Drugie dziecko. Może nie otrzymacie jakiejś nadzwyczaj wysokiej dawki emocji i strachu (to uwaga do tych, którzy lubią się bać podczas lektury), ale na pewno czas, który poświęcicie na czytanie, nie okaże się czasem straconym. Fabuła naprawdę wciąga, a zakończenie zaskakuje. 






niedziela, 23 lutego 2014

Nora Roberts – „Irlandzkie serca: Irlandzka wróżka & Irlandzka róża”















Wydawnictwo: MIRA
Warszawa 2008
Tytuł oryginału: Irish Hearts: Irish Thoroughbed & Irish Rose
Przekład: Krystyna Klejn & Barbara Kośmider




O pięknej, malowniczej i przede wszystkim zielonej Irlandii pisałam już kilka razy przy okazji recenzji rozmaitych powieści. Przyznam, że Irlandia jest mi chyba najbliższa spośród wszystkich Wysp Brytyjskich. No, może jeszcze szczególną sympatią pałam do Szkocji, ale to ze względu na jej bogatą historię oraz na pozostałości architektoniczne z ubiegłych wieków w formie zamkowych ruin. Natomiast Irlandia i jej mieszkańcy budzą we mnie bardzo przyjazne uczucia i prawdę powiedziawszy mogłabym zamieszkać w tym kraju na stałe. Mieszkając w Polsce, zawsze pamiętam o Dniu Świętego Patryka, a specyficzna celtycka muzyka bardzo często mi towarzyszy, na przykład ta w wykonaniu zespołu Clannad, który chyba już zawsze będzie kojarzył mi się Robinem z Sherwood.

Otóż w Irlandii znajduje się pewne hrabstwo. Jest to hrabstwo Cork – najbardziej wysunięte na południowy zachód oraz największe wśród współczesnych hrabstw. Cork nazywane jest również „buntowniczym hrabstwem”, gdyż niezwykle często w ważnych kwestiach, szczególnie politycznych, zajmowało stanowisko przeciwne do większości Irlandii. Stolicą hrabstwa jest miasto także o nazwie Cork, które jest drugim co do wielkości miastem leżącym na terenie Republiki Irlandii. Podróżując po hrabstwie natrafimy na miasto zwane Skibbereen, które leży w jego południowej części. To właśnie z tego miasteczka pochodzą dwie główne bohaterki Irlandzkich serc, które los rzuca do Ameryki, aby mogły tam rozpocząć nowe życie.

Irlandzkie serca to wspólny tytuł dwóch oddzielnych historii, lecz połączonych ze sobą za sprawą tych samych bohaterów. W Irlandzkiej wróżce na czoło wysuwa się młodziutka Adelia „Dee” Cunnane. Choć dziewczyna przekroczyła już dwudziestkę, to jednak jej wygląd temu stanowczo przeczy. Wciąż wygląda na nastolatkę, której wszędzie pełno. Życie jej nie oszczędzało, bo już we wczesnym dzieciństwie straciła rodziców, a po ich śmierci trafiła pod opiekę ciotki, z którą w pocie czoła zajmowała się prowadzeniem farmy. Tak więc ciężka praca nie jest jej bynajmniej obca, o czym doskonale świadczą jej młode, choć spracowane dłonie. Po śmierci ciotki, Adelia nie może już zajmować się farmą, więc jedyne, co jej pozostaje, to sprzedaż posiadłości. Na szczęście w Ameryce w stanie Maryland jest ktoś, kto przyjmuje ją z otwartymi ramionami. To stryj Padrick „Paddy” Cunnane. Mężczyzna ma już swoje lata, nigdy się nie ożenił, więc Dee spada mu praktycznie z nieba. Paddy pracuje w stadninie koni o nazwie Royal Meadows, której właścicielem jest przystojny Travis Grant. Ponieważ Adelia doskonale zna się na zwierzętach, a szczególnie na koniach, stryj nie ma innej możliwości jak tylko polecić jej umiejętności Travisowi. Czy mężczyzna zaufa Adeli na tyle, że będzie w stanie powierzyć jej swoje konie? A może Travis odda jej coś znacznie więcej niż tylko zwierzęta?

Druga historia opowiedziana przez Norę Roberts to minipowieść pod tytułem Irlandzka róża, która dotyczy kuzynki Adeli Cunnane – dwudziestopięcioletniej Erin McKinnon – i rozgrywa się kilka lat później niż akcja Irlandzkiej wróżki. Dziewczyna również pochodzi z irlandzkiego Skibbereen i podobnie jak Dee słynie z ciętego języka. W swoim rodzinnym mieście Erin nie czuje się spełniona. Pragnie czegoś znacznie więcej niż tylko zmywania naczyń w lokalnym pubie. Kiedy myśli, że jej życie już zawsze będzie wyglądać tak samo, zupełnie nieoczekiwanie, niczym rycerz na białym koniu, do Skibbereen przyjeżdża Amerykanin – Bart Logan. Mężczyznę z Travisem Grantem łączy pasja do koni, a ich stadniny sąsiadują ze sobą. Erin już od pierwszego spotkania wywiera na Barcie ogromne wrażenie, jednak na ewentualne ostateczne deklaracje jest jeszcze stanowczo za szybko. Na chwilę obecną Bart robi wszystko, aby tylko ściągnąć Erin do Ameryki. Czy dziewczyna zgodzi się wyjechać z nieznajomym mężczyzną i zacząć wszystko od nowa z dala od rodziny i przyjaciół? Jakie tajemnice z przeszłości ukrywa Bart? Co takiego wydarzyło się niegdyś w jego życiu, że teraz z trudem przychodzi mu zaufać innym?



Skibbereen - nowy most na rzece Ilen 
fot. Mike Searle 


Obydwie historie to klasyczne romanse. Tym razem nie mamy do czynienia z wątkiem sensacyjnym, choć jedna z opowieści zawiera delikatny motyw kryminalny. Jak widać Norze Roberts udało się przemycić nieco napięcia, pomimo że stworzyła typowe cukierkowe romanse. Zarówno Irlandzka wróżka, jak i Irlandzka róża nie są powieściami nowymi. Trzeba wiedzieć, że zostały one stworzone jako pojedyncze książki w latach 80. XX wieku, natomiast Irlandzka wróżka to powieściowy debiut Autorki. Po tego rodzaju historiach raczej nie należy spodziewać się niczego rewelacyjnego. Ot, kilka godzin przyjemnego czytania z happy endem.

Gdyby tak porównać Adelię i Erin, to praktycznie obydwie bohaterki niezbyt różnią się od siebie. Dziewczyny są impulsywne, mają cięty język, czym doprowadzają do szału swoich mężczyzn, ale oni i tak je bardzo kochają, chociaż nie przyznają się do tego głośno nawet sami przed sobą. A jacy z kolei są wspomniani panowie? Na wskroś męscy i emanujący testosteronem, zaś kiedy już tracą cierpliwość do swoich partnerek, wówczas potrafią być naprawdę nieprzewidywalni. Nora Roberts w Irlandzkich sercach stworzyła iście bajkowy świat, w którym wszystko zawsze kończy się dobrze, a ci, którzy w jakiś sposób postępują źle, rychło ponoszą karę za swe czyny. Czytelnik otrzymuje także doskonały obraz funkcjonowania stadniny koni, sposobu ich hodowli i zarabiania na nich, na przykład w wyniku wystawiania koni na wyścigach.

Jak już wspomniałam wyżej, obydwie powieści – bo tak należy je traktować, choć zebrano je w jedną książkę – zostały napisane w latach 80. XX wieku, co doskonale widać w fabule, ponieważ Autorka wyraźnie nakreśliła różnice pomiędzy Irlandią z tamtych czasów a Ameryką. Dziewczyny przyjeżdżając do Stanów Zjednoczonych odnoszą wrażenie, jak gdyby nagle znalazły się w innym świecie. Niemalże wszystko je zadziwia, a niektórych rzeczy wręcz nie znają. W tamtym okresie dla Europejczyków Ameryka faktycznie stanowiła coś na kształt raju, gdzie spełniają się wszystkie marzenia, a życie przebiega bez problemów.

Wielbicielom twórczości Nory Roberts nie będę tej książki specjalnie polecać, bo wiadomo, że oddani fani Autorki nie przepuszczą żadnej z jej powieści. Natomiast dla pozostałych czytelników, a raczej czytelniczek Irlandzkie serca mogą stanowić doskonałą odskocznię od problemów dnia codziennego. Przyznam, że obecnie bardzo potrzebowałam takiej lekkiej i niezobowiązującej lektury na dwa wieczory. A kto lepiej poprawi nastrój, jak nie sama mistrzyni światowej literatury kobieciej, jaką bez wątpienia jest Nora Roberts? Co ważne, żadna z tych dwóch opowieści nie stanowi typowego harlequina, jakim wielu czytelników po prostu gardzi, a wręcz wyśmiewa. Romanse Nory Roberts nigdy nie są wykreowane na niskim tanim poziomie, pomimo słodyczy, jaką w sobie zawierają. 

Kontynuacją Irlandzkich serc jest książka zatytułowana Irlandzkie marzenia, która również składa się z dwóch odrębnych historii. Przypuszczam, że i tę niedługo przeczytam, bo twórczość Nory Roberts jest mi bardzo bliska, choć był czas, że bardzo ją zaniedbałam.










sobota, 22 lutego 2014

Lucy Maud Montgomery – „Rilla ze Złotego Brzegu”












Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 1983
Tytuł oryginału: Rilla of Ingleside
Przekład: Janina Zawisza-Krasucka
Ilustracje: Bogdan Zieleniec



Rilla ze Złotego Brzegu to ósma część serii opowiadającej o losach Anne Shirley i jej rodziny. Tym razem Lucy Maud Montgomery swoją uwagę skupia na najmłodszej latorośli państwa Blythe. Nie można oprzeć się wrażeniu, że cofamy się, jak gdyby w przeszłość i w osobie Rilli przypominamy sobie rudowłosą Anne, która niegdyś wyrwana ze szponów sieroctwa, stanęła na progu domu rodzeństwa Cuthbertów na Zielonym Wzgórzu. Ach, jak bardzo piętnastoletnia Rilla przypomina swoją matkę! Podobnie jak jej rodzicielce, dorastającej pannie również przydarzają się gafy, a w rozpacz potrafi wpaść równie łatwo, jak swego czasu robiła to jej matka. Wystarczy już sama myśl, że żaden przystojny młodzieniec nie zechce poprosić jej do tańca w trakcie jej pierwszego i jakże ważnego balu! Niestety, beztroskie życie Rilli zmienia się diametralnie, kiedy przychodzi wiadomość o wybuchu pierwszej wojny światowej latem 1914 roku. Od tej pory nic już nie będzie takie samo. Lęk o najbliższych wciąż będzie towarzyszył tej młodziutkiej dziewczynie, przed którą życie stoi otworem. Praktycznie z dnia na dzień będzie musiała stać się dorosłą kobietą. Na początku naszej znajomości z dorastającą Rillą, nie wiemy, że już niedługo przyjdzie jej także wziąć na siebie niezwykle poważne obowiązki. Stanie się matką, choć nie będzie to macierzyństwo biologiczne.

Ale nie tylko życie Rilli kręci się wokół wydarzeń pierwszej wojny światowej i doniesień z frontu. Cała społeczność Glen St. Mary jest wstrząśnięta tym, co się stało. Co pewien czas kolejni młodzi i zdrowi mężczyźni zaciągają się do armii. Jest to swego rodzaju obowiązek, ponieważ w innym razie mogą zostać naznaczeni białym piórkiem, które jest symbolem tchórzostwa, a to napiętnuje ich już na całe życie. Tak więc nawet nieco bojaźliwy Walter w końcu decyduje się na służbę w imię ojczyzny.

Nasza główna bohaterka przeżywa również swoją pierwszą miłość. Choć tak naprawdę sama nie jest do końca przekonana o charakterze jej związku z młodym Kennethem Fordem (z pol. Krzysztof Ford), to jednak jej serduszko bije mocniej za każdym razem, gdy ktoś w jej obecności o nim wspomina. Bardzo głęboka więź łączy ją także z Walterem. Brat-poeta jest jej podporą i to jemu Rilla może zwierzyć się nawet z najskrytszej tajemnicy. Panna Blythe niezwykle czynnie bierze udział w organizowaniu Młodzieżowego Czerwonego Krzyża. Smykałkę organizacyjną ma we krwi, bo przecież jej matka niegdyś robiła dokładnie to samo, choć towarzyszyły temu zupełnie inne okoliczności.

Ogromną rolę odgrywa tutaj wiara w Boga. Społeczność Glen St. Mary jest przekonana, że Wszechmocny stoi po stronie tych, którzy walczą z Niemcami. W kościele podczas nabożeństw śpiewają hymny i psalmy, zaś Walter swoją wizję również przypisuje działaniu Boga, który wzywa go do walki z wrogiem. Podobnie twierdzi Susan Baker (z pol. Zuzanna Baker) – gospodyni u państwa Blythe – która także wszelkie pomyślne wiadomości z frontu utożsamia z działaniem Boga. Praktycznie wszyscy na swój sposób ukazują własną religijność i wiarę w Boga. Jedni się do Niego modlą, zaś inni wręcz pragną dobić z Nim targu.

Jak niemalże w każdej części cyklu, tutaj również pojawia się postać, która może wzbudzić nieco antypatii. To nowa sąsiadka Blythe’ów i jednocześnie krewna Susan Baker – Sophia Crawford (z pol. Zofia Crawford). Obok Sophii na scenie pojawiają się także męscy bohaterowie, którzy denerwują nie tylko mieszkańców Glen St. Mary, ale przede wszystkim czytelnika. Na szczególną uwagę zasługują również zwierzęta, które pojawiają się w powieści. One także na swój własny sposób przeżywają dramat wojny. Aż łezka się w oku kręci, kiedy czytamy o wiernym psie, czekającym na przyjazd pociągu, z którego wreszcie wysiądzie jego ukochany pan.

Rilla Blythe pisze również pamiętnik. Ponieważ lata jej dojrzewania przypadły na naprawdę trudny czas, uważa, że kiedyś jej zapiski mogą stać się wartościowym dokumentem dla potomnych. To z jej dziennika przyszłe pokolenia dowiedzą się, ile przeżyła ona, jej rodzina i przyjaciele w ciągu tych czterech okrutnych lat wojny. Oczywiście nie wszystko nadaje się do zapisania, a potem ewentualnego upublicznienia. Rilla ma swoje tajemnice, które skrywa na dnie serca i nigdy ich nie wyjawi. Z każdym rozdziałem ujawnia się coraz większe podobieństwo Rilli do Anne, o czym wspomniałam już powyżej. Pamiętacie jak Anne swatała innych? A co robi nasza droga Rilla? Ona również przykłada rękę do pewnego małżeństwa, nawet wbrew akceptacji ojca panny młodej.

Fredericka Campbell MacFarlane
Rilla ze Złotego Brzegu została napisana pod koniec pierwszej wojny światowej i jest jedną z niewielu książek dotyczących dramatu wojny, która wywarła tak znaczący wpływ na kanadyjskie społeczeństwo. Pomimo że Lucy Maud Montgomery nieznacznie odbiega od autentyczności przekazu lat wojny, to jednak świadomie dąży do zobrazowania myśli i działań kanadyjskich rodzin podczas tego dramatycznego historycznego wydarzenia. Autorka po opublikowaniu Rilli ze Złotego Brzegu otrzymała rozmaite recenzje, które skrupulatnie wraz z komentarzami zapisywała w swoim dzienniku. Niemniej jednak, szesnaście lat później, kiedy powieść była przygotowywana do wydawniczego wznowienia, uznano, iż jest to najlepsza książka jaką Lucy Maud Montgomery kiedykolwiek napisała.

Powieść została poświęcona pamięci Frederiki Campbell MacFarlane, która odeszła ode mnie o świcie 25 stycznia 1919 roku. Była prawdziwym przyjacielem o rzadkiej osobowości, lojalnym i odważnym. Fredericka, nazywana po prostu „Frede” była kuzynką Lucy Maud Montgomery i jednocześnie najbardziej zaufanym przyjacielem. Zmarła po siedemnastu latach znajomości z Autorką na skutek epidemii grypy, tak zwanej „hiszpanki”, jaka dotarła do Ameryki Północnej z Europy za przyczyną żołnierzy biorących udział w działaniach wojennych.

Bez wątpienia Rilla ze Złotego Brzegu jest najtragiczniejszą częścią cyklu, ale również najbardziej wzruszającą. Niemniej jednak, u mnie nie wywołała zbyt wielkich emocji. Jest to dowód na to, że istnieją takie książki, które powinniśmy po raz pierwszy czytać w dzieciństwie. Jeżeli bowiem sięgniemy po nie w wieku dojrzałym, nie będą już na nas oddziaływać tak, jak powinny. Czytając tego typu powieści jako osoby dorosłe, mamy już za sobą jakieś życiowe doświadczenia, które wzmocniły nasz charakter i pewne rzeczy nie robią już nas wrażenia. Nie twierdzę bynajmniej, że ósma część cyklu jest zła, ale jej pierwsze czytanie na pewno nie powinno odbywać się wtedy, gdy mamy już swoje lata, a za sobą całą masę innych powieści i życiowych doświadczeń. Dlatego podsuwajmy tę serię naszym dzieciom, bo potem może być już za późno, aby podczas lektury ich emocje były adekwatne do charakteru powieści.









czwartek, 20 lutego 2014

Philippa Gregory – „Czarownica”














Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/PUBLICAT S.A.
Katowice: 2014
Tytuł oryginału: The Wise Woman
Przekład: Maryla Szurek




Okres panowania dynastii Tudorów nie należał do najbezpieczniejszych. Już za czasów Henryka VIII rozpoczęła się inkwizycja, którą z powodzeniem kontynuowała jego starsza córka – Maria I Tudor, zwana „Krwawą”. Niemniej jednak, królowa swój gniew kierowała na protestantów-heretyków, zaś jej ojciec walczył z katolikami. Henryk VIII był władcą, któremu nie wolno było się sprzeciwiać. Trzeba było mieć naprawdę ogromne szczęście, aby nie dać głowy na szafocie za posiadanie własnego zdania. Król z biegiem czasu stał się niezwykle podejrzliwy i niemal wszędzie węszył spisek rzekomo wymierzony w jego osobę. Jak wiadomo, największym pragnieniem monarchy było posiadanie męskiego potomka, który po jego śmierci mógłby zasiąść na angielskim tronie i kontynuować politykę swojego rodziciela. Niestety, jedyny chorowity syn zmarł bardzo szybko nie doczekawszy ożenku, a tym samym spłodzenia potomka, natomiast córki, które brano pod uwagę, jako spadkobierczynie tronu, też nie doczekały się męskiego potomka. Oczywiście mówimy tutaj o dzieciach Henryka VIII, które przyszły na świat jako potomkowie z prawego łoża. Bo trzeba też wiedzieć, że angielski monarcha znany był z licznych romansów i posiadania rozmaitych nałożnic, które również obdarzały króla dziećmi. Lecz ci potomkowie nie wchodzili w grę jako prawowici spadkobiercy tronu.

Po pozbyciu się Katarzyny Aragońskiej, która była pierwszą żoną Henryka VIII, a wcześniej również małżonką jego starszego brata – Artura – król poślubił rozpustną i wyrachowaną Annę Boleyn. Konsekwencją tego kroku było zerwanie więzi z Rzymem, co oznaczało, że zwierzchnikiem Kościoła w Anglii stał się właśnie Henryk VIII, natomiast papież nie miał od tej pory wpływu na jego kształt i prawa w nim ustalane. To monarcha podejmował decyzje dotyczące religii w Anglii. Tak więc postanowił, aby wiara katolicka, czyli wszystko, co łączyło się z papieżem, została wytępiona. Tych, którzy stali po stronie Rzymu nazwano „papistami”. Dla katolickich klasztorów zaczął się prawdziwy koszmar. Na rozkaz króla mordowano mniszki, palono klasztory, a to, co nadawało się do ograbienia, po prostu sobie przywłaszczano bez żadnych skrupułów. W ówczesnej Anglii względnie bezpiecznie mogli czuć się ci, którzy określali siebie mianem protestantów. Oczywiście to wszystko uległo zmianie, ale dopiero po śmierci Henryka VIII.

Właśnie tego rodzaju wydarzenia stanowią tło historyczne Czarownicy autorstwa Philippy Gregory. Główna bohaterka – Alys – została w dzieciństwie przygarnięta przez niejaką Morach, mieszkającą na wrzosowiskach w zaniedbanej chacie. Przez miejscowych Morach uważana jest za zielarkę i uzdrowicielkę, choć nie brakuje i takich, którzy jawnie twierdzą, że stara kobieta para się czarną magią. Nawet jeśli tak jest, to rzekoma czarownica skrzętnie to ukrywa, ponieważ boi się sądu i w konsekwencji śmierci. Alys ma przyjaciela. To ubogi chłopak, który spędza z nią praktycznie każdą chwilę. Już jako dzieci obydwoje składają sobie przysięgę, iż pewnego dnia pobiorą się i będą szczęśliwi. Jednak los płata im figla, a Alys praktycznie podstępem trafia do klasztoru. Dopiero tutaj – już jako siostra Anna – poznaje luksusy życia, których nawet w imię miłości do Toma nie ma zamiaru się wyzbyć. Dziewczyna pod okiem ksieni zdobywa solidne wykształcenie i składa śluby. To właśnie w klasztorze, wśród mniszek, odzywa się w niej pragnienie dobrobytu i życia w przepychu. Nie chce już pamiętać o latach spędzonych w domu starej i śmierdzącej Morach. Kiedy już myśli, że tak będzie zawsze, przychodzi dzień, w którym wszystko się zmienia. Na rozkaz Henryka VIII młody lord Hugon Castelton wraz ze swoimi ludźmi napada na klasztor, podpala go i okrada, tym samym zabijając wszystkie przebywające tam mniszki. Jedynie siostrze Annie udaje się jakimś cudem uciec. Choć nowicjuszka wie, że nie powinna tego robić, to jednak chęć zachowania życia jest dla niej ważniejsza, niż złożone śluby i solidarność z pozostałymi zakonnicami.

I tak oto Alys, która chciała żyć na wysokim poziomie bez obaw, co następnego dnia włoży do garnka, znów wraca pod strzechę starej Morach, aby tam zastanowić się nad tym, co powinna zrobić: czy zająć się zielarstwem, jak jej opiekunka, czy może powinna szukać innego klasztoru, żeby móc nadal pełnić swoją służbę Bogu? Jej dylematy bardzo szybko znajdują swoje rozwiązanie, bo oto na zamku lorda Castelton potrzebny jest ktoś, kto potrafi leczyć. Stary lord Hugh cierpi na poważną chorobę i potrzebuje pomocy. Alys niemalże siłą zostaje zawleczona na zamek i od tej chwili jej los nierozerwanie będzie łączył się z rodziną starego i młodego lorda Castelton. Jak zatem poradzi sobie była mniszka z nową rzeczywistością? Czy będzie potrafiła wykorzystać swoją szansę na lepsze życie? A może jej wygórowane ambicje sprawią, że Alys spadnie na samo dno, z którego nie będzie potrafiła się już odbić? Czy fakt, że uratowała się z płonącego klasztoru nie przysporzy jej dodatkowych kłopotów?



Ruiny zamku w Castleton
fot. Dave Pape


Przyznam, że Czarownica to książka, która wzbudziła we mnie, jako czytelniku, naprawdę mieszane uczucia. Do tej pory po przeczytaniu którejkolwiek z powieści Philippy Gregory byłam pewna swojej opinii, ale w tym przypadku sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. I nie chodzi tutaj bynajmniej o tematykę, jaka została przez Autorkę poruszona. Bo oczywiście w powieści mamy do czynienia w głównej mierze z czarną magią i wszystkim, co się z nią wiąże. To, co wydaje mi się być czymś nowym, to fakt, iż fabuła książki naładowana jest seksem, który momentami zahacza wręcz o perwersję. Tego jeszcze u Philippy Gregory nie było. Opowieść jest całkowicie fikcyjna, a dwór Henryka VIII występuje gdzieś w tle. Autorka wprowadziła również elementy fantasy. Tego również nie doświadczymy w znanych nam dwóch cyklach stricte historycznych (Wojna Dwu Róż i cykl Tudorowski). Taka delikatna zabawa fantastyką pojawia się natomiast w serii młodzieżowej zatytułowanej Zakon Ciemności.

Jedno z poprzednich wydań
Wyd. KSIĄŻNICA
Katowice 2007
tłum. Maryla Szurek 
Główna bohaterka także nie jest zbyt sympatyczna. Prawdę powiedziawszy na pierwszy rzut oka wydaje się być zepsuta do szpiku kości. Jest niezdecydowana w swoim działaniu i sama tak naprawdę nie wie czego chce. Wciąż waha się pomiędzy powrotem do swojego życia zakonnego a pobytem na zamku i wspinaniem się na coraz wyższe szczeble społeczne. Oczywiście młody lord Castelton ma stanowić dla niej narzędzie, dzięki któremu osiągnie swój cel, czasami wręcz kosztem tych, których rzekomo kocha i którzy są dla niej ważni. Ale niestety nie wiadomo do końca, czy ona naprawdę tego chce. Takie niezdecydowanie głównej bohaterki rzeczywiście denerwuje czytelnika. Owszem, fakt ten można zapisać na plus dla książki, ponieważ tego rodzaju kreacja osoby Alys dostarcza czytelnikowi niemało emocji. Tak więc jednym słowem można określić piękną Alys jako bohaterkę niezwykle skomplikowaną pod względem charakteru, która czasami zachowuje się niczym rozwydrzone dziecko. Prawdę powiedziawszy dzieckiem tym jest, ponieważ w momencie, gdy ją poznajemy, dziewczyna ma tylko szesnaście lat. Oczywiście, w tamtych czasach nikt takich młodych kobiet nie traktował w kategoriach dzieci, gdyż z reguły były już żonami i matkami, a małżeństwa z nimi aranżowano znacznie wcześniej niż w wieku szesnastu lat. Nawet dziewięcioletnie dziewczynki mogły być już wydawane za mąż, a ich wybrankami mogli być podstarzali arystokraci. Liczyła się jedynie polityka i dobre nazwisko, zaś nie takie „głupstwa” jak miłość.

Alys na zamku Castelton robi naprawdę oszałamiającą karierę. Jedni ją ubóstwiają, zaś inni nienawidzą, oskarżając o czary. Podobnie jak na królewskim dworze, tutaj również najistotniejszą kwestią jest posiadanie męskiego potomka. Młody Hugon Castelton to tak zwany „pies na baby”, tylko jakoś z płodnością u niego kiepsko. Wydaje się też, że Alys jest zdolna do przyjaźni. Ale czy na pewno? Czy przyjaźń z jej strony nie jest czasami udawana, aby móc spełnić swoje wygórowane ambicje?

Czarownica nie jest nowością. Philippa Gregory napisała tę książkę w 1992 roku, natomiast w Polsce ukazuje się ona bodajże już po raz trzeci. Moim zdaniem jest to dziwna powieść. Nie można bowiem jednoznacznie odnieść się do poszczególnych jej bohaterów. Przypuszczam, że każdy czytelnik odbierze tę książkę inaczej. Na pewno nie jest to ta sama Philippa Gregory, którą tak dobrze znamy. Jest inna. Ale czy gorsza? A może lepsza? O tym musicie przekonać się sami, sięgając po Czarownicę. Być może i Was zielarka i mniszka Alys w jakiś sposób zaczaruje? Może nie będziecie mogli oderwać się od lektury, pomimo że emocje będą sięgać zenitu, a bohaterka denerwować tak bardzo, że najchętniej przemówilibyście jej ostro do rozumu? Niemniej, jedno jest pewne. Philippa Gregory z całą pewnością wie, jak zaskoczyć czytelnika i wprawić go w osłupienie. 



Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu








wtorek, 18 lutego 2014

Jan III Sobieski – wódz wszech czasów






W połowie lipca 1683 roku pod murami Wiednia stanęła armia turecka licząca dziewięćdziesiąt tysięcy żołnierzy. Armią dowodził wielki wezyra – Kara Mustafa. Święty Cesarz Rzymski – Leopold I Habsburg (1640-1705) – wraz ze swoim dworem opuścił stolicę. Lecz oto na czele wojsk sprzymierzonych, z doskonałą armią polską przybył król Polski – Jan III Sobieski (1629-1696). W dniu 12 września 1683 roku król wstał o godzinie trzeciej nad ranem i przystąpił do pisania listu do swojej żony. Wziął także udział we mszy, której przewodniczył kapucyn – ojciec Marco d’Aviano (1631-1699). Podczas mszy, władca przyjął również komunię. Następnie otrzymał z rąk zakonnika błogosławieństwo na życie i śmierć. Do swoich podkomendnych Jan III Sobieski zwrócił się takimi oto słowami: „Walczymy za naszą ojczyznę i za chrześcijaństwo, walczymy nie za cesarza, lecz za Boga.

Pięć minut po szóstej rano armatnie strzały z Kahlenbergu – wzgórza pod Wiedniem – dały sygnał do ataku. Z kolei dwadzieścia godzin później szarża polskiej husarii pod wodzą Jana III Sobieskiego zadała ostateczny cios i zmiażdżyła Turków w dosłownym tego słowa znaczeniu. Stracili oni bowiem piętnaście tysięcy żołnierzy. Europa odetchnęła wówczas z ulgą, a stary Kontynent ocalał – jak niektórzy twierdzili – przed zalewem islamu. Zwycięstwo powstrzymało Turków i tym samym zniweczyło ich plany zmierzające do utworzenia w Europie Środkowej lennego księstwa.


Bitwa pod Chocimiem w 1621 roku, w której dowodził Jan Karol Chodkiewicz
Obraz został namalowany w 1867 roku
Autor: Józef Brandt (1841-1915)


Do historii polskiego oręża przeszła bitwa pod Wiedniem, jednak dziesięć lat wcześniej muzułmańscy Turcy doznali sromotnej porażki pod Chocimiem również z rąk Jana III Sobieskiego, który wtedy piastował jeszcze urząd hetmana wielkiego. Miejscowość ta była dla Turków wyjątkowo pechowa, ponieważ w 1621 roku poważny cios zadał im hetman wielki litewski – Jan Karol Chodkiewicz. To właśnie papież Urban VIII (1568-1644), którego pontyfikat przypadł na lata 1623-1644, nawiązując do rzeczonego zwycięstwa, nazwał Polskę „przedmurzem chrześcijaństwa”.

W 1673 roku hetman Sobieski nie za bardzo śpieszył się do ostatecznej rozprawy z wrogiem Lechistanu, jak Turcy określali nasz kraj. Wódz żalił się wówczas biskupowi – Aleksandrowi Trzebickiemu (1607-1679) – że nieprzyjaciel jest znacznie lepiej przygotowany do wojny niż Polacy. Niemniej jednak, wbrew jego sceptycyzmowi udało się mimo wszystko zebrać grubo ponad trzydzieści siedem tysięcy żołnierzy i sześćdziesiąt pięć dział, co było nie lada sukcesem, ponieważ kraj był wyniszczony długimi wojnami. Tak więc ostatecznie wojnę finansowo wsparł sam papież.

Hetman Jan Sobieski pod Chocimiem
w 1673 roku

Obraz został namalowany pomiędzy
rokiem 1674 a 1679
Autor: Andrzej Stech (1635-1697)
Hetman Jan Sobieski dzielił wówczas trudy waz z żołnierzami szczękającymi zębami z zimna, i nie zgodził się, aby rozbito dla niego osobny namiot. Decydujący atak polski nastąpił 10 listopada 1673 roku. Na czele regimentów piechoty i dragonii stanął osobiście sam Sobieski. Klęska Turków była miażdżąca. Z liczącej trzydzieści tysięcy żołnierzy armii, pozostało jedynie cztery tysiące. Po zwycięstwie ówczesny hetman Sobieski napisał do podkanclerzego Andrzeja Olszowskiego (1621-1677): „Prawica Pańska dodała męstwa.” Zielona chorągiew proroka Mahometa, którą wtedy przejęto, została podarowana papieżowi. To zwycięstwo miało ogromny oddźwięk nie tylko w Polsce, ale również za granicą. W prasie francuskiej pisano, że wiktoria chocimska „była zwycięstwem tak wielkim i tak zupełnym, że równego mu nie odniósł nad Osmanami nikt w całym chrześcijaństwie od ponad trzystu lat.” Natomiast wojenna sława doprowadziła hetmana Sobieskiego aż do tronu.

Niemniej jednak, już wkrótce po tym wydarzeniu Europa znalazła się w niebezpieczeństwie. Turcy po zdobyciu Krety i Kamieńca Podolskiego z częścią Ukrainy, stanęli pod Wiedniem i wydawało się, że ich panowanie stanowi jedynie kwestię czasu. Znalazł się jednak ktoś, kto nie tylko z największym niepokojem obserwował postępy ekspansywnych muzułmanów, ale też z olbrzymim poświęceniem organizował przeciw nim koalicję. Nie chodziło tutaj jednak o żadnego władcę, lecz o papieża Innocentego XI (1611-1689), którego pontyfikat przypadł na lata 1676-1689. Przekazy źródłowe mówią, że była to postać niezwykła. Historyk Leopold von Ranke napisał: „Innocenty XI z rodu Odescalchich, wywodzonego się z Como, przybył do Rzymu, mając lat dwadzieścia pięć z szablą u boku i z pistoletem u pasa, by szukać jakiegoś świeckiego zajęcia albo może poświęcić się służbie wojskowej w Neapolu.” Niemniej jednak, idąc za radą pewnego kardynała, wstąpił na drogę duchowną, co przyszło mu tym łatwiej, iż był człowiekiem łagodnego usposobienia, a także dobrotliwym i skromnym, czego przykładem był fakt, iż przez dziesięć lat nosił tę samą pocerowaną sutannę. Jeszcze zanim został papieżem, cieszył się wśród rzymian ogromną popularnością. Podczas konklawe tłum zgromadzony pod bazyliką św. Piotra wykrzykiwał jego nazwisko, a jego wybór przyjęto z olbrzymią radością.

Papież Innocenty XI
To właśnie Innocenty XI doprowadził 31 marca 1683 roku do zawarcia skierowanego przeciwko Turcji tak zwanego przymierza zaczepno-odpornego pomiędzy cesarzem Leopoldem I a Janem III Sobieskim. Potem – na pamiątkę zwycięstwa pod Wiedniem – papież ustanowił święto Imienia Maryi oraz zarządził nabożeństwo dziękczynne w całych Włoszech, natomiast polskiemu władcy nadał zaszczytne miano: defensor fidei – obrońca wiary. Po jakimś czasie Jan III Sobieski zdyskontował swoją pozycję u papieża i uprosił u niego cztery kapelusze kardynalskie dla swoich protegowanych, wśród których znalazł się warmiński biskup – Michał Radziejowski (1645-1705).

Aczkolwiek pomimo wspaniałego zwycięstwa, niebezpieczeństwo ze strony Turcji, którą papież określił mianem „największego wroga imienia chrześcijańskiego”, istniało nadal. Polska wciąż była potęgą, a Innocenty XI wiązał z nią spore nadzieje. Dlatego też wcielił ją do utworzonej przez siebie w 1684 roku Ligii Świętej, wymierzonej przeciwko Półksiężycowi (symbol islamu). Do Ligii Świętej weszły Niemcy, Wenecja oraz Państwo Kościelne, zaś dwa lata później również Wielkie Księstwo Moskiewskie.

Wróćmy zatem do zwycięstwa pod Wiedniem. Pomimo że Polacy stanowili nieco mniej aniżeli jedną trzecią wojsk sprzymierzonych (około dwadzieścia dwa tysiące żołnierzy, w tym także husarzy), obok Austrii oraz Rzeszy Niemieckiej, to jednak to oni w największej mierze przyczynili się do pokonania Turków. Po zwycięstwie Jan III Sobieski wysłał do Innocentego XI list opatrzony parafrazą słynnego zdania Juliusza Cezara: Venimus, vidimus, Deus vicitprzyszedłem, zobaczyłem, Bóg zwyciężył. Król wysłał papieżowi również zdobyczną turecką chorągiew. Jan III Sobieski nie zapomniał także o swojej ukochanej Marysieńce, której donosił w liście: „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały.” Z kolei królowa w tonie mniej podniosłym odpisała mu 3 października 1683 roku z Krakowa: „Trzeba pokupować u żołnierzy co się da z drobiazgów za najniższą cenę.”


Jan III Sobieski błogosławi atak wojsk polskich pod Wiedniem 
Obraz został namalowany w 1871 roku
Autor: Juliusz Kossak (1824-1899)


Lud wiedeński praktycznie całował swojemu wybawicielowi ręce, nogi i szaty, jednak nie wznoszono okrzyków, ponieważ zabronił tego zazdrosny cesarz, czego dowodem był fakt, iż ani jednym słowem nie podziękował ani polskiemu królowi, ani jego żołnierzom. Zresztą, niedługo potem pamięć o Janie III Sobieskim w cesarstwie zaginęła, a on sam nie doczekał się w Wiedniu choćby jednego swojego pomnika. A przecież to właśnie ten król stwierdził, że wolałby upadek Krakowa niż Wiednia, ponieważ Wawel zostałby odbity, natomiast opanowanie Austrii przez Turków odcięłoby Rzeczpospolitą od cywilizacji europejskiej. Co bardzo ciekawe, w Wiedniu rezydował wnuk króla – Klemens August Wittelsbach, książę bawarski – który był wielkim mistrzem tak bardzo znienawidzonego w Polsce zakonu krzyżackiego, i którego portret zawisł na poczesnym miejscu w wiedeńskiej siedzibie krzyżaków.

O Janie III Sobieskim nie zapominają natomiast Polacy. W pamięci naszego narodu wielki król zapisał się jako ostatni zwycięski wódz przed upadkiem naszej ojczyzny oraz jako jedna z największych postaci w historii Polski. Pruski generał Karl von Clausewitz – wytrawny znawca historii wojen – zaliczył Jana III Sobieskiego do najwybitniejszych wodzów wszech czasów. 





sobota, 15 lutego 2014

Ewa Stachniak – „Ogród Afrodyty”












Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
Kraków 2013
Tytuł oryginału: Garden of Venus
Przekład: Bożenna Stokłosa




Kiedy cała Europa uważa daną kobietę za najpiękniejszą na kontynencie, fakt ten z jednej strony może być dla niej zarówno przekleństwem, jak i błogosławieństwem. Na pewno nieprzeciętna uroda w wielu przypadkach może kobiecie pomóc wspiąć się na wyżyny społeczne, ale może też stać się przyczyną jej upadku, i to nie tylko moralnego. Dzisiaj przenieśmy się do osiemnastowiecznej Europy i poznajmy hrabinę Zofię Potocką – kobietę o nieziemskiej urodzie, której nie mógł oprzeć się żaden ówczesny mężczyzna, a i ona sama swoją przewagę nad płcią męską doskonale wykorzystywała.

Hrabina Zofia Potocka była mile widzianym gościem na europejskich dworach. Mówi się, że to właśnie dla niej nawet szanowani obywatele i arystokraci byli w stanie wchodzić na stoły, aby choć z daleka móc się jej przyjrzeć. Ta kurtyzana z ubogiej greckiej rodziny ze Stambułu usidliła w końcu najbogatszego magnata Podola – Stanisława Szczęsnego Feliksa Potockiego, który znany był po prostu jako Szczęsny Potocki.

Późniejsza hrabina urodziła się w Bursie, w mieście położnym w północno-zachodniej części Turcji. W jej rodzinnym domu nazywano ją „Dudu”. Już jako nastolatka zaczęła zarabiać jako prostytutka. Można przypuszczać, że po cichu marzyła o lepszym życiu wśród dyplomatów i ludzi z wyższych warstw społecznych. Pewnego dnia szczęście faktycznie się do niej uśmiechnęło, ponieważ na jej drodze stanął polski ambasador w Turcji, będący na służbie u króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Z Karolem Boscampem-Lasopolskim naszą bohaterkę połączyło chyba coś poważniejszego, aniżeli tylko relacja klienta z prostytutką, ponieważ opuszczając swoją dyplomatyczną placówkę, ambasador pozostawił Zofii znaczną sumę pieniędzy na jej przyszły posag. Nie wiadomo do końca czym tak naprawdę go urzekła, skoro mówił o niej w tych oto niezbyt pochlebnych słowach:

„Wielce bym pragnął móc ją porównać do rodaczki Dudu, jednej z dwóch Frynii, o której Kwintylian powiada, iż obwiniona i stawiona przed sądem obnażyła tylko swój tors i zaraz potem uzyskała pomyślną sentencję. Niestety jednak, gdyby Dudu nie mogła ukazać trybunałowi czegokolwiek innego, przegrałaby z pewnością proces. Pierś jej zwiotczała, czy to przez gorące kąpiele, czy z innych przyczyn, jest niekształtna i nieelastyczna. Zwisa jak gruszka na brzuch, najpiękniej za to ukształtowany, który pierś ta obwisła zdaje się wskazywać palcem i mówić: przyjdź, popatrz i zapomnij o mnie”[1] .

Po powrocie do Warszawy Karol Boscamp-Lasopolski bardzo szybko stracił swoje dyplomatyczne stanowisko. Nie obyło się też bez tragedii życiowej, ponieważ utracił również żonę. Pogrążony w żałobie postanowił sprowadzić Zofię do Polski, aby spełniła rolę jego pocieszycielki w tym niezwykle trudnym dla niego okresie. Niemniej szybko zrezygnował ze swoich planów względem Dudu, natomiast ona sama nie omieszkała wykorzystać swojej szansy do maksimum. Jeszcze zanim przekroczyła granice Polski, wieść na temat skandali z jej udziałem dotarła do Warszawy.

Hrabina Zofia Potocka (1760-1822)
Portret został namalowany ok. roku 1785
Autor: Louis Eugène Bertier (1809-?)
Nie będę zbyt szczegółowo streszczać biografii głównej bohaterki powieści autorstwa Ewy Stachniak, ponieważ o wszystkim, co działo się z naszą piękną Dudu, czytelnik dowiaduje się z książki. Nadmienię tylko, że życie Zofii Potockiej obfitowało w skandale obyczajowe. Dopiero śmiertelna choroba zdołała przykuć ją do łóżka, i być może to właśnie wtedy zdała sobie sprawę z powagi własnych poczynań. Ogród Afrodyty stanowi coś w rodzaju wspomnień Zofii Potockiej, choć narracja nie jest pierwszoosobowa. Opisane przez Autorkę wydarzenia są przedstawione z perspektywy różnych osób, przy jednoczesnym zachowaniu trzecioosobowej narracji.

Kiedy czytelnik poznaje hrabinę Zofię Potocką, jej dni na tym świecie są już policzone. Choroba dokonała tak wielkiego spustoszenia w jej organizmie, iż żaden lekarz nie jest w stanie jej pomóc. Cóż zatem pozostaje pięknej niegdyś hrabinie? Chyba tylko rozliczyć się z życiem. Tak naprawdę nie wiadomo jak wyglądały ostatnie lata życia Zofii Potockiej. Jej życie podzielone było pomiędzy ukraiński Tulczyn i Humań, a także Petersburg. Natomiast śmierć zastała ją w Berlinie w 1822 roku. Jej ziemskie szczątki spoczęły w Humaniu, zaś na skutek trzęsienia ziemi, które nawiedziło miasto oraz jego konfiskaty, zwłoki hrabiny przeniesiono do Talnego (Ukraina).

Osoba Zofii Potockiej budziła ogromne zainteresowanie, czego dowodem jest wiersz poety – Stanisława Trembeckiego – napisany właśnie na jej cześć.


DO JENERAŁOWEJ WITTOWEJ PRZEJEŻDŻAJĄCEJ
Z MĘŻEM PRZEZ WARSZAWĘ
DO WÓD SPASKICH


Śliczna Zofijo! Twoje nawiedziny
Wiodą mi na myśl obaloną Troję.
Z podobnej ona zginęła przyczyny:
Jakże się słusznie o Kamieniec boję!

Czy mi się zdaje, czy tysiące koni
Widzę spocone i ludy w kurzawie.
Krzyczące tłumy: Do broni! Do broni!
I już o Dniestru myślące przeprawie.

To by wynikło i zuchwałe Traki
Za uwięzione swych krain zaszczyty
Pewnie by nasze napełnili szlaki,
Bujałby ogień, miecz byłby dobyty[2].


Choć Dudu była bożyszczem mężczyzn, to jednak wśród kobiet budziła raczej niechęć, co zrozumiałe, ponieważ swoją nieprzeciętną popularnością stanowiła dla nich niebezpieczną konkurencję. Plotki na jej temat miały się całkiem dobrze, lecz nie mówiono niczego dobrego o jej przeszłości. Jak już wspomniałam na początku, Zofia zdołała usidlić Szczęsnego Potockiego, co oczywiście nie spotkało się z pozytywnym przyjęciem ze strony jego rodziny, zważywszy że w momencie, kiedy rozpoczął się ich romans, magnat był żonaty, a i Zofia tkwiła w związku małżeńskim. Można by rzec, że obydwoje byli siebie warci. Szczęsny Potocki również nie cieszył się dobrą opinią, ponieważ uznano go za zdrajcę Rzeczypospolitej, a do tego ciągnęła się za nim śmierć jego pierwszej żony.

Stanisław Szczęsny Potocki (1751-1805)
z synami Stanisławem i Szczęsnym Jerzym

Portret został namalowany pomiędzy rokiem 1788 a 1790
Autor: Jan Chrzciciel Lampi (1751-1830)
Los zetknął Zofię Potocką także z Heleną Radziwiłłową, której dumą była Arkadia, czyli założony przez nią pod Łowiczem romantyczny ogród w stylu angielskim. Można przypuszczać, iż Zofia Potocka zazdrościła wojewodzinie wileńskiej posiadania tak cennego miejsca i sama również zapragnęła mieć podobne. Szczęsny Potocki był w Zofii naprawdę mocno zakochany i spełniał jej życzenia bez wahania. I tak oto kiedy hrabina zamarzyła sobie posiadać równie piękny park krajobrazowy, Potocki natychmiast przystąpił do działania. W 1796 roku założył dla żony Zofiówkę. Park powstał w Humaniu nad jarem rzeki Kamionki na Ukrainie. Jak podają źródła historyczne budowa parku zajęła Szczęsnemu Potockiemu aż dziewięć lat i pochłonęła piętnaście milionów złotych. Kolejne pięćset tysięcy miał kosztować rozwód Zofii z poprzednim mężem. Od jednej z dam lwowskich hrabina miała rzekomo usłyszeć takie oto słowa: „Wcale już rozwód W. Pani niepotrzebny, boś się w tym już uiściła, co po rozwodzie następować zwykło…”[3] .

Ogród Afrodyty nie jest klasyczną biografią, lecz powieścią historyczną z domieszką fikcji literackiej, która powstała w oparciu o barwne losy hrabiny Zofii Potockiej. Nigdy przedtem nie zetknęłam się z twórczością Ewy Stachniak, której sławę chyba tak naprawdę przyniosła inna powieść – Katarzyna Wielka. Gra o władzę. Niemniej jednak, życie „słodkiej Dudu” stanowi doskonały temat na książkę. Z jednej strony ta historyczna postać może budzić kontrowersje i można też oceniać ją negatywne, zaś z drugiej należałoby zastanowić się, co tak naprawdę kierowało Zofią, że była w stanie upaść tak nisko pod względem moralnym. Czy tylko ogromne pragnienie seksu? A może było w tym coś znacznie więcej? Może było to ciągłe poszukiwanie miłości i akcepcji? Pamiętajmy, że wywodziła się z nizin społecznych i na szacunek otoczenia raczej liczyć nie mogła. Jej ojciec był zwykłym handlarzem bydła. Możliwe, że uroda Dudu była jej jedynym atutem, który doskonale wykorzystywała, aby wspiąć się na wyżyny społeczne, których tak bardzo pragnęła. Być może to właśnie tam upatrywała swoje szczęście. Lecz można też przypuszczać, że kierowało nią zwykłe wyrachowanie, a mężczyźni stanowili jedynie narzędzie do zaspokajania jej wygórowanych ambicji. A że międzyczasie pojawiało się dziecko jedno czy drugie, a potem kolejne, nie stanowiło dla Zofii problemu. Jako matce nie można jej niczego zarzucić, ponieważ dbała o swoje potomstwo najlepiej, jak tylko potrafiła.


Fragment Zofiówki  w Humaniu na Ukrainie 
fot. Sergiy Klymenko 


Ewa Stachniak dokonała czegoś nieprawdopodobnego. Książkę czyta się z ogromnym zainteresowaniem. Kiedyś usłyszałam, jak ktoś stwierdził, że Polacy są doskonali w robieniu filmów historycznych. Teraz powiedziałabym, że nie tylko filmów. Doskonali są również w tworzeniu literatury historycznej, czego przykładem jest Ogród Afrodyty. Cieszy mnie bardzo, że co pewien czas odkrywam kolejnych utalentowanych polskich pisarzy, którzy nie boją się złapać za pióro i nakreślić porywającą opowieść z historią w tle. Tak naprawdę nie jest sztuką napisać książkę, której bohaterka zmęczona życiem będzie szukać pocieszenia i nowej drogi w jakimś górskim pensjonacie. Sztuką jest przekopać tomy książek, wybrać z nich to, co wydaje się najbardziej sensowne i godne uwagi, a potem na tej podstawie stworzyć własną oryginalną historię. Zawsze mam wielki szacunek dla pisarzy tworzących powieści historyczne, ponieważ praca jaką wkładają w napisanie książki nie zajmuje tygodni, a miesiące, zaś czasami nawet lata. Ewa Stachniak nad Ogrodem Afrodyty pracowała pięć lat! Pięć lat, które poświeciła na zbieranie materiałów i pisanie, aby rzetelnie oddać klimat przełomu XVIII i XIX wieku oraz perfekcyjnie nakreślić sylwetki swoich bohaterów.

I tak oto obok Renaty Czarneckiej i polskich klasyków tworzących powieści historyczne, do swojej listy ulubionych pisarzy, dopisuję również nazwisko Ewy Stachniak.







[1] J. Molenda, Sekrety alkowy „słodkiej Dudu”, czyli rzecz o Zofii Celice Clavone vel Witt-Potockiej [w:] Tajemnice polskich grobowców, Wyd. Bellona, Warszawa 2008 s. 224-225.
[2] Polska Biblioteka Internetowa – KLIK
[3] K. Łoza, Sekrety słodkiej Dudu [w:] Kurier Galicyjski, nr 13-14/2013, s. 36. 




czwartek, 13 lutego 2014

Diane Chamberlain – „Zatoka o północy”













Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I SK-A
Warszawa 2013
Tytuł oryginału: The Bay at Midnight
Przekład: Teresa Komłosz





Czasami zastanawiam się, dlaczego tak wielu pisarzy, tworząc swoje fikcyjne historie opiera je na przeszłości bohaterów. Bardzo często wykreowane przez nich postacie przez resztę swojego życia muszą zmagać się z jakimiś traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa albo z wieku nastoletniego. Sytuacje, które były udziałem bohaterów, z reguły nie zostały do końca wyjaśnione, i z tego też powodu kładą się cieniem na ich obecnym życiu. Są jak demony z piekła rodem, które nie dają spokoju, choćby bohaterowie bardzo tego chcieli. Na rozwiązanie tajemnicy z przeszłości należy poczekać i pozwolić, aby zadziałał splot rozmaitych wydarzeń, na przykład otrzymanie enigmatycznego listu, którego autor nie do końca wyjaśnia sprawę, tym samym wprowadzając w życie zainteresowanych spore zamieszanie, i powodując, że przeszłość wraca, niekiedy nawet ze zdwojoną mocą.

W amerykańskim stanie New Jersey leży miasteczko o nazwie Point Pleasant, a w nim niezwykle malownicze miejsce z dostępem do oceanu – Bay Head Shores. Jest to zatoka, nad którą ludzie swego czasu wybudowali domy, gdzie spędzają każde lato. Panuje tam wręcz sielankowa atmosfera, choć miejsce to jest też świadkiem rozmaitych dylematów swoich mieszkańców. Obserwuje ich pierwsze – z reguły nieszczęśliwe – miłości. Przygląda się ich rozczarowaniom, sprzeczkom, ale też widzi ich radości i szczęście. Jednakże latem 1962 roku w Bay Head Shores dochodzi do tragedii. Od tego czasu nic już nie będzie takie samo. Ludzie przestaną czuć się tam szczęśliwi, a cień tego wydarzenia już zawsze będzie kładł się na życiu tych, którzy w jakiś sposób przyczynili się do zaistniałego dramatu.

Jedną z rodzin spędzających każde wakacje w Bay Head Shores są Bauerowie. Dom, w którym mieszkają został zbudowany na początku XX wieku przez seniora rodu, a potem już tylko przekazany jego córce – Marii Bauer (nazwisko po mężu). Jest to familia trzypokoleniowa, jednak największe zainteresowanie czytelnika budzi najmłodsze pokolenie, czyli trzy córki Marii i Charlesa Bauerów. Najstarsza z nich – siedemnastoletnia Izzy – to typowa rozkapryszona i zbuntowana nastolatka, dbająca o swój wygląd i ciesząca się ogromnym powodzeniem wśród męskiej części mieszkańców Bay Head Shores. Z kolei dwunastoletnia Julie sprawia wrażenie nieco lekkomyślnej, a może nad wyraz odważnej, co czasami powoduje, że wpada w niepotrzebne kłopoty. Jej zainteresowanie budzą głównie książki niejakiej Carolyn Keene, która stworzyła cykl powieściowy przeznaczony dla młodzieży, a główną jego bohaterką stała się Nancy Drew. Julie jest zachwycona tymi książkami do tego stopnia, że sama również wymyśla rozmaite fikcyjne historie, a do tego gromadzi jeszcze skarby, które być może kiedyś pomogą w rozwiązaniu jakiejś tajemniczej zagadki o podłożu kryminalnym. Najmłodszą latoroślą Bauerów jest ośmioletnia Lucy. Dziewczynka cierpi na nerwicę lękową. Boi się praktycznie wszystkiego, czym niejednokrotnie denerwuje domowników. Ale niestety nic nie można poradzić, aby uwolnić Lucy od jej demonów.

W sąsiednim domu mieszka rodzina Chapmanów. W tym przypadku również należy zwrócić uwagę na najmłodsze pokolenie. Ned Chapman to nieziemsko przystojny młody mężczyzna, który wywołuje motyle w brzuchu u niejednej przedstawicielki płci pięknej mieszkającej w Bay Head Shores. Jest też Ethan. Chłopak ma dwanaście lat i stanowi całkowite przeciwieństwo swojego starszego brata. Sprawia wrażenie, jak gdyby nie interesował go cały świat. On ma swoje owoce morza, na których przeprowadza „sekcje zwłok”, i nic poza tym go nie pociąga. No może czasami rzuci spojrzeniem w kierunku Julie Bauer, ale ona generalnie go nie zauważa.

Obydwie rodziny od lat żyją zbyt blisko siebie, co w konsekwencji skutkuje tym, iż ich członków łączy znacznie więcej niż dzieli. Można przypuszczać, że styl życia, jaki prowadzi Izzy prędzej czy później przyprawi ją o poważne kłopoty. Lecz chyba nikomu nie przyszłoby do głowy, aby pomyśleć o zabójstwie. Bo dziewczyna którejś letniej nocy zostaje zamordowana, i nikt tak naprawdę nie wie, kto za tym stoi. Owszem, są przypuszczenia, spekulacje, ale do końca nie wiadomo, kto zabił i dlaczego.

Mijają lata. Umiera Ned Chapman. Po przeszukaniu jego mieszkania okazuje się, że mężczyzna przed śmiercią napisał list, który najprawdopodobniej planował zanieść na policję. W liście twierdzi, że niewinny człowiek trafił za kratki oskarżony o zamordowanie Isabel Bauer. Dlaczego zatem Ned Chapman zwlekał tak długo z wyjawieniem prawdy? Czy krył prawdziwego mordercę? Dlaczego dopuścił do sytuacji, w której Bogu ducha winien człowiek postradał życie w więzieniu? Gdzie było jego sumienie?

Nic więc dziwnego, że list któregoś dnia trafia do Julie, która zdążyła już wyjść za mąż i rozwieść się. Wychowała córkę, która – o ironio! – jest niesamowicie podobna do jej zamordowanej siostry. Zrobiła też oszałamiającą karierę jako pisarka. Jak zatem powinna zachować się teraz Julie, wiedząc że jej przypuszczenia mogą okazać się prawdą? Przecież ona tak de facto nigdy nie wierzyła w alibi Neda, a już na pewno nie dawała wiary w oskarżenia skierowane pod adresem człowieka, którego amerykański wymiar sprawiedliwości wsadził za kratki. Czy powinna wracać do przeszłości i próbować odnaleźć odpowiedź na pytanie: kto zabił? Czy to będzie mieć jakiś sens, skoro minęło już ponad czterdzieści lat? I jak o wszystkim powiedzieć starej matce, która z morderstwa Izzy zrobiła temat tabu?

Zatoka o północy to pierwsza powieść Diane Chamberlain, którą przeczytałam. Przyznam, że sięgnęłam po tę książkę z jednego powodu. Otóż, zauważyłam, że Autorka porównywana jest do Jodi Picoult. Czy słusznie? Nie wiem. Na podstawie tej jednej powieści trudno jest mi to jednoznacznie ocenić. Na chwilę obecną powiedziałabym, że tego typu stwierdzenie jest stanowczo na wyrost. Jodi Picoult pisze zupełnie innym stylem, a jej pomysły na książki również są inne niż Diane Chamberlain. Być może kiedyś zmienię zdanie. Na razie żadne porównanie tych dwóch Autorek nie wchodzi w grę.

Trzeba jednak przyznać, że fabuła powieści naprawdę wciąga. Narracja prowadzona jest z perspektywy trzech kobiet: Marii Bauer, Julie Sellers oraz Lucy Bauer. Każda z tych bohaterek inaczej zapamiętała tamto tragiczne lato 1962 roku w Bay Head Shores. Od tamtego czasu żadna z nich nie pojechała do miejsca, które niegdyś było dla nich tak bardzo wyjątkowe. Wspomnienia bolą, więc po co się narażać? Po śmierci Isabel dom nad zatoką został sprzedany, i przez lata często zmieniał swoich właścicieli. Ponieważ to trzy różne kobiety opowiadają o swoich doświadczeniach, czytelnik ma doskonały obraz ich uczuć, a także widzi, jaki tak naprawdę był udział każdej z nich w tym, co się wówczas wydarzyło. Chyba najbardziej niewinna w tym wszystkim jest Lucy, która była zbyt mała i strachliwa, aby móc w jakiś sposób przyczynić się do śmierci siostry. Natomiast Maria i Julie mają sobie wiele do zarzucenia.

Podobnie jak na początku lat 60. XX wieku, tak i teraz czytelnik spotyka trzy pokolenia, lecz tym razem są to pokolenia kobiet: Maria, Lucy i Julie oraz Shannon. Ta ostatnia to córka Julie. Okazuje się, że Shannon Sellers jest podoba do swojej zmarłej tragicznie ciotki nie tylko pod względem urody. Można odnieść wrażenie, że charakter również odziedziczyła po Izzy. Z kolei list, który trafił w ręce Julie chcąc nie chcąc przywraca wspomnienia, dzięki którym ożywają demony i powracają wyrzuty sumienia. Ale jest też coś więcej. Wraca miłość, która tym razem nie już szczeniackim uczuciem, lecz niezwykle dojrzałym. Ponadto na światło dzienne wychodzą tajemnice, które przez lata były skrywane gdzieś na dnie duszy, i być może bohaterowie łudzili się, że nigdy nie zostaną odkryte, a oni sami nigdy nie będą musieli ponownie stawić im czoła.

Diane Chamberlain skupia uwagę czytelnika nie tylko na kwestii morderstwa, ale porusza też inne aspekty charakterystyczne dla lat 60. XX wieku. Jednym z takich problemów są uprzedzenia rasowe. Nieważne, że kolorowi to dobrzy ludzie. Liczy się tylko i wyłącznie kolor ich skóry. To on przesądza o wszystkim. Praktycznie już za sam wygląd należy się kara. Inną kwestią jest religijność, czasami ociekająca fałszem. Cosobotnie spowiedzi u straszącego piekłem księdza nie należą do przyjemności, ale nie ma wyjścia. Charles Bauer praktycznie rządzi pod tym względem w domu, i nie wolno mu się sprzeciwiać. Jego konserwatywne przekonania sprawiają, że czytelnik ma ochotę potrząsnąć tym człowiekiem i nalać mu rozumu do głowy. Nie wiadomo czy właśnie taki sposób podchodzenia do życia i wychowywania dzieci, nie przyczynił się przypadkiem do tragedii w zatoce. Te ciągłe wyrzuty sumienia u dzieci z powodu jakichś – nawet błahych przewinień – skutkują poważnie w ich dorosłym życiu, ponieważ wciąż tkwią w ich pamięci. Choć z drugiej strony można odnieść wrażenie, że Lucy i Julie dopiero jako dorosłe kobiety zaczęły naprawdę żyć, szczególnie fakt ten dotyczy Lucy. Julie żyła przez lata w związku małżeńskim, więc na pewne zachowania pozwolić sobie nie mogła. Ale strachliwa niegdyś Lucy…

Ta książka jest nie tylko bardzo dobra pod względem fabuły, ale też zmusza do rozważań nad tematami w niej poruszonymi. Taką ciekawostką są zamieszczone na końcu powieści pytania dotyczące dyskusji nad zagadnieniami zawartymi w jej fabule. Przyznam, że z czymś takim spotykam się po raz pierwszy. Jest to doskonała pomoc szczególnie dla członków Dyskusyjnych Klubów Książki, które działają przy polskich bibliotekach. Czytelnicy po przeczytaniu konkretnej lektury, spotykają się tam i oddają dyskusjom, analizując fabułę i postępowanie poszczególnych bohaterów.

Tak więc możecie śmiało sięgnąć po Zatokę o północy, lecz nie nastawiajcie się na literaturę á la Jodi Picoult, bo to jeszcze nie ten próg i nie ten styl ani tematyka.