Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

czwartek, 30 stycznia 2014

Mika Waltari – „Trylogia rzymska. Mój syn, Juliusz” #3













Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/PUBLICAT S.A.
Katowice 2012
Tytuł oryginału: Ihmiskunnan viholliset. II Poikani Julius
Przekład: Kazimiera Manowska 




To już moje ostatnie spotkanie z Trylogią rzymską, ale na pewno nie ostatnie z samym Autorem. Po przeczytaniu trylogii nabrałam ochoty też na inne książki Miki Waltariego, zważywszy że specjalizował się także w pisaniu kryminałów, czego przykładem jest seria książek z komisarzem Palmu w roli głównej. Niektórzy wręcz są skłonni twierdzić, że być może nigdy nie powstałyby książki Stiega Larssona i Henninga Mankella, gdyby nie powieści kryminalne Waltariego. Wpływ twórczości Miki Waltariego na innych pisarzy skandynawskich jest naprawdę ogromny. Niemniej dzisiaj skupmy się na ostatniej części Trylogii rzymskiej, która tak naprawdę stanowi kontynuację tomu drugiego.

Jak pamiętamy całość rozpoczyna opowieść Rzymianina – Marka Mezencjusza Manilianusa – który pewnego dnia trafia na Golgotę, gdzie jest świadkiem ukrzyżowania Jezusa z Nazaretu. Pod wpływem tego wydarzenia Rzymianin rozpoczyna poszukiwania Królestwa Bożego, o którym nauczał Jezus podczas swojej ziemskiej wędrówki. Z kolei w tomie drugim czytelnik zostaje wprowadzony w realia I wieku naszej ery widziane oczami syna Marka Mezencjusza Manilianusa – Minutusa Lauzusa Manilianusa. Wzajemne relacje ojca i syna nie należą do najlepszych. Młodemu Minutusowi wydaje się bowiem, że ojciec zwyczajnie oszalał i zaczął wierzyć w jakieś totalne zabobony. Takie przekonanie towarzyszy Minutusowi także w tomie trzecim trylogii. Choć ojciec jest dla niego ważny, to jednak nie spotyka się z nim tak często jak powinien. Obydwaj mężczyźni różnią się też sposobem pojmowania pewnych kwestii politycznych i tych, które dotyczą chrześcijan.

Podobnie jak w drugim tomie trylogii, tutaj również czytamy swego rodzaju spowiedź Minutusa skierowaną do jego syna – Juliusza, a właściwie Klemensa, bo z tym nadaniem imienia chłopcu wiąże się trochę skomplikowana historia. Rzymianin nadal przebywa w uzdrowisku, gdzie leczy poważną chorobę żołądka. Taka izolacja od świata zewnętrznego skłania go zatem do refleksji nad swoim życiem, które nie było i nie jest idealne. Minutus ma sobie wiele do zarzucenia, ale mimo to nie biczuje się i nie stara się pokutować za swoje złe czyny. On po prostu relacjonuje poszczególne wydarzenia ze swojego życia i jednocześnie stara się przestrzec Juliusza przed popełnianiem podobnych błędów.

Bardzo dużo miejsca Minutus poświęca swojej przyjaźni z Neronem. Tylko czy to jest naprawdę przyjaźń? Czy szalony i nieobliczalny Neron jest w stanie z kimkolwiek się zaprzyjaźnić? Chyba nikomu nie trzeba specjalnie tłumaczyć z jakimi wydarzeniami wiążą się lata panowania tego cesarza rzymskiego. Takim najbardziej tragicznym momentem jego rządów było spalenie Rzymu w 64 roku. Wielki Pożar Rzymu – jak określają to wydarzenie historycy – strawił ogromną część miasta. Rzymski historyk Tacyt (ok. 55-120) wspomina o niezwykle szybkim rozprzestrzenianiu się ognia, który pochłaniał miasto przez pięć i pół dnia. Jedynie cztery z czternastu dzielnic ówczesnego Rzymu zostało zachowanych, natomiast trzy z nich ogień strawił doszczętnie. Kolejne siedem zostało poważnie zniszczonych.


Pochodnie Nerona
Autor: Henryk Siemiradzki (1843-1902)
Obraz nie przedstawia Wielkiego Pożaru Rzymu, lecz prześladowanie chrześcijan przez Nerona
Obraz pochodzi z 1876 roku


Współczesna wiedza dotycząca Wielkiego Pożaru Rzymu opiera się przede wszystkim na trzech źródłach wtórnych, które zostały spisane przez historyka, senatora i konsula Kasjusza Diona Swetoniusza (ok. 163/164-235), oraz wspomnianego już Tacyta. Niestety, pierwotne przekazy autorstwa wyższego urzędnika rzymskiego Marcusa Cluviusa Rufusa, a także Fabiusa Rusticusa[1] oraz Pliniusza Starszego (23-79) nie przetrwały do czasów współczesnych. Niemniej jednak Tacyt uważał, że ich przekaz jest sprzeczny i sporo przesadzony. Byli jednak tacy, którzy uparcie twierdzili, że za podpaleniem Rzymu stoi sam Neron. Podawali nawet przyczyny jego desperacji, w wyniku której cesarz zdecydował się na tak haniebny czyn. Oto kilka z nich:
  • Wiadomo, że Neron łatwo ulegał wszelkim kaprysom i stawał się wówczas nieobliczalny. Mówiono więc, że podczas jednego z takich obłąkańczych kaprysów cesarz zupełnie otwarcie wysłał swoich ludzi, którzy w jego imieniu podpalili miasto, a sam obserwował pożar z Wieży Mecenasa na Eskwilinie[2], jednocześnie śpiewając i grając na cytrze.
  • Neron niesamowicie pragnął zniszczyć Rzym. W związku z tym w tajemnicy wysłał swoich ludzi, którzy udawali pijanych, podpalając miasto. Cesarz całe zajście z zachwytem obserwował ze swojego pałacu na Palatynie, śpiewając i grając na cytrze.
  • Wielki Pożar Rzymu był kwestią nieprzewidzianego wypadku, a Neron w tym czasie przebywał w Anzio.
  • Neron w tajemnicy wysłał swoich ludzi, aby ci wzniecili pożar, zaś on sam w tym czasie koncertował na prywatnej scenie.
  • Wielki Pożar Rzymu był sprawką chrześcijan.
Jak widać, kwestia wybuchu pożaru nie jest do końca znana. Nie wiadomo czy był to zwykły wypadek, czy może komuś naprawdę zależało na tym, aby Rzym zniszczyć. Według Tacyta spora część ludu oskarżała o podpalenie Nerona, a on pragnąc oczyścić się ze stawianych mu zarzutów, zrzucił winę na chrześcijan, których potem torturowano, tym samym zmuszając ich do przyznania się do winy. Według przekazów Tacyta chrześcijanie byli potem rzucani psom i lwom na pożarcie, natomiast niektórzy krzyżowani i podpalani. Z kolei inni historycy z tamtego okresu doszukują się w osobie Nerona chęci zniszczenia miasta, a potem odbudowania go zgodnie z własnym zamysłem. Pierwotne przekazy nie zawierają w sobie informacji o jakichkolwiek prześladowaniach chrześcijan, a na pewno nie na taką skalę, jak przestawił to Tacyt. Neron miał nawet nie szukać sprawców, a lekkie kary mieli ponieść jedynie oskarżeni wskazani przez Senat. Pierwotne przekazy zawierają również informację, że w momencie pożaru Neron miał oddawać się swojej muzyce, czyli śpiewać i grać na cytrze. Tacyt zaprzecza tym informacjom, twierdząc, że cesarza nie było wtedy w Rzymie.

Zgodnie z zapiskami Tacyta, Neron na wieść o pożarze bardzo szybko wrócił do Rzymu i zaczął organizować pomoc humanitarną dla pogorzelców, którą sfinansował z własnych środków. Natychmiast po pożarze cesarz otworzył swój pałac dla poszkodowanych i zapewnił im dostawy żywności. Po tej tragedii Neron stworzył także nowy plan rozwoju miasta, na którym zaznaczono, iż spalone domy muszą być rozebrane, a w ich miejscu ma powstać kompleks pałacowy, zwany Złotym Domem. Fundusze na to przedsięwzięcie pochodziły ze specjalnych danin, które nałożono na rzymskie prowincje.


Neron na arenie rzymskiego amfiteatru 
Autor: Henryk Siemiradzki (1843-1902)
Obraz pochodzi z 1897 roku


Jak było naprawdę? Tego nie dowiemy się nigdy. Możemy jedynie powtarzać zapisane przez historyków informacje. Pisarze również opierają się na tychże przekazach. Nie inaczej jest w przypadku Miki Waltariego. Autor idzie śladem Tacyta i opisuje rzeź chrześcijan, których Neron oskarżył o wzniecenie ognia i zniszczenie Rzymu. W samym centrum tych wydarzeń znajduje się oczywiście Minutus Manilianus, który praktycznie jest organizatorem bestialskich mordów na wyznawcach Chrystusa. Oczywiście czyni to z rozkazu Nerona, ale nie zmienia to faktu, iż ma na rękach ich krew. Czy czuje z tego powodu jakieś wyrzuty sumienia? Możliwe, ale nie rozwodzi się nad tym. Z drugiej jednak strony, co może zrobić? Sprzeciwić się Neronowi i tym samym podpisać na siebie wyrok śmierci?

W późniejszych latach swojego życia Minutus przypomina swojego ojca bardziej niż mógłby sobie tego życzyć. Oczywiście nadal nie wierzy w Jezusa z Nazaretu, ale pod względem charakteru jest bardzo podobny do Marka. Tak jak jego sędziwy już ojciec, on też pozwala, aby nim manipulowano. Robi to nie tylko Neron, ale także ludzie, z którymi spotyka się na co dzień, szczególnie są to kobiety. No właśnie. Jak zatem przedstawia się u Minutusa sprawa kobiet? Płeć piękna wywiera na nim ogromne wrażenie. Ciągnie się to jeszcze od czasów, kiedy jako żołnierz walczył na terenach Brytanii. Konsekwencje tamtego pobytu odbijają się Minutusowi czkawką, ale nic już nie może na to poradzić.

Jak zatem ocenić Minutusa Lauzusa Manilianusa? Wydaje mi się, że nie jest to łatwe zadanie. Z jednej strony jest kochającym ojcem, co w swoich wspomnieniach wielokrotnie powtarza. Ma ogromny żal do swojego piętnastoletniego syna, który nie widzi w nim tego oddania i miłości. Trzeba też wiedzieć, że młodego Juliusza ojciec szykuje na przyszłego władcę Rzymu. Natomiast z drugiej strony można uznać, że Minutus to egoista myślący jedynie o sobie oraz o własnych potrzebach i interesach, nawet kosztem innych. Takim wyrzutem sumienia jest dla niego obecna żona, lecz on jej uwagi traktuje na zasadzie „głupiego babskiego paplania”. W trakcie swojego życia Minutus awansował i z trybuna wojskowego stał się senatorem, którego rad czasami nawet słuchał Neron. Rzymianin jest też doskonałym biznesmenem.

Podsumowując całość trylogii Miki Waltariego można śmiało rzec, że Autor stworzył arcydzieło literackie, choć są czytelnicy, których ta historia nie zachwyca. Ale kto powiedział, że nawet wielkie dzieła literackie mają wszystkim przypadać do gustu? Dla mnie ta trylogia okazała się być wyjątkowa pod względem historycznym i fabularnym. Szkoda tylko, że Mika Waltari nie zamieścił kilku słów wyjaśnienia, ile tak naprawdę jest w jego opowieści prawdy, a w jakim stopniu posłużył się czystą fikcją literacką. Być może starsze wydania trylogii są opatrzone takowym wyjaśnieniem, ale w najnowszym wydaniu, które czytałam niestety nie ma ani słowa na ten temat.










[1] Przedział czasowy życia Marcusa Cluviusa Rufusa i Fabiusa Rusticusa nie jest znany. Wiadomo tylko, że żyli oni w I wieku naszej ery, a ich życie obejmowało lata panowania Nerona.
[2] Eskwilin – jedno z siedmiu wzgórz rzymskich, znajdujące się w środkowo-wschodniej części Rzymu. 







wtorek, 28 stycznia 2014

Alexandre Dumas (ojciec) – „Ascanio”











Wydawnictwo: ŚLĄSK
Katowice 1989
Tytuł oryginału: Ascanio
Przekład: Bożena Sęk





Słyszeliście kiedykolwiek o niejakim Benvenuto Cellinim? Przyznam szczerze, że dopóki nie sięgnęłam po powieść Alexandre Dumas, nie miałam najmniejszego pojęcia o tym człowieku. To dopiero mój ulubiony Autor z dzieciństwa uświadomił mi, jak wielkie mam braki w historii, pomimo że stale czytam powieści i publikacje historyczne. Otóż wspomniany Benvenuto Cellini był włoskim złotnikiem i rzeźbiarzem. Nadal uważany jest za najznakomitszego złotnika włoskiego renesansu. Napisał nawet książkę. Była to słynna Autobiografia, która w polskim wydaniu nosi tytuł Benvenuta Celliniego żywot spisany przez niego samego.

Biorąc po uwagę ogromny talent Celliniego, ironią wydaje się być fakt, iż niewiele z jego dzieł sztuki przetrwało do dnia dzisiejszego, natomiast sam artysta znacznie bardziej znany jest ze swojej autobiograficznej książki, która stanowi niezwykły zapis zainteresowań rzeźbiarza skupiających się na wielu poziomach. Znawcy twierdzą, że jest ona niesamowicie porywająca i napisana z ogromną szczerością, co sprawia, że przebija z niej skomplikowany charakter Autora. Ta historyczna narracja posiada ogromne znaczenie z uwagi na jego życie zawodowe, jako szesnastowiecznego artysty, przy jednoczesnym opisie relacji występujących pomiędzy nim samym a jego rodziną, przyjaciółmi, wrogami oraz mecenasami sztuki. Autobiografia to także niezwykle interesujący dokument, w którym znajdują się opisy technik dotyczących rzeźbiarstwa, które nie zostały jeszcze do końca zbadane. Benvenuto Cellini przestał pracować nad Autobiografią w 1558 roku, natomiast książka nie została opublikowana aż do roku 1728. Z kolei oczarowany rzeźbiarzem poeta – Johann Wolfgang von Goethe – dokonał pierwszego z licznych przekładów tej wyjątkowej książki. W 1837 roku na podstawie rzeczonego przekładu powstała opera, do której muzykę skomponował Hector Berlioz (1803-1869). Niezwykle barwne życie Celliniego stało się również kanwą kilku filmów, ponieważ uznano, że spełniało ono wszelkie romantyczne wymagania tak istotne w życiu każdego artysty.

Rzeczywiste fakty z życia Benvenuta Celliniego są równie interesujące, jak opowieści o nim. Artysta urodził się we Florencji 3 listopada 1500 roku jako syn architekta i muzyka. Bardzo szybko nauczył się swojego rzemiosła, lecz w wieku szesnastu lat musiał opuścić Florencję z powodu ulicznego pojedynku i w związku z tym kilka miesięcy spędził w Siennie. W roku 1519 przeniósł się do Rzymu, który przez kolejne dwie dekady stał się centrum jego działalności rzemieślniczej. Pomimo że jego „rzymskie lata” bardzo często przerywane były podnóżami do Pizy, Bolonii, Wenecji, Neapolu i Florencji, to jednak na zawsze pozostał wierny Rzymowi.

Benvenuto Cellini
(1500-1571) 
W Rzymie Benvenuto Cellini sportretował dwóch papieży: Klemensa VIII i Pawła III. Ich wizerunki pojawiały się głównie na medalionach, monetach i biżuterii. Cellini odznaczył się także jako doskonały żołnierz. W Rzymie w 1527 roku walczył przeciwko wojskom cesarskim. Coraz bardziej napięte relacje z papieżem Pawłem III oraz seria incydentów, które nie były pozbawione przemocy, sprawiły, że Benvenuto Cellini został uwięziony w zamku Świętego Anioła, z którego jednak zdołał uciec w dramatycznych okolicznościach.

Lata 1540-1545 Benvenuto Cellini spędził we Francji, gdzie pracował dla ówczesnego monarchy – króla Franciszka I Walezjusza (1494-1547). Był jego nadwornym rzeźbiarzem, dekoratorem i projektantem architektonicznym na zamku królewskim w Fontainebleau. W 1543 roku ukończył słynną Solniczkę, którą opracował według modelu przygotowanego wcześniej przez kardynała Ippolito d'Este. Benvenuto Cellini wykonał również serię dwunastu srebrnych statuetek bogów i bogiń, dwa popiersia z brązu oraz srebrne wazy. Niestety, wszystko zaginęło. Z kolei w 1545 roku odlał z brązu lunetę Nimfy z Fontainebleau.

Złota Solniczka bardzo wyraźnie ukazuje geniusz techniczny Celliniego, z którego rzeźbiarz zasłynął. Nimfa z Fontainbleau pokazuje, że nawet jeśli Benvenuto Cellini pracował na ogromną skalę jako rzeźbiarz, to jednak jego sztuka wciąż charakteryzowała go jako złotnika. Te dwa przykłady nielicznych zachowanych dzieł sztuki Celliniego posiadają znamiona jego specyficznego stylu.

W 1545 roku Benvenuto Cellini wrócił do Florencji. Dla księcia Toskanii – Kosmy I Medyceusza (1519-1574) rzeźbiarz wykonał jego portret z brązu, kilka marmurowych posągów klasycznych, ale najbardziej ambitnym dziełem Celliniego był odlany z brązu posąg Perseusza znajdujący się w Loggia dei Lanzi. Późniejsze lata życia spędzone we Florencji, były dla Celliniego czasem, kiedy ponownie skupił się na wcześniej ustalonych wzorach. Niestety, stopniowo zaczął popadać w konflikt ze swoim mecenasem Kosmą I Medyceuszem, a także z innymi artystami, szczególnie z Baccio Bandinellim (1493-1560) i Bartolommeo Ammanatim (1511-1592). Jednocześnie Benvenuto Cellini podziwiał prace Michała Anioła. Stale troszczył się o swoją rodzinę, oraz dążył do tego, aby realizować swoją wizję stworzenia rzeźby Krzyża wykonanej z kości słoniowej. Ta wizja towarzyszyła mu jeszcze od czasu przebywania w więzieniu. Rzeźba ta pokazuje wszechstronne aspekty dotyczące umiejętności artysty.   

Perseusz z głową Meduzy
w Loggia dei Lanzi we Florencji

fot. Jastrow
W 1558 roku Benvenuto Cellini przerwał pisanie Autobiografii. W tym samym roku złożył też wstępne śluby zakonne, ale mimo to ostatecznych ślubów nigdy nie przyjął. W 1565 roku Cellini rozpoczął prace nad dokumentami traktującymi o sztuce złotniczej i rzeźbie, które zostały opublikowane w 1568 roku we Florencji. Benvenuto Cellini zmarł 13 lutego 1571 roku.

Benvenuto Cellini żył w okresie religijnych konfliktów, a także politycznych, społecznych i militarnych napięć. Ta burzliwa atmosfera chyba nigdzie nie jest opisana bardziej wyraźnie niż właśnie w Autobiografii Celliniego. Jest to swego rodzaju dowód na to, iż Benvenuto Cellini musiał zmagać się z widocznymi kontrastami, jak egoizmem, religią, światowymi ambicjami i synowskim oddaniem, jak również z porywającą dumą z własnego talentu i prawdziwą pokorą wynikającą z jego podziwu nad geniuszem Michała Anioła oraz starożytnych artystów.

Oczywiście tego rodzaju biografii nie znajdziecie w powieści Alexandre Dumas, ponieważ Benvenuto Cellini został przez Autora powołany do życia w zupełnie innym celu. Już sam tytuł książki może być nieco mylący i nie odzwierciedla tego, co sugeruje opis na okładce. Ale przecież każdy, kto zna biografię Alexandre Dumas bądź czytał jego Pamiętniki, wie, że Pisarz słynął z ogromnego poczucia humoru i uwielbiał czasami wprowadzać czytelnika w błąd, o czym niejednokrotnie można przeczytać w jego powieściach. Styl pisania Autora sprawia, że czytelnik czuje się naprawdę ważny, bo nie jest pomijany podczas relacjonowania wydarzeń historycznych. Czasami jednak Autor kwestionuje stopień inteligencji swojego odbiorcy, mówiąc wprost, że jeśli nie rozumie danej kwestii, to niech czyta uważnie, a jeżeli potrafi ją pojąć, to może sobie darować ten czy inny fragment tekstu.

Kim zatem jest tytułowy Ascanio? Otóż jest on najbardziej umiłowanym czeladnikiem mistrza Celliniego. Benvenuto tak bardzo go kocha, iż jest w stanie wiele dla niego poświęcić. Z powieści dowiadujemy się, w jaki sposób Ascanio trafił do pracowni artysty i dlaczego jest mu tak bardzo drogi. Akcja książki rozpoczyna się w 1540 roku za czasów panowania Franciszka I Walezjusza, o którym była już mowa wyżej. To właśnie dla Franciszka I pracował z wielkim oddaniem Benvenuto Cellini. Jak to bywa u Alexandre Dumas, powieść nie jest wolna od intryg, spisków, porwań, ulicznych pojedynków na śmierć i życie oraz wszelkiej maści wykroczeń, w których centrum jest oczywiście nasz Benvenuto. Krąży on pomiędzy swoją pracownią a królewskim zamkiem i niejednych doprowadza do szału już samą swoją obecnością. Doskonale wie, jak pokrzyżować szyki tym, którzy chcą dla własnych celów skrzywdzić niewinne osoby. Benvenuto Cellini to doskonały i niesamowicie inteligentny strateg. Niby zupełnie przypadkiem gromadzi dowody, których ujawnienie może pozytywnie zaowocować w najbardziej nieodpowiednim momencie. Oczywiście nieodpowiednim z punktu widzenia tych, których niecne czyny Cellini pragnie zdemaskować.


Solniczka
fot. Jan Strzelecki


W powieści mamy również do czynienia z historiami miłosnymi. Nasi bohaterowie jakoś tak bardzo szybko zakochują się od pierwszego wejrzenia, a potem to już tylko cierpią katusze z powodu tejże miłości, która prawie zawsze okazuje się być nieszczęśliwą. Czasami czytelnik odnosi wrażenie, że Alexandre Dumas nie stroi od ironii względem swoich bohaterów. Miłosne wyznania przez nich czynione są niezwykle egzaltowane. Czasami są one tak bardzo teatralne, że aż śmieszne. Autor napisał w swoim życiu kilka sztuk teatralnych, i być może ten styl przeniósł również na karty swoich powieści. Niekiedy wyraźnie widać, że Alexandre Dumas drwi z ich uczuć, choć o tym nie pisze wprost. Czytając uważnie można odnieść wrażenie, że drwina kryje się gdzieś na dnie świadomości samego Autora. To tak, jak gdyby Dumas pisząc, śmiał się do rozpuku z postępowania swoich bohaterów. Nawet kiedy w wyniku pojedynku któraś z postaci przenosi się na drugi świat, to Autor tak naprawdę nie robi z tego wielkiego problemu. Ot, zabili go i po problemie. Śmierć nie stanowi tutaj jakiegoś niezwykle patetycznego elementu.

Co jeszcze zyskamy, czytając Ascanio? Na pewno poznamy perfekcyjny opis szesnastowiecznego Paryża, który niejednokrotnie Autor porównuje z jemu współczesnym. W ten sposób pokazuje swoim dziewiętnastowiecznym czytelnikom, jak bardzo Paryż zmienił się na przestrzeni wieków. Myślę, że Alexandre Dumas obecnie również ma wielu swoich wielbicieli, tak więc jego powieści nie trzeba specjalnie polecać. Jest to bowiem jeden z tych pisarzy, który nie pozwoli o sobie tak łatwo zapomnieć. Przypuszczam, że jego pozycja w dziejach literatury światowej nie będzie zagrożona, a on sam skazany na zapomnienie, jeszcze przez bardzo długi czas. 





Benvenuta Celliniego żywot własny spisany przez niego samego

Wydawnictwo: KSIĄŻKA I WIEDZA
Warszawa 1994
Tytuł oryginału: La Vita
Przekład: Leopold Staff













sobota, 25 stycznia 2014

Karol Stefański – „Gość w Chicago”













Wydawnictwo: WARSZAWSKA FIRMA WYDAWNICZA
Warszawa 2013





Chyba każdy z nas spotkał się kiedyś z powiedzeniem, że „podróże kształcą”. Tylko pytanie: Jakiego rodzaju podróże? Czy takie, w przypadku których jakieś konkretne biuro podróży zapewnia nam zakwaterowanie, wyżywienie i przewodnika, który podczas zwiedzania będzie skutecznie przynudzał i opowiadał o rzeczach leżących niekoniecznie w kręgu naszego zainteresowania? Czy może lepiej, gdy będą to podróże, które zaplanujemy sobie sami, a najlepiej, jeśli podejdziemy do nich spontanicznie i zdamy się tylko i wyłącznie na własne możliwości? Oczywiście wszystko zależy od indywidualnego podejścia do tematu. Jedni uwielbiają podejmować wyzwania, czasami wręcz niezwykle niebezpieczne, natomiast drudzy wolą, kiedy to ktoś inny za nich zdecyduje. Z jednej strony można powiedzieć o takich ludziach, że są wygodni i nie chcą wkładać zbyt dużo wysiłku w podróżowanie, zaś z drugiej może jednak wolą mieć pewne kwestie z głowy oraz świadomość, że bezpiecznie i bez niepotrzebnych przygód dotrą do celu?

Przypuszczam, że Autor niniejszej książki mógłby z powodzeniem znaleźć się w tej pierwszej grupie podróżników, bowiem decydując się na wyjazd z Polski w 2002 roku jedyne, co nim wówczas kierowało było MARZENIE. Marzenie, które w pewnym stopniu dręczyło go od wielu lat. Owo marzenie było tak silne, że w końcu nie widział już innej możliwości, jak tylko je spełnić. Karol Stefański po prostu pragnął studiować za granicą. Jeśli chodzi o jego edukację, to nic więcej się dla niego nie liczyło. Owszem, rozpoczął studia w Polsce, ale nie były one tym, co naprawdę chciał robić. Nie od dziś wiadomo, że polska edukacja zamiast rozwijać, skutecznie ogranicza możliwości uczniów i studentów. Każdy, kto nie boi się o tym głośno mówić, twierdzi, iż wielokrotnie cofamy się w rozwoju edukacyjnym, zamiast iść do przodu. Czy nie zdarzyło się Wam nigdy, że jakiś wykładowca uparcie krążył wokół jednego tematu i wbijał Wam do głowy wiadomości, które tak naprawdę są już przeżytkiem? Albo jakiś nauczyciel stał nad Wami niczym kat nad grzeszną duszą i za nic nie dał się przekonać, że dane zadanie może zostać rozwiązane na kilka innych sposobów, a nie tylko zgodnie z tym, jaki widnieje w kluczu? Mnie takie rzeczy zdarzały się bardzo często i dlatego przeważnie nie mam zaufania do dzisiejszych nauczycieli czy wykładowców pracujących na wyższych uczelniach, pomimo że sama należę do tej grupy zawodowej.

Ale wróćmy do naszego głównego bohatera. Kiedy już Karol wziął sprawy w swoje ręce, okazało się, że nie wszystko wygląda tak, jak to sobie wymarzył. W momencie wylądowania na amerykańskiej ziemi, dla Karola zaczęły się schody, po których musiał cierpliwie kroczyć, aby wreszcie osiągnąć swój cel. Zgodnie z planem miał przebywać w Stanach Zjednoczonych jedynie przez trzy miesiące w ramach wakacyjnego programu studenckiego o nazwie Work & Travel. Program ten gwarantował również pobyt na Alasce. Jak się potem okazało ta trzymiesięczna wycieczka przekształciła się w kilka długich lat, w czasie których Karol swoje przeżył, spotkał rozmaitych ludzi, czasami najadł się niemało strachu, ale też poznał kulturę Amerykanów, styl ich życia, a to pozwoliło mu spojrzeć na świat trochę inaczej niż byłoby to możliwe w Polsce. Niemniej jednak, najważniejsze w tym wszystkim jest to, że dopiął swego, zważywszy że jechał tam praktycznie w ciemno i bez znajomości języka na poziomie, który dawałby mu swobodę poruszania się w obcym kraju. Przypuszczam, że to tylko z perspektywy czytelnika może tak wyglądać. To nam pobyt Autora w Stanach Zjednoczonych może wydawać się długi. Zapewne jemu te lata zleciały bardzo szybko. Po powrocie do Polski Karol postanowił spisać swoje wrażenia i doświadczenia z pobytu w Ameryce, i tak oto powstał Gość w Chicago.

Pomimo że ta autobiografia w głównej mierze traktuje o pobycie Autora w Chicago, to jednak sporo uwagi Karol Stefański poświęca Alasce, a dokładnie miejscowości o nazwie Skagway. To tam Karolowi mieszkało się najlepiej, i to tam wiele rzeczy przychodziło łatwiej niż w innych miejscach. W Skagway ludzie są przyjaźnie nastawieni do siebie nawzajem. Przyjezdnych również traktują z ogromną życzliwością i serdecznością. Aż łezka się w oku kręci, kiedy człowiek uświadamia sobie, że przecież nie może spędzić tam reszty życia. Ale przecież nic nie trwa wiecznie, prawda?

Geneza powstania Skagway sięga roku 1896. To właśnie wtedy trzej poszukiwacze złota odnaleźli je w strumieniu Bonanza Creek wpadającym do rzeki Klondike znajdującej się w Kanadzie. Początkowo całą sprawę utrzymywali w tajemnicy, lecz ostatecznie przybyli do Seatle i dopiero wtedy wszystko się wydało. Z uwagi na fakt, iż wszelkie towary i rozrywki, jakim się oddawali, opłacali złotem, źródło ich bogactwa w końcu wyszło na jaw. Rok później powstało miasto Skagway i już po trzech miesiącach zamieszkało w nim dwadzieścia tysięcy ludzi. Najpierw miejscowość stanowiła handlowe zaplecze i przystanek dla tysięcy poszukiwaczy złota, którzy podążali w sporych rozmiarów szeregu nad rzekę Klondike. Wpierw maszerowali ośmiusetkilometrowym szklakiem prowadzącym przez przełęcz Chilcoot oraz bardzo niebezpieczną Białą Przełęcz (z ang. White Pass). Potem poszukiwacze podążali rajem dla obładowanych złotym kruszcem powracających szczęśliwców. Ten raj został nazwany „piekłem na ziemi”, a określił go tak jeden ze stróżów prawa. Złoto bardzo szybko zmieniało swoich właścicieli utopione w barach, których naliczono wówczas ponad siedemdziesiąt, jak również w domach gry czy domach publicznych, oraz w sakwach rozmaitej maści oszustów-złodziei. Obecnie dzielnica ówczesnych drewnianych domów stanowi Historyczny Park Narodowy Gorączki Złota i mieści się w Klondike (z ang. Klondike Gold Rush National Historic Park). Z kolei w dawnych domach publicznych (lupanarach) urządzono muzea, natomiast w tym najbardziej popularnym – Red Onion Saloon – znajduje się niezwykle stylowy bar, gdzie obsługa nosi stroje pochodzące z XIX wieku, a wśród amatorów wyskokowych trunków od czasu do czasu wybuchają nawet awantury, które kończą się pojedynkiem na rewolwery. Tego rodzaju saloony, w których serwuje się turystom widowiskowe pojedynki, znajdują się przy Broadway Street.



Najpopularniejszy bar w Skagway z widowiskowymi
pojedynkami rodem z Dzikiego Zachodu

fot. Wknight94


Kiedy czytałam fragmenty dotyczące właśnie Alaski, nie umiałam oprzeć się wrażeniu, że oglądam pewien amerykański serial pod tytułem Przystanek Alaska, który w połowie lat 90. XX wieku emitował drugi program TVP, a potem też inne stacje telewizyjne. Brakowało mi tylko tych zasp śnieżnych i renifera spacerującego wzdłuż głównej ulicy. Pomyślałam sobie więc, że Skagway to takie serialowe fikcyjne Cicely, w którym mieszka jedynie osiemset trzydzieści dziewięć osób i wszyscy doskonale się tam znają.

Trochę trudniej niż w Skagway żyło się Autorowi książki w Nowym Jorku i Chicago. Tutaj trzeba było już liczyć na siebie albo na innych. Niemniej czasami nawet pomoc znajomych łatwo nie przychodziła. W takich sytuacjach wychodzą na jaw ludzkie wady i zalety. Kiedy jesteśmy w potrzebie, wiemy kto tak naprawdę jest nam życzliwy, a kto tylko tę przyjaźń udaje. O tym Karol Stefański również się przekonał. Wydaje mi się, że pobyt w Ameryce sprawił też, że Autor odkrył w sobie talenty, o których nie miał wcześniej pojęcia. Przypuszczam, że gdyby nie ten wyjazd, do tej pory nie wiedziałby, że potrafi robić rzeczy, które dają mu satysfakcję i sprawiają radość, jak na przykład taniec. Niemniej jednak, wszystko tak naprawdę zależy od ludzi, którymi się otaczamy. I właśnie bardzo wyraźnie wynika to z tej książki. Z jednej strony zaistnienie pewnych okoliczności stanowi łut szczęścia, ale z drugiej bez spotkania odpowiednich osób, nawet szczęście nie miałoby tutaj wiele do powiedzenia.


Panorama Skagway
zdjęcie pochodzi z 1915 roku


Czym zatem może być dla zwykłego czytelnika ta autobiografia? Jak należy ją odbierać? Czy jest to poradnik o tym, w jaki sposób poruszać się w obcym kraju? A może jest to książka traktująca o tym, czego na pewno nie należy robić, wyjeżdżając za granicę? Moim zdaniem Gość w Chicago to lektura, którą należałoby odebrać na swój własny sposób. Dla mnie osobiście jest to książka, dzięki której czytelnik może uwierzyć w marzenia, zważywszy że nie mamy tutaj do czynienia z wydarzeniami fikcyjnymi. Tak więc skoro Autorowi się udało, to dlaczego mnie ma się nie udać? Wystarczy trochę samozaparcia i wiary w to, że marzenia naprawdę mogą się spełnić. Autor używa prostego języka bez jakichś wyszukanych pojęć naukowych. Nie stroni także od humoru i dystansu do samego siebie. Ze swojej strony podziwiam Karola Stefańskiego za odwagę. Na jego przykładzie widać doskonale, do jakich działań jest zdolny człowiek, kiedy mu naprawdę na czymś mocno zależy.

W książce znajdują się również przemyślenia Autora dotyczące stricte edukacji w Stanach i w Polsce. Niestety, nasz kraj wybada blado na tle Ameryki. Naprawdę trudno jest nie zgodzić się z wnioskami, jakie Karol Stefański wysuwa w końcowym podsumowaniu. No cóż, Polacy wciąż żyją stereotypami, i to nie tylko na płaszczyźnie edukacyjnej. Przepaść pomiędzy Zachodem a Polską jest ogromna. I najgorsze jest chyba to, że nie robimy nic, aby to zmienić, lecz brniemy w to „zacofanie” coraz bardziej. Natomiast polskie uczelnie wypuszczają ze swych murów absolwentów, którzy nierzadko nawet kilkustronicowego referatu nie potrafią napisać samodzielnie, nie mówiąc już o pracy dyplomowej. Bo u nas wciąż stawia się na teorię, w której nie każdy czuje się jak ryba w wodzie, skutecznie pomijając praktyczne dojście do rozwiązania tego czy innego zadania. Tak więc ta książka stanowi nie tylko relację Autora z pobytu na obczyźnie, ale jest też lekturą, która czasami zmusza do gorzkiej refleksji nad życiem w Polsce. 



Za książkę serdecznie dziękuję Autorowi






czwartek, 23 stycznia 2014

Hana Zelinová – „Dwór Elżbiety” # 1










                                                  




Wydawnictwo: ŚLĄSK
Katowice 1980-1982
Tytuł oryginału: Alžbetin dvor
Przekład: Maryla Papierz
Słowo wstępu: Jan Dutkowski





Czasami czuję się jak archeolog. Tego rodzaju uczucie towarzyszy mi szczególnie wtedy, gdy w gąszczu rozmaitych książek jestem w stanie odnaleźć prawdziwą perełkę, o której czytelnicy młodego pokolenia z reguły nie mają pojęcia. Przyznam, że mnie też zdarza się trafiać na autorów, o których istnieniu nie wiedziałam. I kiedy już ich odkrywam przeważnie okazuje się, że w mojej ocenie pisali fenomenalnie i aż żal, że dzisiaj już niewielu o nich pamięta. Jako czytelnikowi, chyba nic nie sprawia mi takiej frajdy, jak właśnie szperanie w „starociach” i odnajdywanie naprawdę wartościowych pozycji. Cieszę się wtedy jak dziecko. Dlatego też takie poszukiwania mogę śmiało porównać z pracą archeologa, który co rusz wykopuje spod ziemi bezcenne dla ludzkości przedmioty. Nowości książkowe mamy podane praktycznie na tacy, i w zasadzie niewiele wysiłku kosztuje nas ich zdobycie. Ale ileż radości może sprawić samodzielne odszukiwanie powieści, które w świecie literatury często przyjmują charakter niemalże relikwii.

Dla mnie bez wątpienia taką właśnie relikwią literacką okazała się być powieść słowackiej Autorki, której nazwisko do tej pory było mi zupełnie obce. Kim zatem była Hana Zelinová? Pisarka przyszła na świat w 1914 roku we Vrutkach* na Słowacji. Studiowała w Instytucje Nauczycielskim w Bratysławie. Jako prozaik zadebiutowała w 1941 roku zbiorem nowel pod tytułem Lustrzany most. Napisała również dwie sztuki teatralne: Maria (1943) oraz Ktoś jest za drzwiami (1944). Następnie swój talent literacki ukierunkowała na pisanie powieści. Pierwszą z nich była książka zatytułowana Przystań spokoju (1944), a potem powieściowa trylogia pod tytułem Anielska ziemia (1946). Kolejne powieści Hany Zelinovej to: Góra pokus (1948), Dzieweczko, wstań (1948), Diabelski czardasz (1958), Dwór Elżbiety (1971), Wołanie wiatru (1974) oraz Kwiat strachu (1977).

Nad Dworem Elżbiety Hana Zelinová pracowała przez dwa lata (1969-1971). Jest to pierwszy tom tak zwanej trylogii z Turca (przyp. Dwór Elżbiety, Wołanie wiatru i Kwiat strachu). Generalnie można przyjąć, że jest to powieść historyczna, której akcja rozgrywa się na początku XIX wieku, lecz momentami cofa się także do wieku XVIII. Pomimo że czytelnik na kartach książki nie spotyka wszystkich wspominanych w niej bohaterów, ponieważ postacie te nie żyją już od wielu lat, to jednak ich cień wciąż kładzie się na losie tych, którzy pozostali. Tytuł powieści mógłby wskazywać na to, iż mamy tutaj do czynienia z jakąś arystokratyczną rodziną, która mieszka we dworze. Tak jest w istocie, jednak sprawa dworu jest znacznie bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać. Początki posiadłości sięgają roku 1732, kiedy to protoplasta rodu Fabicich – Matiasz Joachim – kazał zbudować dwór w stylu barokowym na cześć swojej młodej małżonki – Elżbiety Castiglione. Dziewczyna była Włoszką o niezwykłej urodzie, więc nie dziwi fakt, że podstarzały Matiasz zakochał się w niej bez pamięci. Swoją wybrankę przywiózł z Rzymu i praktycznie zamknął ją we dworze niczym w klatce. Czy tak piękna i młoda dziewczyna, przed którą jeszcze całe życie, mogła być szczęśliwa gdzieś na Słowacji w okolicach Turca?

Wiadome natomiast jest, że cień starego Matiasza kładzie się na kolejnych pokoleniach. Jest jak klątwa rzucona na tych, którzy w jakiś sposób sprzeciwili się bądź sprzeciwią jego woli. Bo trzeba wiedzieć, że Matiasz Fabici – tajny radca księcia Franciszka Rakoczego II – pozostawił potomnym coś w rodzaju kodeksu, którego warunków muszą ściśle przestrzegać. Jeśli któryś z potomków odważyłby się postąpić inaczej, buntując się przeciwko zapiskom starego dziwaka, wówczas Matiasz nawet zza grobu jest w stanie go przekląć. Jego portret do dnia dzisiejszego wisi na ścianie dworskiego salonu, aby swoją obecnością przypominać o ostatniej woli protoplasty tego ziemiańskiego rodu znanego niemalże w całej Słowacji. Co takiego musiałoby się wydarzyć, aby owa klątwa została zdjęta z rodu Fabicich? 

Hana Zelinová (1914-2004)
Kiedy rozpoczyna się akcja powieści jest rok 1817, a dokładnie 2 października tegoż roku. To właśnie wtedy prawnuk Matiasza – Filip Fabici – kończy dwadzieścia lat. Zgodnie z rodzinną tradycją od tej pory to on będzie sprawował rządy we Dworze Elżbiety. Oprócz służby, dwór zamieszkuje jeszcze prawie osiemdziesięcioletnia babka Filipa – Julia Thomkówna. Młody Fabici jest niezwykle mocno związany ze swoją sędziwą babką. Jest ona dla niego swego rodzaju autorytetem, zważywszy że jego wiedza dotycząca zarządzania posiadłością i jej ziemskimi dobrami, jest praktycznie żadna. Prócz tego, Filip stale rozmyśla o swoich rodzicach – Aureliuszu Fabicim i Zofii Rakovskiej. Nie jest łatwo być dzieckiem kogoś, kogo niemalże wszyscy w okolicy uważali za szaleńca, i choć od śmierci Aureliusza minęły lata, to jednak matki nadal straszą nim swoje dzieci. Zofia Rakovská również niezbyt dobrze zapisała się w pamięci mieszkańców okolic Turca. O niej także ludzie różnie mówią. Czyżby, podobnie jak jej mąż, również była szalona?

Z Dworem Elżbiety łączy się też pewna tragiczna historia, o której najlepiej byłoby zapomnieć. Ale jak tu nie pamiętać, skoro stary Matiasz Fabici wciąż spogląda z portretu na domowników, i tylko samą swoją niemą obecnością nakazuje wypełnienie jego ostatniej woli? Czy zatem Filip będzie posłuszny „kodeksowi Matiasza”, czy może będzie podążał własną drogą, a srogi przodek siejący niegdyś strach w okolicy, będzie dla niego już tylko mrocznym wspomnieniem?

Pomimo że akcja powieści rozpoczyna się w październiku roku 1817 i trwa przez kolejne kilka lat, to jednak wszystkie wydarzenia mające miejsce w tamtym okresie, opisywane są z perspektywy głównego bohatera – Filipa Fabiciego, który obecnie jest już dojrzałym około trzydziestoletnim mężczyzną. Oczywiście jest to postać fikcyjna, lecz czytelnik odnosi wrażenie, iż czyta doskonałą i autentyczną powieść autobiograficzną. Wszystkie występujące w niej postacie są niezwykle realne. Opis ówczesnego słowackiego ziemiaństwa również budzi podziw dla talentu Autorki. Jak gdyby tego było mało, Hana Zelinová nie poprzestała jedynie na stworzeniu historycznej powieści obyczajowej, lecz poszła jeszcze o krok dalej i do fabuły książki wplotła także wątek kryminalny. Chodzi tutaj o pewną tajemnicę sprzed wielu, wielu lat. Wydawać by się mogło, że dopiero najmłodszy z Fabicich jest gotowy, aby doprowadzić sprawę do końca. Tylko czy ten dwudziestokilkuletni „pan na włościach” ma w sobie tyle sił, aby móc stawić czoło mrocznej przeszłości swojej rodziny? Skoro nawet szlachetna i ubóstwiana przez niego babka, która nie boi się nikogo ani niczego, nie zdobyła się jak dotąd na działania, które mogłyby przywrócić spokój rodowi Fabicich, to w jaki sposób poradzi sobie w tej kwestii Filip? Można zatem przypuszczać, że Julia Thomkówna wciąż czekała na tego odpowiedniego przodka Matiasza Fabiciego, który nie czułby lęku, lecz gniew i złość w momencie, gdy będzie odkrywał karty przeszłości swojego rodu.

Jaki zatem jest młody Filip Fabici? Na pewno różni się od swoich męskich przodków. Szlacheckie pochodzenie, jakim może się pochwalić, bardziej mu ciąży niż cieszy. Nie wywyższa się z tego powodu ponad swoich poddanych, lecz stara się żyć na równi z nimi, co wcale nie oznacza, że nie budzi w służbie i parobkach szacunku. Owszem, wszyscy go tutaj szanują, ale nie boją się go, jak było to w przypadku jego ojca czy pradziadka. O dziadku Filipa nie mamy zbyt wiele informacji, ponieważ Julia bardzo szybko owdowiała, a potem już nie wyszła po raz kolejny za mąż, choć konkurentów do jej ręki nie brakowało.

wydanie słowackie z 1981 roku
Filip Fabici to ziemianin, który chce rządzić swoim majątkiem zgoła inaczej niż jego poprzednicy. Pragnie wprowadzać zmiany. Chce pewne rzeczy unowocześnić. W tym też celu zdobywa potrzebne mu wykształcenie. Oczywiście jego życie nie jest wolne od problemów. Jest młody, a przecież krew nie woda. Tak więc zdarza mu się wplątywać w romanse, które nie wychodzą mu na dobre. Na tę jedną jedyną będzie musiał jeszcze trochę poczekać. Kim zatem będzie nowa pani we Dworze Elżbiety? Czy będzie to panna z prostego ludu, czy może szlachcianka z urodzenia?

Jak większość książek, tak i Dwór Elżbiety, trafił do mnie przypadkiem. Hana Zelinová do tej pory nie była mi znana. W dodatku nie przepadam za literaturą czeską i słowacką. W związku z tym sama się sobie dziwię, że tę powieść przeczytałam praktycznie jednym tchem, a jest to książka o dość pokaźnych gabarytach. Podczas czytania nie czułam, że fabuła mnie nudzi. Prawdę powiedziawszy dostałam prostą opowieść z wątkiem kryminalnym w tle. W momencie, gdy książka weszła na rynek, czy to słowacki, czy polski, zrobiła na czytelnikach naprawdę ogromne wrażenie. Tak przynajmniej wynika ze słowa wstępu, z którym czytelnik powinien zapoznać się, ale dopiero po przeczytaniu całej powieści. Dlaczego? Ponieważ Autor już na samym początku zdradza praktycznie wszystkie szczegóły dotyczące fabuły powieści. Przeprowadza analizę merytoryczną książki i jej bohaterów, a tym samym odbiera czytelnikowi chęć zagłębienia się w treść powieści.

Musicie wiedzieć, że w latach PRL-u bardzo modne było opatrywanie wszelkiego rodzaju książek rzeczonym „słowem wstępu”. Obecnie już się tego nie praktykuje, chyba że mamy do czynienia z pozycjami naukowymi. Niestety, zrobiłam błąd i już na początku zapoznałam się z wywodem Jana Dutkowskiego na temat książki, i potem długo zastanawiałam się czy powinnam czytać dalej, czy może zostawić tę powieść nietkniętą. Na szczęście po jakimś czasie przełamałam się i jednak sięgnęłam po Dwór Elżbiety. Nie żałuję ani jednej chwili spędzonej z tą historią. Zastanawiam się z jaką powieścią można by ją porównać, aby choć trochę przybliżyć Wam jej klimat. Nie znajduję jednak żadnej innej książki, choćby tylko nieznacznie podobnej.

Moim zdaniem Dwór Elżbiety ma w sobie to niezidentyfikowane „coś”, co nazywam „duszą”. Z jednej strony fabuła prosta i mogłoby się wydawać, że nie za bardzo porywająca, natomiast z drugiej pochłania czytelnika niczym gąbka wodę. Hana Zelinová oprócz opisu życia ówczesnego słowackiego ziemiaństwa, porusza również kwestie stricte ludzkie. Pokazuje jak może zmienić się człowiek pod wpływem zaistniałych niespodziewanie okoliczności. Czasami nawet zagorzały buntownik może stać się potulny jak baranek. Wiele uwagi Autorka poświęca również relacjom pomiędzy rodzicem a dzieckiem. W powieści jest też miejsce na przyjaźń, i to bez względu na wiek osób, które tę przyjaźń praktykują. Jeśli komuś wydaje się, że Filip Fabici jest bohaterem pozbawionym wad, a Hana Zelinová zwyczajnie go wyidealizowała, to będzie w błędzie, ponieważ Filip to postać, która wielokrotnie ulega złym podszeptom i zachowuje się wbrew przyjętym konwenansom. Niemniej nasz bohater do końca pozostaje człowiekiem. Człowiekiem ze swoimi zaletami i wadami.

W mojej ocenie Dwór Elżbiety łączy w sobie kilka gatunków. Tak więc mamy tutaj elementy powieści historycznej, obyczajowej, kryminalnej, a nade wszystko społecznej. Możemy obserwować relacje, jakie panują nie tylko pomiędzy członkami poszczególnych rodzin, ale także między sąsiadami. Niektórzy z nich od lat żyją w konflikcie. Co zatem należałoby zrobić, aby temu jakoś zaradzić? Czy Filip Fabici znajdzie jakiś sposób, żeby ostatecznie doprowadzić do zgody międzysąsiedzkiej?

W powieści istnieje też problem klasyfikacji społeczeństwa pod względem pochodzenia. Ci, którzy wywodzą się z wyższych warstw społecznych, bardzo niechętnie patrzą w stronę tej uboższej kasty. Niektórzy nie chcą wręcz słyszeć o jakimkolwiek brataniu się z niżej urodzonymi. Dla nich ci ludzie są doskonali do służenia im i pracy na ich ziemi, natomiast siedzenie z nimi przy tym samym stole absolutnie nie wchodzi w grę.

Czy sięgnę kiedyś po inną powieść Hany Zelinovej? Przypuszczam, że tak. Spodobał mi się bowiem styl jej pisania, a także ten niecodzienny klimat, jaki występuje w powieści. Być może to tylko Dwór Elżbiety stanowi swego rodzaju fenomen literacki, natomiast pozostałe książki Pisarki już do takich nie należą. Oczywiście liczę się z taką ewentualnością, ale mimo to nie boję się sięgnąć też po kolejną jej powieść. Możliwe, że będą to właśnie dalsze tomy trylogii.







* Vrútky – miasto na Słowacji położone w północnej części Kotliny Turczańskiej, u południowych podnóży Małej Fatry, u ujścia Turca do Wagu. 








poniedziałek, 20 stycznia 2014

Karnawał po staropolsku





Karnawał, zwany po staropolsku zapustami, trwa od Nowego Roku, bądź też od dnia Trzech Króli, aż do Środy Popielcowej, kiedy w Kościele katolickim rozpoczyna się Wielki Post. W okresie epoki średniowiecza z obchodów karnawałowych słynęła głównie Wenecja, natomiast po jej upadku w XVIII wieku, był to Rzym. Niemalże równie huczny w tamtych czasach był karnawał w Hiszpanii, Portugalii oraz we Francji. Głośno bawiono się również w Niemczech, Czechach, na Rusi i na Bałkanach. Niezwykle szybko zabawy karnawałowe zostały, jak gdyby przeszczepione na grunt europejski i w związku z tym nabrały charakterystycznego i polskiego wyrazu, idąc zgodnie z duchem oraz naszym narodowym temperamentem, jak również z naszą tradycją i obyczajem.

W dawnej Polsce w czasie karnawału bawiono się niezwykle hucznie. Szczególnie popularne były wówczas kuligi, polowania oraz maskarady (maszkary), czyli zabawy, kiedy to ich uczestnicy na twarz zakładali maski. Kulig był zabawą charakterystyczną wyłącznie dla szlachty i magnaterii. Zazwyczaj odwiedzano wtedy sąsiadów w całej okolicy.
Już cug siwków zaprzęgnięty,
Kopną drogą pędzą sanie,
A śnieg płonie jak diamenty,
Jak ócz cudnych migotanie. (Or-Ot)
Kuligi w dawnej Polsce były stosunkowo wcześnie dokładnie zaplanowane. Należało bowiem ustalić kolejność odwiedzin, a także przygotować domy na przyjęcie zwiększającej się systematycznie liczby gości. Trzeba było zadbać o nocleg oraz zaopatrzyć piwniczkę i spiżarnię w smakołyki. Kiedy już nadszedł moment rozpoczęcia kuligu, zjeżdżano się na saniach w jednym umówionym miejscu, zwoływano też muzykantów, którzy mieli uprzyjemnić ten czas swoim muzycznym talentem. Gdy już uznano, że wszystko jest gotowe, wówczas obsyłano po okolicznych domostwach laskę z kulą, która ten kulig zwoływała. W drogę wysyłano także arlekina, który dzierżąc w ręku trzepaczkę, wpadał do domu, do którego miano zajechać i skacząc, śpiewał: Ej, kulig, kulig, kulig!...



Zapewne tak właśnie wyglądały kuligi w dawnej Polsce


Odwiedzający się przybywali do określonego domostwa wieczorem, oświetlając sobie drogę przy pomocy kaganków i pochodni, a towarzyszyła im głośna muzyka. Galopem wjeżdżano w podwórze, wiwatowano i trzaskano z biczów. W tym momencie z dworu wychodził gospodarz wraz z gospodynią i uprzejmie witał przybyłe towarzystwo, zapraszając wszystkich do środka. Taka kilkugodzinna przejażdżka w siarczystym mrozie na pewno zaostrzała apetyty, tak więc ze stołu niezwykle szybko znikały ogromne misy kiełbas, zrazów, szynek, zwierzyny łownej, a także potraw nieco delikatniejszych, jak na przykład ciasta. Niemniej jednak najważniejszą potrawą, jaką wówczas serwowano, był oczywiście bigos.

A zatem wyobraźmy sobie jak wokół suto zastawionego stołu z rąk do rąk krążą kielichy wypełnione winem, małmazją i węgrzynem, a biesiadnicy wznoszą głośne toasty. Zabawa będzie trwać do białego rana, a potem goście rozejdą się na krótki odpoczynek, aby następnie zjeść śniadanie z obiadem i podziękować za bogate przyjęcie. Wszyscy wypiją strzemiennego i razem z gospodarzem ruszą w dalszą drogę do następnego dworu. Kuligi, choć nie tak huczne, jak te staropolskie, będą jeszcze praktykowane w okresie dwudziestolecia międzywojennego, a potem organizować się je będzie przede wszystkim dla uciechy dzieci.

Jeśli chodzi o literaturę, to chyba takim najbardziej zapadającym w pamięć jest ten opisany przez Henryka Sienkiewicza w Potopie.
(…) Sanie gnały jak wicher. Dzień był jasny, mroźny. Śnieg migotał, jakby kto nań iskry sypał; z białych dachów chat podobnych do kup śnieżnych strzelały wysokimi kolumnami dymy różowe. Stada wron polatywały przed saniami wśród bezlistnych drzew przydrożnych z krakaniem donośnym. 
 O dwie staje za Wodoktami wpadli na szeroką drogę, w ciemny bór, który stał głuchy, sędziwy i cichy, jakby spał pod obfitą okiścią. Drzewa, miotając w oczach, zdawały się uciekać gdzieś w tył za sanie, a oni lecieli coraz prędzej i prędzej, jak gdyby rumaki skrzydła miały. Od takiej jazdy głowa się zawraca i upojenie ogarnia, więc ogarnęło i pannę Aleksandrę. Przechyliwszy się w tył, zamknęła oczy, całkiem pędowi się oddając. Poczuła słodką niemoc i zdało jej się, że ten bojarzyn orszański porwał ją i pędzi wichrem, a ona, mdlejąca, nie ma siły się oprzeć ani krzyknąć... I lecą, lecą coraz szybciej... (…)[1]
Bywało i tak, że klimat powszechnej wesołości zakłócały pewne niepożądane incydenty. Opis obyczajów za panowania króla Augusta III Sasa (1733-1763), pokazuje, iż najsławniejsze kuligi urządzane z wielkim rozmachem, niekiedy oblewały się krwią oraz zdarzały się też ofiary w ludziach.
(…) Najsławniejsze co do pijatyki i brawury te kuligi były w województwie rawskim, gdzie się nieraz krwią oblewały, a jeżeli się kto obcy przez niewiadomość wmieszał do tego kuligu, a nie podobał się mu albo nie mógł wystarczyć zdrowiem pijaństwu, zbili jak leśne jabłko, suknie w płatki na nim podrapali i wypędzili, jakoby dla słabego zdrowia niegodnego tak dzielnej kompani (…)[2]
Oczywiście kulig to nie jedyna zabawa mająca związek ze staropolskim karnawałem. W trzy ostatnie dni zapustów zarówno mężczyźni, jak i kobiety przebierali się za Żydów, Cyganów, chłopów i żebraków. Wystrojone w ten sposób korowody przechodziły przez miasta i wioski, tańcząc i śpiewając. Ludzie ci tańczyli rozmaicie, na przykład tańczono „na wysoki len i konopie” lub „na owies i pszenicę”. Mówiło się, że tak jak wysoko kobieta skoczy, tak wysokie urosną len i konopie. Z kolei w ostatni dzień karnawału odbywało się tak zwane „wkupne od bab”, czyli uroczyste wprowadzenie nowo zaślubionych panien do grona mężatek. Panny natomiast mogły wówczas brać udział w „podkoziołku”. Obrzęd ten polegał na tym, iż w karczmie ustawiano figurę koziołka, przy którym można było złożyć ofiarę pieniężną, która miała zapewnić szybkie zamążpójście.

Szlachta bawiła się niezwykle hucznie,
a mocniejsze trunki lały się strumieniami
W dawnej Polsce nie tylko szlachta bawiła się podczas karnawału. W miastach świętowano nawet pod gołym niebem, urządzając niezwykle barwne pochody maskaradowe. Natomiast na wsiach ucztowano w karczmach. Po wsiach chodzili ludzie przebrani za niedźwiedzie, turonie czy wilki, zaś drogami wałęsały się tabuny gwarnych i wesołych przebierańców, odwiedzających poszczególne domostwa i zbierających dary. Specjalnie na zapusty przygotowywano też wesoło brzmiące piosenki:
Od poganów zaczęty, dziś trwa zwyczaj stary,
Na święta bachusowe ubierać maszkary.
Maskarady (maszkary), czyli zabawy polegające na zakładaniu na twarz masek, szczególnie przypadły do gustu ówczesnym mieszczanom. To najprawdopodobniej dzięki królowej Bonie na początku XVI wieku dotarł do Polski włoski zwyczaj urządzania maskarad oraz publicznych balów maskowych (redut). Reduty odbywały się przez cały okres karnawału po trzy, cztery, a nawet pięć razy w tygodniu. Pierwszym organizatorem publicznych redut, odbywających się w Warszawie na Nowym Mieście, był Włoch Salvador. Już wkrótce zaczęto powoływać do życia mniejsze bądź większe salony redutowe. W tych najbardziej popularnych bawiło się nawet tysiąc osób, grając w karty, tańcząc, śpiewając i płatając sobie nawzajem wszelkiego rodzaju figle. Na redutach za darmo były jedynie oświetlenie i muzyka, natomiast za całą resztę należało sporo zapłacić.

Podczas zabaw karnawałowych nieocenioną przysługę oddawały właśnie maski. I nie chodzi tutaj jedynie o osoby pochodzące z tej niższej warstwy społecznej, które pragnęły bawić się razem z panami. Niekiedy maska stawała się prawdziwym wybawieniem dla żon, chcących uniknąć niepotrzebnych uwag zazdrosnych mężów, a także dla mężów, którzy pragnęli uciec od towarzystwa swoich żon. Już na początku XVI wieku popularność zdobyły sobie wyroby krakowskich rzemieślników, którzy produkowali trzy rodzaje masek przeznaczonych dla kobiet. Wówczas bardzo głośno mówiło się o balach karnawałowych organizowanych w Gdańsku. Urządzano je w Dworze Artusa, a także w domach cechowych. Niemniej jednak, największą popularnością cieszyły się bale warszawskie. Z kolei w okresie dwudziestolecia międzywojennego zwyczajem stały się bale charytatywne, które przetrwały do dzisiaj.


Ogromną popularnością w dawnej Polsce cieszyły się bale maskowe


Zwykle największe niezadowolenie karnawałowe zabawy i bale budziły w osobach duchownych. Księża bardzo często gromili te „diabelskie” szaleństwa. W XVI wieku niejaki Grzegorz z Żarnowca stwierdził, iż: „(…) większy zysk czcimy diabłu trzy dni rozpustnie mięsopostując, aniżeli Bogu czterdzieści dni nieochotnie poszcząc (…)

Chyba najbardziej wystawne uczty i bale odbywały się w miastach oraz w pańskich rezydencjach. Traktowano je przeważnie jako swego rodzaju giełdę małżeńską dla dobrze urodzonych młodych panien, które tańczyły pod niezwykle czujnym okiem swoich matek, babek czy ciotek. W ten sposób dobrze wychowane panny mogły zawierać nowe znajomości z mężczyznami, i dzięki temu pozyskiwać konkurentów do swojej ręki. Spośród tychże konkurentów to właśnie rodzina wybierała potem tego, który był najlepiej urodzony, skoligacony z jakimś szacownym rodem oraz najmajętniejszy.

W zapusty nieco skromniejsze wieczorki taneczne, bale oraz zabawy urządzano w miastach. Głównie chodziło tutaj o kupców i rzemieślników, którzy organizowali zabawę dla swej młodzieży. Były to bale, podczas których aż „szły wiechcie z butów i drzazgi z podłogi”. Nieco inny pod względem charakteru był również karnawał celebrowany przez chłopów. Kipiał radością oraz był huczny i wesoły. W czas zapustów wolno było robić niemalże wszystko. No, może nie tak do końca wszystko, ale na pewno dużo więcej, aniżeli zazwyczaj. Tak jak wszędzie, również na wsi najhuczniej i najweselej świętowano ostatni tydzień karnawału, czyli od Tłustego Czwartku po tak zwany „kusy wtorek”. Powiadano bowiem, że w ten „combrowy” i „zapuśny” czwartek trzeba skosztować boczku i słoniny tyle razy, ile razy kot poruszy ogonem.







[1] H. Sienkiewicz, Potop, Tom I, Wyd. R-press, Rzeszów 2007, s. 44.
[2] J. Kitowicz, Opis obyczajów za panowania Augusta III, Wyd. Instytut Filologii Polskiej UG, Gdańsk 1985, s. 343.





piątek, 17 stycznia 2014

Mika Waltari – „Trylogia rzymska. Rzymianin Minutus” #2












Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/PUBLICAT S.A.
Katowice 2012
Tytuł oryginału: Ihmiskunnan viholliset. I Minutus roomalainen. Rooman senaattori Minutus Lausus Manilianuksen muistelmat ajalta 46-79 jKr
Przekład: Kazimiera Manowska




Cesarstwo rzymskie (Imperium Romanum) to państwo, które obejmowało tereny basenu Morza Śródziemnego. Powstało w wyniku przekształcenia się republiki rzymskiej w system monarchiczny. Przyjmuje się, iż początkiem cesarstwa był rok 27 przed naszą erą. Wtedy to Gajusz Oktawiusz* otrzymał od senatu tytuł „Augusta”, co oznaczało, że został wywyższony przez bogów. Fakt ten potwierdzał pozycję Oktawiana jako najważniejszej osoby w państwie, co sprawiło, że nastał definitywny koniec republiki rzymskiej. Początkową formą sprawowania władzy w cesarstwie był tak zwany „pryncypat”, a to znaczyło, że władza skupiona jest w rękach jednostki przy jednoczesnym zachowaniu pozorów instytucji republikańskich. Tylko formalnie zachowano poprzedni system władzy, natomiast cesarz utrzymywał najwyższą moc w państwie, sprawując wszystkie najważniejsze urzędy republiki oraz kontrolując armię. Dopiero w konsekwencji wprowadzenia reform przez Dioklecjana (243-313) i Konstantyna I Wielkiego (272-337) nastała era tak zwanego „dominatu”. Chodziło zatem o to, iż władza absolutna sprawowana była przez cesarza, który używał tytułu dominus et deus, czyli pan i bóg. W roku 395 cesarstwo rzymskie rozpadło się ostatecznie, dzieląc się na część zachodnią i wschodnią. Z kolei w roku 476 definitywnie upadła część zachodnia. Przyczyniły się do tego problemy wewnętrzne oraz masowe wędrówki ludów. Państwo wschodnie ze stolicą w Konstantynopolu było bogatsze i znacznie bardziej uprzemysłowione, tak więc przetrwało aż do 1453 roku.

Dlaczego przypomniałam po krótce historię Imperium Romanum? Otóż dlatego, ponieważ akcja drugiego tomu Trylogii rzymskiej autorstwa Miki Waltariego została umieszczona właśnie na terenie cesarstwa rzymskiego z naciskiem na Rzym, a dokładnie szesnaście lat po ukrzyżowaniu w Jerozolimie Jezusa z Nazaretu. Przypomnijmy, że narratorem pierwszej części jest Marek Mezencjusz Manilianus, który zupełnie przypadkowo stał się świadkiem tego makabrycznego wydarzenia. Wskutek wstrząsu, jakiego wówczas doznał, przez pewien czas podążał śladami Chrystusa, aby lepiej poznać sens jego nauczania. Tym razem Marek ukazuje się czytelnikowi jako starszy o szesnaście lat mężczyzna z traumatyczną przeszłością. Jest wdowcem z dorastającym synem na karku. Lecz to nie on opowiada czytelnikowi o swoim dalszym życiu. Czyni to właśnie jego syn – Minutus. W swojej opowieści Rzymianin powraca do lat dzieciństwa, które spędził w Damaszku i Antiochii. Swoje wspomnienia Minutus kieruje do syna o imieniu Juliusz. Spisuje je podczas pobytu w uzdrowisku, gdzie przechodzi szereg kuracji celem poprawienia swojego stanu zdrowia.

W wieku szesnastu lat Minutus wraz z ojcem wyrusza do Rzymu, aby tam uczestniczyć w obchodach jubileuszu założenia miasta. Od tego doniosłego wydarzenia mija już osiemset lat i z tej okazji czwarty cesarz rzymski Klaudiusz (10 p.n.e.-54 n.e.) planuje szereg rozmaitych rozrywek. Klaudiusz uznawany był za wybitnego historyka, a spod jego pióra wyszło kilka – jak na tamte czasy – naprawdę doskonałych publikacji. Lecz z drugiej strony można też przypuszczać, że ten zachwyt nad jego talentem pisarskim był nieco na wyrost, ponieważ nie wypadało publicznie krytykować swojego władcy. Należało mu jedynie schlebiać i łechtać jego próżność. Klaudiusz był synem Druzusa Starszego (38 p.n.e.-9 p.n.e.) oraz Antonii Młodszej (36 p.n.e.-37 n.e.). Był także bratankiem cesarza Tyberiusza (42 p.n.e.-37 n.e.), jak również stryjem cesarza Kaliguli (12-41) oraz bratem Germanika (15 p.n.e.-19 n.e.). Te wszystkie postacie na swój własny sposób zapisały się mniej lub bardziej znacząco w historii Imperium Romanum.

Cesarz Klaudiusz słynął z tego, iż był sprzymierzeńcem wyzwoleńców i bardzo chętnie nadawał im obywatelstwo rzymskie. Zasłynął też w Brytanii jako jej zdobywca w 43 roku. Był ostatnim znanym człowiekiem, który władał językiem etruskim. U sobie współczesnych, Klaudiusz nie budził bynajmniej szacunku. Był przez nich wyśmiewany, nazywany pijakiem. Charakteryzowały go liczne ułomności fizyczne, co znalazło swoje odbicie w wielu satyrach politycznych odnoszących się do tamtych czasów. Do historii przeszedł utwór autorstwa filozofa Seneki, który był cesarzowi bardzo niechętny, mając ku temu swoje powody. Otóż po przypisaniu przez senat Klaudiuszowi cech boskich, stworzył on satyrę zatytułowaną Udynienie Boskiego Klaudiusza. Jak widać tytuł mówi sam za siebie.


Obwołanie Klaudiusza cezarem 
Autor: Lawrence Alma-Tadema (1836-1912)
Obraz pochodzi z roku 1867


I tak oto za panowania Klaudiusza do Rzymu przybywa Marek Mezencjusz Manilianus wraz z synem, który na cezarze robi bardzo pozytywne wrażenie. Natomiast na Marku wciąż ciążą stare przewinienia i niektórzy nadal pamiętają jego próbę bratania się z chrześcijanami. Kara, jaką wówczas nałożył na Marka Poncjusz Piłat, stale jest aktualna, dlatego też jednym z celów Rzymianina jest dążenie do jej zniesienia przez obecnego władcę. Z kolei Minutus otrzymuje od Klaudiusza – jako od boga – kolejne imię, niczym na chrzcie, i od tej chwili może używać również imienia „Lauzus”.

Niestety, Marka wciąż ściga przeszłość i zupełnie niespodziewanie na jego drodze staje kobieta, której wolałby nigdy nie spotkać. Pomimo że obecnie nie jest już tamtym Markiem, który zażywał na potęgę przyjemności z rozmaitymi kobietami, to jednak niechlubna przeszłość nie pozwala mu żyć w spokoju. Aż nazbyt pokornie daje wmanewrować się w intrygę Tuli, z której nie ma już wyjścia. Jakże inny jest jego syn. Choć Minutus ma dopiero szesnaście lat, to jednak za nic nie dałby sobą tak manipulować. Ma porywczy charakter i buntuje się niemal przeciwko wszystkim i wszystkiemu. Wplątuje się w rozmaite sytuacje, których konsekwencje z reguły przynoszą nieszczęście nie tyle jemu samemu, co osobom, z którymi Minutus się spotyka. Chyba tylko wojsko może go utemperować. Ale czy na pewno? Przecież będąc w armii, jego charakter jeszcze bardziej się wzmocni, co może przynieść negatywne skutki, bo chłopak stanie się na tyle nieczuły, że nie będzie dbał o innych. I co najważniejsze: nauczy się zabijać. Niemniej, w wieku osiemnastu lat Minutus Lauzus Manilianus otrzymuje tytuł trybuna wojskowego. Od tej chwili może na stałe lub jedynie czasowo dowodzić kohortą (batalionem wojska).

I tak oto czytelnik wraz z Minutusem rozpoczyna wędrówkę po Brytanii i Koryncie, lecz mimo wszystko najważniejszym miejscem nadal jest Rzym. Młody Rzymianin na swojej życiowej drodze spotyka wielu ludzi, których znamy z historii, jak na przykład: Wespazjana i jego syna Tytusa Flawiusza, czy też Brytanika (syna cesarza Klaudiusza i jego żony Messaliny). Wśród tych osób są także postacie biblijne, jak Paweł z Tarsu czy Szymon Piotr. Jednak najistotniejszą rolę w życiu Minutusa odegra przyjaciel z lat młodości – Lucjusz Domicjusz i jego matka zwana Agrypiną Młodszą. Zapewne niektórzy zastanawiają się kim był wspomniany Lucjusz Domicjusz. Otóż to nikt inny, jak tylko boski Neron, którego okrucieństwo graniczące wręcz z szaleństwem zapisało się w historii Rzymu dużymi literami. Trzeba wiedzieć, że Neron tak naprawdę nie był synem Klaudiusza, lecz mimo to po jego śmierci objął władzę w cesarstwie rzymskim. Dlaczego? Ponieważ Klaudiusz adoptował go za namową Agrypiny, która zajęła przy boku cesarza miejsce Messaliny. Tak więc w konsekwencji to nie chorowity i wrażliwy Brytanik zasiadł na cesarskim tronie, lecz szalony i nieobliczalny Neron.


Wyrzuty sumienia Nerona po zabiciu matki
Autor: John William Waterhouse (1849-1917)
Obraz pochodzi z roku 1878


Drugi tom trylogii, podobnie jak pierwszy, przeczytałam z zainteresowaniem, choć różni się on znacząco od historii Marka. Wątek pierwszych chrześcijan jest w tym przypadku zepchnięty na dalszy plan. Oczywiście Minutus spotyka ich na swojej drodze, a wręcz niekiedy nawet aktywnie z nimi dyskutuje, jednak nie przejawia jakoś głębszego zainteresowania tematem. Na chwilę obecną naukę Jezusa z Nazaretu traktuje jak coś na kształt badań. Nie potrafi zrozumieć w tej kwestii swojego ojca i zmarłej matki. Jego pociągają zgoła inne rzeczy niż wiara w niewidzialnego Boga.

Druga część Trylogii rzymskiej skupiona jest znacznie bardziej wokół ówczesnej polityki. W czasie, kiedy rozgrywa się akcja powieści następują po sobie dwaj władcy: Klaudiusz i Neron. Tak więc polityka odgrywa tutaj dość poważną rolę. Mają miejsce również wszelkiego rodzaju intrygi, które umożliwiają wszystkim żądnym władzy osiągnięcie zamierzonego celu. Boski Neron zaczyna już powoli pokazywać na co go stać. Fascynuje go budowa amfiteatru, gdzie odbywają się walki zwierząt. Na razie tylko zwierząt, bo jak wiemy, ta kwestia ulegnie za jakiś czas zmianie.

Dokładnie widać też dysharmonię pomiędzy Markiem i Minutusem. Marek w pewnym stopniu może naprawdę denerwować. Sprawia wrażenie mężczyzny słabego i pozbawionego własnego zdania, chociaż piastuje poważny urząd państwowy, bo przecież jest senatorem. Z kolei Minutus jest być może jeszcze zbyt młody, aby dostrzegać powagę pewnych sytuacji i dlatego pakuje się w nie bez zastanowienia. Są też kobiety. Jedne są zbuntowane i uparcie dążące do celu, nawet kosztem innych, zaś drugie to pokorne niewiasty, które przyjmują swoje przeznaczenie bez słowa skargi.

Na temat warsztatu Miki Waltariego nie będę się szerzej wypowiadać, ponieważ jest bez zarzutu, zaś powieść stanowi dla mnie swego rodzaju arcydzieło. Znacznie bardziej interesuje mnie przekaz historyczny i wykreowanie poszczególnych postaci. W tej kwestii Autor zadbał o nadobniejsze szczegóły. Wprowadził nawet zawodową trucicielkę o imieniu Lucusta, która w dziejach Rzymu odegrała naprawdę znaczącą rolę, zanim została stracona.

Przede mną jeszcze tom trzeci trylogii, który stanowi kontynuację Rzymianina Minutusa. Tam również syn Marka Mezencjusza Manilianusa będzie opowiadać swoją niezwykłą historię. Z opisu wnioskuję, iż będzie to opowieść w pewnym stopniu przypominająca charakterem tę, którą można przeczytać w tomie pierwszym. Czy tak będzie istotnie? Czas pokaże.










Gajusz Oktawiusz (63 p.n.e.-14 n.e.) – pierwszy cesarz rzymski, którego okres panowania przypadł na lata 27 p.n.e.-14 n.e.