Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

niedziela, 29 września 2013

Elizabeth Gaskell – „Północ i Południe”












Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2011
Tytuł oryginału: North & South
Przekład: Katarzyna Kwiatkowska


 

W dniu dzisiejszym mija dokładnie dwieście trzy lata od narodzin Elizabeth Stevenson, znanej czytelnikom jako Elizabeth Gaskell. Nie jest to bynajmniej pseudonim literacki, lecz nazwisko, które przyjęła po mężu w 1832 roku. Tak więc niniejszy wpis – choć zupełnie niezamierzony – stanowi doskonały prezent urodzinowy dla tej wybitnej Pisarki tworzącej w epoce wiktoriańskiej. Północ i Południe to – jak do tej pory – pierwsza i jedyna powieść Elizabeth Gaskell, którą przeczytałam. Zapytacie zatem, skąd wiem, że Autorka była tak wybitna, skoro poznałam tylko jedną jej powieść? Na pewno swojej opinii nie oparłam na zdaniu krytyków czy innych czytelników. W moim przypadku o jej kunszcie pisarskim świadczy fakt, iż przez prawie dwieście stron powieści tak naprawdę nic się nie dzieje, a jednak nie mogłam oderwać się od książki. Akcja nabiera tempa dopiero znacznie później, natomiast losy bohaterów zmieniają się dynamicznie z rozdziału na rozdział. Właśnie to zaważyło na mojej pozytywnej ocenie tej książki i określeniu Elizabeth Gaskell mianem „wybitnej”.

Główną bohaterką powieści jest Margaret Hale, która wraz z rodzicami mieszka na południu Anglii w Helstone. Również na Południu mieszka dalsza rodzina Hale’ów, zaś wszyscy jej członkowie właśnie przygotowują się do ślubu Edith Shaw, która jest kuzynką Margaret. Ojciec panny Hale to pastor, który nagle, z niewyjaśnionych przyczyn, traci wiarę i postanawia porzucić stan duchowny. Zarówno dla Margaret, jak i jej matki jest to ogromny wstrząs i obydwie kobiety nie potrafią zrozumieć decyzji głowy rodziny. Niemniej pan Hale jest wielce zdeterminowany w swoim postanowieniu, ponieważ czuje, że jest to dla niego jedyne wyjście z sytuacji, która go w pewien sposób ogranicza. Oczywiste jest, że rodzina Hale’ów nie może pozostać dłużej w Helstone. Należy bowiem zwolnić plebanię dla przyszłego pastora i jego rodziny. Kupno innego domu w tym samym mieście również nie wchodzi w grę. Pan Hale postanawia zatem, iż przeprowadzą się na północ kraju do robotniczego Milton*. Tymczasem młodziutka Margaret otrzymuje propozycję małżeństwa, której nie przyjmuje. Tak więc rodzina Hale’ów wraz z wierną służącą Dixon wyjeżdża do rzeczonego Milton, gdzie rozpocznie nowe życie.

Jak już wspomniałam, Milton to miasto robotnicze, w którym kwitnie przemysł. Właściciele fabryk zatrudniają w nich nie tylko miejscowych, ale także Irlandczyków. Jednym z takich właśnie przemysłowców jest niejaki John Thornton. Mężczyzna nie jest już pierwszej młodości, zaś lata zarządzania przędzalnią pozwoliły mu osiągnąć niebagatelne zyski. Dość szybko pan Thornton staje się bliskim przyjacielem byłego pastora. Ponieważ pan Hale musi z czegoś utrzymać rodzinę i służbę, rozpoczyna pracę jako nauczyciel, a właściwie korepetytor. Stara się jak najlepiej przybliżać swoim uczniom tajniki literatury. Właśnie jednym z takich uczniów jest wspomniany fabrykant. Ale to nie relacje pomiędzy mężczyznami staną się pierwszoplanowym wątkiem tej powieści. Tutaj na czoło wysuną się uczucia, jakimi wzajemnie obdarzą się pan Thornton i Margaret Hale. Jak potoczą się losy tych dwojga? Czy jest jakakolwiek szansa, aby miłość zawładnęła ich życiem? A może nie są siebie godni i jedyne, co mogą czuć do siebie nawzajem to pogarda?

Margaret Hale i John Thornton reprezentują dwa różne światy. Ona to panienka z dobrego domu, pochodząca z tej bogatszej części Anglii. Nigdy nie musiała martwić się o przetrwanie, ponieważ zawsze był ktoś, kto o nią zadbał. Przeważnie był to jej ukochany ojciec. Z kolei on to mężczyzna, którego życie nie oszczędzało. Do wszystkiego musiał dochodzić o własnych siłach. Po śmierci ojca to na jego głowę spadło zapewnienie bytu matce i młodszej siostrze – hipochondryczce. Nigdy też nie kochał żadnej kobiety. Praktycznie pogodził się już z faktem, iż zostanie starym kawalerem. I oto na jego drodze staje młoda i niedoświadczona, lecz niezwykle piękna Margaret Hale. Jak tu w takim razie powstrzymać łomot serca na widok panienki Hale, skoro jej uroda tak go olśniewa? No nie da się. Po prostu się nie da. W przypadku Johna jest to niewykonalne. Natomiast w jaki sposób zachowuje się Margaret? Jako kobieta, której niczego nigdy nie brakowało, ujawnia cechy, które każdego normalnego człowieka skutecznie odrzuciłyby od jej osoby. Lecz nie zniechęcają one zakochanego w niej Johna. Margaret jest zadufana w sobie. Wywyższa się, uważając, że jest kimś lepszym niż jakiś tam fabrykant, który urobił sobie ręce po łokcie, żeby osiągnąć sukces.

Elizabeth Gaskell
(29 września 1810 - 12 listopada 1865)
portret został namalowany w 1832 roku
autor: William John Thomson
Niemniej każde powodzenie w pewnym momencie może przeobrazić się w ruinę. W przypadku Johna Thorntona nie trzeba naprawdę wiele, aby to, nad czym pracował przez lata, stracić w jednej chwili. Przecież nasz przemysłowiec uzależniony jest od ludzi. To robotnicy w przędzalni pracują na jego sukces. Wystarczy, że się zbuntują i wszystko przepada. Sam tak ogromnej fabryki nie utrzyma, a czasy, w jakich przyszło mu żyć naprawdę do łatwych nie należą. I tak oto dochodzimy do wybuchu strajku. Od tej chwili już nic nie będzie takie samo. Nie tylko kwestia prosperowania przędzalni zmieni się diametralnie, lecz także relacje pomiędzy Margaret i Johnem.

Elizabeth Gaskell doskonale przedstawiła ówczesne angielskie społeczeństwo. Perfekcyjnie ukazała różnię pomiędzy Południem a Północą. Widzimy jak na dłoni poszczególne warstwy społeczne: od nizin aż do samych wyżyn. Na tym najniższym szczeblu znajduje się rodzina Nicholasa Higginsa, której towarzyszy bieda i śmierć. Z kolei społeczne wyżyny to oczywiście pan Thornton i jego rodzina oraz Margaret Hale i jej bliscy. Oczywiście nie można tak do końca potępiać postępowania panienki Hale. Ta jej wyniosłość skierowana jest jedynie do Thorntona. Wobec innych osób – nawet tych niżej urodzonych – zachowuje się zupełnie inaczej. Ma dla nich ciepłe słowo, dobry uczynek i gołębie serce. Troszczy się o los uciśnionych. W ten sposób myśli o robotnikach przędzalni, zaś tyranem jest dla niej zakochany w niej John. Choć sama również ma na sumieniu swoje grzechy i jest ich świadoma, a wręcz wstydzi się ich, kiedy wychodzą na jaw, to jednak przez długi czas nie zmienia niczego w swoim postępowaniu.

W moim odczuciu Margaret to z jednej strony taka zadufana w sobie panienka, której wydaje się, że nikt nie jest jej wart, lecz z drugiej myśląca o sobie niezbyt dobrze i uważająca, że na pewne rzeczy nie zasługuje. Ta sprzeczność w jej rozumowaniu może czytelnika naprawdę denerwować. Musi stać się naprawdę wiele, aby wreszcie zrozumiała, czego tak naprawdę pragnie i kto jest dla niej najważniejszy. Oczywiście Margaret przeżywa też kilka osobistych tragedii. Widzimy jak bardzo cierpi i jak rozpacza. Wówczas można jej współczuć. Czasami jest również niezwykle odważna. Porywa się na czyny, które panienkom z jej sfery nie przystoją. Pamiętajmy, że mamy dziewiętnasty wiek i szereg konwenansów, których należy przestrzegać, aby nie być źle postrzeganym w towarzystwie.

Rodzinie Hale’ów towarzyszy także tajemnica, której ujawnienie byłoby dla jednego z jej członków śmiertelnym zagrożeniem. Margaret wplątuje się w nią, aby ratować tych, których kocha. Nie patrzy na własne dobre imię, lecz uważa, że to jej bliscy są w tym momencie najważniejsi. Choć cierpi męki z powodu wyrzutów sumienia, to jednak uparcie trwa w swoim przekonaniu.

Należy również wspomnieć o relacjach łączących dzieci z ich rodzicami. Zarówno Margaret, jak i John do pewnego momentu żyją z nimi pod jednym dachem. W obydwu przypadkach czytelnik obserwuje, jak wielkim szacunkiem i miłością dzieci darzą swoich rodziców. Oczywiście Margaret swoje uczucia wyraża w sposób typowy dla kobiety. Jest wylewana i nie ukrywa emocji pod maską opanowania. Natomiast John Thornton, choć kocha matkę, potrafi też się jej sprzeciwić, co robi niezwykle stanowczo.

Przyznam, że w dziewiętnastowiecznych powieściach zawsze rozczula mnie sposób przedstawiania wyrażania uczuć w relacjach damsko-męskich. W tym przypadku wystarczy zarzucenie mężczyźnie rąk na szyję, aby ten od razu pobiegł do swojej wybranki z oświadczynami. Przecież tak samo było u Jane Austen czy u sióstr Brontë. Elizabeth Gaskell wcale nie odbiega od tej reguły. Oczywiście inaczej tę kwestię przedstawiają autorzy współcześni lub ci, którzy tworzyli w ubiegłym stuleciu, a już ich z nami nie ma. Wspomnijmy chociażby Victorię Holt, która zasłynęła głównie z pisania powieści wiktoriańskich. Dla niej pożądanie i namiętność nie zawsze kończyły się przed drzwiami sypialni bohaterów.

Skoro już napomknęłam o Jane Austen i siostrach Brontë, to chciałabym wspomnieć o czymś, co mi się nie spodobało. Otóż wydawca już na okładce trąbi, iż Północ i Południe to: „wymarzona lektura dla miłośników Jane Austen i sióstr Brontë”. Pytam się, po co taka reklama? Nie zawaham się rzec, iż Jane Austen do Elizabeth Gaskell naprawdę wiele brakuje. Przynajmniej w moim odczuciu. Prawdę powiedziawszy jedyną powieścią panny Austen, jaką przeczytałam jednym tchem, był Mansfield Park. Pozostałe jej książki jakoś ciężko mi szły, pomimo iż wcale nie uznałam ich za złe. Już bardziej skłoniłabym się ku porównaniu Elizabeth Gaskell z siostrami Brontë. Jak gdyby tego było mało, kiedy odwracamy książkę, na tylnej części okładki widzimy takie oto słowa: „poruszająca powieść społeczno-obyczajowa przypominająca klimatem naszą… Ziemię obiecaną.” I kolejna zachęta, której trudno się oprzeć, prawda? Tylko cóż poradzić, jeśli nie każdy czytelnik przepada za Ziemią obiecaną? Przyznam szczerze, że nieszczególnie lubię to dzieło Władysława Reymonta. I gdybym kierowała się takimi chwytami reklamowymi, zapewne nie sięgnęłabym po Północ i Południe. Wydawcy naprawdę powinni pójść po rozum do głowy zanim wypuszczą daną książkę na rynek, bo czasami te hasła wrzucane na okładki mogą odnieść odwrotny skutek niż ten zamierzony. Czytelnik sam powinien wyrobić sobie zdanie. Po co od razu narzucać mu do kogo lub czego należy porównywać daną powieść? 

Pomijając wpadkę wydawcy, Północ i Południe to powieść, która naprawdę mnie zachwyciła. Teraz, kiedy już poznałam namiastkę twórczości Elizabeth Gaskell chcę sięgnąć po inne jej powieści, bez względu na to czy będą to polskie tłumaczenia, czy wersje oryginalne. Chciałabym również obejrzeć serial, który powstał na podstawie książki. W moim odczuciu powieść jest tak doskonała, że gdy przeczytałam ostatnią stronę, poczułam złość, że to już koniec.






* Milton – miasto fikcyjne, którego pierwowzorem jest Manchester. 



czwartek, 26 września 2013

Marcin Brzostowski – „Słodka bomba Silly”







Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autora. Dziękuję!


Wydawnictwo: E-BOOKOWO
Będzin 2013
E-BOOK





Wszelkiego rodzaju konflikty – czy to zbrojne, czy takie codzienne, międzyludzkie – bardzo często mają absurdalne podłoże. Zazwyczaj przekonujemy się o tym dopiero po jakimś czasie, kiedy już ochłoniemy i zaczniemy dokonywać ich analizy. Te bezsensowne i nielogiczne przyczyny powstawania konfliktów w dość specyficzny sposób opisuje Marcin Brzostowski w swojej powieści pod tytułem Słodka bomba Silly. Już sam tytuł wskazuje na to, że podczas lektury może być naprawdę wybuchowo. Czy tak jest w istocie musicie przekonać się sami. Ta powieść ma to do siebie, że nie daje jednoznacznej odpowiedzi na stawiane sobie pytania. To od każdego czytelnika indywidualnie zależy, w jaki sposób będzie postrzegał niektóre kwestie. Dla mnie osobiście jest to jedna z tych mądrych książek, o których tak łatwo się nie zapomina i które skłaniają czytelnika do refleksji. 

Już kilkakrotnie przekonałam się, że objętość książki – czy to w wersji tradycyjnej, czy elektronicznej – wcale nie świadczy o jej jakości. Bo przecież można spisać jakąś historię na kilkuset stronach, a tak naprawdę napisać o niczym. Można też stworzyć krótką opowieść z głębokim i sensownym morałem, który na długo zapadnie w pamięci czytelnika. Marcin Brzostowski wybrał tę drugą opcję i stworzył niezwykle oryginalną historię, w której na pierwszy plan wysuwa się… bomba. Tak, tak. Dobrze zrozumieliście. Bomba lotnicza z serii S6-X02 o imieniu „Silly” wcale nie jest taka głupiutka, jak mogłoby na to wskazywać jej imię. To niezwykle rezolutna i bardzo ciekawska bomba, która w dość dramatycznych – jak dla niej – okolicznościach traci najlepszego przyjaciela, którym był granat ręczny z serii K8-0. Zarówno Silly, jak i jej druh zostali powołani do życia w Fabryce Bomb Tradycyjnych i Granatów w Czerniewie. Od chwili „narodzin” są żołnierzami, a ich przeznaczeniem jest udział w konfliktach zbrojnych. Osierocona przez przyjaciela Silly jest żołnierzem pierwszego rocznika inteligentnej armii masowego rażenia.

Bomba funkcjonuje praktycznie jak człowiek. Ma rączki, nóżki, oczka i oczywiście swój specyficzny rozumek, a nawet odczuwa głód, jak każdy normalny człowiek. Lecz nie jest to jedynie głód walki. Silly jest niezwykle dumna ze swojego przeznaczenia. Uważa siebie za żołnierza, który prędzej czy później i tak polegnie w walce. Gdyby chcieć ją sobie wyobrazić, to można utożsamić bombę z klasyczną komiksową postacią. Taka sobie Silly z kreskówek. Nasza bohaterka, choć jest żołnierzem, to tak naprawdę niewiele wie o wojnie. Jej wiedza oparta jest jedynie na tym, czego dowiedziała się na szkoleniu. Na pewno nie dostrzega tego, co dzieje się w armii pomiędzy ludźmi, którzy nią dowodzą. Wielu rzeczy też nie rozumie, jednak z brakiem wiedzy doskonale sobie radzi, zadając mnóstwo pytań. W pewnym momencie nasza słodka Silly zostaje wmieszana w rozgrywki pomiędzy dwoma armiami, które usiłują zwalczyć siebie nawzajem. Jak rezolutna bomba poradzi sobie w tej sytuacji? Czy wyjdzie cało z tego konfliktu?  

Teraz powinnam napisać standardowe zdanie, które powtarza większość czytelników: „generalnie nie czytam e-booków, ale ten wyjątkowo mnie ujął”. Tak, zgadza się. E-booków nie czytam za dużo, ale nie ze względu na ich jakość, ale na brak czytnika. Uważam jednak, że e-booki w niczym nie ustępują książkom tradycyjnym pod względem jakości. Należałoby zacząć wreszcie obalać ten stereotyp, jakoby książki elektroniczne były gorsze od papierowych. Przecież dziś wielu cenionych autorów również wydaje swoje powieści zarówno w wersjach tradycyjnych, jak i elektronicznych.

Wracając natomiast do Słodkiej bomby Silly, uważam, że Marcin Brzostowski stworzył naprawdę oryginalną opowieść, o czym wspomniałam już powyżej. Przy lekturze każdej książki zwracam szczególną uwagę nie tylko na stronę techniczną, ale przede wszystkim na unikatowość pomysłu i fabułę. I co tu dużo mówić. Polubiłam naszą Silly, która tak naprawdę sprawia wrażenie znacznie mądrzejszej od dowodzących armią. Z jej perspektywy wiele spraw wygląda zupełnie inaczej niż widzi je człowiek. Przy tej lekturze wiele razy na twarzy czytelnika wykwita uśmiech, jednak pod poczuciem humoru Autora kryje się gorzka prawda o ludziach, ich poczynaniach i generalnie o otaczającym nas świecie. Wiele kwestii podejmowanych jest zupełnie bez sensu, aby tylko zaspokoić własne ambicje albo spełnić jakieś niedorzeczne pragnienia. Ten swoisty absurd dotyczący podejmowania rozmaitych decyzji towarzyszy czytelnikowi praktycznie przez cały czas czytania książki. 

Książka Marcina Brzostowskiego nie jest bynajmniej powieścią stricte wojenną, jak mogą sądzić niektórzy czytelnicy. Bardziej zaliczyłabym ją do literatury science-fiction z elementami psychologii. Myślę, że każdy, kto sięgnie po tę niewielkiej objętości powieść, nie tylko nie rozczaruje się, ale przede wszystkim już od pierwszych stron zapała sympatią do głównej bohaterki. Bo jej naprawdę nie można nie polubić.  


E-book do nabycia tutaj - klik










niedziela, 22 września 2013

Renata Czarnecka – „Barbara i król”












Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Poznań 2013





Śmierć ukochanej Barbary z Radziwiłłów w 1551 roku była dla młodego jeszcze wówczas Zygmunta II Augusta ogromnym ciosem. Jak pokazuje historia, żadnej ze swoich trzech żon ostatni z Jagiellonów nie kochał tak bardzo jak właśnie Barbary. Pomimo że krążyły o niej rozmaite opinie, to jednak młody król nie przywiązywał do nich wagi. Dla niego liczyło się jedynie to, co łączyło go z wojewodziną trocką. Był pewien, że nie tylko on jest szaleńczo zakochany w damie swojego serca, ale jego wybranka również darzy go głębokim uczuciem. Królowi nie przeszkadzał nawet fakt, że to praktycznie bracia Barbary kierują losami Polski. Władca zaślepiony miłością godził się na wszystko, czego od niego zażądali. Nie dbał również o zdanie swojej matki – porywczej furiatki rodem z Włoch. Bona Sforza d’Aragona próbowała wyperswadować synowi to zdradzieckie – jej zdaniem – uczucie, lecz na nic zdały się jej wysiłki.

Barbara Radziwiłłówna była niezwykle piękną kobietą, więc nie dziwi fakt, że nie mogła opędzić się od wielbicieli. Źródła historyczne podają, że raczej nie odmawiała mężczyznom, bez względu na to z jakiej warstwy społecznej pochodzili. Złośliwi twierdzili nawet, że choroba, która ostatecznie ją dotknęła i w konsekwencji przyprawiła o śmierć, zesłana była przez samego Boga jako kara za grzech rozpusty. Nie wiadomo, ile w tym wszystkim prawdy, jednak faktem jest, że Zygmunt II August kochał ją nad życie, a kiedy odeszła na zawsze, monarcha pogrążył się w nieprzebranej rozpaczy.  

Trzeba jednak pamiętać, że żaden tron nie może długo być pusty. Po stracie drugiej żony dla Zygmunta Augusta nadszedł czas, aby ponownie się ożenić i spłodzić potomstwo. I tak oto za radą swoich popleczników ostatni z Jagiellonów zawarł małżeństwo z Katarzyną Habsburżanką. Ślub odbył się w 1553 roku, jednak małżeństwo dość szybko okazało się całkowitą porażką. Chodziły słuchy, jakoby królowa wmawiała mężowi urojoną ciążę. Kiedy cała sprawa wyszła na jaw, Zygmunt odsunął się od żony. Po kilku latach okazało się również, że Katarzyna cierpi na dziedziczną epilepsję, co sprawiło, że król zupełnie ją odtrącił. Cóż zatem innego pozostało upokorzonej kobiecie, jeśli nie całkowite odejście z królewskiego dworu? Gdy w październiku 1566 roku Katarzyna Habsburżanka wyjeżdżała z Polski, być może sądziła jeszcze, że kiedyś powróci do kraju swojego królewskiego małżonka. Tak się jednak nie stało.

Osamotniony król bez kobiety u boku popadał w coraz to głębsze przygnębienie. Owszem, jego łoże niemalże każdej nocy grzały nałożnice sprowadzane na zamek, lecz to nie to samo, co prawowita żona zasiadająca na tronie. Poszukiwanie kolejnej małżonki nie wchodziło w rachubę, gdyż Katarzyna Habsburżanka pomimo swojej dolegliwości, miała się całkiem dobrze. Rozwód także był kwestią nie do przeskoczenia wobec stanowczego sprzeciwu papieża i innych duchownych. Zygmunt II August to przecież nie Henryk VIII Tudor, który takimi błahostkami, jak pozbycie się żony – nawet przy sprzeciwie Kościoła – zupełnie by się nie przejmował. Tutaj należało działać delikatniej i przy jednoczesnej akceptacji duchowieństwa. Najgorsze w tym wszystkim było to, iż Polska nadal nie posiadała męskiego królewskiego potomka, który po śmierci Zygmunta II Augusta zasiadłby na tronie i tym samym przedłużył dynastię Jagiellonów. Na Katarzynę Habsburżankę nie można było już w tej kwestii liczyć. Chociaż monarcha miał w swoim życiu wiele kobiet, to jednak z żadną nie spłodził dziecka. Fakt ten doradcom króla spędzał sen z powiek i mógł świadczyć o jednym. Król był bezpłodny!

Zygmunt II August (1520-1572)
Portret został namalowany około 1554 roku 
I w tym oto momencie na scenę wchodzi dwóch braci – Mikołaj i Andrzej Mniszchowie. Byli oni najbliższymi doradcami Zygmunta II Augusta, i to właśnie ich podszeptom władca był posłuszny. Czy czegoś Wam to nie przypomina? Czy taka sytuacja nie miała już miejsca w życiu ostatniego z Jagiellonów? Ależ oczywiście, że miała! Przecież ponad dwadzieścia lat wcześniej to kuzyni Radziwiłłowie kierowali poczynaniami króla niemalże w taki sam sposób, jak teraz będą czynić to Mniszchowie. Aby poprawić nastrój monarchy, a tym samym zaskarbić sobie jego łaski Mniszchowie sprowadzają na zamek w Warszawie młodą kobietę, która praktycznie może uchodzić za sobowtóra królowej Barbary, zmarłej przed dwiema dekadami. Los chce, że potencjalna kochanka Zygmunta II Augusta również nosi imię Barbara. Czego zatem można chcieć więcej? Mniszchowie są wręcz przekonani, że król na pewno zakocha się w kobiecie z niższej warstwy społecznej, chociażby jedynie przez wzgląd na łudzące podobieństwo do ubóstwianej żony. Czy tak się w istocie stanie? Czy schorowanemu monarsze naprawdę można wmówić wszystko, aby tylko osiągnąć dla siebie profity? A jak w całym tym spisku będzie czuć się Barbara Giżanka, zważywszy że na królewskim dworze aż roi się od wrogów?

Pomijając prolog, to właśnie od tego momentu Renata Czarnecka zaczyna swoją opowieść o ostatniej miłości Zygmunta II Augusta. Robi to tak perfekcyjnie, że od książki nie sposób się oderwać. Mam nadzieję, że już niedługo mój zachwyt nad tą powieścią podzielą też inni czytelnicy. Książka trafiła na rynek całkiem niedawno, więc istnieje prawdopodobieństwo, iż informacja o jej wydaniu nie dotarła jeszcze do wszystkich zainteresowanych.

Po przeczytaniu Królowej w kolorze karminu, która jest powieściowym debiutem Autorki, do każdej kolejnej książki Renaty Czarneckiej siadam z mocno bijącym sercem, ponieważ wiem, że już od pierwszej strony zostanę wręcz porwana w świat intryg, romansów, ale też zwykłych ludzkich uczuć, jak radość czy cierpienie. Postacie, które ożywają pod ręką Autorki są niezwykle realne. Za każdym razem odnoszę wrażenie, że ci bohaterowie naprawdę żyją. Że oni wcale nie znikną, kiedy zamknę książkę i wrócę do otaczającej mnie rzeczywistości. Tak też dzieje się w przypadku Barbary i króla. Już od pierwszych stron czytelnik zostaje przeniesiony do królewskich komnat na zamku w Warszawie. Jest rok 1570, a więc wiadomo, iż będziemy towarzyszyć Zygmuntowi II Augustowi w ostatnich latach jego życia. Patrząc na wiek króla nie można powiedzieć, że jest on staruszkiem. W porównaniu ze swoim ojcem, który dożył naprawdę sędziwego wieku, Zygmunt to młodzieniaszek. Jednak ciężka choroba i życiowe trudy odebrały mu chęć do życia. Być może to właśnie ta rozpacz sprawiła, że monarcha w wieku pięćdziesięciu lat egzystuje niczym starzec.

Dla mnie Barbara i król to powieść wyjątkowa i bardzo wyczekiwana. Już przy okazji czytania Królowej w kolorze karminu zapałałam ogromną sympatią do Zygmunta II Augusta wykreowanego przez Autorkę. Tutaj moja sympatia jeszcze bardziej się pogłębiła. Widać, że Pisarka nie zmieniła królowi charakteru i nie odnosimy wrażenia, że mamy do czynienia z dwoma różnymi mężczyznami. Owszem, monarcha zmienił się, lecz jest to zmiana adekwatna do jego wieku. W poprzedniej powieści był przecież dwadzieścia lat młodszy, a tutaj spotykamy króla schorowanego i starzejącego się. Teraz, kiedy przeczytałam te dwie powieści bardzo brakuje mi tych dwudziestu lat z życia Zygmunta II Augusta. Jako czytelnik chciałabym poznać życie monarchy tuż po śmierci Barbary Radziwiłłówny obejmujące lata, w czasie których był mężem Katarzyny Habsburżanki. To taki mój osobisty apel do Autorki z prośbą o kolejną powieść, która zapełniałaby tę lukę. Mam nadzieję, że tak się kiedyś stanie i powstanie kolejna książka traktująca o ostatnim królu z dynastii Jagiellonów.

W niniejszej powieści oprócz postaci pierwszoplanowych, mamy również do czynienia z bohaterami ukazującymi się gdzieś w tle. Wszystkie te postacie są ze sobą po mistrzowsku połączone i uzupełniają się wzajemnie. Doskonale przedstawiona jest rodzina Barbary Giżanki. Czytelnik poznaje jej owdowiałą matkę oraz rodzeństwo. Bardzo dokładnie nakreślone jest też jej pochodzenie, co czyni tę powieść autentyczną.

Jak Autorka sama przyznaje, w tekstach źródłowych nie można odnaleźć zbyt wiele informacji na temat Barbary Giżanki. Z tego też powodu niektóre z powieściowych wydarzeń stanowią fikcję literacką i powstały w wyobraźni Pisarki oraz na podstawie jej domysłów. Aczkolwiek fikcja z prawdą miesza się tutaj tak doskonale, że czytelnik zupełnie nie ma o tym pojęcia. Pisarze tworzący powieści historyczne bardzo często stosują taki zabieg, ponieważ nie wszystko zostało zapisane w kronikach, czy też innych materiałach historycznych. Należy też pamiętać, że podejmując się pracy nad powieścią historyczną, autor korzysta z publikacji historyków, którzy na ten sam temat mogą mieć zgoła odmienne zdanie. W takiej sytuacji należy wybrać to, co wydaje się być najbliższe prawdy.

Akcja niniejszej powieści jest niezwykle dynamiczna. Podczas czytania odnosiłam wrażenie, że postacie na kartach książki poruszają się niebywale szybko, a więc – jak już wspomniałam – żyją! Szczególną uwagę zwróciłam również na styl pisania, głównie na sformułowanie dialogów. Autorka nie używa bynajmniej słownictwa staropolskiego, lecz współczesne. Jednak robi to tak perfekcyjnie, że wypowiadane przez bohaterów kwestie nie są sztuczne, co sprawia że książkę czyta się płynnie i szybko. Jak dla mnie za szybko, ponieważ chciałabym jeszcze długo pozostać na dworze Zygmunta II Augusta. Wielu z bohaterów historycznych nie znałam do tej pory. Dzięki tej książce dowiedziałam się, że był ktoś taki, jak bracia Mniszchowie czy Samuel Żaliński, który był wychowankiem i faworytem Anny Jagiellonki – siostry Zygmunta II Augusta. A skoro już mowa o Annie Jagiellonce, to należałoby wspomnieć o konflikcie, jaki panował pomiędzy nią a Zygmuntem. Kością niezgody był oczywiście ślub z nieakceptowaną Barbarą Radziwiłłówną. Na kartach powieści czytelnik widzi, iż ów konflikt wcale nie stracił na sile. A wręcz przeciwnie. Osoba Barbary Giżanki stała się kolejnym powodem do jego podsycenia.

Kończąc chcę napisać, iż książka jest naprawdę niezwykła. Z każdą kolejną stroną wciąga coraz bardziej. Przyznam, że do tej pory nie znałam postaci Barbary Giżanki. Dzięki tej lekturze mogłam ją poznać i z jednej strony jej współczuć, bo przecież padła ofiarą intryg, natomiast z drugiej wręcz ją znienawidzić, bo tak naprawdę nie była uczciwa wobec zniedołężniałego króla, który jednak obdarzył ją uczuciem i wydawać by się mogło, że to właśnie dzięki młodziutkiej kupcównie zapomniał choć przez chwilę o swojej rozpaczy po Radziwiłłównie. 


Za książkę z przepiękną dedykacją dziękuję Autorce

Recenzja została napisana również dla Wydawnictwa 






piątek, 20 września 2013

Agnieszka Lingas-Łoniewska – „Łatwopalni” #1





Premiera książki 25 września 2013 roku!







Wydawnictwo: FILIA
Poznań 2013
Seria z tulipanem



Na każdą nową powieść Agnieszki Lingas-Łoniewskiej zawsze wyczekuję z ogromną niecierpliwością, a potem po jej przeczytaniu niemal za każdym razem musi upłynąć trochę czasu zanim uda mi się zebrać myśli i napisać recenzję. Autorka generalnie tworzy powieści z tak potężnym ładunkiem emocjonalnym, że czytelnik czuje się rozbity jeszcze przez długi czas. Sięgając po jakąkolwiek książkę Agnieszki Lingas-Łoniewskiej nie należy bynajmniej spodziewać się, że spotkamy tam grzecznych i ułożonych bohaterów, którzy w swoim życiu nie zrobili niczego złego i idą przed siebie drogą powszechnie obowiązujących zasad moralnych. O, nie! Jest wręcz odwrotnie, szczególnie jeśli przyjrzymy się bliżej męskim postaciom. No właśnie. Jacy zatem są „mężczyźni” Agnieszki Lingas-Łoniewskiej? Na pewno zbuntowani i dźwigający na swoich barkach ciężar przeszłości, z którym nie potrafią sobie poradzić. I kiedy są przekonani, że w życiu nie spotka ich już nic dobrego, bo zwyczajnie na żadne DOBRO nie zasługują, wówczas pojawia się ONA, która wywraca ich świat do góry nogami. Wtedy przychodzi kolejny bunt, walka z demonami przeszłości, a nade wszystko walka z samym sobą i uczuciami, które rozsadzają danego bohatera od środka.

Nie inaczej jest w przypadku Łatwopalnych. Jestem skłonna przyznać, że w najnowszej powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej tych emocji jest znacznie więcej niż mogliśmy ich doświadczyć w poprzednich książkach Autorki. Mało tego. Podczas lektury czytelnik przeżywa chwile, kiedy jest już niemal pewien którego z bohaterów darzy sympatią, a którym najchętniej potrząsnąłby, aby sprawić, że ten wreszcie przejrzy na oczy i przestanie zachowywać się tak, a nie inaczej. I co się wtedy dzieje? Otóż pojawia się tak nieoczekiwany zwrot akcji, iż wracamy do punktu wyjścia i diametralnie zmieniamy swoją poprzednią decyzję oraz ocenę danej postaci. Kim zatem są główni bohaterowie Łatwopalnych? Jest ich troje: Jarek, Grzesiek, a pomiędzy nimi Monika.

Jarosław Minc to wieczny uciekinier dobiegający czterdziestki, który wciąż katuje się tym, co wydarzyło się w jego życiu w przeszłości. Nie potrafi normalnie egzystować, a w dodatku uważa, że w żadnej mierze nie zasługuje na to, aby być szczęśliwym. Mężczyzna ma też pewien talent, który z powodzeniem rozwija. Jego znakiem rozpoznawczym jest zapierający dech w piersi motocykl.

Grzegorz Czarniewski zwany swego czasu „złotym chłopcem”, któremu wszystko w życiu przychodziło niezwykle łatwo z uwagi na wpływowego ojca. Ale przecież za wszystko w życiu trzeba płacić, tak więc i Grześ swoje musiał poświęcić za cenę własnego szczęścia. Czarniewscy to jedna z tych rodzin, która „trzęsie” małym prowincjonalnym miasteczkiem, położonym gdzieś pod Wałbrzychem. Nazwy miejscowości nie znamy. Wiemy jedynie, na jakim terenie Polski jest umiejscowiona.

Monika Rudzka to lokalna nauczycielka języka polskiego. Jej życie praktycznie nigdy nie było usłane różami. Choć skończyła już trzydzieści lat, to jednak nadal nie potrafi znaleźć odpowiedniego życiowego partnera. Ona także bardzo często wraca do tego, co było i do tych, którzy ją skrzywdzili. Mieszka z matką, z którą również nie potrafi znaleźć wspólnego języka. Można uznać, że kobieta żyje z dnia na dzień i raczej nie myśli o tym, że kiedyś pozbędzie się tej codziennej rutyny.

Losy tych trojga krzyżują się w momencie, gdy do miasteczka przyjeżdża Jarek Minc. Ta prowincjonalna miejscowość ma być dla niego jedynie kolejną przystanią, z której i tak pewnego dnia ucieknie. Bo przecież ucieczki to jego specjalność. Od kilku lat nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej. Mężczyzna musi gdzieś zamieszkać, choćby miało to być jedynie kilka dni czy, w najlepszym wypadku, tygodni. Szczęśliwym trafem okazuje się, że Monika i jej matka dysponują pokojem do wynajęcia. Oczywiście nic nie dzieje się przypadkiem. Jarek już wcześniej dostrzega piękną kobietę, która przyprawia go o szybsze bicie serca. Tak więc ten wynajem pokoju nie jest tak do końca tylko sprzyjającym zbiegiem okoliczności. Jak można się spodziewać kwestią czasu jest wybuch gorącego uczucia pomiędzy tymi dwojga. Jednak los pisze własne scenariusze i bardzo często drwi z tych, którzy uważają, że panują nad swoim życiem i tak naprawdę wszystko od nich zależy.

Monika i Jarek zbliżają się do siebie coraz bardziej. Czują, że szukali się wzajemnie przez całe życie. I kiedy wydaje się już, że nic nie jest w stanie ich rozdzielić, wówczas dzieje się coś, co sprawia, że obydwoje zmuszeni są cofnąć się do punktu wyjścia. Czy uda im się na nowo poukładać to, co ktoś brutalnie zniszczył? Jak Jarek poradzi sobie z walką z własnymi demonami przeszłości? Czy Monika będzie na tyle silna, aby mu w tym pomóc? A może to wszystko będzie ponad ich siły i zwyczajnie odpuszczą, aby znów pogrążyć swoje dusze w ciemności i zacząć żyć z dala od siebie?

W tym momencie nie napiszę chyba niczego niezwykłego, czego wielbiciele twórczości Agnieszki Lingas-Łoniewskiej nie znaliby z poprzednich książek Pisarki. Jak już wspomniałam na początku recenzji, Łatwopalni to powieść z potężnym ładunkiem emocjonalnym. Bohaterowie z jednej strony mogą czytelnika denerwować, lecz z drugiej można im też współczuć. Gdyby nie wypadki losowe, przez które musieli przebrnąć na miarę swoich możliwości, zapewne dziś ich życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Z pewnością uniknęliby wielu błędów, które w konsekwencji doprowadziły do takiej, a nie innej sytuacji.

Agnieszka Lingas-Łoniewska w swojej najnowszej powieści porusza szereg istotnych życiowych problemów. Oprócz relacji damsko-męskich mamy tutaj również do czynienia z sytuacją na linii matka-córka. Monika od wielu lat mieszka jedynie z matką i wydaje się, że starsza kobieta wciąż ma do córki pretensje o to, że ta kiedyś nie potrafiła wykorzystać swojej szansy i wszystko zepsuła. Jednak ten swoisty stosunek rodzicielki do córki ma zupełnie inne podłoże, niż wygląda to na pierwszy rzut oka. Potrzeba naprawdę wiele czasu, aby pojawiło się wzajemne porozumienie pomiędzy tymi dwiema kobietami.

Jest również ta nieszczęsna przeszłość, która tak negatywnie rzutuje na teraźniejszość. Bohaterowie, szczególnie Jarek Minc, stale biją się z myślami, czy warto odkrywać przed innymi to, co niegdyś ich spotkało. Towarzyszy temu ogromny strach nie tylko przed brakiem zrozumienia przez tę drugą stronę, ale też lęk przed zapomnieniem. Można odnieść wrażenie, że Jarek bezustannie boi się, że w końcu zapomni o tym, co się wydarzyło, a przecież do tego nie może dopuścić. Byłby to dla niego wielki grzech, za który grozi już tylko wieczne potępienie.

Mamy też problem bezwarunkowego podporządkowania się. Nie zawsze jest tak, że ci, którzy nas kochają chcą dla nas dobrze. Czasami ich działania wobec nas podszyte są własnymi ambicjami i aspiracjami. Niekiedy wykorzystują nas do swoich własnych celów, nie patrząc czy nam się to podoba, czy też nie. Ważne jest jedynie to, co oni sami osiągną dzięki wykorzystaniu do tego celu naszej osoby. Dobrze, jeśli w miarę upływu czasu okaże się, że na pewne sprawy wcale nie jest jeszcze za późno i w każdej chwili możemy naprawić to, co inni w naszym imieniu zepsuli. Lecz równie często zdarza się, że nic już zrobić nie można i należy żyć albo w zgodzie z samym sobą, nie oglądając się za siebie, albo też z wyrzutami sumienia, że nie mieliśmy na tyle siły, aby móc przeciwstawić się tym, którzy kiedyś za nas błędnie zdecydowali. Natomiast próbując cokolwiek naprawić można także doprowadzić do krzywdy innych.

Małomiasteczkowa podwałbrzyska społeczność przedstawiona jest niezwykle realnie. Jak to bywa w małych miejscowościach, jej mieszkańcy wiedzą o sobie nawzajem praktycznie wszystko, a jeśli zauważą u siebie jakieś braki w wiadomościach dotyczących życia sąsiadów, to natychmiast je uzupełniają. Nie przywiązują szczególnej wagi do tego, czy informacja jest prawdziwa, czy może wyssana z palca. Liczy się jedynie to, że mogą kogoś obgadać, pomimo że na swoim podwórku wcale nie mają lepiej, a w wielu przypadkach nawet gorzej.

Dla czytelników pochodzących z Dolnego Śląska, którzy doskonale znają tamte tereny, powieść będzie mieć dodatkowy walor, ponieważ Autorka wspomina w niej o miejscach, które dla niejednej osoby również mogą posiadać szczególny urok, a może nawet będą kojarzyć się z jakimiś osobistymi wydarzeniami. Z kolei ci, którzy mieszkają daleko od miejsc zawartych w książce, mogą nagle poczuć chęć ich odwiedzenia.

Nie mogę też nie wspomnieć o warsztacie pisarskim Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Przeczytałam już wszystkie powieści Pisarki, począwszy od jej debiutu, więc mogę śmiało stwierdzić, iż Autorka z książki na książkę rozwija się i widać jak bardzo stara się, aby strona techniczna powieści była bez zarzutu. I tak się w istocie dzieje. Łatwopalnym od strony technicznej również nie można niczego zarzucić. Zawsze daleka jestem od porównywania ze sobą poszczególnych powieści Autorki, ponieważ uważam, że każda z nich jest wyjątkowa na swój własny sposób. Dla mnie Łatwopalni to historia, która może przydarzyć się każdemu z nas. Jest niezwykle autentyczna i życiowa. Sięgając po tę powieść nie spodziewajcie się bynajmniej cukierkowego romansu, bo go tutaj nie znajdziecie. To opowieść o życiu, źle obranych priorytetach, decyzjach, które nie zawsze okazały się być trafne, ale nade wszystko jest to powieść, podczas czytania której czytelnik ma ochotę krzyknąć: „No i dlaczego tak zrobiłeś(łaś)!!!”








Za książkę serdecznie dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu 






wtorek, 17 września 2013

Małgorzata Gutowska-Adamczyk – „Wystarczy, że jesteś”











Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2009





Człowiek to istota stadna. Generalnie źle się czuje w pojedynkę i potrzebuje do szczęścia chociażby jednej osoby, która byłaby przy nim bez względu na wszystko. Człowiek pragnie również miłości, a kiedy mówi, że jest inaczej, to jest zwyczajnym hipokrytą. Samotność raczej nikomu nie wychodzi na zdrowie. Owszem, są tacy, którzy stanowczo twierdzą, że wybierają ją świadomie i nie potrzebują dzielić z nikim swojego życia. Ile w tym prawdy? Nie wiadomo. Chyba tylko oni sami o tym wiedzą. Czasami też ludzie tacy oszukują samych siebie i nie potrafią głośno przyznać się do swojego wyizolowania. Być może uważają, że jeśli nie będą o tym mówić, to problem zniknie. Takie okłamywanie samego siebie może także być w pewnym stopniu formą przetrwania i uniknięcia wpadania w przygnębienie.

Chyba szczególnie dotkliwie samotność odczuwają osoby młode, które dopiero wkraczają w dorosłe życie. Fakt, że nastolatkowie mają wokół siebie rodzinę i znajomych wcale nie musi oznaczać, że nie są samotni. Oczywiście może to dotyczyć również osób starszych. To, że ktoś nie jest sam, nie oznacza jednocześnie, że nie jest samotny. Skupmy się jednak na młodym człowieku, który bardzo często potrzebuje akceptacji. Rozwija się, nabywa rozmaitego rodzaju wiedzę o życiu, a kiedy nie znajduje zrozumienia w domu rodzinnym, zazwyczaj szuka go wśród znajomych. Tylko co zrobić, kiedy koleżanki i koledzy również nie są w stanie zapewnić mu bezpieczeństwa, poczucia akceptacji i zrozumienia?

Nierzadko zdarza się, że w sytuacjach, kiedy młody człowiek tejże akceptacji nie znajduje w swoim środowisku, stara się temu zaradzić na swój własny sposób, na przykład poprzez fantazjowanie. Wymyśla szereg niestworzonych rzeczy, które nijak mają się do rzeczywistości. Na początku zapewne wzbudza w swoich rówieśnikach zainteresowanie, a nawet zazdrość, bo oto komuś tak niepozornemu nagle coś tam się w życiu udało. Jednak w momencie, gdy prawda wychodzi na jaw, skutki fantazjowania są opłakane. Koledzy zaczynają drwić z tej osoby, wyśmiewać ją i generalnie odsuwać się od niej, traktując jak kogoś niepoczytalnego. Czy to jest dobry sposób na zjednanie sobie przyjaciół? Raczej nie, ponieważ w konsekwencji i tak pozostaniemy samotni i to w dodatku z piętnem kogoś, kto świruje, mówiąc kolokwialnie. Wrażliwa psychika nastolatka może z powodu odrzucenia naprawdę poważnie ucierpieć.

Zastanawialiście się kiedykolwiek jak sprawa „fantazjowania” przedstawia się w przypadku blogów? W prawdziwym życiu rzeczywistość można bardzo szybko zweryfikować, natomiast w świecie wirtualnym nie jest to takie proste. Ludzie ukrywają się pod rozmaitymi pseudonimami czy nickami, pisząc o rzeczach, które z rzeczywistością mogą nie mieć nic wspólnego. Internet przyjmie naprawdę wszystko. Nie mam tutaj bynajmniej na myśli blogów książkowych. My, mole książkowe, generalnie piszemy o fikcji i nikt nam nie zarzuci, że zmyślamy. Może ewentualnie poczujemy się źle, kiedy wyjdzie na jaw, że jako recenzję przepisaliśmy opis z okładki książki i dodaliśmy od siebie dwa zdania komentarza, które i tak nie mają znaczenia, jeśli chodzi o całość wpisu. Wtedy oczywiście ktoś może nam zarzucić, że książki nie przeczytaliśmy. Możemy też „wysypać się” przy wystawianiu komentarza. Jeśli ktoś książki nie przeczytał, a chce okazać się znawcą tematu, to i ten komentarz będzie napisany dziwacznie, co może wzbudzić zainteresowanie.

Problem fantazjowania na blogach może pojawić się tam, gdzie ich autorzy piszą o swoim codziennym życiu. Aby przyciągnąć uwagę czytelników, mogą zmyślać na potęgę, podając opisywane fakty za prawdę. Jeśli tak w istocie jest, to zanim zaczniemy takiego blogera osądzać, może należałoby się najpierw zastanowić dlaczego ten człowiek fantazjuje. Być może to wcale nie jest problem jego psychiki, ale samotności. Tak, dokładnie. S A M O T N O Ś C I. Bardzo prawdopodobne, że taki nastolatek w swoim otoczeniu czuje się niezwykle samotny, nieakceptowany przez rodzinę i znajomych, a w dodatku szalenie pragnący miłości. W takiej sytuacji to właśnie blog może okazać się miejscem, gdzie ten młody człowiek co kilka dni będzie opisywać swoje marzenia, w które po jakimś czasie sam uwierzy, a wraz z nim i czytelnicy jego bloga.

I tak oto przechodzimy do fabuły książki Wystarczy, że jesteś autorstwa Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk znanej dziś głównie z bestsellerowej trylogii pod tytułem Cukiernia Pod Amorem. Główną bohaterką powieści jest nastoletnia Weronika. Dziewczyna jest pesymistką, bark jej wiary w siebie, nie sądzi też, że kiedykolwiek w życiu znajdzie miłość i kogoś, komu będzie na niej zależeć. Uwielbia twórczość Stephenie Meyer, a dokładnie sagę Zmierzch, w której mogłaby zaczytywać się bez końca. W pewnym stopniu identyfikuje się z główną bohaterką – Bellą Swan i wciąż poszukuje swojego Edwarda Cullena, a właściwie jedynie o nim marzy, bo jako rasowa pesymistka nie wierzy, że kiedykolwiek spotka chłopaka swoich snów. Weronika uwielbia również muzykę, której słucha przy każdej okazji.

Jeżeli myślicie, że stan psychiczny Weroniki ma swoje podłoże w jej sytuacji rodzinnej, to nic z tych rzeczy. Dziewczyna pochodzi z normalnej pełnej rodziny. Ma starszego brata – Krzyśka, rodziców, którzy się nią interesują w miarę swoich możliwości. Weronika chodzi do szkoły, więc posiada również grono przyjaciół. Jednak nie czuje się dobrze w ich towarzystwie. Koleżanki z reguły zajmują się plotkowaniem; tylko wypatrują kto z kim „chodzi”, żeby potem mieć temat do rozmów. Nasza bohaterka jest inna. Nie lubi takiego zachowania. Poza tym uważa też, że jest z tych, którym Bozia poskąpiła urody. Co tu dużo mówić. Weronika ma bardzo niskie poczucie własnej wartości, ale zamiast tego potrafi marzyć. Te marzenia praktycznie zawładnęły jej życiem bez reszty.

Pewnego dnia Weronika postanawia założyć bloga, na którym będzie opisywać swoje życie, a dokładnie relacje pomiędzy sobą a wymyślonym przez siebie Panem W. Kim jest ów Pan W.?  Na pewno jest idealny. Jest taki, jakiego Weronika pragnie od bardzo dawna. Dziewczyna wymyśla mu typ urody, charakter i całą resztę, czyli jednym słowem jest to ten Wymarzony. Nie dziwi, zatem fakt, że blog Weroniki bardzo szybko zdobywa popularność wśród czytelników. Ilość komentarzy wystawianych pod poszczególnymi wpisami jest naprawdę imponująca. Lecz Weronika zwraca uwagę na jeden szczególny. To komentarz, a właściwie komentarze wpisywane przez niejakiego Piotra, SPP. Kim jest Piotr? Jaką rolę odegra w życiu dziewczyny? Czy to jedynie postać wirtualna? A może to, ktoś, kogo Weronika zna bardzo dobrze?

Wystarczy, że jesteś to książka, która po prostu mnie zachwyciła i jednocześnie niesamowicie wzruszyła. Niby prosta opowieść bez żadnych ozdobników, a jednak magiczna. Oprócz szeregu problemów towarzyszących nastolatkom, pokazuje też jak cienka może być granica pomiędzy fantazją a rzeczywistością. Ta powieść pozwala wierzyć w marzenia, i to nie tylko młodym ludziom, ale również i tym o wiele starszym. Autorka uświadamia czytelnikowi, co tak naprawdę jest w życiu ważne. Nie popularność. Nie pieniądze. Nie sława. Lecz miłość i drugi człowiek, bez którego nie sposób normalnie żyć. Weronika aby to zrozumieć potrzebuje czasu. Zapytacie po co potrzebny jej czas, skoro od dawna marzy o wielkiej miłości i o tym jednym jedynym? Otóż, okazuje się, że czasami jest tak, iż to tylko nam wydaje się, że jesteśmy na coś gotowi i możemy to przyjąć w każdej chwili. Niestety nie zawsze tak się dzieje. Są rzeczy, do których musimy dojrzeć, aby móc zobaczyć je takimi, jakie są one naprawdę. Nasze marzenia tej dojrzałości nam nie zapewnią. Dojrzałość to życiowe doświadczenia. Marzeniami możemy pokierować samodzielnie, lecz życiem w wielu przypadkach już niestety nie.

Przyznam szczerze, że choć przeczytałam wszystkie tomy Cukierni Pod Amorem oraz pierwszą cześć Podróży do Miasta Świateł, to jednak tamte powieści nie wywarły na mnie tak ogromnego i pozytywnego wrażenia, jak ta niepozorna książka adresowana do młodego czytelnika. W Weronice jest coś takiego, co pozwala myśleć, że „przecież to właśnie ja; to ja jestem tą pesymistką; to ja potrzebuję miłości i potrzebuję mieć ciebie obok, choćby tylko w marzeniach!” Natomiast kiedy zamyka się książkę i wiadomo, że to już koniec tej historii, czytelnik czuje żal, że nie może śledzić dalej losów bohaterki.

Na kartach swojej powieści Małgorzata Gutowska-Adamczyk pokazuje czytelnikowi jak bardzo Weronika zmienia się pod wpływem ludzi, którzy ją otaczają oraz z powodu wydarzeń, które następują w jej życiu. Wszelkie zbiegi okoliczności wcale nie są takie całkiem przypadkowe. Wszystko dzieje się tutaj z jakiegoś konkretnego powodu. Reakcje Weroniki na zachodzące w jej życiu zdarzenia, całkiem śmiało mogą być reakcjami każdego z nas, bez względu na to, ile tak naprawdę mamy lat.

Zapewne wiele osób nie zgodzi się ze mną, ale mnie osobiście Małgorzata Gutowska-Adamczyk jako pisarka znacznie bardziej przypadła do gustu w roli autorki piszącej dla młodzieży niż dla dorosłych. Nie mam pojęcia z czego to może wynikać. Nie umiem tego sprecyzować. Wiem jedno. Przy powieściach dla dorosłych nie towarzyszyły mi praktycznie żadne emocje. Czytałam rodzinną sagę i niejednokrotnie nawet gubiłam wątek, szczególnie przy pierwszym tomie Cukierni Pod Amorem. W przypadku Wystarczy, że jesteś mamy do czynienia z opowieścią jednowątkową, a mimo to jest w niej coś wyjątkowego, co nie pozwala przez długi czas zapomnieć o Weronice.

Spotkałam się z opinią ze strony innych czytelników, że Weronika jest głupia i naiwna. Nie sądzę, żeby taka była. Ona po prostu wciąż szuka. Nawet jeśli popełnia błędy, to wcale nie oznacza, że minęła się z rozumem. A czy człowiek w pełni dorosły jest taki bez skazy? Czy dorośli nie popełniają błędów? Popełniają, jak najbardziej, i to nawet poważniejsze w skutkach niż robią to ludzie młodzi i wydałoby się, że jeszcze niedoświadczeni. Czasami taki młody człowiek ma w sobie więcej mądrości życiowej, aniżeli osoba z kilkoma dziesiątkami krzyżyków na karku. 

Teraz czekam cierpliwie na drugi tom Podróży do Miasta Świateł, ale na pewno sięgnę również po pozostałe książki Autorki skierowane do młodzieży, choć z wieku nastoletniego już dawno wyrosłam.





sobota, 14 września 2013

Philippa Carr – „Zwycięski Lew” #2










Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2000
Tytuł oryginału: The Lion Triumphant
Przekład: Bożena Krzyżanowska



Śmierć Marii I Tudor w listopadzie 1558 roku sprawiła, że angielski lud odetchnął z ulgą. Zmiana władcy przynosiła nadzieję na to, iż wreszcie skończą się krwawe prześladowania heretyków, czyli tych, którzy choćby w najmniejszym stopniu swoim postępowaniem dopuścili się zdrady wiary katolickiej. Nie bez powodu Maria I Tudor otrzymała przydomek „Krwawej”. Z jej rozkazu na stosach niczym żywe pochodnie spłonęło tysiące ludzi. Za zdrajcę mógł być uznany praktycznie każdy. Nawet najgorliwszy katolik. Wystarczył jeden nieprzemyślany gest, mrugnięcie powieką podczas Podniesienia w czasie Mszy Świętej, a już wysłannicy królowej dokonywali aresztowań. Kościoły pełne były jej szpiegów. Maria doskonale powielała politykę swojego ojca – Henryka VIII Tudora. Urodzona z matki Hiszpanki, zagorzałej katoliczki, nie mogła pójść inną drogą, jak tylko tą, którą wpoiła jej rodzicielka – Katarzyna Aragońska. Sam Henryk VIII pod koniec swojego życia ogłosił się Bogiem i w imię Najwyższego podejmował wszelkie decyzje państwowe i prywatne. Już za jego panowania nad całym Londynem unosił się dym, który wiatr przywiewał ze Smithfield, gdzie głównie dokonywano egzekucji. A zatem można śmiało rzec, że pierworodna córka okrutnego władcy bez mrugnięcia okiem poszła w ślady ojca.

Tak więc śmierć krwawej monarchini rozpoczęła nową epokę w szesnastowiecznej Anglii. Na tron wstąpiła wówczas młodsza siostra Marii – Elżbieta I. Choć młoda królowa była zupełnym przeciwieństwem swojej starszej siostry, to i tak wśród poddanych znaleźli się i tacy, którzy jej nie uznawali. Przecież Elżbieta I była córką Anny Boleyn! To niechlubne pochodzenie ciągnęło się za nią niemal do ostatnich dni jej życia. Nazywana była bękartem i diabelską potomkinią. Jak wiadomo, Anna Boleyn została ścięta na rozkaz Henryka VIII. Oskarżono ją między innymi o pakt z diabłem. W związku z tym grzechy matki bardzo szybko rzuciły się cieniem na młodą monarchinię. W miarę upływu lat zawiązywano spiski, które jednak udaremniano. Zdrajcy dawali głowy, w tym Maria I Stuart – królowa Szkocji. Ponieważ mężem królowej Szkotów został najpierw delfin, a potem król Francji, była również francuską królową, zaś jej poprzedniczką na tronie była słynna Katarzyna Medycejska.  

Maria I Stuart na bardzo długi czas stała się kolką w oku Elżbiety I Tudor, aż w końcu ta ostatnia pozbyła jej się raz na zawsze. Elżbieta I może i była bardziej wyrozumiała dla swoich poddanych w kwestii wyznawanej wiary, ale za nic na świecie nie pozwoliłaby zepchnąć się z angielskiego tronu. Zapewne właśnie dlatego nigdy nie wyszła za mąż, tym samym nie dając Anglii potomka. Nie chciała dzielić się władzą. A tak by się stało, gdyby któregoś dnia zdecydowała się mieć u boku męża.

Tło historyczne drugiej części rodzinnej sagi autorstwa Philippy Carr pod tytułem Córki Anglii, to nie tylko konflikt pomiędzy dwiema monarchiniami. Tym tłem jest przede wszystkim walka pomiędzy Hiszpanią a Anglią, mająca w głównej mierze podłoże religijne. Obejmując tron, Elżbieta I pozwoliła na protestantyzm. Choć zniknęły stosy i raczej z powodu wyznawanej wiary teoretycznie nikt już nie mógł stracić życia, to jednak nadal ukrywano się ze swoim wyznaniem. Mogłoby się wydawać, że Anglia popadła wówczas w kolejną skrajność. Za czasów Marii I Tudor prześladowano tych, którzy nie określali się jako katolicy, zaś za czasów Elżbiety I Tudor życie mógł stracić ten, kto jawnie przyzwał się do wiary katolickiej. W związku z tym prześladowano przede wszystkim księży. Z kolei katolicka Hiszpania nienawidziła protestanckiej Anglii, a protestancka Anglia pałała ogromnym gniewem wobec katolickiej Hiszpanii. Wojna pomiędzy tymi dwoma państwami toczyła się przede wszystkim na morzu. Brali w niej udział marynarze, zwani wówczas korsarzami (piratami). Zarówno jedni, jak i drudzy, dobijając do brzegów wrogiego państwa, grabili je, gwałcili i porywali kobiety oraz kładli trupem wszystkich, którzy stanęli im na drodze, a nie byli ich braćmi w wierze.

W takich właśnie czasach żyje główna bohaterka niniejszej powieści. Catherine – córka Damask Farland – przyjeżdża do swojej przyrodniej siostry, która wraz z mężem mieszka w hrabstwie Devonshire. Posiadłością należącą do Ennisów jest Trewyand Grange. Catherine przybyła tam, aby uporządkować swoje myśli po przeżyciu nieszczęśliwej miłości. Otóż, mężczyzna, którego dziewczyna praktycznie od dzieciństwa darzyła głębokim uczuciem i za którego pragnęła wyjść za mąż, okazał się być jej… bratem. Dlatego też z dala od rodzinnego domu i Carey’a, Cat dochodzi do równowagi emocjonalnej. Z okien domu Catherine może oglądać statki, które zawijają do pobliskiego portu. Pewnej nocy dziewczyna widzi przepiękny hiszpański galeon. Tym odkryciem jest niesamowicie zdziwiona, bo przecież doskonale wie, jaka sytuacja panuje w Anglii i że Hiszpanie nie są tutaj mile widziani. Lecz w pewnej chwili galeon znika tak nagle, jak nagle się pojawił, a ona sama zastanawia się, czy przypadkiem nie był to tylko sen.


Być może właśnie taki hiszpański galeon zobaczyła Catherine ze swojej
wieżyczki, mieszkając w posiadłości Ennisów

Hiszpański galeon La Santa Trinidad
Autor: Hieronymus Köler; ok. 1560 roku


Sąsiednia posiadłość należy do niejakich Pennlyonów. Na czoło wysuwa się kapitan Jake Pennlyon, który mieszka tam z ojcem. Jest on marynarzem i właścicielem statku o nazwie Nieokiełznany Lew. Kiedy czytelnik spotyka go po raz pierwszy, kapitan ma około dwudziestu pięciu lat, z których kilka spędził na morzu. Jest wytrawnym żeglarzem, nienawidzącym Hiszpanów. Charakter ma niezwykle porywczy. Nie przyjmuje odmowy, a to, o czym akurat marzy, musi spełnić się natychmiast. Krążą pogłoski, że żadna kobieta nigdy mu się nie oparła, i niemal z każdą swoją partnerką spłodził potomka. Tak naprawdę nie wiadomo też, ile potomstwa zostawił w krajach, do których zawiodła go morska droga. On sam nie zaprzecza tym opiniom, więc można przypuszczać, że to nie są jedynie plotki.

Kiedy Jake Pennlyon po raz pierwszy spotyka na swojej drodze młodziutką Catherine, wie już, że ta na pewno zostanie jego żoną i matką jego synów. Tak, synów! Córki zupełnie nie wchodzą w grę! Tym razem chce mieć dzieci z prawego łoża. Od tej pory żeglarz robi wszystko, aby poślubić dziewczynę. Z kolei Catherine nie ustaje w wysiłkach, żeby do ich ślubu nie dopuścić. Ona go po prostu z całych sił nienawidzi! Nie życzy sobie przebywania w jego obecności. Lecz kapitan jakoś niespecjalnie się tym przejmuje i posuwa się do najgorszych podłości, aby wreszcie osiągnąć swój cel.

Catherine naprawdę nie próżnuje. Jej pomysłowość w końcu doprowadza do tego, że Jake Pennlyon na jakiś czas znika z jej życia. I właśnie wtedy, podczas jego nieobecności, dochodzi do tragedii. Na posiadłość Ennisów napadają Hiszpanie, którzy porywają Catherine, jej ciężarną siostrę oraz rozpustną pokojówkę, natomiast pana domu bestialsko mordują. Okazuje się bowiem, że hiszpański galeon, który Cat widziała pewnej nocy wcale jej się nie przyśnił. On naprawdę niepostrzeżenie zawinął do portu, aby stać się zwiastunem tragedii. Dlaczego zatem Catherine i jej siostra zostały uprowadzone do obcego kraju? Co z tym wszystkim ma wspólnego Jake Pennlyon? Czyżby to właśnie on zlecił owo uprowadzenie? A może ktoś uznał, że Catherine jest narzeczoną Jake’a i w ten sposób pragnie się na nim zemścić za wyrządzone krzywdy?

Obiecałam sobie, że przeczytam wszystkie tomy tej sagi i jak widać słowa dotrzymuję. Po przeczytaniu części siedemnastej i osiemnastej (Czas na milczenie i Nić babiego lata), cofnęłam się aż do XVI wieku. Prawdę powiedziawszy nie spodziewałam się, że Philippa Carr rozpoczęła tę historię jeszcze w renesansie. Sądziłam, że pierwsze tomy będą osadzone bliżej naszych czasów. Osobiście bardzo mnie to cieszy, że tyle historii jeszcze przede mną.

Jaki zatem jest Zwycięski Lew? No cóż… Może zacznę od tego, że postacie historyczne przedstawione w powieści dotyczą jedynie tła historycznego, natomiast główni bohaterowie są fikcyjni. O Elżbiecie I Tudor Philippa Carr jedynie wspomina w narracji czy poprzez dialogi pomiędzy poszczególnymi bohaterami, lecz jej nie ożywia. Czytelnik wie, w jakiej epoce rozgrywa się akcja. Zdaje sobie sprawę z tego, że gdzieś tam w Londynie jest dwór, zawiązują się spiski, Maria I Stuart daje głowę na szafocie, ale w tym nie uczestniczy. My, jako czytelnicy, skupiamy się na postaciach pierwszoplanowych, czyli głównie na Catherine i jej rodzinie, a także na Jake’u Pennlyonie, bo on odgrywa tutaj zasadniczą rolę. Praktycznie wszystko kręci się wokół jego osoby i jest z nim ściśle powiązane.

Akcja powieści dzieje się w dwóch miejscach. Najpierw jesteśmy w Anglii, potem wyruszamy do Hiszpanii, a potem znów w dramatycznych okolicznościach wraz z bohaterami wracamy do Devonshire i tam zostajemy już do końca książki. Sama Catherine przeżywa szereg przygód, jeśli w ogóle te wszystkie sytuacje, które ją spotykają można określić mianem „przygody”. Zupełnie bez jej udziału los rzuca ją tam, gdzie grozi jej ogromne niebezpieczeństwo. Po pierwsze, pada ofiarą jakichś bezsensownych porachunków, przed czym nie ma siły się bronić. Jej przeciwnik w zasadzie nie pozostawia dziewczynie większego wyboru. Musi przyjąć jego warunki bez słowa skargi. Po drugie, jako wyznawca religii niekatolickiej w Hiszpanii grozi jej wielkie niebezpieczeństwo. Może tam stracić życie jako czarownica i heretyczka.

W powieści pojawia się też szereg postaci drugoplanowych, które w zasadniczy sposób wpływają na dalsze losy Catherine. Przyznam szczerze, że w niektórych momentach główna bohaterka zwyczajnie mnie denerwowała. W duchu zbuntowana, natomiast kiedy powinna się bronić, ona staje się uległa i pokorna niczym owca prowadzona na rzeź. Z jednej strony nienawidzi, zaś z drugiej kocha? Idąc tokiem postępowania Catherine, możemy dojść do przekonania, że najlepszym afrodyzjakiem i środkiem na udany seks jest właśnie nienawiść. To ona najbardziej podnieca, a kiedy jej nie ma, wówczas w łóżku jest nudno. Przed pójściem do łóżka z mężczyzną najlepiej na niego nawrzeszczeć, że się go nienawidzi. Uwierzcie, że takie zachowanie bohaterki naprawdę mnie denerwowało. Być może w ten sposób Autorka chciała dodać opowiadanej przez siebie historii nieco smaczku. Pamiętajcie jednak, że fakt, iż Catherine prawie przez całą powieść doprowadzała mnie do szału, wcale nie oznacza, że książka jest zła. Nudna i kiepska byłaby wtedy, gdyby bohaterowie niczym się nie wyróżniali i nie wzbudzali w czytelniku żadnych emocji.

W swoim życiu przeczytałam już mnóstwo powieści historycznych i wiem, kiedy książka traci swój niepowtarzalny klimat i gubi gdzieś epokę, w której akcja jest osadzona. Tak sobie myślę, że Eleonor Hibbert napisała zbyt dużo powieści wiktoriańskich jako Victoria Holt, w związku z czym epoka Tudorów, którą tutaj spotykamy, nosi znamiona dziewiętnastego wieku. Takie przynajmniej odnosiłam wrażenie podczas lektury. Generalnie wszystko jest w porządku, ale kiedy uważniej wczytamy się w tekst, zauważymy naleciałości wiktoriańskiej Anglii.

Przede mną pierwszy tom tej sagi pod tytułem Cud u Świętego Brunona, gdzie narratorką jest matka Catherine, a akcja dzieje się jeszcze przed narodzinami głównej bohaterki Zwycięskiego Lwa. Aż sama się sobie dziwię, że wcale nie przeszkadza mi brak chronologii wydarzeń. Chyba naprawdę musi mi na tej serii bardzo zależeć. 





czwartek, 12 września 2013

Władysław Zdanowicz – „Misjonarze z Dywanowa. Polski Szwejk na misji w Iraku. Jonasz” #2










Wydawnictwo: ZDANOWICZ (książka wydana nakładem własnym)
Kwidzyn 2011





Pamiętacie szeregowego Piotra Leńczyka? Na pewno pamiętacie. To ten, co to przez pomyłkę trafił do Iraku. Dlaczego tam poleciał? Otóż poleciał, aby wziąć udział w misji stabilizacyjnej. Czy chciał się tam znaleźć? A gdzież tam chciał! Nie miał wyboru. Po prostu, wpakowali go do samolotu i nie słuchali żadnych wyjaśnień. Kogo tam obchodziło, że to nie ten Leńczyk miał wyruszyć na misję. Leńczyk to Leńczyk i nie było dyskusji.

Kim zatem jest szeregowy Piotr Leńczyk? Otóż już w pierwszym tomie cyklu pod tytułem Misjonarze z Dywanowa. Polski Szwejk na misji w Iraku. Pinky, czyli nowicjusz, dowiadujemy się, iż żołnierz wychowywał się w domu dziecka. W związku z tym bardzo często powołuje się na zasady, jakie tam panowały i jakie mu wtłaczano do głowy. Leńczyk powinien mieć również ściśle racjonowane porcje żywieniowe, bo inaczej może doprowadzić do tego, że pozostali żołnierze będą przymierać głodem. Ze stołówki praktycznie by nie wychodził. Pochłania wszystko, co tylko nadaje się do jedzenia. Jednak to nie jego wilczy apetyt przyniósł szeregowemu największą sławę. Wszyscy w bazie doskonale pamiętają jego wyczyn, jakim był rowerowy rajd, który pozwolił mu dotrzeć do celu, choć nie obyło się bez przygód. Każdy inny na jego miejscu zapewne już dawno zostałby zlikwidowany przez tubylców, ale nie nasz szeregowy. Generalnie Leńczyk nie grzeszy inteligencją, ale czy na pewno tak jest? Na pierwszy rzut oka może wydawać się, że szeregowiec naprawdę minął się z rozumem, ale jego wypowiedzi mają w sobie to coś, co pozwala sądzić, że ma rację. Nie owija niczego w przysłowiową bawełnę, tylko mówi to, co mu ślina na język przyniesie, czym wprawia swoich przełożonych w stan co najmniej lekkiego podenerwowania. Ale nasz bohater wcale się tym nie przejmuje, tylko nadal robi swoje, a czasami nawet się dziwi, że pozostali inaczej odbierają rzeczywistość niż on sam.

Z powodu swoich „wyskoków”, o których czytelnik mógł przeczytać w tomie pierwszym, nasz bohater zostaje przeniesiony do plutonu rotacyjno-dyspozycyjnego, którym dowodzi dwóch szwagrów – Drwal i Gecco. Pluton ten w opinii żołnierzy uchodzi za najbardziej niebezpieczny, ponieważ jego zadania polegają na tym, że swoje działania prowadzi głównie w terenie, poza bazą. A przecież wiadomo jak jest w Iraku. Szuszwole czają się wszędzie i tylko wypatrują sprzyjającej okazji, aby zlikwidować niewiernych. W nowym miejscu nasz szeregowy poznaje też innych mundurowych. Każdy z nich ma jakąś ksywę. I tak mamy tam Luzaka, co to strzeże swojego noktowizora niczym źrenicy oka; Aspira, który liznął nieco medycyny i w razie czego służy kolegom pomocą medyczną; jest też Wilk co to po arabsku gada. I jeszcze kilku innych, z których każdy to swoiste indywiduum.

Jak już napisałam powyżej, szeregowy Piotr Leńczyk zasłynął przede wszystkim ze swojego rowerowego rajdu. Tak więc nowi koledzy natychmiast wymyślają mu ksywkę „Rover”. Pamiętajcie: nie „Rower” tylko „Rover”! Bo w całe to zdarzenie zamieszany był też samochód. Ale to jeszcze nie wszystko. Polska armia jest pełna pomysłów rozmaitej maści, a na szeregowego to jakoś tak szczególnie żołnierze się uwzięli. Zatem wymyślają mu kolejny pseudonim. Tym razem jest to „Jonasz”. Lecz nie chodzi tu bynajmniej o biblijnego proroka, bo przecież Leńczyk nijak przyszłości przewidywać nie potrafi. Gdyby potrafił, to z całą pewnością nie pakowałby się w coraz to nowe kłopoty. Takim mianem określa się również życiowych pechowców, którzy nie dość, że siebie samych stawiają w niekomfortowych sytuacjach, to jeszcze innych pociągają za sobą. Są takie chwile, kiedy żołnierze z plutonu wyraźnie mówią, że Leńczyk nie powinien z nimi jechać na akcję, bo na pewno coś spieprzy. I w większości przypadkach wcale się nie mylą. Jak zatem takiemu pechowcowi udaje się wyjść cało z każdej opresji? Na to pytanie chyba nikt nie potrafi odpowiedzieć. Szeregowy Leńczyk już taki jest, że nawet jak wdepnie w kłopoty, to i tak wychodzi z nich bez szwanku. Ewentualnie w podartych butach. Ale przecież to drobny szczegół. Najwyżej zabezpieczy je sobie sznurkami, żeby bosą stopą nie dotykać irackiej ziemi.

Pomimo że pierwszej części przedstawiającej przygody szeregowego Leńczyka niczego nie brakuje, to jednak jestem skłonna przyznać, że tom drugi jest lepszy. Podczas czytania odniosłam wrażenie, że tym razem dzieje się dużo więcej niż poprzednio. Jest znacznie więcej scen, przy których czytelnik dostaje ataku śmiechu i z tego właśnie powodu trudno mu czytać dalej. Ta książka to doskonała lektura na poprawę humoru. Pozwala zapomnieć nie tylko o ponurej rzeczywistości, ale przede wszystkim o tym, że wojna w Iraku wcale nie była taka śmieszna, bo przecież tam ginęli ludzie. Życie tracili nie tylko polscy żołnierze. Chociaż z drugiej strony, kiedy przyjrzymy się dokładniej działaniom, które podejmują żołnierze z plutonu rotacyjno-dyspozycyjnego, to można dojść do przekonania, że ten humor to taki trochę śmiech podszyty strachem. Żołnierze wykreowani przez Władysława Zdanowicza wcale nie zapominają, gdzie się znajdują i po co do Iraku przylecieli. Oni doskonale wiedzą, że biorą udział w otwartej wojnie i muszą zrobić wszystko, aby nie wrócić do Polski w trumnie. Oczywiście zawsze istnieje szansa, że zrobią coś głupiego i dowództwo odstawi ich bezpiecznie do kraju, ale wtedy będą musieli zapomnieć o służbie w armii. Wówczas trzeba będzie pomyśleć o zmianie zawodu, a tego żaden z nich nie chce.

Zapytacie zatem, dlaczego szeregowy Leńczyk pomimo swoich „wyskoków” wciąż jest w Iraku? Dokładnie nie wiadomo, lecz można przypuszczać, że koledzy i dowództwo chyba jednak darzą go sympatią i kryją jego nieprzemyślane zachowania. Czasami można odnieść wrażenie, że Leńczyk to taka ich maskotka, której zadaniem jest poprawianie wszystkim humoru. Zwróciłam też uwagę na to, jak silna więź łączy powieściowych żołnierzy. Nie tylko Leńczyk jest tutaj pod szczególną troską, ale każdy inny żołnierz również. Ci faceci tak naprawdę daliby się pokroić za siebie nawzajem, aby tylko móc uratować kumpla.

Podobnie jak w poprzednim tomie, tutaj również nie brakuje mocnego męskiego języka, choć jestem skłonna stwierdzić, że jest go nieco mniej, aniżeli w części pierwszej. Zapewne interesuje Was również sposób przedstawienia przez Autora irackiej rzeczywistości. Nie wiem na jakich materiałach Władysław Zdanowicz oparł tło powieści, ale nawet jeśli wprowadził tam nieco fikcji, to tego zupełnie się nie czuje. Jeżeli po książkę sięgnąłby żołnierz, który spędził na misji choćby tylko pół roku, być może mógłby się dopatrzyć jakichś nieścisłości. Natomiast czytelnik, który wojnę w Iraku zna jedynie z przekazów medialnych, na pewno niczego takiego nie dostrzeże.

Sięgając po tę powieść musicie pamiętać, że jej fabuła obfituje w szereg absurdalnych sytuacji dotyczących polskiej armii, szczególnie tej siedzącej za biurkiem. Z kolei żołnierze wykonujący rozkazy muszą sobie jakoś radzić, aby móc przetrwać. Tak więc kwitnie handel pewnym środkiem konsumpcyjnym, czasami zdarza się też zafałszować kwit na wydanie jakiegoś produktu spożywczego. Aby rozładować stres żołnierze wyszukują sobie rozmaite zajęcia, które w efekcie bawią czytelnika do łez.

A zresztą, co ja tu będę więcej pisać. Sami przekonajcie się czy mam rację i czy książka naprawdę jest warta przeczytania. Niemniej ze swej strony gwarantuję Wam, że czas, który przy niej spędzicie, nie będzie czasem straconym. Wrażeń, jakich doświadczycie przy tej lekturze nikt Wam nie odbierze. 



Za książkę serdecznie dziękuję Autorowi